Rafał Markiewicz

Blog

Ludzie potrzebują uwagi, czyli o rekrutacji wewnętrznej słów parę

W biznesowym aspekcie mojej działalności wspieram firmy i menedżerów w różnych obszarach ich działań i różnych potrzebach. Przy tej okazji, za każdym razem staram się też trzymać zasady spajania biznesu z proklienckością. Czyli uwzględniania kwestii ekonomicznych, strategicznych i przyjętych założeń biznesowych, pamiętając zarazem o doświadczeniach klientów.

Czasami tymi klientami są też pracownicy mojego klienta. Zdarza się tak np. podczas wewnętrznych rekrutacji prowadzonych na zasadach assessment center. Powstaje zatem pytania o jakie doświadczenia pracowników, poza szansą uzyskania nowego stanowiska, warto zadbać. Z całą pewnością zalicza się do nich sytuacja stresowa jaka towarzyszy im w trakcie rekrutacji oraz odpowiednie wzmocnienie w sytuacji przegranej. Niestety, jak pokazują relacje moich coachingowych klientów, o tych dwóch aspektach często się zapomina lub nie przywiązuje do nich odpowiednie wagi. Koncentrując się  na głównym celu zadania, czyli wyłonieniu nowego kandydata na dane stanowisko.jedynie

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - rekrutacja - assessment center

Udział w rekrutacji, zawsze ma swoją cenę

Każdy z pracowników decydujących się na udział w rekrutacji wewnętrznej, a szczególnie takiej prowadzonej na zasadach assessment center, podejmuje odważną decyzję. Z jednej strony może sporo zyskać (awans/nowe stanowisko), ale z drugiej wystawia się też na pewne ryzyka. Po pierwsze, musi wyjść świadomie ze swojej strefy komfortu i wystawić się na ocenę w świetle nowych, często nie do końca mu znanych, zadań. Ocenę assessorów, ale i współpracowników, którzy razem z nim te zadania będą wykonywali. Po drugie, za tę decyzję zapłaci stresem jaki zwyczajowo towarzyszy większości z nas kiedy bierzemy udział w rekrutacjach. Po trzecie, musi się zmierzyć z obawą, czy przypadkiem ta rekrutacja nie odkryje jakiś jego nowych słabych stron, o których do tej pory jego przełożeni nie wiedzieli. Po czwarte, musi się zastanowić jak sobie poradzi, kiedy przegra i będzie musiał wrócić z poczuciem porażki na swoje dotychczasowe stanowisko i do swojego obecnego zespołu.

Czy sztywno i oficjalnie = profesjonalnie?

Miałem przyjemność uczestniczyć ostatnio w jednej z wewnętrznych rekrutacji u mojego klienta. Poszukiwaliśmy kilu menedżerów z zespołu, którego z pewnych względów, mój klient nie znał za dobrze i w którym nie było najlepszych doświadczeń z wcześniejszymi awansami. Ja miałem za zadanie pełnić rolę zewnętrznego gwaranta obiektywności tej rekrutacji oraz dać poczucie mojemu klientowi, że wszystko będzie miało profesjonalny przebieg, w ramach którego zadbam też o uczestników tego zdarzenia. Kiedy rekrutacja się zakończyła i wyniki zostały ogłoszone, od uczestników rekrutacji usłyszałem, że dawno już tak dobrze się nie bawili i nie mieli tak rozwijającego doświadczenia. Klient zaś ze zdziwieniem stwierdził, że nie wiedział, iż przy assessment center może być tyle luzu i zabawy, bo na dotychczasowych rekrutacjach prowadzący byli zawsze sztywni, zdystansowani i bardzo poważni.

Powstaje więc pytania, czy sztywność i zdystansowanie w tym procesie dodają czegoś, co podnosi jego wartość? Z pewnością dodają stresu uczestnikom i nie pomagają im rozładować napięcia, przez co kandydaci nie mogą się do końca rozluźnić, a tym samym pokazać całego spektrum swoich umiejętności. Prawdą jest, że na nowych stanowiskach będą mieli pewnie do czynienia z sytuacjami stresowymi, ale nie permanentnym napięciem. Ich reakcję na stres można spokojnie przećwiczyć w zadaniach i w tej konkretnej rekrutacji było takie jedno, po którym kandydaci był mocno zgrzani i potrzebowali potem chwili na zaczerpnięcie powietrza. Luźna atmosfera i dużo śmiechu de facto odkrywają też często to, co przy nadmiernej powadze rekrutacji udaje się ukryć, bo następuje osłabienie mechanizmów kontroli u kandydatów.

Sztywność i dystans, o ile nie wynikają z kultury wewnętrznej danej organizacji, nie są wymogiem danego procesu, ale są raczej wynikiem słabej pewności siebie u rekrutera lub jego słabego warsztatu w tym zakresie. Mogą być też efektem zwykłej rutyny i zmęczenia „materiału”, bo to co dla kandydatów jest nowością, dla etatowego rekrutera jest jedynie elementem powtarzalnej codzienności. Sztywność i dystans dają jeszcze komfort izolacji emocjonalnej wglądem kandydatów. W takiej sytuacji łatwiej jest dokonać mechanicznej oceny pewnych kompetencji, bez walki z faktem polubienia któregoś z rekrutowanych. Ja jednak nie obawiam się tego faktu. Z jednej strony najczęściej zaczynam bardziej lubić wszystkich kandydatów, z drugiej kompetencje których poszukuję mam spisane zawczasu i przy ocenie odwołuję się do tej listy. Pamiętam również o tym, że taki kandydat nie będzie funkcjonował w próżni. Oprócz zestawu poszukiwanych kompetencji, powinien też dopełniać je swoją osobowością, którą właśnie lepiej poznałem.

