Rafał Markiewicz

Blog

Mądra ambicja. Dlaczego sama chęć awansu może zaszkodzić twojej karierze

Ciągle słyszymy, że powinniśmy być ambitni. Mamy się rozwijać, wychodzić ze strefy komfortu, brać na siebie nowe wyzwania i sięgać coraz wyżej. Najlepiej szybko, odważnie i bez oglądania się na przeszkody.

Na pierwszy rzut oka brzmi dobrze. Przynajmniej na prezentacji motywacyjnej.

Mam jednak problem z takim podejściem do ambicji. Ambicja sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. Wszystko zależy od tego, czy idą za nią kompetencje, odpowiedzialność, samoświadomość i gotowość do wykonywania tej części pracy, która nie jest przyjemna ani efektowna.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - mądra ambicja w pracy - awans - kariera

Można chcieć awansu, ale nie być gotowym do wykonywania obowiązków związanych z nowym stanowiskiem. Można zgłaszać dziesiątki pomysłów, ale nie potrafić doprowadzić do końca podstawowego zadania. Można deklarować, że chce się większej odpowiedzialności, a potem unikać rozmów, decyzji i sytuacji, w których trzeba wziąć odpowiedzialność za wynik.

To nie jest mądra ambicja.

To jest ambicja bez pokrycia.

A ambicja bez pokrycia może nie tylko zatrzymać rozwój. Może również osłabić pozycję zawodową, zniszczyć zaufanie i sprawić, że przełożeni zaczną omijać daną osobę przy kolejnych projektach.

Sam też popełniłem ten błąd

Na początku mojej kariery menedżerskiej sam zapłaciłem za pomylenie ambicji z gotowością do zarządzania.

Pracowała ze mną osoba, która bardzo dobrze widziała błędy w działaniu zespołu. Potrafiła wskazać, co nie funkcjonuje, co należałoby poprawić i jak jej zdaniem powinien działać przełożony. Mówiła o tym przekonująco i sprawiała wrażenie osoby, która dobrze rozumie zarządzanie.

Uznałem więc, że warto powierzyć jej prowadzenie zespołu.

Szybko okazało się, że dostrzeganie błędów i opowiadanie o sposobach ich naprawienia to nie to samo co realne zarządzanie ludźmi. Kiedy pojawiła się konieczność podejmowania decyzji, egzekwowania ustaleń, prowadzenia trudnych rozmów i radzenia sobie z napięciem w zespole, osoba ta sobie nie poradziła.

Zamiast rozwiązać część moich problemów, przysporzyła mi kolejnych. Musiałem nie tylko zajmować się własnymi obowiązkami, ale również naprawiać skutki jej decyzji i porządkować sytuację w zespole.

Była to dla mnie trudna, ale bardzo cenna lekcja.

Zrozumiałem wtedy, że osoba, która trafnie opisuje problemy, niekoniecznie potrafi je rozwiązywać. Krytyczne spojrzenie i pewność siebie nie są jeszcze gotowością do przyjęcia odpowiedzialności. Dobre pomysły również nie wystarczą, jeżeli nie idzie za nimi umiejętność działania w sytuacji konfliktu, presji i niepełnej informacji.

Zrozumiałem również, że odpowiedzialność za taki wybór ponosi nie tylko osoba, która chciała awansu. Ponosi ją także menedżer, który powierzył jej nową rolę bez wystarczającego sprawdzenia gotowości.

Od tamtej pory znacznie ostrożniej oceniałem kandydatów do ról menedżerskich. Nie pytałem już tylko o to, co widzą i co chcieliby zmienić. Sprawdzałem również, czy potrafią brać odpowiedzialność, prowadzić trudne rozmowy, kończyć rozpoczęte działania i funkcjonować wtedy, kiedy sytuacja przestaje być wygodna.

Ambicja pracownika może wyprzedzać jego kompetencje. Rolą menedżera jest zauważyć to, zanim pracownik, zespół i firma zapłacą za nietrafioną decyzję.

Kiedy ambicja wyprzedza gotowość

Wyobraźmy sobie specjalistę, który od dłuższego czasu mówi przełożonemu, że chciałby zarządzać zespołem. Chętnie komentuje decyzje obecnego kierownika, wskazuje niedociągnięcia i opowiada, co sam zrobiłby inaczej. Jest przekonany, że dobrze rozumie ludzi i potrafiłby lepiej organizować ich pracę.

Przełożony postanawia więc dać mu możliwość sprawdzenia się. Nie proponuje od razu stanowiska kierowniczego, ale powierza mu koordynowanie niewielkiego projektu. Specjalista ma ustalić zadania, pilnować terminów, prowadzić krótkie spotkania i informować o problemach.

Początek wygląda obiecująco. Powstaje plan, prezentacja i tabela z zadaniami. Specjalista chętnie opowiada o swojej wizji. Trudności pojawiają się później, kiedy jedna osoba nie realizuje ustaleń, inna kwestionuje termin, a przełożony oczekuje konkretnej informacji o postępach.

Nagle okazuje się, że kandydat na kierownika unika rozmów, które mogą być nieprzyjemne. Nie przekazuje informacji o opóźnieniach, licząc, że sytuacja sama się poprawi. Nie podejmuje decyzji, ponieważ obawia się, że ktoś będzie z niej niezadowolony. Coraz częściej wraca do przełożonego z pytaniem, co dokładnie ma zrobić.

Nie oznacza to, że taka osoba nigdy nie powinna zostać kierownikiem. Być może potrzebuje więcej doświadczenia, przygotowania i wsparcia. Problem polega na czymś innym. Jej wcześniejsza pewność siebie nie wynikała jeszcze ze znajomości realnej pracy kierownika.

Łatwo jest oceniać cudze decyzje, kiedy nie ponosi się za nie odpowiedzialności. Znacznie trudniej jest samemu reagować na opór, opóźnienia i niepełne informacje.

Gotowość do zarządzania najlepiej sprawdzać nie w deklaracjach, ale w konkretnych sytuacjach. Czy ktoś potrafi doprowadzić zadanie do końca? Czy reaguje, kiedy pojawia się opóźnienie? Czy umie przekazać trudną informację, podjąć decyzję przy niepełnych danych i przyjąć odpowiedzialność za jej skutki?

Dopiero takie doświadczenia pokazują, czy za ambicją stoi rzeczywista gotowość do działania. Mniejszy projekt, czasowe koordynowanie pracy lub poprowadzenie trudnego zadania mogą powiedzieć o kandydacie znacznie więcej niż najbardziej przekonująca opowieść o tym, jak zarządzałby zespołem.

Mądra ambicja pozwoliłaby w tej sytuacji powiedzieć: „Chcę w przyszłości zarządzać zespołem, ale najpierw chcę sprawdzić, czego jeszcze muszę się nauczyć”.

Ambicja bez pokrycia mówi natomiast: „Skoro widzę, co inni robią źle, sam na pewno zrobię to lepiej”.

Pomysł to jeszcze nie wykonanie

W innej firmie jedna z pracownic zaproponowała poprawę sposobu komunikacji z klientami. Przygotowała interesującą koncepcję, nowe hasła i kilka pomysłów na działania. Przełożony docenił inicjatywę i zaproponował, aby pracownica poprowadziła niewielki projekt pilotażowy.

Na etapie tworzenia pomysłów wszystko szło bardzo dobrze. Pracownica miała energię, chętnie uczestniczyła w spotkaniach i rozwijała kolejne koncepcje. Projekt zaczął jednak wymagać mniej atrakcyjnych działań. Trzeba było ustalić koszty, zebrać dane, uzgodnić terminy z innymi działami i przypominać kilku osobom o wcześniejszych ustaleniach.

Wtedy tempo pracy wyraźnie spadło.

Pracownica nadal zajmowała się nazwami, wyglądem materiałów i przygotowywaniem kolejnych propozycji. Odkładała natomiast rozmowy z osobami, które mogły zakwestionować jej pomysły. Nie przedstawiała niepełnych danych, ponieważ chciała pokazać dopiero wersję idealną. Kiedy projekt zaczął się opóźniać, tłumaczyła, że czeka na informacje od innych.

Częściowo była to prawda. Nie wszyscy odpowiadali w terminie. Jednocześnie pracownica nie ponawiała pytań, nie proponowała rozwiązań zastępczych i nie informowała przełożonego, że termin jest zagrożony.

Ostatecznie projekt przejęła inna osoba. Nie dlatego, że pierwszy pomysł był zły. Problemem okazał się brak konsekwencji w realizacji.

Ta sytuacja pokazuje częste nieporozumienie dotyczące ambicji. Niektórzy ludzie chcą zajmować się zadaniami, które kojarzą się z kreatywnością, strategią i wpływem. Nie biorą jednak pod uwagę, że prawie każda interesująca rola składa się także z działań powtarzalnych, niewygodnych i mało efektownych.

Marketing to nie tylko pomysły. To również terminy, budżety, poprawki i uzgodnienia.

Zarządzanie to nie tylko podejmowanie decyzji. To również reagowanie na błędy, konflikty i brak zaangażowania.

Prowadzenie projektu to nie tylko przygotowanie planu. To również pilnowanie jego realizacji, aktualizowanie danych i informowanie o zagrożeniach.

Ambicja bez odpowiedzialności wybiera interesującą część roli. Mądra ambicja przyjmuje rolę razem z jej mniej atrakcyjną częścią.

Rynek pracy nie ocenia naszych intencji

Wiele osób zakłada, że ich wartość zawodowa wynika z potencjału, pomysłów i dobrych chęci. Oczywiście mają one znaczenie, ale rynek pracy w dużej mierze ocenia nas na podstawie tego, co potrafimy zrobić i za co umiemy wziąć odpowiedzialność.

Przełożony może docenić pomysł, ale będzie również obserwował, czy potrafisz go wdrożyć. Może dać ci nowe zadanie, ale sprawdzi, co zrobisz, kiedy pojawią się problemy. Może zaproponować ci awans, ale szybko zauważy, czy potrafisz podejmować decyzje bez ciągłego szukania kogoś, kto przejmie odpowiedzialność.

Rynek pracy nie widzi naszych intencji. Widzi skutki naszych działań.

Nie oznacza to, że nie wolno popełniać błędów. Błędy są naturalną częścią rozwoju. Problemem nie jest również proszenie o pomoc. Osoba odpowiedzialna potrafi powiedzieć, że czegoś nie wie, i szuka rozwiązania.

Problem pojawia się wtedy, kiedy ktoś chce większego stanowiska, ale nie chce większej odpowiedzialności. Chce wpływu, ale unika trudnych rozmów. Chce decydować, ale nie chce ponosić konsekwencji decyzji. Chce być postrzegany jako osoba samodzielna, ale czeka, aż ktoś dokładnie powie mu, co ma zrobić.

Im głośniej komunikujesz swoją ambicję, tym dokładniej ludzie zaczynają przyglądać się twoim kompetencjom.

Jeżeli regularnie informujesz przełożonego, że jesteś gotowy na więcej, naturalnie zwiększasz oczekiwania wobec siebie. Kiedy później nie realizujesz podstawowych zadań, różnica między deklaracją a działaniem staje się bardzo widoczna.

Ambicja działa wtedy jak reflektor. Oświetla nie tylko potencjał, ale również braki.

Czym jest mądra ambicja

Mądra ambicja nie polega na rezygnowaniu z rozwoju. Nie chodzi o to, żeby siedzieć cicho, nie zgłaszać pomysłów i czekać przez dziesięć lat, aż ktoś łaskawie zauważy nasze kompetencje.

Mądra ambicja łączy odwagę z oceną rzeczywistości.

Osoba kierująca się mądrą ambicją potrafi powiedzieć: „Chcę w przyszłości zarządzać zespołem, dlatego najpierw nauczę się dobrze prowadzić własne zadania i mniejsze projekty”. Nie zakłada, że samo pragnienie stanowiska jest dowodem gotowości do jego objęcia.

Mądra ambicja pozwala odróżnić to, co atrakcyjne, od tego, co rzeczywiście potrzebne w danej roli.

Stanowisko menedżerskie może oznaczać większy wpływ i wyższe wynagrodzenie. Oznacza jednak również trudne rozmowy, rozwiązywanie konfliktów, reagowanie na błędy innych osób, podejmowanie decyzji przy niepełnych informacjach i odpowiadanie za wyniki zespołu.

Marketing może kojarzyć się z kreatywnością, mediami społecznościowymi i ciekawymi kampaniami. W praktyce oznacza także budżety, terminy, telefony, negocjacje, ponaglenia, poprawki i wielokrotne przypominanie innym osobom o ich zobowiązaniach.

Prowadzenie biura może wyglądać jak możliwość wpływania na sposób działania firmy. Oznacza jednak również pilnowanie dokumentów, terminów, płatności, dostaw, ustaleń i dziesiątek drobnych spraw, których nikt nie zauważa, dopóki wszystko działa.

Mądra ambicja pyta więc nie tylko: „Czy chcę tę rolę?”.

Pyta także: „Czy chcę wykonywać codzienną pracę, która jest częścią tej roli?”.

Najpierw wiarygodność, potem większa odpowiedzialność

Pozycję zawodową buduje się przez wiarygodność. Wiarygodność powstaje wtedy, kiedy inni wiedzą, że można na nas polegać.

Nie trzeba być osobą idealną. Trzeba jednak informować o problemach, dotrzymywać ustaleń, pokazywać efekty pracy i brać odpowiedzialność za własne błędy.

Jeżeli nie jesteś w stanie wykonać zadania w terminie, poinformuj o tym wcześniej. Jeżeli brakuje ci danych, pokaż wersję roboczą i zaznacz, czego jeszcze nie udało się potwierdzić. Jeżeli nie wiesz, jak przeprowadzić rozmowę, poproś o przygotowanie lub wsparcie. Jeżeli popełniłeś błąd, nie buduj skomplikowanej opowieści o wszystkich osobach i okolicznościach, które do niego doprowadziły.

Powiedz, co się wydarzyło, jak to naprawisz i co zrobisz, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

To właśnie jest zachowanie osoby gotowej do rozwoju.

Czasami bardziej pomaga w karierze rzetelne wykonanie niewielkiego zadania niż przygotowanie efektownej strategii, której nikt później nie potrafi wdrożyć.

Nie brzmi to szczególnie spektakularnie. Na LinkedIn pewnie również nie zrobi wielkiego zamieszania. Ale zaufanie w organizacji bardzo rzadko powstaje dzięki spektakularnym deklaracjom. Najczęściej jest wynikiem wielu zwykłych sytuacji, w których ktoś zrobił to, co wcześniej obiecał.

Mądra ambicja w duchu 3P

Do mądrej ambicji można zastosować moją Filozofię 3P, czyli prostotę, porządek i proaktywność.

Prostota oznacza uczciwą odpowiedź na pytanie, czego naprawdę chcesz. Czy chcesz wykonywać nową pracę, czy tylko podoba ci się nazwa stanowiska, wynagrodzenie i prestiż? Czy interesuje cię rzeczywista odpowiedzialność, czy przede wszystkim uznanie, które może jej towarzyszyć?

Porządek oznacza sprawdzenie, jakich kompetencji wymaga kolejny krok. Co już potrafisz? Czego jeszcze nie potrafisz? Jak możesz zdobyć doświadczenie bez rzucania się od razu na głęboką wodę? Jaki mniejszy projekt pozwoli ci sprawdzić swoją gotowość?

Proaktywność oznacza działanie. Nie samo zgłoszenie pomysłu, ale również przygotowanie planu i doprowadzenie sprawy do końca. Nie tylko powiedzenie przełożonemu, że chcesz się rozwijać, ale także poproszenie o konkretne zadanie, informację zwrotną lub możliwość obserwowania bardziej doświadczonej osoby.

Proaktywność nie oznacza wykonywania wyłącznie tych działań, które są przyjemne. Bardzo często oznacza zrobienie telefonu, którego od kilku dni unikasz. Pokazanie niedoskonałej wersji dokumentu. Przyznanie, że czegoś nie wiesz. Poproszenie o pomoc, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Mądra ambicja nie potrzebuje ciągłego udowadniania światu, że jesteś gotowy na więcej.

Potrzebuje dowodów, że potrafisz zrobić to, co już wziąłeś na siebie.

Zanim poprosisz o więcej

Zanim zaczniesz walczyć o awans, nową rolę albo większy projekt, warto zadać sobie kilka pytań.

Czy dobrze wykonuję swoje obecne zadania?

Czy potrafię doprowadzić zadanie do końca, również wtedy, kiedy przestaje być ciekawe?

Czy umiem rozmawiać z ludźmi, którzy nie odpowiadają, nie zgadzają się ze mną albo komplikują realizację?

Czy informuję o trudnościach, czy raczej czekam, aż ktoś sam je zauważy?

Czy chcę wykonywać rzeczywistą pracę związaną z nową rolą, czy przede wszystkim chcę być osobą zajmującą tę rolę?

Czy jestem gotowy przyjąć informację, że jeszcze czegoś nie potrafię?

Odpowiedzi mogą nie być przyjemne. Właśnie dlatego są potrzebne.

Ambicja bez samoświadomości łatwo zmienia się w próbę potwierdzania własnej wartości. Człowiek przestaje wtedy rozwijać kompetencje, a zaczyna walczyć o obraz siebie jako osoby wyjątkowej, gotowej na więcej i niedocenianej przez otoczenie.

Taki obraz może przez chwilę działać. Szczególnie podczas rozmowy, prezentacji albo przedstawiania nowej koncepcji.

Później przychodzi jednak zwykły roboczy poranek. Trzeba otworzyć plik, wykonać telefon, podjąć decyzję i dostarczyć wynik.

I właśnie wtedy sprawdza się prawdziwa wartość ambicji.

Kiedy wsparcie może pomóc

Nowa rola zawodowa prawie zawsze oznacza okres przejściowy. Człowiek przestaje być osobą, która dobrze zna swoje dotychczasowe zadania, a zaczyna mierzyć się z sytuacjami, których wcześniej nie doświadczał.

Coaching może być pomocny jeszcze przed objęciem nowej roli. Pozwala przyjrzeć się temu, czego naprawdę oczekujesz, z czym może wiązać się nowa odpowiedzialność i jakich kompetencji będziesz potrzebować. Możesz przygotować się do pierwszych decyzji, trudnych rozmów i sytuacji, w których nie będziesz mieć pełnej wiedzy ani całkowitej pewności.

