Rafał Markiewicz

Urlop był udany. Więc dlaczego tydzień później znowu mam dość?

Urlop był udany. Więc dlaczego tydzień później znowu mam dość?

Wrzesień to dobry moment na to pytanie, bo zadaje je sobie w tym miesiącu spora część pracujących osób. Wracamy po dwóch albo trzech tygodniach wolnego, przez pierwsze dni naprawdę czujemy różnicę, a potem gdzieś w okolicach drugiej środy po powrocie orientujemy się, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie w czerwcu. Ta sama ciężka głowa rano, ta sama trudność z zabraniem się za rzeczy wymagające myślenia, ta sama irytacja przy drobiazgach.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - stres - kortyzol - oś HPA - allostaza - zmęczenie po urlopie

Standardowa diagnoza brzmi: źle wypoczywałeś. Za dużo zwiedzania, za mało snu, telefon w kieszeni na plaży. Czasem to prawda i wtedy warto ją przyjąć. W wielu przypadkach wyjaśnienie jest jednak inne, a przy okazji mniej wygodne, bo każe przyjrzeć się nie temu, co robiliśmy przez dwa tygodnie urlopu, ale temu, jak funkcjonujemy przez pozostałą część roku.

Chcę pokazać właśnie takie wyjaśnienie. Jest trochę mniej pocieszające, ale prowadzi do konkretnego działania, a nie do postanowienia: „w przyszłym roku wypocznę porządniej”.

Efekt, który szybko znika

Zacznijmy od tego, co wiadomo z badań, bo wynik jest ciekawy i dość mocno rozmija się z naszym intuicyjnym myśleniem o odpoczynku. W badaniach, w których sprawdzano samopoczucie tych samych osób przed urlopem, podczas niego oraz po powrocie, powtarzał się podobny wzorzec. Urlop działał. Ludzie czuli się po nim lepiej, a poprawa nie sprowadzała się wyłącznie do deklaracji, że „było fajnie”. Gorsza wiadomość jest taka, że ten efekt po powrocie szybko słabł. W części analiz już po około tygodniu różnica między samopoczuciem sprzed urlopu a stanem po powrocie przestawała być wyraźna.

Jeszcze ciekawsze jest to, że nie znaleziono prostej zależności: im dłuższy urlop, tym większa i trwalsza regeneracja. Trzy tygodnie wolnego nie gwarantowały większego efektu niż dwa.

To trochę psuje popularny model, według którego przez cały rok stopniowo się rozładowujemy, a potem jedziemy na urlop, podpinamy się do ładowarki i wracamy z baterią na sto procent. Człowiek niestety nie jest powerbankiem.

Dwie ścieżki reakcji stresowej

Żeby zrozumieć, dlaczego efekt urlopu potrafi zniknąć tak szybko, trzeba rozdzielić kilka rzeczy, które w codziennym języku wrzucamy do jednego worka z napisem „stres”. Organizm uruchamia między innymi dwa duże systemy odpowiedzi stresowej. Współpracują ze sobą, ale działają w innym tempie.

Pierwsza jest szybka reakcja układu współczulnego. W ciągu sekund uwalniane są adrenalina i noradrenalina, rośnie tętno i ciśnienie, mięśnie przygotowują się do działania, a uwaga skupia się na tym, co mózg właśnie uznał za zagrożenie. To tę część stresu najłatwiej poczuć. Trudna rozmowa, mail zaczynający się od „musimy pilnie porozmawiać”, awaria systemu przed prezentacją, konflikt albo nagłe poczucie zagrożenia. Ciało błyskawicznie daje znać, że rozpoczęła się mobilizacja.

Drugi system działa wolniej. To oś podwzgórze-przysadka-nadnercza, nazywana osią HPA. Jej działanie rozwija się w minutach i godzinach, a jednym z efektów jest wydzielanie kortyzolu. Kortyzol zrobił w internecie fatalną karierę. Czasem można odnieść wrażenie, że jest toksycznym odpadem wytwarzanym przez zestresowanych ludzi i należałoby go czym prędzej usunąć z organizmu. Tymczasem bez kortyzolu nie da się normalnie funkcjonować. Pomaga mobilizować energię, uczestniczy w regulacji odporności, wpływa na metabolizm i pamięć.

Problemem nie jest sam kortyzol. Problem pojawia się wtedy, kiedy cały system reagowania na obciążenie jest uruchamiany zbyt często, działa zbyt długo albo nie dostaje wystarczająco dużo czasu na powrót do spokojniejszego poziomu.

