Podobno koty mają 7 żyć, a człowiek jedno. Ja jednak jestem gotów dyskutować z każdym z tych stwierdzeń. Znałem bowiem kota, który zszedł definitywnie po swoim pierwszym żywocie, ale i znam ludzi, którzy przeżyli po parę swoich narodzin. Sam twierdzę, że narodziłem się już 4 razy…

Drugie narodziny
To był chłodna i ciemna styczniowa noc, w stawie odbijały się światła okolicznych lamp, a nieświadomy dramatu chwili pies beztrosko biegał wokół mnie. 18 urodziny to dla wielu wielkie i wyczekiwane wydarzenie. Oznacza przekroczenie progu dorosłości i możliwość decydowania o sobie samym. Ja z tego dnia zapamiętałem jedynie mieszankę strachu, ekscytacji i przerażenia, które wypełniały każdą komórkę mojego ciała. To właśnie tego symbolicznego dnia zdecydowałem się stanąć na rozstaju życiowych dróg i wybrać jedną z nich. Musiałem zdecydować, czy dostosować się do społeczeństwa i udawać do końca życia kogoś, kim nie jestem, czy też pozostać sobą ponosząc tego konsekwencje, a te mogły oznaczać m.in., że nagle zostanę zupełnie sam. To właśnie tam, w towarzystwie iskrzących gwiazd i wiernego psa podjąłem swoją decyzję i urodziłem się po raz drugi – przerażony, ale wewnętrznie spójny.
Następne lata pokazały, że był to najlepszy prezent jaki mogłem sobie podarować. Los docenił mój wybór i wciągnął w wir życia, choć wcale go nie ułatwiał. Z nieśmiałego, wycofanego chłopaka stałem się zupełnie kimś innym. Działałem w organizacjach społecznych, występowałem na konferencjach, udzielałem wywiadów gazetom i występowałem w radiu. Pomagałem ludziom w poukładaniu ich życia i spotykałem znane osoby. Budowałem cudowne związki, skończyłem studia i zostałem dyrektorem spółki z grupy kapitałowej jednego z największych ubezpieczycieli w naszym kraju. Oczywiście, wiele razy się potykałem, popełniałem błędy i upadałem, ale wstawałem z kolan i dzielnie walczyłem.
Trzecie narodziny
Byłem mistrzem naciągania czasu, a w zasadzie upychania w nim największej liczby zadań jaką się da. Uważałem, że wzięcie urlopu, po to aby poprowadzić szkolenie było bardzo kreatywnym podejściem do tego pierwszego. No i jeszcze ten nieustający test: jak mało da się spać, aby efektywnie funkcjonować następnego dnia. Funkcję testera zakończyłem dość niespodziewanie w piękny słoneczny dzień 28 października 2012 roku o godz. 15:48, kiedy to usnąwszy ze zmęczenia za kierownicą samochodu z całym impetem wjechałem w barierę rozdzielającą pasy autostrady.
Pamiętam moment przebudzenia, kiedy samochód podskakiwał na pasie zieleni, a potem już tylko uderzenie maski w szybę, chrzęst blachy rwanej stalową liną i te przejmujące wibracje. Samochód wirował rozpadając się na kawałki, a w mojej głowie kołatała tylko myśl, czy wyjdę z tego cało. Kiedy samochód się zatrzymał i doszło do mnie, że ze mną wszystko w porządku, w pamięci odpaliły mi się procedury postępowania w razie wypadku. Ostatecznie pracowałem kiedyś na infolinii ubezpieczeniowej i instruowałem przez telefon tysiące ludzi jak postępować w takich sytuacjach. Teraz to wszystko sobie przypomniałem, a policjanci i obsługa techniczna autostrady nie mogli zrozumieć jak po czymś takim można być tak spokojnym i precyzyjnym w działaniu. Chyba się zresztą w tym wszystkim zapędziłem, bo przy okazji dobiłem z policjantem targu, sprzedając mu akumulator, który w czasie wypadku wyleciał z samochodu.
Emocje i refleksja nadeszły dopiero późnym wieczorem w domu. Zrozumiałem wtedy, że mój „test z czasem” pokazał mi jego zupełnie inne oblicze. Nie tylko można go naciągać, ale może się on też skończyć w każdej sekundzie mojego życia. Nagle dotarło do mnie, że poszedłem w życiu na zbyt dalekie kompromisy, że zbyt dobrze przystosowałem się do oczekiwań innych, a nie zadbałem o swoje własne. Miałem dobrze płatną pracę na stanowisku menedżerskim, która pozbawiała mnie energii i sił życiowych. Miałem mieszkanie i długoletni związek, który zabezpieczał mnie przed samotnością, ale rujnował emocjonalnie. Miałem też swoje marzenia i fascynacje, ale zakopane gdzieś głęboko, żeby nie kłuły każdego dnia. Nawet nie zauważyłem, kiedy celem mojego życia stało się bezpieczeństwo, zamiast szczęścia.

To właśnie w tą październikową noc, siedząc w cichym i ciemnym pokoju, urodziłem się trzeci raz i zdecydowałem postawić w życiu na swoją integralność. Wróciłem do tematów rozwojowych, którymi fascynowałem się wiele lat temu i zostałem coachem. Zawsze chciałem mieć swoją własną firmę i założyłem ją. Nie odszedłem z pracy menedżera, ale zupełnie zmieniłem moje podejście do niej i przestała mi szkodzić. Wyznaczyłem też jasne granice, które jeśli zostaną przekroczone spowodują, że ją opuszczę. Byłem dumny i parłem do przodu, aż do momentu kiedy… ktoś zapytał mnie, po co to robię.
Czwarte narodziny
Dumnemu i odnoszącemu sukcesy życiowe facetowi nie łatwo jest się przyznać do tego, że przez całe jego dorosłe życie napędzał go strach przed tym, że nie jest wystarczająco dobry i lęk przed samotnością. Zresztą ta druga nadeszła niespodziewanie szybko. Śmierć odebrała mi kogoś, z kim razem od trzynastu lat razem budowałem wspólny dom.
Tym razem nie 18 lat a 40, nie staw a brzeg morza. Zamiast wiernego psa, bezmiar chłodnego plażowego piasku, ale gwiazdy te same. Kolejny rozstaj życiowych dróg i kolejna decyzja – urodziłem się po raz czwarty…
Dziś już nie napędza mnie strach, choć go czasami odczuwam. Nie boję się też samotności. Dziś żyje smakując życie i ciesząc się „małymi codziennymi szczęściami”. Kiedyś mówiłem, że jestem nieustającym podróżnikiem przez życie, ale od momentu „czwartych urodzin” twierdzę, że stałem się surferem na falach życia. Przejąłem kontrolę na tyle, że wybieram fale na których płynę, ale to gdzie one mnie poniosą zależy już od wiatru, ukształtowania dna i mnóstwa innych czynników. Dzięki temu, każdego ranka mogę się budzić z uczuciem ciekawości nadchodzącego dnia.
Tekst ten dedykuję wszystkim tym, którzy mierzą się w swoim życiu z trudnymi momentami i nie wiedzą jak będzie wyglądało ich dalsze życie. Każde „nowe narodziny” to nowe otwarcie, to szansa na zbudowanie czegoś od nowa… Prawda jest taka, że Ci urodzeni tylko jeden jedyny raz naprawdę wiele tracą.