Właśnie ukazał się setny odcinek podcastu „Szerokie horyzonty”, który współprowadzę od czterech lat, i tym odcinkiem zamykamy pierwszy sezon. Czy będzie drugi? Nie wiemy. I to „nie wiemy” jest w pełni zamierzone.
Nie ogłosiliśmy końca podcastu. Ogłosiliśmy pauzę. Chcemy się zatrzymać i spokojnie zdecydować, czy nadal chcemy ten projekt prowadzić. Nie chcemy nagrać sto pierwszego odcinka tylko dlatego, że wcześniej nagraliśmy setny.
Po czterech latach regularnego, dwutygodniowego rytmu wiele rzeczy dzieje się już niemal automatycznie. Kalendarz się zapełnia, pojawiają się kolejne tematy, umawiamy nagrania i działamy.
Wszystko funkcjonuje. I właśnie wtedy łatwo przegapić moment, w którym przestajemy prowadzić projekt, a projekt zaczyna prowadzić nas.

Kiedy mówię znajomym o naszej decyzji, reakcje są bardzo podobne. Najpierw pojawia się lekkie zaskoczenie, a zaraz potem pocieszanie: „Szkoda”, „Ale wrócicie, prawda?”, „Nie żałujesz?”
Jakby zatrzymanie czegoś musiało oznaczać porażkę. Jakby trzeba było mnie przekonać, że przecież nie jest tak źle i może jeszcze warto trochę pociągnąć.
I właśnie o tej reakcji jest ten tekst.
Bo ona niewiele mówi o naszym podcaście. Za to całkiem sporo mówi o nas.
Całe życie uczono nas zaczynać. Nikt nie nauczył nas kończyć.
Potrafimy celebrować początki. Pierwszy dzień w nowej pracy, otwarcie firmy, rozpoczęcie studiów, przeprowadzkę, nowy związek, Nowy Rok. Robimy zdjęcia, składamy gratulacje, kupujemy prezenty i otwieramy szampana.
Z zakończeniami radzimy sobie znacznie gorzej.
Odejście z pracy trzeba jakoś wytłumaczyć. Zamknięcie firmy łatwo nazwać niepowodzeniem. Rezygnacja z projektu pachnie poddaniem się. Nawet zwykła pauza wymaga uzasadnienia.
Sam właśnie poświęcam jej cały artykuł.
Tymczasem współczesne życie zawodowe raczej nie będzie przypominało prostej drogi, którą zaczynamy po studiach, a kończymy czterdzieści lat później na emeryturze. Będziemy zmieniać role, firmy, branże, projekty, a czasami także sposób myślenia o sobie i własnej pracy. Możemy mieć kilka różnych karier. Możemy kilka razy zaczynać od nowa.
A skoro będziemy zaczynać od nowa, wcześniej trzeba będzie coś zakończyć. Czasem z własnej decyzji. Czasem dlatego, że ktoś zdecyduje za nas. Czasem dlatego, że życie zwyczajnie zmieni zasady gry.
Dlatego umiejętność dobrego kończenia nie jest jedynie tematem na trudne chwile.
To jedna z ważniejszych kompetencji w świecie ciągłej zmiany.
I prawie nikt jej nie ćwiczy.
Trzy sposoby, w jakie rzeczy się kończą
W setnym odcinku „Szerokich horyzontów” rozmawiamy o tym, że projekt można zakończyć na trzy sposoby. Można go porzucić, zakończyć albo zapauzować. Tylko jeden z tych sposobów dzieje się właściwie sam.
Porzucenie jest trybem domyślnym.
Nie podejmujemy żadnej konkretnej decyzji. Rzecz po prostu zaczyna więdnąć. Coraz rzadziej publikujemy na blogu. Coraz dłuższe są przerwy między treningami. Projekt pozostaje „w zawieszeniu”, chociaż wszyscy już wiedzą, że raczej do niego nie wrócimy. Nikt jednak nie mówi tego głośno.
Porzucenie jest wygodne, ponieważ nie boli szczególnie mocno w chwili, kiedy się dzieje. Nie trzeba powiedzieć „kończę”. Nie trzeba się z nikim żegnać. Nie trzeba nawet przyznać przed samym sobą, że coś się skończyło. Rachunek przychodzi później.
W głowie zostają niedokończone sprawy. Projekty, które niby już nie istnieją, ale ciągle zajmują miejsce. Pomysły, do których „kiedyś wrócimy”. Relacje, których formalnie nie zakończyliśmy. Decyzje, które od miesięcy czekają na podjęcie.
Trochę jak otwarte karty w przeglądarce. Każda z osobna nie robi wielkiego problemu. Przy trzydziestu komputer zaczyna jednak zwalniać.
Kończenie wygląda inaczej.