I tu zaczyna się część szczególnie interesująca w kontekście urlopu.

Organizm reaguje bowiem nie tylko na to, co właśnie się wydarza. Reaguje również na to, czego się spodziewamy, co przewidujemy, czego się obawiamy i czego nie potrafimy domknąć. Trudna rozmowa może zakończyć się o piętnastej, ale jeżeli o dwudziestej drugiej nadal prowadzimy jej kolejną wersję we własnej głowie, dla naszego systemu stresowego temat niekoniecznie został zakończony.

Urlop wyłącza bodziec. Nie zawsze wyłącza sytuację.

To samo widać po masażu

Jeżeli brzmi to abstrakcyjnie, można ten mechanizm zobaczyć w znacznie prostszym doświadczeniu.

Idziemy na masaż. W jego trakcie i przez kilka godzin po nim czujemy się wyraźnie lepiej. Napięcie w karku puszcza, oddech się uspokaja, świat robi się o ton łagodniejszy. Następnego dnia często nadal jest całkiem dobrze. Dwa dni później kark wraca tam, gdzie był. Znowu jest spięty. Łatwo wtedy powiedzieć, że masaż nie zadziałał albo trzeba znaleźć lepszego masażystę.

Tymczasem masaż zadziałał dokładnie tak, jak mógł. Obniżył napięcie, pozwolił organizmowi na chwilę zejść z obrotów i zrobił to, czego od niego oczekiwaliśmy. Nie miał natomiast możliwości zmienić środowiska, które przez pozostałe dni tygodnia to napięcie produkuje.

Podobnie jest z technikami oddechowymi, które tak chętnie pojawiają się na szkoleniach dotyczących stresu. Oddech może obniżać pobudzenie i dlatego rzeczywiście przynosi ulgę. Nie negocjuje jednak zakresu odpowiedzialności z przełożonym, nie zmniejsza raty kredytu, nie kończy konfliktu i nie odbywa za nas rozmowy, którą odkładamy od pół roku. Jest narzędziem regulacji reakcji. Nie jest narzędziem do usuwania wszystkich źródeł stresu.

Urlop można potraktować podobnie. Jest znacznie większą przerwą, która daje organizmowi więcej czasu na regenerację, sen, ruch, zmianę rytmu i psychologiczne odcięcie od codziennych spraw. Nadal jednak po dwóch tygodniach zazwyczaj wracamy do środowiska, z którego wyjechaliśmy.

Organizm prowadzi własny rachunek

Tutaj przydaje się pojęcie obciążenia allostatycznego. Allostaza oznacza zdolność organizmu do utrzymywania względnej równowagi poprzez zmianę. Kiedy sytuacja tego wymaga, tętno rośnie, zmienia się ciśnienie krwi, organizm mobilizuje energię. Po zakończeniu wysiłku parametry stopniowo wracają do spokojniejszego poziomu.

Można to porównać do biegania po leśnej pętli. Trasa prowadzi raz w górę, raz w dół, czasem trzeba przeskoczyć korzeń, ominąć błoto albo przyspieszyć na prostym odcinku. Organizm wykonuje pracę. Serce bije szybciej, mięśnie są napięte, oddech przyspiesza. Po zakończeniu biegu zatrzymujemy się, odpoczywamy i system stopniowo schodzi z obrotów.

Teraz wystarczy zmienić jeden element. Po ukończeniu pętli nie wolno się zatrzymać. Trzeba od razu pobiec następną. Potem jeszcze jedną. Kolejnego dnia od początku. Problemem przestaje być pojedynczy wysiłek. Problemem staje się brak wystarczającej regeneracji pomiędzy kolejnymi wysiłkami.

Na tym właśnie polega obciążenie allostatyczne. Organizm potrafi bardzo dobrze reagować na wymagania. Płaci jednak cenę, kiedy mobilizacja powtarza się zbyt często albo nie ma kiedy wygasnąć.

W pracy wygląda to czasem banalnie. Spotkanie kończy się o czternastej, ale rozmowa trwa w głowie do wieczora. Wieczorem sprawdzamy jeszcze mail. W nocy budzimy się i przypominamy sobie, że czegoś nie zrobiliśmy. W sobotę pojawia się jedna myśl o poniedziałku, potem druga, a w niedzielę po południu organizm właściwie wie już, że weekend się skończył. Laptop jest zamknięty. Biuro działa dalej, tylko przeniosło się kilka centymetrów za czoło.