Możesz również sprawdzić, czy rzeczywiście chcesz wykonywać pracę związaną z daną rolą, czy przede wszystkim pociąga cię stanowisko, prestiż albo wizja większego wpływu.

Wsparcie może być potrzebne także wtedy, kiedy nowa rola już stała się faktem.

Być może awans miał być źródłem satysfakcji, a przyniósł stres, przeciążenie i poczucie osamotnienia. Być może okazało się, że prowadzenie zespołu oznacza więcej trudnych rozmów, niż zakładałeś. Być może zamiast poczucia wpływu pojawił się lęk przed decyzjami, a zamiast większej swobody ciągłe reagowanie na problemy innych osób.

To nie musi oznaczać, że nie nadajesz się do tej roli.

Być może potrzebujesz uporządkowania sytuacji, wzmocnienia pewności siebie i znalezienia własnego sposobu działania. Być może trzeba oddzielić realne braki w kompetencjach od nadmiernych oczekiwań wobec siebie. Być może potrzebujesz przygotowania do konkretnej rozmowy, decyzji albo konfliktu.

Czasami celem nie jest również to, żeby za wszelką cenę wytrzymać w nowej roli. Uczciwym wynikiem pracy może być wniosek, że dana rola nie jest zgodna z twoimi wartościami, potrzebami albo sposobem działania.

W coachingu nie chodzi o przekonywanie człowieka, że wszystko jest świetnie i wystarczy jeszcze bardziej się postarać. Chodzi o odzyskanie wpływu, zobaczenie dostępnych możliwości i podjęcie świadomej decyzji, co robić dalej.

Podczas spotkań możemy przyjrzeć się twojej sytuacji, uporządkować trudności i przełożyć je na konkretne działania. Możemy pracować zarówno nad przygotowaniem do nowej roli, jak i nad tym, co wydarzyło się już po jej objęciu.

Mądra ambicja nie oznacza, że wszystko trzeba zrobić samodzielnie. Oznacza także umiejętność sięgnięcia po wsparcie, zanim trudności zaczną niszczyć pewność siebie, relacje i pozycję zawodową.

Nie pytaj więc wyłącznie, jak wysoko możesz dojść.

Zapytaj, czy potrafisz przejść kolejny odcinek drogi, ponosząc jego rzeczywisty koszt.

A kiedy okaże się, że ten odcinek jest trudniejszy, niż zakładałeś, nie musisz od razu zawracać ani udawać, że wszystko jest w porządku. Czasami warto się zatrzymać, uporządkować sytuację i świadomie wybrać następny krok.

To mniej efektowne niż motywacyjne hasła. Za to znacznie lepiej chroni twoją karierę.

Ukryty rynek pracy bez mitów. Czym jest, jak działa i jak się do niego przygotować

Ukryty rynek pracy brzmi trochę jak tajne stowarzyszenie. Gdzieś podobno istnieją tysiące świetnych ofert, ale dostęp do nich mają wyłącznie wtajemniczeni. Trzeba znać odpowiednich ludzi, posiadać specjalny kod albo kupić kurs, którego autor obiecuje, że pokaże nam drogę do „80% niepublikowanych ofert”.

Brzmi atrakcyjnie. I właśnie dlatego dobrze się sprzedaje. Problem polega na tym, że ukryty rynek pracy naprawdę istnieje, ale nie działa tak, jak przedstawiają go niektórzy sprzedawcy kursów i zawodowych cudów. Nie jest osobnym, zamkniętym światem. Nie ma do niego jednego wejścia. Nie istnieje też żadna tajna baza ofert, do której dostęp otrzymujemy po poznaniu właściwego hasła.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kariera - ukryty rynek pracy

Ukryty rynek pracy to po prostu część rynku pracy, na której potrzeba zatrudnienia pracownika nie została publicznie ogłoszona albo informacja o niej krąży tylko w ograniczonym środowisku. Rekrutacja może rozpocząć się przed opublikowaniem ogłoszenia, zamiast ogłoszenia albo równolegle do oficjalnego procesu.

Najważniejszą przewagą nie jest tutaj znajomość tajnego kodu. Jest nią jasna odpowiedź na kilka podstawowych pytań:

W jakiej pracy najlepiej się czuję?

W czym jestem naprawdę dobry?

Jakie problemy potrafię rozwiązywać?

Dla jakich firm moje doświadczenie może być wartościowe?

Bez tych odpowiedzi trudno świadomie funkcjonować zarówno na ukrytym, jak i na jawnym rynku pracy.

Czym jest ukryty rynek pracy

O ukrytym rynku pracy mówimy wtedy, gdy informacja o potrzebie zatrudnienia nie jest powszechnie dostępna w standardowych kanałach. Nie znajdziemy jej na popularnym portalu rekrutacyjnym, w zakładce „Kariera” ani w oficjalnym ogłoszeniu firmy.

Nie oznacza to jednak, że firma prowadzi jakąś sekretną operację. Najczęściej menedżer rozmawia z ludźmi z branży, pracownik poleca znajomego, rekruter bezpośrednio kontaktuje się z wybranymi kandydatami albo firma sprawdza, czy w jej otoczeniu jest ktoś, kto mógłby rozwiązać konkretny problem.

Czasem stanowisko jeszcze formalnie nie istnieje. Jest natomiast potrzeba biznesowa. Firma rozwija nowy dział, traci klientów, ma problem z procesami, planuje ekspansję albo potrzebuje kogoś, kto uporządkuje zespół. Dopiero rozmowa z odpowiednim kandydatem prowadzi do decyzji o stworzeniu stanowiska.

Ukryty rynek pracy nie jest więc jedną kategorią ofert. Jest zbiorem różnych sposobów dochodzenia do zatrudnienia poza standardowym ogłoszeniem.

Polecenia pracownicze

Jedną z najczęstszych form ukrytego rynku pracy są polecenia pracownicze. Firma pyta zatrudnione osoby, czy znają kogoś, kto mógłby pasować do zespołu albo do konkretnego stanowiska.

Pracodawcy korzystają z poleceń, ponieważ chcą zmniejszyć ryzyko. Samo CV mówi niewiele o tym, jak kandydat pracuje, komunikuje się i zachowuje w trudnych sytuacjach. Polecenie nie daje pewności, ale dostarcza dodatkowej informacji. Ktoś zna kandydata, pracował z nim albo może potwierdzić, że warto zaprosić go do rozmowy.

Polecenie może także przyspieszyć proces. Zamiast przeglądać setki aplikacji, firma zaczyna od kilku osób, które zostały wskazane przez pracowników.

Nie oznacza to, że polecona osoba automatycznie dostaje pracę. Dobre polecenie nie brzmi: „Zatrudnijcie mojego kolegę”. Brzmi raczej: „Znam tę osobę i uważam, że warto z nią porozmawiać”.

Kandydat również powinien podchodzić do poleceń z klasą. Nie należy prosić przypadkowej osoby o „załatwienie pracy”. Lepiej zapytać:

„Czy możesz ocenić, czy mój profil pasuje do tego zespołu i ewentualnie przekazać moje CV właściwej osobie?”

To nadal jest prośba o pomoc, ale bez stawiania drugiej osoby pod ścianą.

Direct search i headhunting

Direct search polega na tym, że firma albo agencja rekrutacyjna sama szuka kandydatów. Nie publikuje ogłoszenia albo traktuje je jedynie jako dodatkowy kanał.

Rekruter identyfikuje osoby, które mają potrzebne doświadczenie, i kontaktuje się z nimi bezpośrednio. Takie działania są szczególnie częste przy stanowiskach menedżerskich, eksperckich, technologicznych, sprzedażowych i niszowych.

Powód jest prosty. Najlepsi kandydaci często nie szukają aktywnie pracy. Nie przeglądają codziennie ogłoszeń i nie wysyłają CV. Trzeba do nich dotrzeć.

Direct search jest też używany wtedy, gdy na rynku jest niewiele osób z określonym doświadczeniem. Publikowanie ogłoszenia może nie przynieść odpowiednich kandydatów, dlatego rekruter szuka ich sam.

W tym przypadku ukryty rynek pracy działa w odwrotnym kierunku. To nie kandydat znajduje ofertę. To rekruter znajduje kandydata.

Dlatego tak ważny jest czytelny profil na LinkedInie. Rekruter musi w krótkim czasie zrozumieć, czym zajmuje się dana osoba, jakie ma doświadczenie i w jakich obszarach może być wartościowa. Profil pełen ogólników typu „otwarty na nowe wyzwania”, „komunikatywny” i „nastawiony na rozwój” nie daje mu wystarczających informacji.

Jeżeli firma zleca znalezienie odpowiedniego kandydata headhunterowi, najczęściej oznacza to, że szuka fachowca na cenne dla niej stanowisko. Musi być ono cenne, bo headhunter za takie poszukiwania bierze wynagrodzenie. Często jest ono równe wysokości np. jednomiesięcznej pensji zatrudnianej osoby. Headhunter dostaje je niejednokrotnie w dwóch transzach. 50% wynagrodzenia kandydata zaraz po jego zatrudnieniu, a drugie 50% po 6 miesiącach, jeżeli zatrudniona osoba nadal pracuje w firmie.

Rekrutacje wewnętrzne

Część stanowisk jest obsadzana przez osoby, które już pracują w firmie. Organizacja może awansować pracownika, przenieść go do innego działu albo zaproponować mu nową rolę.

Dla firmy jest to bezpieczne rozwiązanie. Zna kompetencje pracownika, jego sposób działania, mocne strony i ograniczenia. Nie musi sprawdzać wszystkiego od początku.

Czasem stanowisko zostaje opublikowane również na zewnątrz, ale kandydat wewnętrzny od początku ma przewagę. Nie musi to oznaczać nieuczciwego procesu. Firma może chcieć porównać kandydatów albo mieć obowiązek formalnego opublikowania oferty.

Z perspektywy osoby z zewnątrz oznacza to jednak, że nie każda publiczna oferta jest jednakowo otwarta. Kandydat może spełniać wymagania, a mimo to przegrać z osobą, która od kilku lat pracuje w organizacji i jest dobrze znana przyszłemu przełożonemu.

Poufne zastępstwa i reorganizacje

Niektóre rekrutacje nie mogą być publiczne. Firma może szukać zastępstwa za osobę, która jeszcze nie wie, że ma odejść. Może planować reorganizację, połączenie działów albo zmianę struktury zarządzania.

Publiczne ogłoszenie mogłoby wywołać niepokój w zespole, ujawnić plany konkurencji albo zaszkodzić relacjom z obecnym pracownikiem.

Poufne rekrutacje dotyczą szczególnie stanowisk menedżerskich oraz ról, które mają duże znaczenie dla działania firmy. W takich procesach często uczestniczą agencje executive search, headhunterzy i osoby polecane przez zaufane kontakty.

To jedna z najbardziej rzeczywistych form ukrytego rynku pracy. Firma ma konkretną potrzebę, ale z powodów biznesowych nie może albo nie chce jej publicznie komunikować.

Stanowiska tworzone pod konkretną osobę

Czasem firma nie ma wakatu. Ma natomiast problem.

Może mieć trudność z utrzymaniem klientów, nieefektywne procesy, słabo działający zespół sprzedaży, chaos projektowy albo brak osoby, która uporządkuje rozwijający się obszar.

Kandydat pojawia się z doświadczeniem, które pozwala ten problem rozwiązać. Po kilku rozmowach firma dochodzi do wniosku, że warto stworzyć dla niego stanowisko albo zmienić zakres istniejącej roli.

To nie dzieje się codziennie i nie dotyczy każdego stanowiska. Występuje jednak częściej w małych i średnich firmach, startupach, firmach rozwijających nowe obszary oraz przy stanowiskach eksperckich i menedżerskich.

W tym przypadku kandydat nie odpowiada na ogłoszenie. Pokazuje firmie możliwość, której wcześniej nie brała pod uwagę.

To wymaga znacznie więcej niż wysłania CV. Kandydat musi rozumieć sytuację firmy, potrafić nazwać problem i pokazać, jak może pomóc. Nie wystarczy powiedzieć: „Mam duże doświadczenie”. Trzeba wyjaśnić, do czego to doświadczenie może się firmie przydać.

Rynek pre-publiczny

W wielu firmach potrzeba zatrudnienia pojawia się wcześniej niż oficjalne ogłoszenie.

Menedżer zaczyna myśleć o nowej osobie w zespole. Rozmawia z przełożonym, sprawdza budżet, zastanawia się nad zakresem stanowiska. Pyta znajomych z branży, czy znają kogoś odpowiedniego. HR może jeszcze nie mieć formalnego zgłoszenia.

To jest rynek pre-publiczny. Potrzeba zatrudnienia już istnieje, ale proces jeszcze nie został uruchomiony.

Osoba, która w tym momencie pojawi się w otoczeniu firmy, może wejść do rozmowy wcześniej niż pozostali kandydaci. Nie dlatego, że zna tajne hasło. Dlatego, że rozmawia z ludźmi, interesuje się rynkiem i jest widoczna.

Decyzje kadrowe często dojrzewają wcześniej niż ogłoszenia. Kto ogranicza się do sprawdzania portali pracy, widzi dopiero końcowy etap tego procesu.

Oferty publiczne, ale praktycznie mało widoczne

Nie każda trudno dostępna oferta jest naprawdę ukryta. Czasem oferta jest publiczna, ale znajduje się w miejscu, do którego dociera niewielu kandydatów.

Może pojawić się wyłącznie na stronie firmy, w poście menedżera na LinkedInie, w newsletterze branżowym, grupie na Facebooku, społeczności absolwentów, na Slacku, Discordzie albo podczas spotkania branżowego.

Formalnie każdy może ją znaleźć. W praktyce widzą ją osoby obecne w danej społeczności.

To pokazuje, dlaczego warto być aktywnym w środowisku zawodowym. Nie chodzi o kolekcjonowanie kontaktów ani publikowanie codziennie motywacyjnych sentencji. Chodzi o obecność w miejscach, w których pojawiają się informacje z naszej branży.

Talent pools i przyszłe rekrutacje

Firmy czasami budują bazy kandydatów, z którymi mogą skontaktować się w przyszłości. Rekrutacja może jeszcze nie być uruchomiona, ale organizacja przewiduje, że za kilka miesięcy będzie potrzebować osób z określonym doświadczeniem.

Takie bazy mogą być przydatne. Firma skraca późniejszy proces, a kandydat może zostać zaproszony do rozmowy, zanim pojawi się publiczne ogłoszenie.

Problem zaczyna się wtedy, gdy firma zbiera CV bez konkretnej potrzeby, publikuje nieaktualne oferty albo przez wiele miesięcy utrzymuje ogłoszenie bez rzeczywistej intencji zatrudnienia. To zjawisko bywa określane jako ghost jobs.

Ghost job nie jest jednak tym samym co ukryty rynek pracy. Ukryty rynek pracy oznacza rekrutację prowadzoną poza publicznym ogłoszeniem. Ghost job to publiczne ogłoszenie, za którym może nie stać realna rekrutacja.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kariera - ukryty rynek pracy - rodzaje ukrytego rynku pracy

Skąd wzięło się tajemnicze 80 procent

Hasło mówiące, że 80% ofert pracy nigdy nie jest publikowanych, jest jednym z najczęściej powtarzanych zdań w poradnictwie kariery.

Brzmi konkretnie. Liczba robi wrażenie. Kandydat zaczyna myśleć, że widzi tylko niewielki fragment rynku, a gdzieś obok istnieje ogromna liczba świetnych stanowisk.

Problem polega na tym, że brakuje solidnych, współczesnych badań potwierdzających tę wartość dla całego rynku pracy. Nie wiadomo, jakiego kraju, okresu, poziomu stanowisk i branży miałoby dotyczyć 80%.

Rynek pracy nie jest jednolity. Inaczej rekrutuje się dyrektora sprzedaży, inaczej księgową, programistę, pracownika magazynu, urzędnika, sprzedawcę i absolwenta programu stażowego.

Twierdzenie, że w każdej z tych grup 80% ofert pozostaje ukrytych, nie ma sensu.

Publiczne ogłoszenia nadal są ważnym źródłem zatrudnienia. Dotyczy to szczególnie rekrutacji masowych, stanowisk juniorskich, pracy sezonowej, dużych programów stażowych i stanowisk, przy których firma potrzebuje szerokiego napływu kandydatów.

Ukryty rynek pracy ma większe znaczenie w przypadku stanowisk specjalistycznych, eksperckich, menedżerskich, niszowych i poufnych. Nawet tam nie da się jednak uczciwie powiedzieć, że zawsze obejmuje dokładnie 80% ofert.

Jak z „faktu” robi się marketingowy chwyt

Marketingowy mechanizm jest prosty.

Najpierw kandydat słyszy, że 80% ofert jest ukrytych. Następnie dowiaduje się, że sam nie potrafi do nich dotrzeć. Na końcu pojawia się ktoś, kto deklaruje, że zna tajną metodę, posiada odpowiednie kontakty albo opracował system wejścia na ukryty rynek pracy.

Konstrukcja przekazu wygląda mniej więcej tak:

„Nie widzisz większości ofert.”

„Standardowe metody nie działają.”

„Bez specjalnej wiedzy nie masz szans.”

„Kup mój kurs, a pokażę Ci dostęp do ukrytego rynku pracy.”

To klasyczne budowanie problemu po to, żeby następnie sprzedać rozwiązanie.

Nie twierdzę, że każdy kurs dotyczący networkingu, poszukiwania pracy albo budowania marki zawodowej jest naciąganiem. Dobry kurs może pomóc uporządkować działania, przygotować profil, zbudować listę firm i nauczyć się prowadzenia rozmów rekrutacyjnych.

Naciąganie zaczyna się wtedy, gdy ktoś sugeruje, że posiada tajny dostęp do ogromnej części rynku pracy. Nie posiada. Może mieć kontakty, wiedzę i doświadczenie, ale nie dysponuje uniwersalnym kodem otwierającym 80% ofert.

Ukryty rynek pracy nie jest bazą danych. Jest zbiorem relacji, procesów biznesowych, nieformalnych rozmów i potrzeb, które jeszcze nie zostały opisane w ogłoszeniu.

Nie da się kupić stałego dostępu do wszystkich tych sytuacji.

Można natomiast nauczyć się lepiej funkcjonować na rynku pracy. To jest mniej widowiskowe, ale znacznie bardziej użyteczne.

Co jest ważniejsze niż dostęp do ukrytych ofert

Najważniejsze nie jest to, czy znamy odpowiednią liczbę osób. Najważniejsze jest to, czy potrafimy jasno powiedzieć, dlaczego firma miałaby z nami rozmawiać.

Wielu kandydatów zaczyna od networkingu, chociaż nie potrafi jeszcze określić własnego kierunku zawodowego. Piszą do znajomych, publikują informację, że szukają nowych wyzwań, i proszą o kontakt, gdyby „coś się pojawiło”.

Taka wiadomość niewiele daje. Osoba, która ją otrzymuje, nie wie, czego właściwie ma szukać.

„Nowe wyzwania” mogą oznaczać wszystko.

Kandydat powinien najpierw określić, w jakiej pracy czuje się najlepiej, jakie zadania wykonuje sprawnie, w jakim środowisku dobrze funkcjonuje i jakie problemy potrafi rozwiązywać.

Dopiero wtedy może przygotować konkretny komunikat.

Zamiast:

„Jestem doświadczonym menedżerem i szukam nowych wyzwań”

lepiej powiedzieć:

„Pomagam firmom uporządkować pracę zespołów obsługi klienta, skracać czas realizacji spraw i poprawiać jakość obsługi. Szukam roli, w której będę mógł połączyć zarządzanie zespołem z usprawnianiem procesów.”

W drugim komunikacie od razu wiadomo, z jakimi problemami warto zwrócić się do tej osoby.

Po czterdziestce doświadczenie to za mało

W rozmowach z doświadczonymi kandydatami często pojawia się przekonanie, że wystarczy opisać dotychczasowe stanowiska. Skoro ktoś pracuje od dwudziestu lat, jego doświadczenie powinno mówić samo za siebie.

Niestety nie mówi.

Nie traktowałbym wieku 40 lat jako sztywnej granicy. Rynek nie zmienia zasad dokładnie w dniu czterdziestych urodzin. Im większe mamy jednak doświadczenie, tym mniej przekonujące staje się samo wyliczanie stanowisk i obowiązków.

Przy dziesięciu, piętnastu czy dwudziestu latach pracy kandydat powinien umieć przełożyć doświadczenie na wartość dla firmy.

Nie wystarczy napisać:

„Mam 18 lat doświadczenia w zarządzaniu.”

Trzeba wyjaśnić:

„Jestem specjalistą od porządkowania zespołów, które szybko rosną, mają niejasny podział odpowiedzialności i problemy z realizacją celów.”

Albo:

„Pomagam firmom usprawniać procesy obsługi klienta, skracać czas odpowiedzi i lepiej wykorzystywać pracę zespołu.”

Doświadczony kandydat nie powinien przedstawiać się wyłącznie jako osoba z określonym stażem. Powinien przedstawiać się jako specjalista od konkretnych problemów i wyzwań.

To jest szczególnie ważne na ukrytym rynku pracy. Firma może nie mieć jeszcze nazwy stanowiska, ale może mieć problem. Kandydat, który potrafi nazwać swoją wartość, ma szansę wejść do rozmowy. Kandydat, który tylko wymienia stanowiska, pozostawia firmie zadanie odgadnięcia, do czego właściwie może się przydać.

Dla kogo ukryty rynek pracy jest szczególnie ważny

Ukryty rynek pracy ma duże znaczenie przy stanowiskach menedżerskich. Firmy ograniczają ryzyko, korzystają z rekomendacji, zlecają direct search i prowadzą poufne procesy. Im wyższe stanowisko, tym częściej ważne stają się reputacja, wcześniejsze wyniki i sieć relacji.

Duże znaczenie ma także przy stanowiskach eksperckich i niszowych. Jeśli na rynku jest niewiele osób z określoną specjalizacją, firma nie będzie czekać wyłącznie na aplikacje. Sama zacznie szukać kandydatów.

Podobnie działa to w sprzedaży B2B, consultingu, nowych technologiach i branżach opartych na reputacji. W tych obszarach wiedza o rynku oraz relacje mają szczególnie duże znaczenie.

Ukryty rynek pracy jest również istotny w małych i średnich firmach. Właściciel albo menedżer często nie uruchamia rozbudowanego procesu rekrutacyjnego. Najpierw pyta znajomych, pracowników, klientów i dostawców.

Duże znaczenie ma także dla osób, które chcą zmienić branżę albo stworzyć dla siebie mniej typową rolę. W takich sytuacjach gotowe ogłoszenia mogą nie odpowiadać dokładnie ich profilowi. Potrzebna jest rozmowa o wartości i problemach firmy.

Mniejsze znaczenie ukryty rynek pracy ma przy rekrutacjach masowych, pracy sezonowej, stanowiskach juniorskich, administracji publicznej, dużych programach stażowych oraz procesach wymagających pełnej formalizacji.

Nie znaczy to, że relacje nie mają tam żadnego znaczenia. Nie należy jednak budować strategii wyłącznie na networkingu.

Jak przygotować się do działania na ukrytym rynku pracy

Przygotowanie należy zacząć od określenia własnego produktu zawodowego. Nie chodzi o traktowanie człowieka jak towaru. Chodzi o umiejętność jasnego wyjaśnienia, co umiemy i komu może się to przydać.

Dobry komunikat zawodowy powinien odpowiadać na pięć pytań:

  1. Kim jestem zawodowo?
  2. W czym jestem dobry?
  3. Jakie problemy rozwiązuję?
  4. Jakie mam dowody skuteczności?
  5. Jakiego rodzaju roli szukam?

Kolejnym krokiem jest stworzenie listy firm. Nie należy czekać wyłącznie na ogłoszenia. Warto wybrać organizacje, w których nasze doświadczenie może być potrzebne.

Można sprawdzić, czy firma rośnie, otwiera nowe oddziały, wdraża system, rozwija sprzedaż, zmienia strukturę albo wchodzi na nowy rynek. Każda taka sytuacja może prowadzić do potrzeby zatrudnienia.

Następnie warto przyjrzeć się własnej sieci kontaktów. Nie tylko najbliższym znajomym. Cenne informacje często pochodzą od byłych współpracowników, klientów, dostawców, osób poznanych podczas projektów, szkoleń i wydarzeń branżowych.

Nie należy od razu pytać o pracę. Lepiej poprosić o krótką rozmowę i spróbować zrozumieć sytuację firmy albo branży.

Można zapytać:

„Jakie kompetencje są obecnie najbardziej potrzebne w Waszym obszarze?”

„Czy firma planuje rozwijać ten zespół?”

„Z jakimi problemami najczęściej mierzą się obecnie menedżerowie w tej branży?”

„Z kim warto porozmawiać, żeby lepiej zrozumieć ten obszar?” Takie pytania dają wiedzę i budują relację. Nie zmieniają rozmówcy w pośrednika pracy.

Jakich błędów nie popełniać

Najczęstszym błędem jest rozpoczynanie od kontaktowania się z ludźmi bez jasnego określenia celu. Kandydat informuje, że szuka pracy, ale nie wiadomo, jakiej pracy, w jakiej branży i z jakim zakresem odpowiedzialności.

Drugim błędem jest masowe wysyłanie identycznych wiadomości. Networking nie polega na wklejeniu tego samego tekstu do stu osób. Odbiorcy szybko rozpoznają wiadomość, która nie została napisana do nich.

Kolejny błąd to proszenie obcych osób o polecenie. Polecenie opiera się na zaufaniu. Trudno oczekiwać, że ktoś zarekomenduje osobę, której nie zna.

Nie należy także agresywnie omijać HR. Kontakt z potencjalnym przełożonym może mieć sens, ale nie powinien polegać na sugerowaniu, że dział rekrutacji jest przeszkodą. HR uczestniczy w procesie z określonego powodu. Kandydat, który od początku próbuje obchodzić procedury, może zostać odebrany jako osoba problematyczna.

Błędem jest również przesadne skupienie na budowaniu kontaktów bez rozwijania kompetencji. Networking nie zastępuje przygotowania. Relacja może otworzyć drzwi, ale później trzeba jeszcze pokazać, że potrafimy wykonać pracę.

Nie warto także wierzyć w gotowe skrypty, które mają działać w każdej branży i na każdym poziomie stanowiska. Wiadomość do właściciela małej firmy powinna wyglądać inaczej niż kontakt z dyrektorem dużej korporacji.

Jawny i ukryty rynek pracy powinny działać razem

Najlepsza strategia nie polega na wyborze między ogłoszeniami a networkingiem.

Warto aplikować na dobrze dobrane oferty. Warto rozmawiać z ludźmi. Warto budować widoczność. Warto kontaktować się z firmami, które mogą potrzebować naszych kompetencji. Warto też dbać o profil, dzięki któremu rekruterzy mogą nas znaleźć.

Ukryty rynek pracy nie zastępuje jawnego rynku pracy. On go uzupełnia.

Kandydat, który ogranicza się do portali z ogłoszeniami, widzi tylko część możliwości. Kandydat, który całkowicie rezygnuje z ogłoszeń i wierzy wyłącznie w networking, również ogranicza swoje szanse.

Potrzebne jest połączenie kilku kanałów i konsekwentne działanie.

Ukryty rynek pracy w duchu 3P

Do ukrytego rynku pracy można podejść zgodnie z filozofią 3P: Prostota, Porządek i Proaktywność.

Prostota oznacza jasne określenie, kim jesteśmy zawodowo, w czym jesteśmy dobrzy i jakie problemy rozwiązujemy. Bez tworzenia pięciu różnych wersji siebie na każdą okazję.

Porządek oznacza przygotowanie listy firm, listy kontaktów, profilu zawodowego i systemu prowadzenia działań. Warto wiedzieć, do kogo napisaliśmy, kiedy odbyła się rozmowa i kiedy należy wrócić z kolejnym kontaktem.

Proaktywność oznacza, że nie czekamy wyłącznie na idealne ogłoszenie. Rozmawiamy z rynkiem, sprawdzamy sytuację firm, budujemy relacje i pokazujemy własną wartość.

Nie potrzebujemy tajnego kodu. Potrzebujemy jasności, systemu i działania.

Ukryty rynek pracy nie jest tajemnicą

Ukryty rynek pracy istnieje. Firmy korzystają z poleceń, direct search, rekrutacji poufnych, kandydatów wewnętrznych i nieformalnych rozmów. Część stanowisk nigdy nie trafia do publicznych ogłoszeń. Część pojawia się publicznie dopiero wtedy, gdy proces już trwa.

Nie oznacza to jednak, że 80% ofert czeka w tajnej bazie dostępnej dla wybranych. Sugerowanie, że ktoś posiada do niej specjalny dostęp, jest zwyczajnym naciąganiem ludzi.

Najważniejsze nie jest dotarcie do ukrytej oferty. Najważniejsze jest przygotowanie się do rozmowy wtedy, gdy pojawi się potrzeba.

Trzeba wiedzieć, w jakiej pracy czujemy się najlepiej, w czym jesteśmy dobrzy i jakie problemy potrafimy rozwiązywać. Trzeba umieć przedstawić doświadczenie jako wartość dla firmy.

Szczególnie przy większym doświadczeniu zawodowym nie wystarczy powiedzieć, jakie stanowiska zajmowaliśmy. Trzeba powiedzieć, specjalistą od jakich problemów jesteśmy.

Rynek pracy nie jest wyłącznie jawny albo ukryty. Rynek pracy jest relacyjny. Kto jest konkretny, widoczny i wiarygodny, ten ma większą szansę usłyszeć o potrzebie firmy, zanim stanie się ona kolejnym ogłoszeniem ze stu aplikacjami.

Nie szukaj bezpiecznego zawodu. Zbuduj bezpieczniejszy sposób podejmowania decyzji

Coraz częściej słyszę od ludzi, z którymi pracuję:

„Chciałbym wybrać taki zawód, który da mi bezpieczeństwo na przyszłość”.

W tym zdaniu zwykle nie chodzi tylko o pracę. Kryje się za nim lęk przed popełnieniem błędu, utratą czasu, koniecznością zaczynania wszystkiego od początku. Czasem również zmęczenie człowieka, który już kilka razy próbował się odnaleźć i nie chce po raz kolejny usłyszeć, że powinien się przebranżowić, nauczyć czegoś nowego albo jeszcze bardziej nad sobą popracować.

Rozumiem ten lęk.

Codziennie docierają do nas informacje o tym, że sztuczna inteligencja zabierze część miejsc pracy, niektóre stanowiska znikną, a inne dopiero powstaną. Pojawiają się listy zawodów przyszłości, kompetencji przyszłości i branż, do których trzeba wejść teraz, zanim zrobią to inni.

Łatwo zacząć wierzyć, że gdzieś istnieje jedna właściwa odpowiedź. Wystarczy ją znaleźć, podjąć odpowiednią decyzję i zapewnić sobie spokój na następne kilkanaście lat.

Obawiam się jednak, że takiej odpowiedzi nie ma.

Po prostu w świecie, który zmienia się tak szybko, nikt uczciwy nie może nam zagwarantować, że konkretny zawód, branża albo specjalizacja zapewnią trwałe bezpieczeństwo.

Możemy natomiast zbudować coś innego.

Możemy zbudować sposób podejmowania decyzji, który pozwoli nam nie tracić siebie za każdym razem, gdy świat ponownie zmieni zasady gry.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - jak wybrać zawód przyszłości - kariera - podejmowanie decyzji

Kiedy nie wiesz, dokąd zmierzasz, każdy trend wydaje się ważny

Kiedy nie wiesz, dokąd zmierzasz, każdy trend wydaje się ważny

Niedawno otrzymałem wiadomość dotyczącą podejmowania decyzji w firmach działających w warunkach niepewności. Jedna z zawartych w niej myśli szczególnie mnie zatrzymała.

Firma, która nie wie, dokąd zmierza i co jest dla niej naprawdę ważne, zaczyna reagować na każdy trend. Wdraża nowe narzędzia, uruchamia kolejne projekty i próbuje nadążyć za tym, o czym akurat najwięcej się mówi. Nie zawsze zadaje sobie jednak podstawowe pytanie: jaki problem chcemy w ten sposób rozwiązać?

Pomyślałem wtedy, że dokładnie ten sam mechanizm widzę u ludzi podejmujących decyzje zawodowe.

Kiedy nie wiesz, jaki rodzaj pracy jest dla ciebie odpowiedni, każda nowa specjalizacja może wyglądać jak szansa.

  • AI? Trzeba nauczyć się AI.
  • Cyberbezpieczeństwo? Tam podobno będzie praca.
  • Analiza danych? Wszyscy mówią, że to przyszłość.
  • Zarządzanie projektami? Może warto zrobić certyfikat.

Każdy z tych kierunków może mieć sens. Nie każdy jednak będzie miał sens dla ciebie.

Kiedy nie znamy dobrze siebie, łatwo pomylić zainteresowanie nowym tematem z gotowością do wykonywania konkretnej pracy. Podoba nam się opowieść o zawodzie, ale niewiele wiemy o jego codzienności. Widzimy potencjalne zarobki, ale nie widzimy monotonii, presji, odpowiedzialności ani rodzaju zadań, które trzeba wykonywać przez większość dnia.

Strach potrafi bardzo dobrze udawać ambicję

Łatwo powiedzieć sobie, że chcemy się rozwijać. Trudniej sprawdzić, co naprawdę stoi za potrzebą kolejnego kursu, certyfikatu albo zmiany kierunku.

Czy rzeczywiście interesuje mnie ta dziedzina?

Czy widzę w niej problemy, które chcę rozwiązywać?

Czy wyobrażam sobie codzienność tej pracy?

Czy może po prostu boję się, że zostanę w tyle?

Ten ostatni powód pojawia się częściej, niż chcemy przyznać.

Strach potrafi bardzo dobrze udawać ambicję. Każe nam być ciągle w ruchu, zdobywać kolejne kompetencje, zapisywać się na następne szkolenia i porównywać się z ludźmi, którzy już robią coś nowego.

Z zewnątrz wygląda to jak rozwój.

W środku coraz częściej pojawia się chaos.

Im więcej możliwości poznajemy, tym mniej wiemy, którą wybrać. Im więcej się uczymy, tym bardziej wydaje nam się, że wciąż wiemy za mało. Im mocniej próbujemy zabezpieczyć przyszłość, tym częściej odkładamy decyzję, którą moglibyśmy podjąć dzisiaj.

Nie każda aktywność jest ruchem do przodu.

Czasem jest tylko bardziej elegancką formą stania w miejscu.

Znam ludzi, którzy nie wybrali swojej kariery

Znam wiele osób, które nie podjęły jednej świadomej decyzji o tym, jak chcą budować swoją karierę.

One się w niej stopniowo znalazły.

Ktoś zaproponował pierwszą pracę. Później pojawił się awans. Następnie kolejna firma zaoferowała nieco lepsze wynagrodzenie. Z czasem doświadczenie zaczęło prowadzić w coraz węższą stronę.

Po dziesięciu albo piętnastu latach człowiek odkrywa, że ma kompetencje, stanowisko i przyzwoite pieniądze, ale nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nadal chce wykonywać tę pracę.

Nie zawsze musi to oznaczać kryzys. Nie każda kariera musi być wynikiem wielkiego planu. Życie często układa się inaczej, niż zakładaliśmy, i czasami przypadek prowadzi nas w dobre miejsce.

Problem zaczyna się wtedy, gdy przez lata nie sprawdzamy już, czy nadal chcemy iść tą drogą.

Przyjmujemy kolejne propozycje, ponieważ są dostępne. Rozwijamy kompetencje, ponieważ są potrzebne w obecnej firmie. Zgadzamy się na coraz większą odpowiedzialność, ponieważ ktoś uznał, że sobie poradzimy.

I rzeczywiście sobie radzimy.

Tylko że radzenie sobie to jeszcze nie to samo co dobre życie.

Można być bardzo skutecznym w pracy, która stopniowo odbiera energię. Można osiągać dobre wyniki w roli, której nigdy świadomie się nie wybrało. Można przez lata budować karierę, a potem zorientować się, że zbudowaliśmy ją głównie z oczekiwań innych ludzi.

Nie musisz znać nazwy zawodu. Powinieneś znać siebie trochę lepiej

W rozmowach o karierze często pojawia się presja, aby nazwać konkretny zawód.

„Co dokładnie chcesz robić?”

„Na jakie stanowisko aplikujesz?”

„Jaki jest twój cel zawodowy?”

To ważne pytania, ale czasami pojawiają się zbyt wcześnie.

Nie każdy od razu wie, czy chce zostać analitykiem, projektantem, menedżerem, specjalistą HR albo konsultantem. Czasem uczciwa odpowiedź brzmi: jeszcze nie wiem.

Nie oznacza to jednak, że niczego o sobie nie wiemy.

Możemy nie znać nazwy zawodu, ale powinniśmy coraz lepiej rozumieć warunki, w których chcemy pracować.

  • Czy chcę pracować przede wszystkim z ludźmi, informacjami, procesami czy konkretnymi przedmiotami?
  • Czy potrzebuję dużej samodzielności, czy wolę jasno określone zasady?
  • Czy dobrze funkcjonuję w ciągłej zmianie, czy potrzebuję większej przewidywalności?
  • Czy chcę zarządzać ludźmi, czy wolę odpowiadać za własny obszar?
  • Czy potrzebuję poczucia wpływu, stabilności, twórczości, uznania, wysokich zarobków, a może większej ilości czasu poza pracą?

Nie chodzi o stworzenie idealnego obrazu wymarzonej pracy. Taka praca często nie istnieje.

Chodzi o to, żeby wiedzieć, czego nie chcemy już dłużej ignorować.

Jeżeli źle znosisz ciągłą presję sprzedażową, nie wybieraj sprzedaży tylko dlatego, że można w niej dobrze zarobić.

Jeżeli wielogodzinna praca z dokumentami odbiera ci energię, nie próbuj przekonać siebie, że analiza danych będzie idealnym kierunkiem tylko dlatego, że rynek jej potrzebuje.

Jeżeli cenisz przewidywalność i spokojne tempo, nie buduj kariery przedsiębiorcy wyłącznie dlatego, że internet sprzedaje przedsiębiorczość jako jedyną drogę do wolności.

Nie chodzi o to, żeby unikać trudności.

Chodzi o to, żeby nie budować całego życia na wojnie z własną naturą.

Rynek nie płaci za mocne strony

Często mówimy o mocnych stronach.

Jestem komunikatywny. Dobrze pracuję z ludźmi. Potrafię analizować. Szybko się uczę. Jestem odpowiedzialny.

To dobry początek, ale rynek nie płaci za samo posiadanie mocnych stron. Płaci za to, co dzięki nim potrafimy zrobić.

Dlatego ważniejsze od pytania „Jakie są moje mocne strony?” jest pytanie:

  • „Co dzięki mnie działa lepiej?”
  • Czy potrafię uporządkować chaos?
  • Czy umiem wyjaśnić trudny temat w prosty sposób?
  • Czy ludzie podejmują dzięki mnie lepsze decyzje?
  • Czy potrafię zauważyć problem, zanim stanie się kryzysem?
  • Czy doprowadzam sprawy do końca?
  • Czy pomagam ludziom przejść przez zmianę?
  • Czy potrafię zbudować zaufanie, które ułatwia współpracę?
  • Czy widzę rozwiązania tam, gdzie inni widzą wyłącznie ograniczenia?

To nie są tylko ładne pytania do autorefleksji. Odpowiedzi powinny prowadzić do konkretnych przykładów.

Jeżeli mówisz, że potrafisz porządkować chaos, pokaż sytuację, w której rzeczywiście to zrobiłeś. Jeżeli twierdzisz, że dobrze pracujesz z ludźmi, zastanów się, co dzięki tobie zmienia się w ich działaniu. Jeżeli jesteś dobry w rozwiązywaniu problemów, nazwij problemy, z którymi inni zaczynają sobie radzić właśnie dlatego, że pojawiłeś się w zespole.

Stanowiska będą się zmieniać.

Narzędzia będą się zmieniać.

Nazwy zawodów również będą się zmieniać.

Zdolność do rozwiązywania ważnych problemów pozostanie jednak jednym z najtrwalszych źródeł wartości.

AI nie jest jedynym problemem

Nie chcę bagatelizować wpływu sztucznej inteligencji na rynek pracy. Część zadań zniknie. Inne zostaną znacząco ograniczone. Niektóre stanowiska zmienią się tak mocno, że pozostanie z nich właściwie tylko nazwa.

Jednocześnie mam wrażenie, że AI stała się wygodnym symbolem wszystkich naszych lęków dotyczących przyszłości.

Łatwiej zapytać: „Czy AI zabierze mi pracę?”, niż zadać sobie pytanie: „Czy w obecnej pracy nadal się rozwijam i buduję wartość, która będzie potrzebna również poza tą firmą?”.

Łatwiej obawiać się technologii niż przyznać, że od kilku lat wykonujemy powtarzalne zadania i nie rozwijamy żadnej nowej kompetencji.

Łatwiej czytać kolejne prognozy niż sprawdzić, które elementy naszej pracy już dziś można uprościć, zautomatyzować albo wykonać inaczej.

AI jest realną zmianą. Nie może jednak stać się usprawiedliwieniem dla paraliżu.

Warto pytać nie tylko o to, które zadania przejmą narzędzia. Warto również zastanowić się, czego technologia jeszcze długo nie zrobi bez kontekstu, odpowiedzialności, zaufania, oceny sytuacji i rozumienia drugiego człowieka.

Nie chodzi o to, żeby pocieszać się hasłem, że „człowiek zawsze będzie potrzebny”.

Nie każdy człowiek będzie potrzebny w każdej roli.

Potrzebny będzie ten, kto potrafi połączyć swoją wiedzę z nowymi narzędziami, rozumie problem, za który odpowiada, i nie ogranicza swojej wartości do wykonywania czynności, które łatwo można powtórzyć.

Kolejne studia mogą być rozwojem. Mogą też być schronieniem

Zdarza mi się pracować z osobami, które mówią:

„Może pójdę jeszcze na studia”.

„Może zrobię drugi kierunek”.

„Może rozpocznę doktorat”.

„Będę miał większą wiedzę i wtedy łatwiej znajdę pracę”.

Czasami to bardzo dobry pomysł. Dodatkowe studia mogą otworzyć drogę do nowego zawodu, uporządkować wiedzę albo dać dostęp do środowiska, w którym naprawdę chcemy się rozwijać.

Nie zawsze jednak większa liczba dyplomów zwiększa naszą wartość na rynku pracy.

Czasami kolejne studia pełnią inną funkcję.

Pozwalają nie podejmować decyzji.

Przez następne dwa, trzy albo cztery lata można pozostać osobą, która jeszcze się przygotowuje. Nie trzeba wystawić swoich kompetencji na ocenę rynku. Nie trzeba wybrać jednego kierunku. Nie trzeba sprawdzić, czy pomysł rzeczywiście ma sens.

Nauka daje wtedy poczucie ruchu. Zapełnia kalendarz. Pozwala opowiadać sobie i innym, że coś robimy.

Tylko czy naprawdę zbliżamy się do pracy, którą chcemy wykonywać?

To trudne pytanie, ponieważ odpowiedź może być niewygodna.

Być może nie potrzebujesz kolejnego kierunku studiów. Być może potrzebujesz wysłać pierwszą aplikację, porozmawiać z kimś z branży, pokazać swoją pracę, zrealizować projekt albo przyznać, że dotychczasowy pomysł nie był dobry.

Być może kolejny dyplom nie zmniejszy twojego lęku.

Jedynie odsunie moment, w którym będziesz musiał sprawdzić siebie w praktyce.

Nie każda decyzja musi być ostateczna

Wiele osób nie podejmuje decyzji zawodowej, ponieważ traktuje ją jak przysięgę na całe życie.

Jeżeli wybiorę ten kierunek, zamknę sobie inne drogi.

Jeżeli rozpocznę nową pracę i okaże się ona pomyłką, stracę czas.

Jeżeli zrezygnuję po roku, będzie to wyglądało jak porażka.

W ten sposób jedna decyzja zaczyna ważyć więcej, niż powinna.

Tymczasem wybór zawodowy może być hipotezą, którą sprawdzamy.

Możesz porozmawiać z osobami wykonującymi daną pracę. Nie tylko o zarobkach i możliwościach rozwoju, ale o zwykłym dniu. O zadaniach, które są monotonne. O konfliktach. O presji. O tym, z czym ludzie zmagają się po dwóch albo pięciu latach.

Możesz wykonać mały projekt. Spróbować nowego zadania w obecnej firmie. Pomóc komuś znajomemu. Przejść krótkie szkolenie. Sprawdzić, czy interesuje cię rzeczywisty problem, a nie jedynie atrakcyjna nazwa zawodu.

Nie musisz od razu wiedzieć, czy chcesz robić to przez następne dwadzieścia lat.

Powinieneś wiedzieć, co chcesz sprawdzić w ciągu następnych trzech miesięcy.

Własny filtr decyzyjny

Firmy potrzebują struktury, która pomaga im odróżnić ważne sygnały od chwilowego szumu.

Człowiek również potrzebuje takiego filtra.

Kiedy rozważasz nowy kierunek, warto sprawdzić, czy wiesz, jaki problem chcesz rozwiązywać, dla kogo ma on znaczenie i dlaczego akurat ty możesz być w tym użyteczny.

Warto zobaczyć, czy codzienność tej pracy pasuje do twojego sposobu działania. Czy masz już kompetencje, na których możesz budować. Czy nowe umiejętności poszerzą twoje możliwości również poza jedną firmą albo jednym stanowiskiem.

Wreszcie warto zapytać, jak możesz przetestować ten kierunek, zanim zainwestujesz w niego kilka lat życia.

Nie zawsze potrzebujesz więcej informacji.

Czasem potrzebujesz kilku własnych kryteriów, dzięki którym odrzucisz informacje, które nie mają dla ciebie znaczenia.

Dobra decyzja nie polega na tym, że rozważysz wszystkie możliwe opcje.

Polega także na tym, że świadomie z części z nich zrezygnujesz.

To samo dzieje się poza pracą

Szum informacyjny nie kończy się na rynku pracy.

Jesteśmy zalewani poradami dotyczącymi zdrowia, relacji, finansów, odpoczynku, produktywności i sposobu życia.

Powinniśmy wcześniej wstawać, więcej ćwiczyć, lepiej się odżywiać, medytować, inwestować, rozwijać markę osobistą, podróżować i jeszcze znaleźć czas na spokojne życie.

Każda z tych rad może mieć sens.

Problem pojawia się wtedy, gdy próbujemy zastosować je wszystkie.

Wdrażamy kolejny system produktywności, chociaż problemem nie jest brak organizacji, tylko zbyt duża liczba obowiązków.

Próbujemy jeszcze lepiej zarządzać czasem, chociaż tak naprawdę nie potrafimy odmówić ludziom, którzy wciąż dokładają nam nowe zadania.

Rozwijamy siebie bez końca, ale coraz rzadziej pytamy, czy nadal podoba nam się życie, które w ten sposób tworzymy.

Kiedy nie wiemy, co jest dla nas ważne, zaczynamy realizować cudze pomysły na dobre życie.

Możemy być wtedy bardzo zdyscyplinowani, a jednocześnie coraz bardziej oddaleni od siebie.

Nie szukaj pewności, której nikt nie może ci dać

Nie znajdziesz zawodu, który zagwarantuje ci, że nic się już nie zmieni.

Nie znajdziesz studiów, które raz na zawsze zabezpieczą twoją przyszłość.

Nie znajdziesz raportu, który dokładnie opisze rynek pracy za dziesięć lat.

Możesz jednak lepiej poznać siebie.

Możesz wiedzieć, w jakich warunkach dobrze pracujesz, jakie problemy potrafisz rozwiązywać i czego jesteś gotowy się nauczyć. Możesz obserwować zmiany bez reagowania na każdy alarm. Możesz podejmować decyzje, testować je i korygować bez traktowania każdej zmiany jak osobistej porażki.

To nie daje pełnej pewności.

Daje jednak coś, co w dzisiejszym świecie może być znacznie cenniejsze.

Daje poczucie, że nawet jeżeli warunki się zmienią, nie zaczynasz za każdym razem od zera.

Masz doświadczenie. Masz świadomość siebie. Masz umiejętność uczenia się. Potrafisz rozpoznać, co jest ważne, a co jest tylko kolejnym głośnym trendem.

I przede wszystkim nie oddajesz całej odpowiedzialności za swoje życie rynkowi, pracodawcy ani technologii.

Nie musisz wiedzieć, co będziesz robić za dziesięć lat.

Dobrze jednak wiedzieć, dlaczego robisz kolejny krok właśnie teraz.

I czy ten krok naprawdę prowadzi cię w twoją stronę.

Krzywa szczęścia. Dlaczego po pięćdziesiątce życie może nabrać lekkości

Kiedy jesteśmy dziećmi, bardzo często marzymy o tym, żeby wreszcie być dorosłym. Wydaje nam się, że dorosłość to wolność, niezależność, decydowanie o sobie, brak szkoły, brak pracy domowej, brak klasówek i brak tego nieśmiertelnego zdania: „najpierw obowiązki, potem przyjemności”.

Patrzymy wtedy na dorosłych i myślimy: „Oni to mają dobrze”. Mogą iść spać, kiedy chcą. Mogą jeść, co chcą. Mogą kupić sobie, co chcą. Mogą sami decydować, gdzie pójdą, z kim się spotkają i czy w ogóle odrobią lekcje. Naiwność dzieciństwa ma w sobie coś wzruszającego, ale też coś bardzo ludzkiego. Zawsze wydaje nam się, że prawdziwe życie zacznie się dopiero za chwilę. Po szkole. Po studiach. Po pierwszej pracy. Po awansie. Po zakupie mieszkania. Po odchowaniu dzieci. Po spłacie kredytu. Po przejściu na emeryturę.

A potem przychodzi dorosłość i mówi klasyczne: „sprawdzam”.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - krzywa szczęścia - druga połowa życia - życie po 50 - szczęście a wiek

Dzieciństwo, które doceniamy dopiero po latach

Z perspektywy dorosłego człowieka to, co kiedyś wydawało się dramatem, często okazuje się czasem beztroski. Oczywiście nie dla każdego dzieciństwo było łatwe i szczęśliwe. Nie ma sensu lukrować rzeczywistości. Ale wielu z nas zna ten moment, kiedy po latach patrzymy wstecz i myślimy: „Serio? Największym problemem było to, że trzeba było nauczyć się geografii na jutro?”.

Dorosłość jest inna. Dorosłość nie pyta, czy masz ochotę. Dorosłość przynosi rachunki, zdrowie, pracę, relacje, kredyty, decyzje, rozstania, opiekę nad bliskimi, odpowiedzialność za dzieci, odpowiedzialność za rodziców, odpowiedzialność za siebie. I jeszcze ten cudowny dodatek specjalny, czyli konieczność udawania, że mniej więcej wiemy, co robimy.

W praktyce często po prostu idziemy do przodu. Rozwiązujemy bieżące problemy, ogarniamy kolejne sprawy, gasimy pożary, stawiamy następny krok. Życie nie zawsze przypomina pięknie rozpisany plan strategiczny. Czasem bardziej przypomina próbę złożenia mebla z instrukcją po szwedzku, gdy w pudełku brakuje dwóch śrubek, a do tego kot siedzi na blacie.

Skąd wzięła się krzywa szczęścia

W tym miejscu pojawia się tak zwana krzywa szczęścia. Najprościej mówiąc, jest to koncepcja, według której poziom subiektywnego dobrostanu w życiu człowieka często układa się w kształt litery U. W młodości bywa relatywnie wysoki, potem stopniowo spada, osiąga niższy punkt w wieku średnim, a następnie znowu zaczyna rosnąć.

Jednym z najbardziej znanych badań na ten temat jest praca Davida G. Blanchflowera i Andrew J. Oswalda, opublikowana jako artykuł „Is well-being U-shaped over the life cycle?”. Autorzy analizowali dane dotyczące około 500 tysięcy osób ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej. Ich wniosek był taki, że dobrostan psychologiczny układa się w kształt litery U, a jego minimum przypada mniej więcej na środek życia, często na okolice późnych lat czterdziestych.

Późniejsze badania Davida G. Blanchflowera rozszerzały tę analizę na większą liczbę krajów. W artykule dotyczącym 145 krajów autor ponownie wskazywał, że krzywa szczęścia pojawia się w wielu różnych społeczeństwach, a niższy punkt dobrostanu przypada mniej więcej na okolice pięćdziesiątego roku życia.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - krzywa szczęścia wykres - druga połowa życia - życie po 50 - szczęście a wiek

Warto jednak od razu dodać ważne zastrzeżenie. Krzywa szczęścia nie jest prawem fizyki. To nie jest tak, że każdy człowiek w 47 urodziny budzi się rano, patrzy w lustro i mówi: „No dobra, od dziś oficjalnie jestem na dnie litery U”. Badania pokazują tendencję statystyczną, a nie osobisty wyrok. Istnieją też głosy krytyczne. Niektórzy badacze wskazywali, że kształt krzywej zależy od metodologii, od użytych zmiennych kontrolnych i od tego, jak dokładnie zadajemy pytania o szczęście lub dobrostan.

Są również badania podłużne, czyli takie, które śledzą zmiany u tych samych osób w czasie. One także znalazły wsparcie dla tezy, że w wieku średnim może pojawiać się niższy punkt dobrostanu. To ważne, bo badania przekrojowe porównują różne osoby w różnym wieku, a badania podłużne pozwalają lepiej zobaczyć zmianę w czasie u tych samych ludzi.

I jeszcze jedna rzecz, bardzo aktualna. Nowsze prace Blanchflowera i współautorów pokazują, że klasyczny obraz krzywej szczęścia może się zmieniać z powodu pogarszającego się zdrowia psychicznego młodych ludzi. W badaniach z 2024 i 2025 roku autorzy piszą, że w wielu danych dawny wzorzec, w którym złe samopoczucie osiągało szczyt w wieku średnim, został zastąpiony przez wzorzec, w którym najwięcej trudności zgłaszają młodsi ludzie.

To bardzo ważne, bo pokazuje, że o krzywej szczęścia trzeba mówić z dystansem. Nie jako o bajce pod tytułem „po pięćdziesiątce wszystko będzie super”, tylko jako o pewnej prawidłowości, która może nam pomóc lepiej zrozumieć własne życie.

Wiek średni, czyli życie bierze od nas kaucję

Wiek średni bywa trudny nie dlatego, że nagle człowiek robi się mniej zdolny do szczęścia. Bywa trudny, bo w tym czasie zbiegają się różne zobowiązania. Dzieci jeszcze nas potrzebują albo dopiero zaczynają opuszczać dom. Kariera wymaga uwagi. Związek przechodzi swoje kolejne testy. Ciało zaczyna wysyłać pierwsze komunikaty, że gwarancja producenta nie była jednak dożywotnia. Rodzice zaczynają się starzeć. A my często nadal próbujemy być dzielni, skuteczni, ogarnięci i jeszcze najlepiej uśmiechnięci.

Wiele osób czeka na moment, kiedy dzieci dorosną i staną się samodzielne. Dla jednych to zapowiedź wolności. Wreszcie będzie można skupić się na sobie, podróżować, rozwijać pasje, odgruzować związek, wrócić do marzeń, które przez lata czekały cierpliwie w szufladzie. Dla innych to moment niepokoju. Pusty dom może oznaczać ciszę, z którą nie wiadomo, co zrobić. Może pojawić się pytanie: „Kim jestem, kiedy już nie jestem codziennie potrzebny w taki sam sposób?”.

Ale życie lubi mieć poczucie humoru. Czasem ledwo zaczynamy czuć, że odzyskujemy przestrzeń, a już pojawia się drugi przełom. Dzieci wychodzą z domu, ale rodzice zaczynają wymagać większej opieki, uwagi i zaangażowania. Niby odzyskaliśmy wolność od jednych zobowiązań, a za chwilę pojawiają się kolejne. Tyle że tym razem nie chodzi o wywiadówkę, tylko o lekarzy, leki, rehabilitację, samotność, administrację i coraz trudniejsze rozmowy o przemijaniu.

To jest ten moment, w którym człowiek może poczuć się jak kanapka odpowiedzialności. Z jednej strony dzieci, z drugiej rodzice, a w środku my, często z własnym zmęczeniem, własnymi potrzebami i własnym pytaniem: „A gdzie w tym wszystkim jestem ja?”.

Druga część krzywej

Najbardziej optymistyczne w krzywej szczęścia jest to, że ona po pewnym czasie zaczyna iść w górę. Nie dlatego, że życie nagle staje się łatwe. Raczej dlatego, że my zaczynamy inaczej na nie patrzeć.

Z wiekiem coraz częściej przestajemy wierzyć, że szczęście mieszka wyłącznie na zewnątrz. W pierwszej połowie życia łatwo pomylić szczęście z osiągnięciem. Z pozycją. Z pieniędzmi. Z mieszkaniem. Z prestiżem. Z liczbą osób, które nas podziwiają, zapraszają, lajkują albo cytują. To jest zrozumiałe. W pierwszej połowie życia budujemy swoją pozycję w świecie. Sprawdzamy, co potrafimy. Walczymy o miejsce. Udowadniamy sobie i innym, że damy radę.

Tylko że po pewnym czasie przychodzi pytanie: „No dobrze, ale jak ja się z tym wszystkim czuję?”.

I to pytanie jest bardzo ważne. Bo można mieć dużo, a czuć mało. Można wiele osiągnąć, a jednocześnie zgubić siebie. Można mieć piękny życiorys, ale wewnętrznie żyć w trybie ciągłego napięcia. Można też mieć życie bardzo zwyczajne, bez fajerwerków, a doświadczać głębokiego spokoju.

W psychologii starzenia istnieje teoria selektywności społeczno-emocjonalnej Laury Carstensen. W dużym uproszczeniu mówi ona, że kiedy ludzie zaczynają bardziej czuć ograniczoność czasu, ich cele się zmieniają. Mniej inwestują w to, co przypadkowe, dalekie i zewnętrzne, a bardziej w to, co emocjonalnie znaczące. W relacje, które są prawdziwe. W doświadczenia, które karmią. W spokój, którego już nie chce się oddawać za byle co.

To może być jeden z powodów, dla których druga część krzywej szczęścia bywa dla wielu osób lepsza. Nie dlatego, że znika ból, strata i trudność. Tylko dlatego, że człowiek zaczyna mądrzej wybierać, czym się przejmować.

Po pięćdziesiątce człowiek ma bardziej wylane

Spotkałem się kiedyś z powiedzeniem osoby po pięćdziesiątce, która stwierdziła, że jest teraz jak gołąb, bo sra na wszystko. Mało eleganckie? Oczywiście. Trafne? W pewnym sensie bardzo.

Nie chodzi o obojętność. Nie chodzi o cynizm. Nie chodzi o to, żeby przestać się troszczyć. Chodzi raczej o zdrowe odpuszczenie. O rezygnację z dramatów, które nie są warte naszej energii. O wyjście z automatu zadowalania wszystkich. O koniec naginania się do oczekiwań ludzi, którzy i tak zawsze będą mieli jakieś „ale”.

Po pięćdziesiątce wielu ludzi zaczyna rozumieć, że życie nie będzie trwało nieskończenie długo. I paradoksalnie ta świadomość może dawać spokój. Skoro czas jest ograniczony, to może nie warto go marnować na relacje, które nas drenują. Może nie warto brać udziału w każdej awanturze. Może nie warto udowadniać swojej wartości ludziom, którzy nie są naszymi ludźmi. Może nie warto już tak bardzo zabiegać o akceptację świata, który sam często nie wie, czego chce.

To nie jest rezygnacja z życia. To jest powrót do życia. Bardziej po swojemu.

Krzywa szczęścia a filozofia 3P

Dla mnie krzywa szczęścia dobrze łączy się z prostotą, porządkiem i proaktywnością. Prostota pomaga zobaczyć, co naprawdę jest ważne. Porządek pomaga oddzielić własne potrzeby od hałasu świata. Proaktywność przypomina, że nie muszę czekać, aż życie samo się ułoży, bo mogę świadomie wpływać na to, jak żyję.

Prostota w drugiej połowie życia może oznaczać mniej rzeczy, mniej udawania, mniej przypadkowych zobowiązań i mniej relacji, które są tylko kalendarzowym obowiązkiem.

Porządek może oznaczać uczciwe poukładanie spraw. Zdrowia, finansów, relacji, pracy, odpoczynku, opieki nad rodzicami, kontaktu z dziećmi, własnych granic. Nie po to, żeby wszystko kontrolować, bo życie i tak potrafi zrobić własny kabaret. Raczej po to, żeby nie żyć w wiecznym chaosie.

Proaktywność może oznaczać decyzję: „Nie będę czekał na idealny moment”. Nie będę czekał, aż dzieci dorosną. Aż rodzice przestaną potrzebować wsparcia. Aż w pracy będzie spokojniej. Aż ciało będzie młodsze, co jak wiemy jest strategią raczej mało skuteczną. Zrobię mały krok teraz. Zadzwonię. Zadbam. Zmienię. Odpuszczę. Zacznę.

Nadzieja, ale bez lukru

Krzywa szczęścia jest dla mnie ciekawa nie dlatego, że wszystko wyjaśnia. Nie wyjaśnia. Życie każdego z nas jest indywidualnym procesem. Czasami zależy od naszych decyzji, czasami od ludzi, których spotykamy, a czasami od zdarzeń losu, który potrafi wejść bez pukania, usiąść w salonie i powiedzieć: „No to teraz zobaczymy, jak sobie poradzisz”.

Dlatego do krzywej szczęścia warto podchodzić z dystansem. Ona nie jest obietnicą. Jest raczej mapą pewnej możliwej drogi. Pokazuje, że spadek dobrostanu w wieku średnim nie musi być końcem historii. Może być przejściem. Może być momentem przewartościowania. Może być czasem, w którym życie przestaje pytać: „Co jeszcze osiągniesz?”, a zaczyna pytać: „Czy jesteś naprawdę u siebie?”.

Dla mnie osobiście ważna jest niezależność i poczucie, że sam tworzę swoje życie. A jednak, kiedy patrzę wstecz, widzę, że moje życie w dużym stopniu układało się zgodnie z krzywą szczęścia. Były momenty ambicji, napięcia, odpowiedzialności i prób ogarnięcia wszystkiego. Były momenty, kiedy człowiek szedł do przodu bardziej dlatego, że trzeba było, niż dlatego, że było lekko. Ale jest też ten moment, w którym coraz mocniej czuć, że szczęście nie polega na tym, żeby wszystko mieć pod kontrolą.

Szczęście coraz częściej polega na tym, żeby być bliżej siebie. Mniej się szarpać. Mądrzej wybierać. Głębiej oddychać. Nie robić dramy z każdej dramy. Wiedzieć, z kim chcę siedzieć przy stole, a z kim już niekoniecznie. Wiedzieć, co jest moje, a co jest tylko cudzym oczekiwaniem przebranym za obowiązek.

Może więc druga połowa życia nie polega na tym, że stajemy się szczęśliwi raz na zawsze. Może polega na tym, że częściej potrafimy doświadczać szczęścia. Ciszej. Prościej. Bez fajerwerków. Z większym spokojem.

I może właśnie o to chodzi. Nie o życie idealne. Tylko o życie bardziej własne.

Źródła dla dociekliwych

Najważniejszym punktem wyjścia dla pojęcia krzywej szczęścia są prace Davida G. Blanchflowera i Andrew J. Oswalda dotyczące U-kształtnego przebiegu dobrostanu w cyklu życia. Warto też znać późniejsze badania Blanchflowera dotyczące wielu krajów, badania podłużne Chenga, Powdthavee i Oswalda oraz krytyczne głosy Glenna i Bartrama, które przypominają, że krzywa szczęścia jest tendencją statystyczną, a nie uniwersalną instrukcją życia. Nowsze prace Blanchflowera, Brysona i Xu pokazują dodatkowo, że w ostatnich latach zdrowie psychiczne młodych ludzi zmienia klasyczny obraz tej krzywej. Źródłem psychologicznego wyjaśnienia zmiany priorytetów wraz z wiekiem może być też teoria selektywności społeczno-emocjonalnej Laury Carstensen.

Prze_myślnik #88 – życie nie jest po to, żeby się poświęcać

„Życie jest dla szczęścia i dobra człowieka” to zdanie, które może nas zatrzymać, a nawet zaskoczyć. Szczególnie wtedy, gdy ktoś wyrastał w przekonaniu, że dobre życie polega głównie na spełnianiu oczekiwań innych ludzi, dostosowaniu się do społecznych reguł i rezygnowaniu z siebie w imię tego, co „trzeba”, „wypada” albo „powinno się”.

Ten cytat nie jest pochwałą egoizmu. Szczęście człowieka nie oznacza życia kosztem innych. Dobro człowieka nie oznacza obojętności wobec bliskich, pracy, zobowiązań czy wspólnoty. Chodzi raczej o coś bardziej wymagającego: o zgodę na to, że własne życie też jest ważne i że nie można go bez końca odkładać na później.

Pułapka oczekiwań kulturowych i społecznych bywa trudna do zauważenia. Często nie wygląda jak przemoc. Często brzmi rozsądnie: „wszyscy tak robią”, „nie przesadzaj”, „rodzina jest najważniejsza”, „najpierw obowiązki”, „co ludzie powiedzą”. Takie zdania mogą porządkować życie, ale mogą też powoli odbierać kontakt z tym, czego człowiek naprawdę potrzebuje i co jest z nim zgodne.

Dlatego ten cytat można czytać jako zaproszenie do sprawdzenia, czy żyję własnym życiem, czy tylko dobrze odgrywam rolę napisaną przez rodzinę, kulturę, środowisko albo lęk przed oceną. To pytanie nie prowadzi do buntu dla samego buntu. Prowadzi do uczciwości wobec siebie.

Wzięcie odpowiedzialności za własne życie nie polega na robieniu wszystkiego, na co ma się ochotę. Polega na świadomym wybieraniu. Na rozpoznaniu, czemu oddaję swój czas, energię i uwagę. Na sprawdzeniu, czy moje decyzje wynikają z wartości, czy z przyzwyczajenia, lęku albo potrzeby zasłużenia na akceptację.

Życie dla szczęścia i dobra człowieka wymaga odwagi, bo nie pozwala już wszystkiego zrzucić na innych. Nie można bez końca mówić: „tak mnie wychowano”, „takie są czasy”, „nie miałem wyboru”, „musiałem”. Czasem wybór jest trudny, ograniczony i nieidealny. Ale nadal pozostaje pytanie: co z tym zrobię?

Dla mnie ten cytat niesie spokojne, ale bardzo stanowcze przypomnienie: masz prawo do szczęścia i dobra, ale nikt nie przeżyje życia za ciebie. Możesz słuchać innych, możesz brać pod uwagę bliskich, możesz działać odpowiedzialnie wobec świata. Tylko nie oddawaj swojego życia w cudze ręce tak całkowicie, że pewnego dnia trudno będzie rozpoznać, gdzie w tym wszystkim jesteś ty.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kariera - odpowiedzialność za własne życie - życie nie jest po to, żeby się poświęcać

Feniks daje iskrę, Ikar uczy odpowiedzialnego lotu

Przez długi czas bardzo pociągała mnie wizja Feniksa, który powstaje z popiołu. Jest w tej metaforze coś uwodzicielskiego. Coś, co pozwala wierzyć, że jeśli życie nas spali, zniszczy, przeciągnie przez ogień i popiół, to po drugiej stronie wstaniemy jako ktoś nowy. Lepszy. Silniejszy. Bardziej odporny. Może nawet niezniszczalny.

Brzmi to trochę jak atrakcyjny zwiastun filmu, w którym główny bohater po serii dramatycznych wydarzeń wychodzi na dach wieżowca, patrzy w dal, muzyka narasta, wiatr rozwiewa mu włosy, a on już wie, że teraz zaczyna nowe życie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wychodzenie z kryzysu -  radzenie sobie z trudnościami - odpowiedzialność za swoje życie

Problem w tym, że życie najczęściej nie działa jak zwiastun filmu. Życie działa bardziej jak poniedziałek rano po trudnym weekendzie. Trzeba wstać, zrobić herbatę, ogarnąć siebie, ogarnąć świat i zobaczyć, co z tego wszystkiego da się jeszcze poskładać.

Kiedyś myślałem, że Feniks dobrze opisuje wychodzenie z trudności. Dziś myślę, że to była bardzo romantyczna wizja mierzenia się z życiem. Piękna, mocna, efektowna, ale jednak trochę podejrzana. Bo Feniks nie musi wiele robić. Feniks się spala, a potem odradza. Jest w tym coś magicznego. Jest wielki ogień, wielka przemiana i wielki powrót.

A ja coraz częściej widzę, że po trudności człowiek nie wraca jak ognisty ptak. Człowiek raczej powoli podnosi się z ziemi. Czasami z kolan. Czasami z miejsca, w którym siedział za długo, patrząc w ścianę i zastanawiając się, co właściwie się stało.

Człowiek nie zawsze czuje moc. Częściej czuje zmęczenie. Nie zawsze czuje nadzieję. Częściej najpierw szuka tej małej iskierki, która mówi: może jeszcze nie wszystko stracone.

I właśnie dlatego dziś bliżej mi do Ikara.

Zanim Ikar poleciał

Nie mam tu na myśli Ikara jako symbolu głupoty, brawury i upadku. Nie chodzi mi o szkolną wersję, w której Ikar jest tym, który nie posłuchał ojca, poleciał za wysoko i spadł. To oczywiście ważna część tej historii, ale dla mnie coraz ciekawsze jest to, co dzieje się wcześniej.

Zanim Ikar leci.

Zanim słońce roztapia wosk.

Zanim skrzydła się rozpadają.

Te skrzydła nie pojawiły się magicznie. Nie były darem od losu. Nie wyrosły Ikarowi z pleców, bo przeszedł przez cierpienie i nagle stał się nową wersją siebie. Zbudował je Dedal z tego, co było dostępne: z piór, wosku, pomysłu, doświadczenia i determinacji.

I to jest dla mnie ważne, bo po trudności też rzadko startujemy z idealnego miejsca. Czasami mamy tylko resztki energii, kilka myśli, odrobinę doświadczenia, własną złość, własny upór i małą iskierkę nadziei. Czasami mamy też kogoś, kto pomaga nam nie rozsypać się do końca: przyjaciela, terapeutę, coacha, mentora, partnera, lekarza albo człowieka, który po prostu przez chwilę trzyma nas za rękę.

Taki ktoś może być naszym Dedalem. Może pomóc nam zobaczyć, że z tego, co zostało, da się jeszcze coś zbudować. Ale nie poleci za nas.

To my musimy zdecydować, czy chcemy jeszcze raz oderwać się od ziemi.

Ikar nie jest więc dla mnie tylko opowieścią o upadku. Jest też opowieścią o tym, że lot wymaga przygotowania, pomocy, odwagi i uważności. Nie zawsze mamy idealne skrzydła. Czasami mamy skrzydła zrobione z tego, co akurat było pod ręką. I właśnie dlatego trzeba pamiętać, że taki lot wymaga pokory.

Feniks mówi: spłonąłeś, więc się odrodzisz.

Ikar mówi: możesz polecieć, ale sprawdź, na czym poniesie cię ten lot.

Ta różnica jest dla mnie bardzo ważna. Feniks kusi wizją przemiany, która wydarza się prawie sama. Ikar przypomina, że po trudności trzeba wziąć odpowiedzialność za kolejny lot. Trzeba zobaczyć, gdzie jestem, co mam, czego nie mam i czy naprawdę chcę jeszcze raz oderwać się od ziemi.

Bo nie zawsze chcemy od razu.

Mój moment Feniksa

Nie chcę przez to powiedzieć, że Feniks jest złą metaforą. Feniks może być piękny. Może dawać nadzieję wtedy, gdy wszystko wygląda jak popiół. Wiem to, bo sam miałem w życiu doświadczenie, które mógłbym nazwać feniksowym.

Kiedy po jedenastu latach związku zmarła najbliższa mi osoba, moje dotychczasowe życie się rozsypało. Nie metaforycznie. Bardzo konkretnie. Przestał istnieć świat, który znałem. Przestały działać oczywiste plany, rytuały, przyzwyczajenia i wyobrażenia o przyszłości.

Potrzebowałem czasu, żeby się z tego podnieść. Nie było w tym nic efektownego. Był ból, pustka, zmęczenie i bardzo powolne wracanie do siebie.

A potem któregoś dnia, około piątej rano, ze snu wyrwała mnie jedna myśl: „żyj”.

Nie było w tym żadnej wielkiej spektakularności. Było jedno krótkie słowo, które przyszło do mnie z taką siłą, że poczułem coś w rodzaju uwolnienia. Jakby ktoś uchylił okno w pokoju, w którym przez długi czas brakowało powietrza.

Pojawiła się energia. Pojawiła się chęć, żeby wyciągnąć z życia najwięcej, ile się da. Nie dlatego, że ból zniknął. Raczej dlatego, że obok bólu pojawiło się życie.

I to był mój moment Feniksa.

Ale z perspektywy czasu widzę, że ten moment nie załatwił wszystkiego. On dał iskrę. Dał impuls. Dał pierwszy oddech. Natomiast cała reszta była już pracą Ikara.

Trzeba było nauczyć się żyć dalej. Trzeba było poukładać codzienność. Trzeba było przyjąć pomoc i samemu wykonać swoją część pracy. Trzeba było nie zdradzić tego, co było ważne, ale też nie zamienić przeszłości w więzienie.

Dlatego dziś nie odrzucam Feniksa całkowicie. Raczej ustawiam go we właściwym miejscu.

Feniks bywa momentem przebudzenia. Ikar jest codzienną praktyką powrotu do życia.

Nie wszystko, co trudne, od razu wzmacnia

Czasami po trudności potrzebujemy poleżeć. Czasami potrzebujemy milczeć. Czasami potrzebujemy odpocząć od własnej dzielności, od porad innych ludzi, od haseł w stylu „co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

Nie wszystko, co nas nie zabija, wzmacnia. Czasami coś, co nas nie zabija, najpierw nas osłabia, rozregulowuje i zostawia z pytaniem: jak ja mam teraz żyć?

I to pytanie jest uczciwe.

Nie ma w nim słabości. Jest w nim prawda.

Wychodzenie z trudności nie polega na tym, że mamy udowodnić światu, jacy jesteśmy niezniszczalni. Wychodzenie z trudności polega czasami na tym, że przestajemy udawać niezniszczalnych.

Mówimy sobie: jestem człowiekiem. Coś mnie zabolało. Coś mnie przewróciło. Coś mnie przerosło. Teraz potrzebuję zobaczyć, jak wrócić do siebie i jak przygotować się do dalszego lotu.

Nie idealnego lotu.

Wystarczającego lotu.

Ostrzeżenie przed zbyt wysokim lotem

W historii Ikara jest jeszcze jedna ważna rzecz. Ostrzeżenie.

Ikar uczy nie tylko tego, że można oderwać się od ziemi. Ikar uczy też tego, że w locie można się pogubić. Można zachłysnąć się tym, że znowu nam wychodzi. Można pomylić powrót siły z nieśmiertelnością. Można uznać, że skoro raz się podnieśliśmy, to teraz już nic nas nie obali.

Można polecieć za wysoko, za szybko, za bardzo.

A wtedy wosk zaczyna się topić.

Znam z mojej coachingowej pracy z klientami. Po trudności przychodzi moment, w którym znowu mamy energię. Wraca oddech. Wraca sprawczość. Wraca apetyt na życie. I bardzo dobrze. Tylko czasami wraz z tym przychodzi też pycha. Taka cicha, nie zawsze spektakularna. Pycha, która mówi: teraz już wiem wszystko. Już nigdy nie upadnę. Już nikt mnie nie zatrzyma. Teraz nadrobię wszystko, co straciłem.

I wtedy łatwo przesadzić.

Za dużo pracy. Za dużo planów. Za dużo obietnic. Za dużo ambicji. Za dużo udowadniania. Za dużo lotu, za mało uważności.

A przecież skrzydła Ikara były z piór i wosku. Były genialnym rozwiązaniem, ale nie były niezniszczalne.

My też nie jesteśmy niezniszczalni.

Nie jesteśmy Feniksem.

Skrzydła są czasem bardzo zwyczajne

Może to jest jedna z dojrzalszych lekcji, jakie możemy sobie dać. Nie musimy być Feniksem. Nie musimy powstawać z popiołu w blasku wielkiej przemiany. Nie musimy robić z każdego kryzysu widowiska. Nie musimy po każdej trudności wracać silniejsi, bardziej spektakularni i gotowi do kolejnego heroicznego zadania.

Możemy wracać wolniej.

Możemy wracać mądrzej.

Możemy wracać z większym szacunkiem do własnych granic.

Możemy wracać z prostszym planem.

Dla mnie to bardzo mocno łączy się z prostotą, porządkiem i proaktywnością. Prostota mówi: zobacz, co naprawdę jest ważne. Nie dokładaj dramatu do dramatu. Nie buduj wielkiej narracji, jeśli na dziś wystarczy jeden mały krok.

Porządek mówi: nazwij, gdzie jesteś, co masz, czego potrzebujesz i co jest następnym ruchem.

Proaktywność mówi: nie czekaj, aż wszystko samo się ułoży. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś.

To nie jest efektowne jak Feniks, ale jest bardzo życiowe.

Skrzydła nie zawsze wyglądają jak wielka decyzja. Czasami skrzydła wyglądają jak sen, rozmowa, terapia, coaching, spacer, rezygnacja z czegoś, co nas niszczy, powrót do ruchu, uporządkowanie kalendarza, zamknięcie toksycznej relacji, zrobienie badań, napisanie wiadomości, której baliśmy się napisać.

Czasami skrzydła są bardzo zwyczajne.

I właśnie dlatego działają.

Odpowiedzialność za kolejny lot

Kiedy przychodzi trudność, często chcielibyśmy mieć od razu gotową odpowiedź. Chcielibyśmy wiedzieć, po co to wszystko się wydarzyło. Chcielibyśmy zobaczyć sens, nową drogę, nową wersję siebie.

Czasami ten sens przychodzi. Czasami nie przychodzi od razu. Czasami sens nie objawia się jako wielka prawda, tylko jako bardzo praktyczne zdanie: dziś muszę o siebie zadbać. Dziś muszę zrobić jedną rzecz. Dziś muszę nie pogorszyć sytuacji. Dziś muszę poprosić o pomoc. Dziś muszę odpocząć. Dziś muszę powiedzieć „nie”.

To też jest budowanie gotowości do lotu.

Bo życie najczęściej zmienia się przez zwyczajne rzeczy robione konsekwentnie.

Ikar jest dla mnie symbolem odpowiedzialnego powrotu do lotu. Takiego powrotu, który nie zaprzecza upadkowi. Takiego powrotu, który nie robi z cierpienia dekoracji. Takiego powrotu, który mówi: tak, było trudno. Tak, coś się skończyło. Tak, coś mnie zabolało. Ale teraz sprawdzam, co mogę zrobić.

Uczę się trajektorii lotu.

Pamiętam o słońcu.

Pamiętam o wosku. Pamiętam, że lot ma sens tylko wtedy, gdy nie tracę kontaktu z rzeczywistością

Nie musimy być Feniksem

To nie jest wpis o beznadziei. Choć trochę jest o trudzie życia, bo życie bywa trudne i nie ma sensu udawać, że zawsze jest inaczej.

To jest wpis o tym, że kiedy napotykamy trudność, czasami potrzebujemy upaść. Potem pomału wstać z kolan. Odszukać iskierkę nadziei, która jeszcze w nas żyje. Przyjąć pomoc, jeśli jej potrzebujemy. Zacząć budować gotowość do kolejnego lotu. I wziąć odpowiedzialność za jego trajektorię.

Nie musimy latać najwyżej.

Nie musimy latać najpiękniej.

Nie musimy nikomu niczego udowadniać.

Wystarczy, że polecimy tak, żeby nie zgubić siebie po drodze.

Czy pamiętasz, że masz jedno życie?

„Mamy dwa życia. Drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno.”

Ten cytat, przypisywany Konfucjuszowi, wraca do mnie co jakiś czas. Nie dlatego, że jest szczególnie ładny, ale dlatego, że bywa niewygodny.

Bo on nie mówi: „żyj pięknie”.
Nie mówi: „spełniaj marzenia”.
Nie mówi nawet: „nie odkładaj życia na później”.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - jak żyć świadomie -  świadome życie - zmiana w życiu

On mówi coś mocniejszego. Mówi, że nie masz drugiej szansy. Ale żeby naprawdę to zrozumieć, nie wystarczy przytaknąć głową. Trzeba to poczuć. Nie deklaratywnie. Nie tylko z poziomu rozumnej głowy. Raczej gdzieś głębiej, tam, gdzie kończą się ładne hasła, a zaczyna prawdziwe spotkanie ze sobą.

I wtedy coś się zmienia.

Nie zawsze spektakularnie. Nie każdy po takim odkryciu rzuca pracę, kupuje bilet do Tajlandii, zapisuje się na maraton i zaczyna jeść tylko kiszonki. Chociaż, umówmy się, czasami od kiszonek też zaczynają się wielkie zmiany.

Czasami ta zmiana jest cicha. Ktoś zaczyna wcześniej wychodzić z pracy. Ktoś idzie na badania. Ktoś kończy relację, która od dawna była bardziej obowiązkiem niż relacją. Ktoś zapisuje się na terapię, coaching albo po prostu zaczyna uczciwie rozmawiać sam ze sobą. Ktoś przestaje udawać, że ma nieskończoną ilość czasu.

Ten sam cytat, różny moment życia

Bardzo lubię w tym cytacie to, że może znaczyć coś innego w różnych momentach życia. To samo zdanie może uruchomić inne pytania u 25-latka, inne u 40-latka i jeszcze inne u kogoś, kto zbliża się do pięćdziesiątki albo już ją przekroczył.

Dla 25-latka ten cytat może brzmieć jak wezwanie do ruszenia w świat. Podróżuj. Zwiedzaj. Sprawdzaj. Próbuj. Nie czekaj, aż będziesz mieć idealne warunki, idealną pracę, idealne konto i idealnie poukładaną głowę, bo możesz się tego nie doczekać. W tym wieku „mamy tylko jedno życie” często oznacza: nie ograniczaj się za szybko, nie wkładaj się do pudełka, które ktoś inny przygotował dla Ciebie trochę za wcześnie.

Ale dla innego 25-latka ten sam cytat może oznaczać: idź na całość w karierę. Ucz się. Ryzykuj. Buduj kompetencje. Nie czekaj, aż ktoś Cię odkryje, bo świat nie zawsze ma czas na odkrywanie naszych talentów. Czasami trzeba wstać, pokazać się i powiedzieć: jestem, umiem, chcę, sprawdzam.

Żadna z tych interpretacji nie jest lepsza. Dla jednego człowieka drugim życiem będzie wyjazd w świat, dla innego skupienie się na rozwoju zawodowym. Ważne jest nie to, czy decyzja wygląda atrakcyjnie z zewnątrz. Ważne jest to, czy jest naprawdę jego decyzją.

Kiedy ciało zaczyna głosować

Dla 40-latka ten cytat często zaczyna dotykać zdrowia.

Wcześniej ciało bywa traktowane jak narzędzie, które ma działać. Trochę śpimy, trochę nie śpimy. Trochę jemy, trochę dojadamy po dzieciach, po spotkaniach, po stresie i po całym dniu udawania, że wszystko jest pod kontrolą. Trochę ćwiczymy, trochę obiecujemy sobie, że od poniedziałku. Oczywiście poniedziałków jest w roku dużo, więc plan wydaje się całkiem solidny.

A potem przychodzi moment, w którym ciało zaczyna głosować. Plecy mówią swoje. Żołądek mówi swoje. Głowa mówi swoje. Wyniki badań mówią swoje. I nagle okazuje się, że „mamy tylko jedno życie” oznacza też: mamy tylko jedno ciało.

W tym wieku drugie życie może zacząć się od bardzo prostych rzeczy. Od snu. Od badań. Od spaceru. Od odstawienia telefonu na godzinę przed snem. Od mniej bohaterskiego podejścia do pracy. Od powiedzenia: „nie dam rady”, zanim organizm powie to za nas dużo brutalniej.

Bo wielu ludzi nadal próbuje wygrać konkurs pod tytułem „kto wytrzyma więcej”. Tylko że nagrodą w tym konkursie często jest zmęczenie, frustracja i poczucie, że gdzieś po drodze zgubiliśmy siebie.

Kiedy czas zaczyna biec inaczej

Dla kogoś blisko pięćdziesiątki ten cytat może mieć jeszcze inny ciężar.

To jest często moment, w którym człowiek zaczyna widzieć czas inaczej. Już nie jako wielki magazyn pełen możliwości, z którego można brać bez końca. Raczej jako określoną przestrzeń. Nadal dużą. Nadal ważną. Nadal pełną sensu. Ale już nie nieskończoną.

I to bywa trudne.

Bo w okolicach pięćdziesiątki może przyjść świadomość, że pewne rzeczy minęły. Niektórych wyborów już nie cofniemy. Niektóre relacje nie wrócą. Niektóre wersje nas samych zostały w przeszłości. Niektórych dróg już nie wybierzemy, bo nie ma na nie miejsca, siły, zdrowia, czasu albo prawdziwej potrzeby.

To nie musi być dramat. Ale warto to nazwać uczciwie.

W coachingu często mówimy o potencjale, celach, zmianie, zasobach i możliwościach. I bardzo dobrze. Tylko że dojrzały rozwój nie polega na udawaniu, że wszystko jest zawsze możliwe. Dojrzały rozwój polega też na tym, żeby zobaczyć, co jest jeszcze możliwe, co jest naprawdę ważne, a z czym trzeba się pożegnać.

Czasami to jest pierwszy moment, kiedy człowiek naprawdę rozumie, że coś go ominęło. Że nie wszystko da się nadrobić. To może boleć. Ale ten ból może być też początkiem porządku. Takiego wewnętrznego porządku, w którym przestajemy gonić wszystkie wersje życia naraz.

Bo skoro nie wszystko jest już możliwe, to tym bardziej trzeba zapytać: co jest możliwe i ważne teraz?

Blisko pięćdziesiątki może też pojawić się coś, co nazwałbym jednym z ostatnich dużych zrywów życiowych. Nie ostatnim w sensie końca życia, bez przesady, nie kładźmy się jeszcze do trumny z elegancko złożonym kocykiem. Chodzi raczej o zryw, w którym człowiek mówi sobie: jeśli mam coś jeszcze zrobić naprawdę po swojemu, to nie za dwadzieścia lat. Teraz.

To może być zmiana pracy, własna działalność, powrót do pasji, zadbanie o związek, odejście z relacji, która już dawno przestała być żywa, albo odpuszczenie ambicji, która przez lata była bardziej cudza niż własna.

Ale ten zryw nie musi być rewolucją. Czasami zryw polega na tym, że człowiek wreszcie przestaje się szarpać.

Dla jednych drugie życie zaczyna się od działania. Dla innych od odpuszczenia. Dla jeszcze innych od prostego zdania: już nie chcę żyć przeciwko sobie.

Prostota, porządek i proaktywność

Gdy patrzę na ten cytat przez pryzmat mojej filozofii 3P, widzę w nim trzy bardzo konkretne zaproszenia.

Prostota polega na tym, żeby przestać komplikować prawdę. Mamy jedno życie. Nie pięć wersji testowych. Nie niekończący się okres próbny. Nie wieczne „kiedyś”. Jedno życie. Ta prostota może być trudna, ale jest też oczyszczająca.

Porządek polega na tym, żeby zobaczyć, co w tym jednym życiu jest naprawdę ważne. Nie wszystko naraz. Nie wszystkie cele. Nie wszystkie oczekiwania. Nie wszystkie ambicje. Porządek zaczyna się od wyboru. A wybór oznacza, że coś bierzemy, a czegoś nie bierzemy.

Proaktywność polega na tym, żeby nie czekać, aż życie samo nas ustawi. Bo ustawi. Tylko nie zawsze tak, jak byśmy chcieli. Proaktywność nie oznacza nerwowego działania. Oznacza wzięcie odpowiedzialności za kolejny krok. Nawet mały. Zwłaszcza mały, jeśli na duży nie mamy jeszcze siły.

Drugie życie nie zawsze wygląda efektownie

Warto uważać na pułapkę efektowności. Kiedy słyszymy „mamy tylko jedno życie”, łatwo pomyśleć, że teraz trzeba zrobić coś dużego. Coś, co dobrze wygląda na zdjęciach. Coś, co inni zauważą. Coś, co będzie można opisać jako wielką zmianę.

A czasami drugie życie zaczyna się bez fanfar.

Zaczyna się wtedy, gdy człowiek pierwszy raz od dawna mówi prawdę.
Zaczyna się wtedy, gdy przestaje zdradzać siebie małymi decyzjami każdego dnia.
Zaczyna się wtedy, gdy zauważa, że nie musi już wszystkim udowadniać swojej wartości.
Zaczyna się wtedy, gdy wybiera spokój zamiast kolejnej bitwy o rację.
Zaczyna się wtedy, gdy wraca do siebie.

I to wcale nie musi być mniej ważne niż podróż dookoła świata.

Pytanie nie brzmi, ile masz lat

W tym cytacie wiek jest ważny, ale nie najważniejszy. Bo można mieć 25 lat i być już bardzo zmęczonym życiem, które nie jest nasze. Można mieć 40 lat i pierwszy raz poczuć, że zaczyna się żyć świadomie. Można mieć 55 lat i zrobić zmianę, na którą wcześniej brakowało odwagi. Można mieć 70 lat i nadal mieć w sobie więcej życia niż niejeden człowiek w wieku 30 lat.

Pytanie nie brzmi więc: ile masz lat?

Pytanie brzmi: czy pamiętasz, że masz jedno życie?

Nie jako presję. Nie jako straszak. Nie jako kolejną pałkę do poganiania siebie. Raczej jako zaproszenie do uczciwości.

Co odkładasz, choć wiesz, że jest ważne?
Z czym się godzisz, choć od dawna Ci nie służy?
Co próbujesz jeszcze udowodnić?
Czego już nie chcesz nieść?
Co jest Twoje, a co tylko dobrze wyglądało w cudzym planie na Twoje życie?

Drugie życie zaczyna się wtedy, gdy te pytania przestają być teorią.

Jak widać, nie ma jednej dobrej interpretacji tego cytatu.

Jest za to jedno dobre pytanie: co ten cytat mówi dzisiaj do Ciebie?