To świadoma decyzja: ten rozdział zrobił to, po co powstał. Albo już nie robi tego, po co powstał. W obu przypadkach podejmuję decyzję i zamykam go.
Mogę zrobić bilans. Mogę podziękować ludziom. Mogę sprawdzić, czego się nauczyłem. Mogę nazwać to, co było dobre, i to, co nie zadziałało. Mogę też zwyczajnie powiedzieć: wystarczy.
Kończenie kosztuje najwięcej w momencie podejmowania decyzji. Potem zazwyczaj kosztuje znacznie mniej.
Jest jeszcze pauza.
I moim zdaniem jest najtrudniejsza, ponieważ bardzo łatwo ją pomylić z porzuceniem. Prawdziwa pauza nie oznacza: „zobaczymy, może kiedyś”. To nie pauza. To najczęściej porzucenie, które nie ma odwagi przedstawić się własnym imieniem.
Dobra pauza powinna mieć dwa elementy.
Po pierwsze, musi istnieć pytanie, na które chcemy odpowiedzieć. Czy nadal chcemy to robić? Czy projekt ma sens? Czy mamy na niego energię? Czy jego obecna forma nam odpowiada? Czy chcemy coś zmienić?
Po drugie, musi istnieć moment powrotu do tej decyzji. Za miesiąc. Za trzy miesiące. Po wakacjach. Po zakończeniu innego projektu.
Bez tego pauza bardzo łatwo staje się poczekalnią dla rzeczy, których nie mamy odwagi zakończyć.
My właśnie tak podchodzimy do „Szerokich horyzontów”. Nie mówimy: „może kiedyś coś nagramy”. Mówimy: zatrzymujemy się, żeby zdecydować, czy chcemy dalej.
To zasadnicza różnica.
Problem polega na tym, że kulturowo słabo rozróżniamy te trzy sytuacje. Porzucenie, zakończenie i pauza trafiają często do jednego worka z napisem „szkoda”. A to rozróżnienie jest podstawą dobrego kończenia.
Zanim więc zaczniesz zastanawiać się, czy coś kończysz dobrze, najpierw warto zadać sobie prostsze pytanie:
Co właściwie teraz robię?
Kończę? Robię świadomą pauzę? Czy może od miesięcy coś porzucam, opowiadając sobie, że jeszcze do tego wrócę?
Większość złych zakończeń nie bierze się moim zdaniem ze złych decyzji.
Bierze się z decyzji, których nie podjęliśmy.
Z porzuceń udających pauzy i pauz, których nigdy nie zamieniliśmy w decyzję.
Koszt złych zakończeń
Źle zamknięty rozdział nie znika. Przenosi się do następnego i tam wystawia rachunek.
Widzę to od lat w pracy z ludźmi będącymi w zmianie.
Ktoś odszedł z firmy pięć lat temu, ale podczas każdej rozmowy rekrutacyjnej nadal opowiada o tamtej pracy z urazą. Rekruter nie zna całej historii, ale bez większego problemu wyczuwa emocje.
Ktoś inny formalnie zmienił zawód, ale mentalnie nadal tkwi w poprzednim. Przedstawia się przede wszystkim przez to, kim był, zamiast przez to, kim jest dzisiaj. W efekcie sam osłabia swoją wiarygodność w nowej roli.
Jeszcze ktoś inny ciągnie trzy „prawie zakończone” projekty. Każdy z nich zabiera uwagę i energię, chociaż żaden nie ma już większej przyszłości.
Wspólny mianownik jest podobny.
Coś się skończyło, ale nie zostało zakończone. Rozdział się urwał, zamiast się zamknąć. I dopóki nie wykonamy świadomie tego ostatniego ruchu, jakaś część naszej uwagi nadal tam zostaje.
Jest też drugi koszt. Mniej oczywisty. Kto nie umie kończyć, może z czasem zacząć bać się zaczynania. Bo każdy początek oznacza przecież, że kiedyś może pojawić się również koniec.
Znam ludzi, którzy przez lata zostają w wypalonych rolach zawodowych nie dlatego, że nie widzą innych możliwości. Zostają dlatego, że nie potrafią sobie wyobrazić dobrego zakończenia.
Znają dwa scenariusze. Katastrofę albo ucieczkę.
Nie znają trzeciego: świadomie zamknąć, wyciągnąć wnioski i pójść dalej.
Więc trwają.
Jak wygląda dobre zakończenie
Dobre zakończenie nie jest jednym wydarzeniem. Najpierw jest decyzją. Potem jest pracą, którą trzeba wykonać. I tej pracy można się nauczyć.
Pierwszy krok to zauważenie odpowiednio wcześnie, że dany rozdział wymaga decyzji. Nie wtedy, kiedy wszystko już się sypie. Nie wtedy, kiedy nie mamy siły, energii ani cierpliwości. Wcześniej.