Dużą część kosztu trudnego zdarzenia może więc generować to, co robimy z nim później w głowie. Godzinna trudna rozmowa może kosztować mniej niż trzy dni jej odtwarzania, analizowania i przygotowywania kolejnej wersji tego, co należało powiedzieć.

Nie zawsze chodzi o pracę

Odruchowo zakładamy, że skoro mówimy o urlopie, przyczyną zmęczenia musi być praca. Często rzeczywiście tak jest, ale nie zawsze. Urlop jest przecież przerwą nie tylko od pracy. Czasem jest przerwą od całego codziennego układu.

Na dwa tygodnie wyprowadzamy się z mieszkania, w którym od miesięcy trwa cichy konflikt. Nie ma rachunków leżących na stole, rozmowy o racie kredytu, rodzica wymagającego regularnej opieki, partnera, z którym odkładamy jeden temat od pół roku. Nie ma też wielu drobnych spraw, które pojedynczo są łatwe do zniesienia, ale razem tworzą stałe tło napięcia. Wyjeżdżając, odłączamy się od całego zestawu naraz. Także od tej jego części, której nigdy nie nazwaliśmy stresem, bo przecież „tak po prostu wygląda życie”.

Dlatego czasem można wrócić z urlopu wypoczętym mimo pracy, na którą regularnie się narzeka, a czasem wrócić zmęczonym mimo pracy, którą się lubi.

Szczególnie często powtarzają się przy tym pewne układy.

Pierwszy to odpowiedzialność bez odpowiedniego wpływu. Dużo od nas zależy, ale mamy niewiele możliwości decydowania.

Drugi to wysiłek bez wzajemności. Dajemy dużo czasu, energii albo odpowiedzialności i przez dłuższy czas niewiele dostajemy w zamian, czy to pieniędzy, uznania, bezpieczeństwa, czy zwyczajnego poczucia, że ten wysiłek ma sens.

Trzeci to brak domknięcia. Sprawa się nie kończy. Nie da się jej wykreślić z listy, więc pozostaje z nami w tle.

Takie układy bardzo łatwo znaleźć w pracy. Równie dobrze można znaleźć je w domu, przy opiece nad bliską osobą, w finansach albo w związku.

I właśnie dlatego po dwóch tygodniach urlopu można wrócić bardzo szybko do poprzedniego stanu. Zniknęły na chwilę bodźce, spadło napięcie, było więcej snu i mniej codziennych spraw. Potem wracamy do tego samego zakresu odpowiedzialności, tej samej nierównowagi i tych samych niedomkniętych tematów. Jeżeli nic w tym układzie się nie zmieniło, organizm bardzo szybko przypomina sobie dawny rytm.

Regeneracja potrzebuje rytmu

Z badań nad urlopem nie wynika prosta matematyczna zasada, że cztery krótkie wyjazdy są zawsze lepsze od jednego długiego. Takiego wniosku nie da się uczciwie postawić. Wynika z nich jednak coś praktycznie ciekawego. Dłuższy pojedynczy urlop nie musi dawać proporcjonalnie większego efektu, a poprawa samopoczucia po powrocie potrafi szybko zanikać. Z punktu widzenia regeneracji bardziej sensowne wydaje się więc rozłożenie odpoczynku w ciągu roku niż postawienie wszystkiego na jeden wielki urlop w sierpniu.

Sam wolę myśleć o kilku krótszych przerwach niż o jednym serwisie generalnym wykonywanym raz do roku. Dzień lub dwa wolnego doklejone do weekendu, kilka dni poza zwykłym rytmem, czasami zwyczajny dzień bez planu mogą regularnie przerywać ciąg obciążenia. Ta sama zasada działa w mniejszej skali. Sen, wieczór bez dalszego obrabiania zawodowych problemów, weekend, w którym naprawdę kończy się tydzień pracy, pomagają częściej domykać cykl wysiłku i regeneracji.

Odkładanie całej regeneracji na dwa tygodnie lata przypomina trochę próbę wyspania się w niedzielę na cały następny miesiąc.

A co z city breakiem?

W tym miejscu pojawia się oczywiste pytanie. Jeżeli krótsze przerwy mają sens, to co z city breakiem, który często wygląda jak przeciwieństwo wypoczynku? Pobudka o czwartej rano. Samolot. Plecak. Dwadzieścia tysięcy kroków dziennie. Muzeum, uliczki, restauracja, następnego dnia od początku. W niedzielę wieczorem powrót, w poniedziałek praca. Czy to w ogóle może być regenerujące?