Bo może w tej odpowiedzi zaczyna się właśnie Twoje drugie życie.

Happy flow, czyli kiedy ładny scenariusz przestaje być prawdziwy

Czasami mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym człowiek ma być ciągle w wersji premium. Bardziej kreatywny. Bardziej skuteczny. Bardziej odważny. Bardziej widoczny. Bardziej gotowy na zmianę. Najlepiej od poniedziałku, po krótkim webinarze i trzech ćwiczeniach oddechowych.

Nie mam nic przeciwko rozwojowi. Sam lubię rozwój, zmianę i działanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy w tej opowieści nie ma miejsca na zmęczenie. Na słabość. Na brak siły. Na dzień, w którym nie masz energii być najlepszą wersją siebie, bo ledwo jesteś wersją podstawową.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - happy flow - schemat sukcesu - coaching rozwojowy - rozwój bez presji

Czym jest happy flow

W świecie procesów istnieje pojęcie happy flow. To podstawowy, najprostszy przebieg procesu. Taki, w którym wszystko idzie zgodnie z planem. Klient podał komplet danych. System działa. Decyzja jest prosta. Nikt się nie pomylił. Nie trzeba niczego wyjaśniać, sprawdzać, prostować ani ratować.

Happy flow jest potrzebny, bo pomaga zobaczyć główną logikę procesu. Gdybyśmy od razu wrzucili do schematu wszystkie wyjątki, obejścia, błędy, braki danych, reklamacje, ręczne poprawki i sytuacje „a co jeśli”, to zamiast procesu mielibyśmy mapę metra w Tokio do kwadratu. Niby wszystko jest, ale człowiek zaczyna się modlić o prostą trasę pociągu do domu.

Problem polega na tym, że happy flow nie pokazuje pełnej złożoności procesu. Nie pokazuje tego, co dzieje się wtedy, gdy pojawia się problem, trudność, brak pełnych danych albo konieczność zastosowania dodatkowego rozwiązania. Część tych rozwiązań jest już wypracowana. Ludzie z działu operacji wiedzą, co zrobić, do kogo napisać, gdzie kliknąć, jak obejść ograniczenie systemu i kiedy zadzwonić do człowieka, który „zawsze wie wszystko”.

Tych wariantów często nie dodaje się do głównego schematu nie dlatego, że ich nie ma. Nie dodaje się ich, żeby nie zabić czytelności procesu. Happy flow pokazuje drogę główną. Operacja zna boczne ścieżki, objazdy i miejsca, w których trzeba uważać na dziury w asfalcie.

Kursy, opinie i piękna ścieżka sukcesu

Podobnie bywa z kursami, szkoleniami i programami rozwojowymi. Wchodzimy na stronę kursu i widzimy opinie rozentuzjazmowanych uczestników. Kurs zmienił ich życie. Dał im odwagę. Pomógł ruszyć z miejsca. Otworzył nowe możliwości. Brzmi pięknie.

Tylko że bardzo często nie wiemy nic o osobach, którym ten kurs nie pomógł. Nie wiemy nic o tych, którzy nie ukończyli kursu. Nie wiemy nic o tych, którzy kupili kurs, obejrzeli trzy lekcje i poczuli, że to nie dla nich. Nie wiemy nic o tych, którzy próbowali, ale nie mieli siły, czasu, wsparcia albo warunków, żeby przejść przez cały proces.

Znam historię osoby, która prowadziła kursy w bardzo sprytny sposób. Obserwowała postępy uczestników i tym, którym szło najlepiej, dawała dodatkowe wsparcie. Nie dlatego, że tylko oni potrzebowali wsparcia. Raczej dlatego, że oni mieli największą szansę ukończyć kurs z sukcesem, a potem z wdzięcznością zostawić świetną opinię. Tyle że oni byli wyjątkiem, a nie większością.

I tu zaczyna się problem. Bo potem ten wyjątek staje się reklamą reguły. Pokazujemy ludzi, którym się udało, ale nie pokazujemy całej reszty. Pokazujemy happy flow, ale chowamy wyjątki, trudności i ślepe uliczki.

C-level też może mieć dość

Ostatnio mignęła mi na LinkedInie kobieta, która pomaga ludziom z poziomu C-level* dalej się rozwijać i szukać pracy. Wszystko było tam bardzo energetyczne. Podbijanie możliwości. Otwieranie potencjału. Więcej odwagi. Więcej sprawczości. Więcej kreatywności. Taki happy flow, w którym człowiek ma wejść, rozwinąć skrzydła i polecieć.

I poniekąd jest to w porządku. Ona prawdopodobnie pracuje z menedżerami, którzy mają jeszcze siłę i ochotę do działania. Chcą dalej się rozwijać. Chcą walczyć. Chcą zdobywać kolejne poziomy. To jest jej grupa klientów.

Ale jest też inny menedżer z poziomu C-level. Taki, który już nie ma siły. Taki, który już nie chce oddawać pracy kolejnych kawałków swojego życia. Taki, który widzi, że cena za pozycję i sukces jest zbyt wysoka. Zdrowie się sypie. Stres niszczy ciało. Rodzina się rozpada. Relacje są w stanie awaryjnym. A on sam nie wie, czy jeszcze biegnie po coś, czy już tylko ucieka przed zatrzymaniem.

Ten menedżer nie jest targetem dla takiej komunikacji. I dobrze. Nie każdy musi pracować z każdym. Problem pojawia się wtedy, gdy taki menedżer czyta przekaz zbudowany tylko na happy flow i zaczyna myśleć, że coś jest z nim nie tak. Że jest słaby. Że jest nieudacznikiem. Że inni chcą więcej, a on nie daje rady.

A może prawda jest zupełnie inna. Może spora część menedżerów myśli podobnie, tylko rzadziej mówi o tym głośno.

Umysł, który ciągle chce więcej

Umysł jest ciekawym „stworzeniem”. On ciągle chce więcej. Nigdy się do końca nie nasyci. Osiągniesz jeden cel, za chwilę pojawia się następny. Poprawisz jeden obszar, zaraz widzisz trzy kolejne. Zrobisz krok do przodu, a umysł mówi: dobrze, ale może szybciej?

I tutaj łatwo wpaść w pułapkę. Zaczynamy mylić rozwój z dociskaniem siebie. Jeżeli czegoś nie osiągamy, to dokładamy siły. Jeżeli nie mamy energii, to szukamy jeszcze większej mobilizacji. Jeżeli ciało mówi „stop”, to głowa odpowiada: „nie przesadzaj, inni jakoś dają radę”.

Tylko że człowiek to nie aplikacja do optymalizacji. Nie zawsze potrzebuje aktualizacji. Czasami potrzebuje odpoczynku. Czasami potrzebuje ciszy. Czasami potrzebuje uznać, że nie idzie, bo coś w środku mówi bardzo ważną rzecz.

A co z AI

Trochę inaczej działają asystenci AI. Możemy ich tworzyć sami albo kupować dostęp do gotowych rozwiązań od różnych twórców. AI może być bardzo pomocna. Może porządkować myśli, podsuwać pytania, tworzyć struktury, proponować kolejne kroki. Sam korzystam z takich narzędzi i widzę w nich dużą wartość.

Ale AI nie jest człowiekiem. Nie zna naszego życia poza tym, co jej przekażemy. Nie siedzi z nami w ciszy. Nie widzi drżenia głosu. Nie czuje momentu, w którym ktoś niby mówi „tak”, ale całym sobą pokazuje „nie wiem”. AI odpowiada na bazie informacji, wzorców i danych, do których ma dostęp. Może pomóc, ale może też zaprowadzić na manowce.

Może zaproponować działanie zgodne z happy flow. Może podać rozwiązanie, które najczęściej pojawia się w podobnych sytuacjach. Może dać poradę uśrednioną, lekko wybalansowaną, sensowną na papierze. Tylko że człowiek rzadko jest sytuacją na papierze.

Od człowieka, nie od schematu

Kiedy pracuję jako coach, mam świadomość, że oprócz happy flow istnieje cały szereg wyjątków, odstępstw, braków danych i nieoczywistych okoliczności. One tworzą realną rzeczywistość, w której człowiek funkcjonuje.

Nie oddzielam celu od człowieka. Nie oddzielam działania od człowieka. Co więcej, zaczynam właśnie od człowieka. Nie od ścieżki sukcesu. Nie od gotowego procesu. Nie od tego, co dobrze wygląda w ofercie. Nie od tego, czym później można się pochwalić.

Widzę osobę. Czasami zmęczoną. Czasami bez energii. Czasami czymś lub kimś przytłoczoną. A czasami pełną energii, ale kompletnie pogubioną w tym, od czego zacząć i jak poukładać kolejne kroki.

Dopiero pełniejszy obraz człowieka, który przede mną siedzi, tworzy klimat do budowania dobrych dla niego rozwiązań. Nie dobrych ogólnie. Nie dobrych marketingowo. Nie dobrych pod opinię po kursie. Dobrych dla niego.

W filozofii 3P powiedziałbym to prosto. Prostota pyta: co jest naprawdę ważne? Porządek pyta: co mi służy, a co mnie drenuje? Proaktywność pyta: jaki mały, mądry krok mogę zrobić teraz?

I czasami tym krokiem nie jest sprint. Czasami tym krokiem jest zejście z bieżni.

Twój własny happy flow

Nie rysuję ładnych i prostych schematów procesu dla audytora. Pracuję z żywym człowiekiem, który ma swoją ścieżkę życiową, swój bagaż doświadczeń, swoje wartości i być może swój prywatny happy flow. Czasami sam jeszcze go nie widzi. Czasami ten jego happy flow jest zupełnie inny niż happy flow ogółu.

Nie mam nic przeciwko pozytywnym scenariuszom. Są potrzebne. Dają nadzieję. Uruchamiają energię. Tylko niech obok nich będzie miejsce na scenariusz ludzki. Taki, w którym człowiek może nie mieć siły. Może się zgubić. Może nie wiedzieć. Może potrzebować czasu. Może chcieć mniej, a nie więcej.

Rozwój nie polega na tym, żeby ciągle być w happy flow. Rozwój polega też na tym, żeby zauważyć, kiedy happy flow zamienia się w przymus. A potem uczciwie zapytać siebie: czy ja jeszcze płynę, czy już tylko macham rękami, żeby nie pójść pod wodę?


* C-level to określenie najwyższej kadry zarządzającej w firmie. Chodzi o stanowiska, których nazwy często zaczynają się od słowa „Chief”, na przykład CEO, CFO, COO, CTO czy CMO. W praktyce są to osoby odpowiedzialne za strategiczne decyzje i kierowanie kluczowymi obszarami organizacji.

Iluzja odroczenia wyroku. Dlaczego człowiek czeka zamiast działać

Jest takie zjawisko, które bardzo mocno utkwiło mi w głowie po lekturze książki Viktora Frankla. Chodzi o iluzję odroczenia wyroku. O stan, w którym człowiek stoi bardzo blisko czegoś trudnego, czasami wręcz brutalnie realnego, a mimo to zaczyna wierzyć, że może jednak jakoś to się rozejdzie po kościach. Że może w ostatniej chwili wydarzy się coś, co odsunie problem. Że ktoś zadzwoni. Że ktoś zmieni decyzję. Że sytuacja sama się naprawi.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Iluzja odroczenia wyroku - blokada psychiczna - brak działania - trudność

Frankl opisywał ten mechanizm w skrajnych warunkach obozu koncentracyjnego, ale sam mechanizm psychiczny wcale nie zniknął razem z historią. On działa także dziś, w firmach, w zespołach, w projektach i w codziennym życiu. I od razu warto to jasno powiedzieć. Kiedy przenoszę to pojęcie na grunt pracy, firmy czy projektu, nie porównuję skali cierpienia tych sytuacji do rzeczywistości obozów koncentracyjnych. Mówię o podobnym mechanizmie psychicznym, który uruchamia się w człowieku wtedy, gdy zbliża się coś trudnego, a on zamiast działać zaczyna czekać, że może jednak nie będzie tak źle albo że sprawa sama się rozwiąże.

W praktyce coachingowej widzę to regularnie. Widzę to zresztą nie tylko u klientów. Takie zachowania znam również z własnego doświadczenia. Sam w swojej karierze co najmniej kilka razy wpadłem w szpony tego mechanizmu. Dziś widzę to dużo wyraźniej niż wtedy. Z zewnątrz to nie zawsze wygląda jak bierność. Człowiek niby analizuje, niby zbiera dane, niby chce zrobić coś porządnie, a tak naprawdę krąży wokół tematu i odkłada moment realnego działania. W moim przypadku uruchamiały się wtedy różne mechanizmy. Lęk przed błędem, potrzeba dopięcia wszystkiego na 100 procent, niechęć do pokazania czegoś niepełnego, a czasami także cicha nadzieja, że może jeszcze sytuacja sama się jakoś wyjaśni. Dzisiaj wiem już, że bierne czekanie nie rozwiązuje problemu. Ono tylko na chwilę znieczula. Potem trzeba zapłacić podwójnie, bo nie dość, że temat wraca, to jeszcze wraca większy.

Jak to wygląda w dużych sprawach

Oczywiście czasami chodzi o naprawdę duże sprawy. Ktoś dostaje sygnały, że jego firma będzie zamykana. Ktoś słyszy o planowanych zwolnieniach grupowych. Ktoś wie, że jego zespół zostanie rozwiązany albo że jego rola przestanie mieć sens. Logika podpowiada wtedy, że warto równolegle przygotować plan B, odświeżyć CV, porozmawiać z ludźmi, uruchomić kontakty, sprawdzić rynek, zacząć myśleć kilka ruchów do przodu. Tymczasem wiele osób robi coś dokładnie odwrotnego. Zamraża się. Trwa. Czeka. Wierzy, że może jednak ich to nie dotknie. Nie dlatego, że mają dowody. Dlatego, że psychika bardzo nie lubi przyjmować do wiadomości czegoś, co burzy poczucie bezpieczeństwa.

Jak to wygląda w codziennej pracy

Co ciekawe, to samo zjawisko działa także w dużo mniejszych sprawach. I właśnie tam widzę je chyba najczęściej. Nie przy zamykaniu firmy, tylko przy zadaniu. Przy projekcie. Przy budżecie. Przy prezentacji. Przy awansie. Przy nowej roli, w której kończy się prosta praca operacyjna, a zaczyna się praca zadaniowa, projektowa i oparta na niepełnych danych.

W takiej sytuacji człowiek nie ma już rozpisanych wszystkich kroków. Nie ma stuprocentowej pewności. Nie ma pełnego kompletu informacji. I nagle okazuje się, że zamiast iść do przodu, zaczyna stać w miejscu. Nie oddaje materiału, bo to jeszcze nie jest gotowe. Nie pokazuje wyników pracy, bo jeszcze brakuje dwóch danych. Nie rozmawia z interesariuszami, bo najpierw musi to sobie dopiąć. Nie wykonuje telefonu, tylko wysyła kolejnego maila. Nie buduje wersji roboczej, tylko czeka na wersję idealną. A potem mówi, że sam nie rozumie, dlaczego tak długo nic nie zrobił.

I właśnie tu widać, jak działa iluzja odroczenia wyroku w codziennym wydaniu. Człowiek nie mówi sobie wprost: czekam na cud. To byłoby zbyt proste. On mówi sobie raczej: jeszcze chwilę, muszę mieć komplet, jak dostanę wszystkie dane, to wtedy ruszę, najpierw to doprecyzuję, jeszcze nie teraz. To brzmi rozsądnie. Problem w tym, że bardzo często nie jest rozsądne. To jest elegancko ubrany paraliż.

Przykład, który pokazuje sedno problemu

Jeden z moich klientów miał przygotować budżet średniej wielkości eventu. Od części oferentów nie dostał odpowiedzi. Miał więc kilka brakujących kwot. I w tym miejscu utknął. Nie naciskał wystarczająco mocno. Ograniczał się głównie do maili. Nie sięgał po telefon. Nie eskalował tematu. Jego przełożony kilka razy przypominał mu, że potrzebuje tego budżetu, bo musi oszacować poziom wydatków i zacząć myśleć o finansowaniu.

Mój klient miał już jednak własne szacunki dla brakujących pozycji. Tyle że uznał, że skoro nie ma pełnego potwierdzenia, to nie ma prawa pokazać budżetu.

I to jest właśnie sedno sprawy. On nie miał problemu z budżetem. On miał problem z niepewnością. Mógł przygotować wersję roboczą, zaznaczyć pozycje szacunkowe, oznaczyć je kolorem, dopisać narzut na margines bezpieczeństwa i uczciwie powiedzieć: tu mam twarde dane, a tu szacunki do potwierdzenia. To byłoby wystarczające. Szef nie potrzebował matematycznej doskonałości. Potrzebował orientacji. Potrzebował wiedzieć, czy mówimy o trzydziestu tysiącach, siedemdziesięciu czy stu dwudziestu. Mój klient jednak zatrzymał się, bo jego głowa podsunęła mu błędne założenie: albo całość będzie pewna w 100 procentach, albo lepiej nie pokazywać nic.

Kiedy zapytałem go, dlaczego przez tak długi czas nie pozyskiwał aktywnie brakujących informacji i dlaczego właściwie unikał tematu, odpowiedział bardzo uczciwie: nie wiem. Przerażało mnie to i unikałem tego. Logicznie wiem, że to było głupie, ale tak właśnie zrobiłem.

I to była dobra odpowiedź. Bo ona była prawdziwa. Psychika człowieka w stresie nie zawsze działa logicznie. Czasami ważniejsze od rozwiązania problemu staje się chwilowe obniżenie napięcia. A unikanie daje właśnie taki efekt. Krótką ulgę. Tylko że ta ulga zwykle wystawia bardzo drogi rachunek później.

To nie zawsze jest brak kompetencji

W takich sytuacjach bardzo ważne jest jedno rozróżnienie. Problemem nie zawsze jest brak kompetencji. Problemem bardzo często jest sposób kontaktu z niepewnością. Ktoś potrafi zrobić budżet, przygotować prezentację, poprowadzić projekt albo wejść w nową rolę. Tyle że kiedy nie ma pełnych danych, zaczyna zachowywać się tak, jakby brakująca informacja blokowała cały świat. A przecież bardzo rzadko tak jest. Najczęściej blokuje nie brak danych, tylko sposób myślenia o braku danych.

Do tego często dochodzi perfekcjonizm. I nie ten zdrowy, który pomaga dbać o jakość, tylko ten sztywny i lękowy. Taki perfekcjonizm bardzo często nie prowadzi do lepszej pracy. Prowadzi do wstrzymania pracy. Człowiek nie chce zrobić czegoś dobrze. On chce nie popełnić błędu. A to nie jest to samo.

W świecie pracy jest to szczególnie groźne. Bo organizacje nie działają na stuprocentowej pewności. Prawie nigdy. Działają na przybliżeniach, wersjach roboczych, hipotezach, ryzykach, korektach, estymacjach i decyzjach podejmowanych na podstawie najlepszego dostępnego obrazu sytuacji. Kto tego nie rozumie, ten będzie ciągle czekał. A człowiek, który ciągle czeka, bardzo szybko traci wpływ. Najpierw na zadanie. Potem na proces. Potem na własną pozycję.

Nadzieja nie jest strategią

I tu dochodzimy do rzeczy, którą często mówię moim klientom. Nadzieja jest potrzebna, ale sama nadzieja nie jest strategią. Możesz mieć nadzieję, że firma jednak nie zwolni ludzi. Możesz mieć nadzieję, że projekt sam wyjdzie na prostą. Możesz mieć nadzieję, że klient odpowie. Możesz mieć nadzieję, że szef zmieni zdanie. Tylko równolegle trzeba działać tak, jakby to się mogło nie wydarzyć.

To nie jest katastrofizacja. To jest dojrzałość.

Dojrzałe podejście nie polega na tym, że zakładasz najgorsze. Polega na tym, że bierzesz pod uwagę różne scenariusze. Nie odbierasz sobie nadziei, ale nie oddajesz jej pełnej władzy nad swoim działaniem. Mówisz sobie: być może sprawy pójdą lepiej, niż myślę. Ale ja i tak przygotuję inną ścieżkę. To jest właśnie zdrowy realizm.

Co robić zamiast czekać

W praktyce oznacza to kilka prostych rzeczy. Jeśli firma wysyła sygnały o problemach, nie czekasz biernie, tylko zaczynasz porządkować swoje CV, kontakty i opcje. Jeśli projekt cię przytłacza, nie patrzysz na niego jak na wielką mgłę, tylko rozbijasz go na konkretne czynności. Jeśli nie masz wszystkich danych, przygotowujesz wersję roboczą i jasno oznaczasz założenia. Jeśli ktoś nie odpowiada na maila, zmieniasz kanał kontaktu. Jeśli nie wiesz, co dalej, nie siedzisz z tym samotnie przez trzy tygodnie, tylko idziesz po rozmowę, feedback albo konsultację.

Brzmi prosto? Tak. Bo bardzo często rozwiązanie jest proste. Tyle że prostota przegrywa z napięciem. A napięcie lubi nam wmówić, że skoro sytuacja jest trudna, to rozwiązanie też musi być skomplikowane. Tymczasem często pierwszym krokiem nie jest genialny plan, tylko zwykły ruch. Telefon. Szkic. Tabela. Wersja robocza zamiast mitycznej wersji idealnej. Jedna rozmowa. Jedno pytanie więcej. Jedna decyzja mniej odkładana.

Filozofia 3P w praktyce

Bardzo lubię patrzeć na to także przez pryzmat mojej filozofii 3P. Prostota, porządek, proaktywność. Prostota przypomina, żeby nie robić z zadania większego potwora, niż ono jest w rzeczywistości. Porządek każe rozdzielić fakty, założenia, ryzyka i kolejne kroki. Proaktywność mówi natomiast jasno: nie czekaj, aż rzeczywistość sama się nad tobą zlituje. Wyjdź do niej pierwszy.

Jedno pytanie na koniec

Iluzja odroczenia wyroku jest zdradliwa właśnie dlatego, że na początku nie wygląda groźnie. Wygląda jak chwilowe przeczekanie. Jak rozsądna ostrożność. Jak dopracowywanie. Jak jeszcze moment. Tyle że zbyt często ten „jeszcze moment” trwa tygodniami. A potem człowiek budzi się w sytuacji, w której problem nie tylko nie zniknął, ale urósł, bo został podlewany unikaniem.

Dlatego kiedy następnym razem złapiesz się na tym, że czekasz, zadaj sobie bardzo proste pytanie: czy ja naprawdę potrzebuję więcej danych, czy tylko próbuję obniżyć napięcie? To jest pytanie niewygodne, ale bardzo uczciwe. I często dopiero ono otwiera drzwi do realnego działania.

Bo czasami nie potrzebujesz więcej czasu. Potrzebujesz więcej kontaktu z rzeczywistością.

A rzeczywistość, choć bywa niewygodna, zwykle dużo lepiej służy człowiekowi niż piękna iluzja, że jakoś to się samo ułoży.

Zmiana pracy po 40. Czy warto i od czego zacząć

Zmiana pracy po 40 to nie jest tylko temat o CV, LinkedInie i portalach z ogłoszeniami. To jest temat o życiu. O tym, czy naprawdę chcesz robić to samo jeszcze przez kilkanaście albo ponad 20 lat. O tym, czy twoja kandydatura będzie jeszcze dla kogoś interesująca. O tym, czy korporacja w ogóle spojrzy na kogoś po 40. I wreszcie o tym, czy chcesz dalej budować karierę tak jak kiedyś, czy raczej tak, żeby mieć jeszcze siłę i czas na własne życie.

Znam ten temat nie tylko z rozmów z klientami. Znam go też z własnego doświadczenia.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zmiana pracy po 40

To nie jest temat o wieku. To jest temat o sensie

Zmiana pracy po 40 zaczyna się zwykle nie od wielkiego planu, ale od niewygodnego pytania. Czasem brzmi ono tak: „Czy ja naprawdę chcę robić to samo do emerytury?”. Czasem inaczej: „Czy ktoś jeszcze będzie chciał zatrudnić kogoś w moim wieku?”. A czasem jeszcze prościej: „Czy ja mam siłę dalej tak pracować?”.

To są bardzo konkretne pytania. Nie teoretyczne. Nie coachingowe dla samego coachingu. To są pytania, które pojawiają się wtedy, gdy człowiek ma już za sobą trochę życia, trochę pracy, trochę sukcesów, trochę rozczarowań. I zaczyna lepiej rozumieć, że czas nie jest z gumy. Wiele osób po 40 przez lata mówi sobie, że „jakoś wytrzyma” w obecnej firmie do emerytury. Tylko kiedy zaczynają liczyć, ile to jeszcze lat, nagle okazuje się, że mówimy nie o dwóch czy pięciu latach, ale często o kilkunastu albo nawet ponad 20 latach pracy. I wtedy pojawia się otrzeźwienie. Bo „jakoś wytrzymać” przez taki czas to nie jest strategia. To jest raczej przepis na powolne gaśnięcie

Ja też miałem te wątpliwości

Ja też miałem takie obawy. Kiedy wracałem z własnej działalności na etat, nie miałem w sobie poczucia, że wszystko jest oczywiste i że rynek tylko czeka na moje wejście. Miałem raczej pytanie, czy uda mi się znaleźć coś sensownego. Coś, co będzie jednocześnie zawodowo ciekawe i życiowo do udźwignięcia.

I właśnie to jest dla mnie sedno całego tematu. Zmiana pracy po 40 nie polega tylko na znalezieniu nowej pracy. Polega na znalezieniu takiej pracy, którą da się wpisać w swoje dalsze życie.

W moim przypadku wydarzyło się coś ciekawego. Na moje CV zareagowała firma, do której jakieś 18 lat wcześniej już startowałem. Wtedy aplikowałem do niej na testera i nie byli mną zainteresowani. Tym razem startowałem do Project Management Office. I to jest dobry przykład tego, jak bardzo po 40 zmienia się logika rynku pracy.

Kluczowe okazało się nie to, ile mam lat. Kluczowe okazało się to, że mam doświadczenie w prowadzeniu projektów od strony biznesowej i w zarządzaniu ludźmi i zespołami. Do tego osoby prowadzące rekrutację znały mnie z innej firmy i z projektów, które wcześniej prowadziłem. Doceniały moje kompetencje, mój sposób działania i mój charakter. Szukały właśnie kogoś takiego.

To jest ważne. Po 40 bardzo często nie wygrywa się metryką ani samym hasłem „mam duże doświadczenie”. Wygrywa się konkretem. Wygrywa się reputacją. Wygrywa się tym, co ludzie o tobie pamiętają po wspólnej pracy. Wygrywa się kompetencjami, które są użyteczne tu i teraz.

Nie każda zmiana pracy po 40 oznacza zmianę zawodu po 40

To jest jedna z najważniejszych rzeczy, jakie warto sobie uświadomić. Nie każda zmiana pracy po 40 oznacza zmianę zawodu po 40.

Czasem potrzebujesz zmienić firmę. Czasem dział. Czasem przełożonego. Czasem kulturę organizacyjną. Czasem model pracy. Czasem zakres odpowiedzialności. A czasem faktycznie dochodzisz do momentu, w którym potrzebna jest zmiana zawodu po 40, bo obecna ścieżka już cię nie niesie.

To nie jest drobiazg. To jest kluczowa różnica.

Wiele osób zbyt szybko zakłada, że skoro jest im źle, to muszą wszystko wywrócić do góry nogami. A problemem wcale nie musi być zawód. Problemem może być miejsce, tempo, chaos, brak sensu, przeciążenie albo środowisko, w którym człowiek codziennie działa wbrew sobie.

Dlatego zanim dojdziesz do wniosku, że potrzebna ci zmiana zawodu po 40, najpierw sprawdź, czy na pewno chodzi o zawód. Czasem problem nie leży w tym, co robisz, tylko gdzie robisz, z kim robisz i jaką cenę za to płacisz.

Po 40 zmienia się nie tylko praca. Zmienia się też kryterium wyboru

W mojej historii był jeszcze jeden ważny element. Świadomie nie celowałem wtedy w stanowisko menedżerskie. Miałem świadomość, że potrafię działać menedżersko, potrafię podejmować decyzje, brać odpowiedzialność, prowadzić ludzi. Ale wiedziałem też coś jeszcze. Coaching był już wtedy moją pasją i nie chciałem wejść w taki model pracy, w którym etat zjada mnie w całości.

Wiedziałem, że jeśli wejdę na klasyczne stanowisko menedżerskie, to raczej nie skończy się to na ośmiu godzinach dziennie. A ja chciałem mieć czas na to, co jest dla mnie ważne po pracy, w tym na spotkania coachingowe z klientami.

Dlatego wybrałem rolę ekspercką. Nie dlatego, że nie umiałbym wejść w rolę menedżerską, ale dlatego, że był to wybór świadomy. Wiedziałem, co zyskuję. I wiedziałem też, z czego rezygnuję.

Właśnie tutaj wiele osób po 40 odkrywa coś ważnego. Na tym etapie życia nie chodzi już tylko o awans, status i kolejną linijkę w CV. Coraz częściej chodzi o jakość życia. O proporcje. O sens. O to, czy praca ma wspierać życie, czy dalej ma je kolonizować.

Dla jednych po 40 najlepszym ruchem będzie wejście wyżej. Dla innych będzie nim przejście na rolę ekspercką. Dla jeszcze innych będzie nim zmiana branży albo modelu pracy. To nie jest oznaka słabości. To jest oznaka świadomości.

Czy warto zmienić pracę po 40

To pytanie słyszę często. I rozumiem je bardzo dobrze. Bo za nim nie stoi tylko ciekawość. Za nim stoi lęk. Lęk przed odrzuceniem, przed utratą stabilności, przed tym, że rynek uzna cię za za starego, za drogiego albo za mało elastycznego.

Moja odpowiedź brzmi: tak, czasem naprawdę warto zmienić pracę po 40. Ale nie dlatego, że zmiana sama w sobie jest dobra. Warto wtedy, kiedy obecna praca przestała być miejscem rozwoju, sensu albo uczciwej wymiany. Warto wtedy, kiedy coraz częściej funkcjonujesz w trybie przetrwania. Warto wtedy, kiedy widzisz, że dalsze trwanie w tym samym miejscu nie daje ci stabilności, tylko powolne zużywanie siebie.

Jednocześnie nie każda frustracja oznacza konieczność zmiany. Nie każdy trudniejszy okres oznacza, że trzeba rzucać wszystko. Czasem trzeba najpierw odzyskać perspektywę, odpocząć, nazwać problem i zobaczyć, co jest faktem, a co tylko chwilowym przeciążeniem.

Bo ruch z lęku i ruch z dojrzałości to są dwie różne rzeczy, nawet jeśli z zewnątrz wyglądają podobnie.

Czy korporacje jeszcze zatrudniają po 40

Wiele osób po 40 zadaje sobie to pytanie wprost albo półgłosem. Czy korporacje jeszcze zatrudniają takie osoby? Czy nie jestem już dla nich za stary? Czy nie jestem skazany wyłącznie na małe albo średnie firmy?

Patrzę na to prosto. Korporacje nie zatrudniają wieku. Zatrudniają wartość. To samo dotyczy zresztą mniejszych i średnich firm.

Problem polega na tym, że po 40 trzeba już umieć tę wartość nazwać. Nie wystarczy liczyć na to, że ktoś sam się domyśli. Nie wystarczy powiedzieć: „mam duże doświadczenie”. Trzeba pokazać, jakie problemy rozwiązujesz, co potrafisz uporządkować, jakie decyzje potrafisz podjąć, jak działasz pod presją, jak współpracujesz z ludźmi i co z tego ma organizacja.

Po 40 doświadczenie przestaje być ozdobą. Ma być narzędziem. Ma być użyteczne. Ma być widoczne.

I jeszcze jedno. Kandydat po 40 nie musi udawać młodszego niż jest. Nie musi silić się na sztuczną dynamikę ani modny język. Ma być aktualny, konkretny i świadomy swojej wartości. To w zupełności wystarczy. A często działa lepiej niż przesadna autopromocja.

Gdzie naprawdę szukać pracy po 40

Wiele osób nadal myśli o szukaniu pracy bardzo wąsko. Portal z ogłoszeniami, wysłane CV, czekanie. Oczywiście to jest jeden z kanałów. Ale po 40 ogromne znaczenie ma też coś innego: relacje, reputacja, wcześniejsze projekty, sieć kontaktów i to, co ludzie pamiętają po współpracy z tobą.

Moja historia jest tego dobrym przykładem. Osoby rekrutujące znały mnie wcześniej. Wiedziały, jak pracuję. Wiedziały, czego mogą się po mnie spodziewać. To nie znaczy, że wszystko załatwia znajomość. To znaczy, że warto przez całe życie zawodowe pracować tak, żeby zostawiać po sobie dobrą opinię.

Nigdy nie wiesz, kiedy to wróci.

Dlatego szukanie pracy po 40 to nie tylko wysyłanie aplikacji. To także porządkowanie swojej zawodowej historii, przypomnienie o sobie właściwym osobom, odświeżenie relacji, pokazanie swojej wartości i wyjście z cienia. Czasem twój problem nie polega na tym, że rynek cię nie chce. Problem polega na tym, że rynek za mało o tobie wie.

Co z AI i czy 40-latek ma się czego bać

Temat AI wraca dziś regularnie. I słusznie, bo on naprawdę zmienia pracę. Tylko nie warto wpadać tu w dwa skrajne błędy. Pierwszy polega na lekceważeniu sprawy. Drugi na panice.

AI nie oznacza, że człowiek po 40 nagle wypada z rynku. Ale oznacza, że nie da się już zbyt długo udawać, że technologia nas nie dotyczy. Dziś coraz bardziej liczy się nie tylko to, co umiesz, ale też jak pracujesz, jak szybko się uczysz i jak korzystasz z narzędzi, które upraszczają pracę.

Po 40 nie musisz nagle zostać ekspertem od sztucznej inteligencji. Ale warto rozumieć, jak AI wpływa na twój zawód, branżę i codzienny sposób pracy. Warto umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, które elementy twojej pracy można zautomatyzować, a które nadal wymagają doświadczenia, oceny sytuacji, odpowiedzialności, rozmowy z ludźmi i dojrzałego osądu.

I właśnie tu osoby po 40 mogą mieć dużą przewagę. Nie zawsze w szybkości klikania. Ale bardzo często w rozumieniu kontekstu, ryzyka, konsekwencji i relacji. A tego nie da się zastąpić samym narzędziem.

Od czego zacząć zmianę pracy po 40

Gdybym miał odpowiedzieć najprościej, powiedziałbym tak: zacznij nie od rynku, tylko od siebie.

Zanim poprawisz CV, zanim wejdziesz na LinkedIn, zanim zaczniesz wysyłać aplikacje, odpowiedz sobie uczciwie na pytanie, czego ty naprawdę chcesz od swojej pracy na tym etapie życia.

Czy chcesz awansu, czy większego wpływu na swój czas?

Czy chcesz dalej zarządzać ludźmi, czy wolisz działać ekspercko?

Czy chcesz zmienić firmę, czy naprawdę potrzebna ci zmiana zawodu po 40?

Czy chcesz więcej pieniędzy, więcej spokoju, więcej sensu, czy może wszystkiego po trochu?

Najpierw prostota. Nazwij, co naprawdę jest problemem.

Potem porządek. Oddziel fakty od lęków i przyzwyczajeń.

Na końcu proaktywność. Działaj, ale już nie nerwowo, tylko świadomie.

To podejście daje dużo lepsze efekty niż skok w bok zrobiony pod wpływem chwilowego napięcia.

Na koniec

Po 40 nadal możesz być bardzo atrakcyjnym kandydatem. Tylko już nie na zasadzie przypadku. Na zasadzie świadomości. Świadomości tego, co umiesz, co chcesz dać, w czym jesteś dobry i jaką cenę jesteś gotów zapłacić za kolejne zawodowe decyzje.

Dla mnie zmiana pracy po 40 nie jest pytaniem o to, czy jeszcze się nadaję. To jest pytanie o to, co dziś ma dla mnie sens. I uważam, że właśnie od tego warto zacząć.

Nie od lęku. Nie od presji. Nie od porównywania się z młodszymi.

Od sensu.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji

Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska. 1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies. 2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer. 3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia 4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu: a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb; b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości; 5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika. 6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies: a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu; b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu; c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu; d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.; e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań. 7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej). 8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu. 9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów. 10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.

Close