Projekty, role zawodowe i różne etapy życia mają swój cykl. Czasami przychodzi moment, w którym wszystko nadal działa, ale już nie rozwija się tak jak wcześniej. I właśnie wtedy warto się zatrzymać i zapytać:
Czy nadal chcę to robić?
Setny odcinek naszego podcastu nagraliśmy właśnie w takim momencie. Słuchalność nie spadła. Tematy się nie skończyły. Nie pokłóciliśmy się. Nikt nie trzasnął drzwiami. Projekt działał.
I właśnie dlatego mogliśmy spokojnie zadać sobie pytanie: czy chcemy dalej? Zamiast automatycznie powiedzieć: oczywiście, że dalej.
Drugi element dobrego zakończenia to bilans. Nie chodzi o pytanie: „czy warto było?”. To pytanie bardzo łatwo prowadzi do wystawiania ocen samemu sobie. Znacznie ciekawsze są inne pytania:
Co ten rozdział mi dał?
Czego się nauczyłem?
Co chcę zabrać ze sobą dalej?
Co zostawiam?
Co zrobiłbym dzisiaj inaczej?
Bilans zmienia perspektywę. Zamiast: „zamykam firmę, bo poniosłem porażkę”, może pojawić się: „zamykam firmę, którą prowadziłem sześć lat i która nauczyła mnie więcej o biznesie niż niejeden kurs czy studia”. Firma się kończy. Doświadczenie zostaje.
Trzecim elementem jest oddzielenie siebie od roli. To wcale nie jest proste.
Jeśli przez wiele lat byłeś menedżerem, przedsiębiorcą, dyrektorem, ekspertem albo właścicielem firmy, ta rola zaczyna być częścią odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Dlatego wraz ze zmianą zawodu czy pracy nie wystarczy zmienić wpisu na LinkedInie.
Trzeba jeszcze samemu przyjąć do wiadomości: Byłem tym. Dzisiaj jestem kimś, kto ma takie doświadczenie, ale robi już coś innego.
Bez tego nową rolę próbujemy budować na starej tożsamości. A to często powoduje napięcie, którego długo nie potrafimy nazwać.
I wreszcie: zakończenie potrzebuje formy.
Początki mają swoje rytuały. Pierwszy dzień pracy, podpisanie umowy, otwarcie firmy, inauguracja projektu. Zakończenia też ich potrzebują. To może być rozmowa. Podziękowanie. Ostatnie spotkanie. Podsumowanie projektu. Wiadomość do zespołu. Symboliczna kawa z ludźmi, z którymi pracowaliśmy przez kilka lat.
W naszym przypadku taką formą jest setny odcinek.
Sto odcinków tworzy klamrę. Pozwala powiedzieć: doszliśmy do konkretnego miejsca i teraz świadomie się zatrzymujemy. To zupełnie coś innego niż projekt, który po prostu pewnego dnia przestaje istnieć.
Dlaczego piszę o tym właśnie teraz
Piszę o kończeniu dokładnie w momencie, w którym uruchamiam coś nowego. I nie jest to przypadek.
Newsletter „U steru” powstaje w przestrzeni, którą zwolniła pauza w podcaście. W kalendarzu, ale przede wszystkim w mojej głowie.
Gdybym nadal ciągnął podcast na automacie, nowy projekt powstawałby obok niego. Po godzinach, pomiędzy kolejnymi obowiązkami, z ciągłym poczuciem, że powinienem jeszcze coś tam zrobić. Znam ten mechanizm z pracy z klientami wystarczająco dobrze, żeby nie powtarzać go u siebie.
Czy podcast wróci? Nie wiem.
I tym razem naprawdę nie przeszkadza mi to, że nie wiem. Bo wiem coś ważniejszego. Decyzja o jego przyszłości zostanie podjęta świadomie, a nie siłą rozpędu.
Dla mnie właśnie o to chodzi w byciu u steru.
Newsletter „U steru” będzie o świadomych decyzjach w życiu, pracy i biznesie. O podejmowaniu decyzji wtedy, kiedy jeszcze możemy je podejmować, zamiast czekać, aż życie podejmie je za nas.
A jedną z takich decyzji jest decyzja o zatrzymaniu. Stanie u steru nie polega wyłącznie na wyznaczaniu kolejnego celu i płynięciu szybciej. Czasami oznacza zmianę kursu. Czasami oznacza zawinięcie do portu. A czasami rzucenie kotwicy i zadanie sobie prostego pytania: Czy nadal chcę płynąć w tę stronę? Będę tu pisał właśnie o takich decyzjach. O tych, które często wydają się oczywiste dopiero wtedy, kiedy patrzymy na nie z perspektywy czasu.
Jeżeli masz za sobą rozdział, który bardziej się urwał, niż zakończył, albo przed sobą taki, którego boisz się dotknąć, być może znajdziesz tutaj coś dla siebie.