Może, choć niekoniecznie dlatego, że odpoczywa wtedy ciało. Ciało bywa po takim weekendzie całkiem konkretnie zmęczone. Odpocząć może za to głowa.

Nowe miejsce zajmuje uwagę. Trzeba znaleźć drogę, zobaczyć coś nieznanego, zdecydować, gdzie pójść, zjeść coś innego, obserwować ludzi. Codzienna pętla myśli zostaje na chwilę przerwana. Dla regeneracji może więc liczyć się bardziej psychologiczne odcięcie od zwykłych spraw niż samo leżenie.

Jest jeden warunek.

City break przestaje działać jak przerwa, kiedy zamienia się w projekt do dowiezienia. Lista obowiązkowych punktów. Presja, żeby wszystko zobaczyć. Rezerwacja co dwie godziny. Poczucie, że skoro bilety kosztowały tyle pieniędzy, to teraz trzeba wycisnąć z miasta maksimum. Z dziesięciu zaplanowanych punktów zobaczyliśmy osiem, więc zamiast satysfakcji pojawia się lekki niesmak. Bardzo sprawnie odtworzyliśmy wtedy dokładnie ten system, od którego chcieliśmy odpocząć: dużo wymagań, napięty harmonogram i poczucie, że plan musi zostać zrealizowany. Różnica między krótkim resetem a kolejnym obciążeniem nie musi więc leżeć w liczbie zrobionych kroków. Może leżeć w tym, czy nadal mamy wpływ na własny czas i czy wolno nam o czternastej stwierdzić, że zamiast trzeciego muzeum siadamy na dwie godziny w kawiarni. Bez wyrzutów sumienia i bez KPI z liczby zobaczonych zabytków.

Co mówi szybki powrót zmęczenia

Jeżeli efekt urlopu znika po kilku dniach, można potraktować to jako informację o codziennym życiu, a nie jako dowód, że źle odpoczywaliśmy. Szybko znikający efekt urlopu mówi czasem więcej o pozostałych pięćdziesięciu tygodniach roku niż o tych dwóch tygodniach wolnego. Wtedy pytanie po powrocie przestaje brzmieć: „Jak mam lepiej odpoczywać?”.

Ciekawsze są inne pytania: Gdzie mam dużo odpowiedzialności, ale niewiele wpływu? Gdzie od dłuższego czasu wkładam znacznie więcej, niż dostaję w zamian? Jaka sprawa od miesięcy się za mną ciągnie i nigdy nie zostaje naprawdę zakończona?

Te pytania można zadać osobno wobec pracy i osobno wobec życia prywatnego. Odpowiedzi nie zawsze są zgodne z pierwszą intuicją. Bywa, że przez rok oskarżamy pracę o zmęczenie produkowane w domu dwa pokoje dalej. Bywa również odwrotnie. Wydaje nam się, że jesteśmy po prostu przemęczeni życiem, podczas gdy głównym generatorem napięcia jest układ zawodowy, na który zbyt długo się zgadzamy.

Nazwanie źródła nie oznacza jeszcze, że można je jutro usunąć. Kredyt nie znika po jednym odkryciu, chory rodzic nie odzyskuje zdrowia, a struktura firmy nie zmienia się dlatego, że pracownik właśnie zrozumiał model allostazy. Zmienia się jednak adres problemu.

Przy jednej sprawie potrzebna będzie wreszcie odbyta rozmowa. Przy innej renegocjacja zakresu odpowiedzialności. Czasem zmiana sposobu organizacji pracy. Czasem poważniejsza decyzja dotycząca relacji albo pracy. Bywają też sytuacje, których nie można szybko zmienić i wtedy pozostaje świadome budowanie częstszej regeneracji wokół nich. Dopóki jednak jedynym adresem problemu pozostaje urlop, co roku wyjeżdżamy odpocząć od dokładnie tego samego życia, a potem do niego wracamy.

Jest jeszcze granica tego rozumowania. Jeżeli nawet dłuższe odcięcie od codzienności nie przynosi żadnej poprawy, zmęczenie utrzymuje się stale, znika przyjemność z rzeczy, które wcześniej cieszyły, wyraźnie zmienia się sen lub apetyt albo pojawia się silne poczucie beznadziei, nie traktowałbym tego już jako tematu do rozwiązania kolejnym weekendem. W takim przypadku rozsądniejszym adresem będzie lekarz albo psychoterapeuta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *