Awans zazwyczaj kojarzy się z czymś przyjemnym. Wyższym wynagrodzeniem, uznaniem przełożonych, większym wpływem na to, co dzieje się w firmie. Jest potwierdzeniem, że dotychczasowa praca została zauważona i doceniona. Można więc założyć, że osoba, która właśnie otrzymała propozycję objęcia stanowiska menedżerskiego, powinna być zadowolona. I zazwyczaj jest. Przynajmniej na początku.
Problem pojawia się nieco później, kiedy opadnie pierwsza euforia, a nowy menedżer siada przy biurku i próbuje odpowiedzieć sobie na dość banalne pytanie: co ja właściwie mam teraz robić?

W swojej pracy coachingowej spotykam osoby, które właśnie znalazły się w takiej sytuacji. Jeszcze niedawno były świetnymi specjalistami, doskonale znały swoją pracę i miały poczucie kontroli nad wykonywanymi zadaniami. Teraz odpowiadają za pracę innych ludzi, uczestniczą w spotkaniach, podejmują decyzje, a czasami przez cały dzień zajmują się sprawami, których efektów nie sposób zobaczyć przed wyjściem z biura.
Co ciekawe, im większą satysfakcję czerpały wcześniej z samodzielnego wykonywania zadań, tym trudniej im się odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Kiedy praca staje się wirtualna
Przypomina mi się jedna z sytuacji, z którymi pracowałem coachingowo. Zmieniam branżę i część szczegółów, ponieważ interesuje mnie sam mechanizm, a nie konkretna firma czy osoba.
Wyobraźmy sobie pracownicę firmy zajmującej się realizacją usług dla klientów biznesowych. Przez kilka lat samodzielnie obsługiwała zamówienia, kontaktowała się z klientami, rozwiązywała problemy i pilnowała terminów. Była w tym naprawdę dobra. Jej praca była konkretna i mierzalna. Zamówienie zostało zrealizowane, reklamacja wyjaśniona, klient otrzymał odpowiedź. Można było zamknąć temat, odhaczyć zadanie i przejść do następnego. Pod koniec dnia doskonale wiedziała, co zrobiła.
W pewnym momencie przełożeni zaproponowali jej awans na kierowniczkę zespołu. Miała przestać samodzielnie obsługiwać klientów i zająć się organizowaniem pracy całego działu. Z punktu widzenia firmy wszystko wyglądało rozsądnie. Dobry specjalista, znajomość procesów, doświadczenie i odpowiedzialność. Kandydatka na menedżera niemal idealna.
Tyle że po objęciu stanowiska pojawił się problem. Nowa menedżerka miała poczucie, że jej praca stała się… wirtualna.
Wcześniej wiedziała, co zrobiła. Teraz uczestniczyła w spotkaniach, rozmawiała z pracownikami, sprawdzała wyniki zespołu, odpowiadała na pytania i zajmowała się organizacją pracy. Dzień mijał, a ona miała trudność z nazwaniem konkretnego rezultatu własnych działań. Zniknęło coś, co przez lata dawało jej zawodową satysfakcję: bezpośredni związek pomiędzy wykonanym zadaniem a widocznym efektem.
Wraz z awansem pojawiły się wątpliwości, czy rzeczywiście wykonuje potrzebną pracę i czy nadaje się do nowej roli. W końcu dawniej potrafiła zrobić naprawdę dużo, a teraz czasami miała wrażenie, że przez osiem godzin głównie rozmawia z ludźmi.
Szef widzi awans. Pracownik przeżywa utratę
Spójrzmy na tę sytuację z perspektywy przełożonego. Ma świetnego pracownika, którego zna i ceni. Pojawia się wakat kierowniczy, więc zamiast szukać kogoś z zewnątrz, postanawia docenić człowieka, który już sprawdził się w organizacji. Przeprowadza rozmowę, przedstawia nowy zakres odpowiedzialności, omawia wynagrodzenie i oczekiwane wyniki. Następnie ogłasza awans i zakłada, że sprawa jest załatwiona. Przecież nowy menedżer zna firmę, ludzi i procesy. Powinien sobie poradzić.
Tymczasem po drugiej stronie może rozgrywać się zupełnie inna historia.
Osoba, która jeszcze niedawno czuła się ekspertem, nagle zaczyna doświadczać niepewności. Dotychczasowe umiejętności nadal posiada, ale przestają one wystarczać. Zmienia się charakter pracy, sposób oceniania rezultatów, relacje ze współpracownikami i zakres odpowiedzialności. Trzeba podejmować decyzje dotyczące innych ludzi, rozwiązywać konflikty, ustalać priorytety i odpowiadać za wyniki, na które nie ma się już tak bezpośredniego wpływu.
Dla części osób jest to doświadczenie przypominające powrót do początku zawodowej drogi. Jeszcze wczoraj były ekspertami, dzisiaj znowu czują się początkującymi.
I tu pojawia się psychologiczny koszt awansu, którego przełożeni często nie dostrzegają. Nowy menedżer może odczuwać utratę dotychczasowego poczucia sprawczości, kompetencji, a nawet części swojej zawodowej tożsamości. Przez lata budował przekonanie, że jest wartościowym pracownikiem, ponieważ potrafi samodzielnie i skutecznie rozwiązywać problemy. Teraz musi nauczyć się inaczej rozumieć własną wartość.
Czasami próbuje więc odzyskać dawne poczucie kontroli, wracając do tego, co dobrze zna. Przejmuje zadania pracowników, sam rozwiązuje problemy klientów, poprawia po innych. Znowu ma poczucie, że wykonał konkretną pracę. Niestety, po pewnym czasie okazuje się, że pracuje więcej niż wcześniej, zespół coraz częściej oczekuje od niego gotowych rozwiązań, a na zarządzanie zwyczajnie brakuje mu czasu. To, co uczyniło go świetnym specjalistą, zaczyna przeszkadzać mu w byciu skutecznym menedżerem.
Inna rola wymaga innego sposobu myślenia
Jednym z pierwszych tematów, które poruszam podczas pracy coachingowej z nowymi menedżerami, jest różnica pomiędzy oczekiwaniami wobec specjalisty a oczekiwaniami wobec osoby zarządzającej zespołem. Specjalista odpowiada przede wszystkim za jakość i terminowość własnych zadań. Menedżer odpowiada za rezultaty osiągane przez zespół. Musi więc zadbać o organizację pracy, właściwe wykorzystanie zasobów, kompetencje pracowników oraz rozwiązywanie problemów, które utrudniają realizację celów.
Zmienia się również perspektywa czasowa, w jakiej powinien myśleć.
Pracownik operacyjny często koncentruje się na tym, co ma do wykonania dzisiaj, jutro czy w najbliższych dniach. Menedżer musi patrzeć dalej. Zastanawia się, jak zorganizować pracę w kolejnych tygodniach, jakie problemy mogą pojawić się za miesiąc, czy zespół ma odpowiednie kompetencje i zasoby, aby realizować przyszłe zadania. Z kolei prezes czy zarząd firmy powinni znaczną część uwagi kierować na perspektywę wielu miesięcy, a czasami kilku lat. Myślą o kierunku rozwoju organizacji, inwestycjach, sytuacji rynkowej i zdolności firmy do osiągania wyników w dłuższym okresie.
Oczywiście te perspektywy się przenikają. Prezes również musi czasami rozwiązać problem z dzisiejszego poranka, a specjalista może uczestniczyć w planowaniu długoterminowym. Różnica polega na tym, za jaki horyzont działania odpowiada dana osoba.
Nowy menedżer musi więc nauczyć się odrywać wzrok od bieżącej listy zadań i patrzeć na pracę zespołu z większego dystansu. Zaczyna interesować się tym, co powinno się wydarzyć za kilka tygodni, jakie decyzje trzeba podjąć dzisiaj, aby uniknąć problemów w przyszłości, i w jaki sposób codzienna praca zespołu przekłada się na cele całej firmy. To również wyjaśnia, dlaczego część jego pracy staje się mniej widoczna. Rozmowa z pracownikiem, decyzja o zmianie sposobu organizacji pracy czy przygotowanie zespołu do nowych zadań mogą przynieść rezultat dopiero po pewnym czasie.
Kim teraz jestem dla tych wszystkich ludzi?
Kolejnym obszarem mojej pracy coachingowej jest przyjrzenie się nowej roli z kilku perspektyw. Rozmawiamy o tym, kim menedżer ma być dla swoich pracowników, czego mogą oczekiwać od niego klienci oraz jaką odpowiedzialność ponosi wobec przełożonych.
Dla pracowników staje się osobą, która organizuje pracę, pomaga rozwiązywać trudniejsze problemy, podejmuje decyzje i wspiera ich rozwój. Klienci mogą oczekiwać od niego zapewnienia odpowiedniej jakości pracy całego zespołu, a nie osobistego załatwiania każdej sprawy. Przełożeni z kolei chcą mieć partnera, który potrafi samodzielnie prowadzić powierzony mu obszar, dostrzega zagrożenia i proponuje rozwiązania.
Przyglądamy się także temu, za co menedżer rzeczywiście odpowiada. Omawiamy planowanie, organizację procesów, zarządzanie wynikami i kosztami, rozwijanie pracowników, komunikację, współpracę z innymi działami oraz zarządzanie zmianami. Zakres tych obowiązków zależy oczywiście od stanowiska i organizacji, ale sama świadomość, jak wiele obszarów obejmuje zarządzanie, potrafi sporo zmienić.
Osoba, która początkowo miała poczucie, że właściwie nic konkretnego nie robi, zaczyna dostrzegać całkiem pokaźną listę obowiązków. Problemem przestaje być brak pracy. Częściej pojawia się pytanie, jak to wszystko rozsądnie poukładać.
Ważnym elementem tych rozmów jest również przyjrzenie się własnym oczekiwaniom. Jakim menedżerem chcę być? Na czym zamierzam budować swój autorytet? Które z moich dotychczasowych nawyków będą mi pomagały, a z których powinienem stopniowo rezygnować? Skąd będę czerpać satysfakcję zawodową, skoro nie będę już osobiście realizować większości zadań?
Bez odpowiedzi na te pytania łatwo pozostać specjalistą, który dostał stanowisko menedżera, ale nadal próbuje pracować tak jak wcześniej.
Awans to początek zmiany, a nie jej zakończenie
Firmy potrafią przygotowywać rozbudowane programy wdrażania nowych pracowników. Szkolenia, spotkania, opiekunowie, plany adaptacyjne. Zaskakujące, jak często podobnego podejścia brakuje przy awansach wewnętrznych.
Przecież pracownik zna już firmę, ludzi i procesy. Po co więc go wdrażać?
Ano dlatego, że znajomość organizacji nie oznacza jeszcze umiejętności zarządzania zespołem. Nowy menedżer potrzebuje czasu na rozwinięcie kompetencji, zbudowanie nowych relacji oraz zmianę sposobu myślenia o swojej pracy. Potrzebuje też możliwości regularnego omawiania trudnych sytuacji z bardziej doświadczonym przełożonym, mentorem czy coachem.
Zresztą sama znajomość technik zarządzania nie rozwiąże wszystkiego. Można nauczyć kogoś prowadzenia rozmów z pracownikami, delegowania zadań czy analizowania wskaźników, a mimo to pozostawić go z przekonaniem, że dopóki sam nie wykona konkretnego zadania, dopóty właściwie nie pracuje. Dlatego w procesie adaptacji do nowej roli tak dużo uwagi poświęcam sposobowi, w jaki menedżer postrzega własną skuteczność. Zamiast liczyć osobiście zamknięte sprawy, zaczyna obserwować, jak funkcjonuje jego zespół. Czy pracownicy stają się bardziej samodzielni? Czy znają priorytety? Czy problemy są rozwiązywane sprawniej? Czy osiągane wyniki odpowiadają oczekiwaniom firmy?
Z czasem zaczyna rozumieć, że jego praca może przynosić rezultaty, których nie da się odhaczyć pod koniec każdego dnia. Dobrze przeprowadzona rozmowa, rozsądna decyzja czy usunięcie przeszkody utrudniającej pracę zespołu potrafią mieć znacznie większy wpływ na wyniki niż samodzielne wykonanie kolejnego zadania.
Czasami największym wyzwaniem okazuje się jednak powstrzymanie od zrobienia czegoś, co samemu wykonałoby się szybciej i lepiej. Pozwolenie pracownikowi na samodzielność, popełnienie drobnego błędu i wyciągnięcie wniosków wymaga cierpliwości. Zwłaszcza od kogoś, kto przez lata był ceniony za to, że zawsze potrafił wszystko załatwić. I być może właśnie tutaj najlepiej widać zmianę, jaka dokonuje się wraz z awansem. W pewnym momencie menedżer zaczyna czerpać satysfakcję z tego, że zespół świetnie sobie radzi, choć on sam nie musi osobiście uczestniczyć w rozwiązywaniu każdej sprawy.
Ostatecznie firma nie awansowała dobrego specjalisty po to, żeby nadal wykonywał tę samą pracę, tylko z droższą wizytówką i większą liczbą spotkań w kalendarzu.
Szkoda jedynie, że czasami zapomina mu o tym powiedzieć.








