Uwielbiam historię jednego ze start-up’ów, w którym naprawdę panowała luźna atmosfera pracy i tak samo luźny szef. Był on bardzo zaskoczonym kiedy od jednego ze swoich programistów usłyszał, że: „ta presja pracy jest nie do wytrzymania i on już nie daje rady”. Powstaje zatem pytanie skąd ta presja pochodziła?

Gdy brak twardych oczekiwań i terminów
Wielu z nas marzy o idyllicznym życiu, w którym nie ma presji, wymagań i wyśrubowanych oczekiwań. Nikt nas nie ocenia, nie pogadania i nie rozlicza. Wyobrażamy sobie ogarniający nas błogi relaks, wszech obecny chillout i dogłębną szczęśliwość.
Nie wiemy tylko tego, że dla większości z nas to fałszywa wizja. Przyzwyczajeni do ciągłego oceniania, regularnych rozliczeń i weryfikacji nie potrafimy się odnaleźć w świecie ich pozbawionym. Nagle może się okazać, że nie tylko kształtują presję, która na nas wpływa, ale także są punktami granicznymi, po których osiągnięciu możemy sobie wreszcie z czystym sumieniem odpuścić.
Bez nich, zajeździmy się i zapracujemy na śmierć lub do momentu całkowitej destrukcji naszego zdrowia. Co więcej, będzie nas zżerać bezustanny stres, bo nie będziemy nawet wiedzieć jak blisko jesteśmy tego, czego się od nas oczekuje.
Przekleństwo przedsiębiorców i samozatrudnionych
Powyższe zjawisko często dotyka tych, którzy prowadzą własne biznesy. Sami są sobie szefem i sami definiują oczekiwania. Przynajmniej tak im się wydaje, bo często podświadomie starają się sprostać oczekiwaniom otoczenia, dorównać ogólnoprzyjętym kanonom sukcesu, czy też komuś zaimponować.
No i jeszcze ta presja na wynik i zarobki. Nierzadko łączona z tym, że jak nie mamy na tym polu sukcesów, to jesteśmy do niczego. Jak zaś mamy, to wydaje nam się, że powinny być one jeszcze lepsze.
Co wyjątkowo przewrotne, często wpadają w ten wir zapracowania ci, którzy uciekali z korporacji przed przepracowaniem.
„Bezgraniczna” zwinność
W ostatnich latach w wielu firmach i korporacjach zaszły ogromne przemiany pod względem podejścia do pracowników. Stały się one bardziej „ludzkie” i propracownicze. Dbają o atmosferę, komfort pracy i odchodzą od bezrefleksyjnego challeng’u. Do tego wprowadzają zwinne metody zarządzania projektami, dzięki którym pracownicy mają większe pole do samodecydowania o sobie oraz zadaniach, których się podejmują w ramach zespołów, w których działają.
Okazuje się jednak, że mimo to niektórzy wciąż wierzą, że jak zrobią więcej i szybciej to będzie lepiej. Szczerze powiedziawszy to mają rację, jednak pod warunkiem, że z tym nie przesadzą.
U niektórych jednak, przyzwyczajonych do wcześniejszych twardych i jednakowych miar dla wszystkich, wyzwala to lęk i obawy, że chyba jednak robią za mało. Robią więc więcej i jeszcze więcej, i tak bez końca. Sypią im się związki, relacje ze znajomymi i są ciągle przemęczeni. Zarazem są niewrażliwi na sygnały z otoczenia, które chce dla nich dobrze i zwraca im uwagę na fakt przepracowania.
Punkt „przegięcia”
Tymczasem prawda jest taka, że nasza wydajność i efektywność w jakimkolwiek działaniu może być podnoszona do określonego momentu. Potem kiedy już ten moment osiągniemy, pomimo że pracujemy jeszcze więcej i mocniej uzyskujemy już tylko gorsze wyniki.

Czemu tak jest, bo nie zadbaliśmy o odpoczynek i regenerację. Bo ciągle skupieni na jednym temacie, nie dostrzegamy szerszego kontekstu i alternatywnych rozwiązań. Co więcej, czasami nie widzimy w ogóle innych rozwiązań. Niczym zamknięci w wąskim i ciemnym tunelu, choć już nie mamy siły nie widzimy możliwości zawrócenia. Przemy więc do przodu bliscy wycieńczenia. Ten tunel stał się naszym więzieniem.
Sęk w tym, że on nie istnieje. Stworzyliśmy go w naszej głowie, z wykreowanych przez nas oczekiwań i ograniczeń. Jako jego twórcy, też często tylko my możemy go zburzyć. Choć w pierwszej chwili wydaje się to niemożliwe do realizacji – wystarczy tylko zaakceptować lęk i odpuścić.
Zaskakujące jest jak wtedy nagle wiele spraw zaczyna lepiej i szybciej płynąć. Skąd to wiem, sam w nim kiedyś byłem…