Prezent dla „niewygranych”

Luz i zabawa w czasie rekrutacji, oprócz tego, że pomagają ją przetrwać w pełnym skupieniu i zaangażowaniu, dają mi jeszcze jedną cenną rzecz. W każdym kandydacie, którego lepiej poznam i którego polubię łatwiej mi znaleźć jego mocne i dobre strony. Potrzebuję ich do tego, aby tym, którzy nie zwyciężą w wyścigu o dane stanowisko, móc podarować prezent wynikający z wdzięczności za czas i energie, jaką na tę rekrutację poświęcili. Przy rekrutacjach wewnętrznych trzymam się od dawna zasady, że zaraz po ogłoszeniu „zwycięzców”, spotykam się z każdym „niewygranym” na jakieś 10-15 minut, aby przekazać im prezent, czyli informację zwrotną, w czym wypadli bardzo dobrze i co jest tym obszarem/elementem, nad którym powinni popracować, aby zwiększyć swe szanse w przyszłości.

Najzabawniejsze w tej całej sytuacji jest to, że praktycznie za każdym razem, również zwycięscy domagają się podobnej informacji zwrotnej, zazdroszcząc „niewygranym” ich prezentu. Czasami ustawiają się nawet na warcie pod salą, abym przypadkiem nie wyszedł z firmy, bez spotkania z nimi.

Powyższe moim zdaniem dowodzi tylko tego, jak cenną wartością jest dziś, w tym zabieganym i rozwrzeszczanym social mediowymi powiadomieniami świecie, poświęcenie komuś chwili swojego czasu i uwagi skupionej tylko na nim. Dla mnie oznacza to po każdym assessmencie dotykową pracę, aby wypisać sobie mocne strony każdego kandydata i wskazówki dla niego. Uważam jednak, że to moja powinność i okazanie szacunku uczestnikom rekrutacji. Co więcej, taki prezent świetnie ich wzmacnia przed koniecznością powrotu do zespołu i poinformowana o braku zwycięstwa, zachęca do udziału w kolejnych rekrutacjach i buduje lojalność wobec pracodawcy, który zadbał o ich odpowiednie potraktowanie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - Biznes Fokus - projekt

Ile razy się urodziłeś?

Podobno koty mają 7 żyć, a człowiek jedno. Ja jednak jestem gotów dyskutować z każdym z tych stwierdzeń. Znałem bowiem kota, który zszedł definitywnie po swoim pierwszym żywocie, ale i znam ludzi, którzy przeżyli po parę swoich narodzin. Sam twierdzę, że narodziłem się już 4 razy…

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - narodziny - wyzwanie

Drugie narodziny

To był chłodna i ciemna styczniowa noc, w stawie odbijały się światła okolicznych lamp, a nieświadomy dramatu chwili pies beztrosko biegał wokół mnie. 18 urodziny to dla wielu wielkie i wyczekiwane wydarzenie. Oznacza przekroczenie progu dorosłości i możliwość decydowania o sobie samym. Ja z tego dnia zapamiętałem jedynie mieszankę strachu, ekscytacji i przerażenia, które wypełniały każdą komórkę mojego ciała. To właśnie tego symbolicznego dnia zdecydowałem się stanąć na rozstaju życiowych dróg i wybrać jedną z nich. Musiałem zdecydować, czy dostosować się do społeczeństwa i udawać do końca życia kogoś, kim nie jestem, czy też pozostać sobą ponosząc tego konsekwencje, a te mogły oznaczać m.in., że nagle zostanę zupełnie sam. To właśnie tam, w towarzystwie iskrzących gwiazd i wiernego psa podjąłem swoją decyzję i urodziłem się po raz drugi – przerażony, ale wewnętrznie spójny.

Następne lata pokazały, że był to najlepszy prezent jaki mogłem sobie podarować. Los docenił mój wybór i wciągnął w wir życia, choć wcale go nie ułatwiał. Z nieśmiałego, wycofanego chłopaka stałem się zupełnie kimś innym. Działałem w organizacjach społecznych, występowałem na konferencjach, udzielałem wywiadów gazetom i występowałem w radiu. Pomagałem ludziom w poukładaniu ich życia i spotykałem znane osoby. Budowałem cudowne związki, skończyłem studia i zostałem dyrektorem spółki z grupy kapitałowej jednego z największych ubezpieczycieli w naszym kraju. Oczywiście, wiele razy się potykałem, popełniałem błędy i upadałem, ale wstawałem z kolan i dzielnie walczyłem.

Trzecie narodziny

Byłem mistrzem naciągania czasu, a w zasadzie upychania w nim największej liczby zadań jaką się da. Uważałem, że wzięcie urlopu, po to aby poprowadzić szkolenie było bardzo kreatywnym podejściem do tego pierwszego. No i jeszcze ten nieustający test: jak mało da się spać, aby efektywnie funkcjonować następnego dnia. Funkcję testera zakończyłem dość niespodziewanie w piękny słoneczny dzień 28 października 2012 roku o godz. 15:48, kiedy to usnąwszy ze zmęczenia za kierownicą samochodu z całym impetem wjechałem w barierę rozdzielającą pasy autostrady.

Pamiętam moment przebudzenia, kiedy samochód podskakiwał na pasie zieleni, a potem już tylko uderzenie maski w szybę, chrzęst blachy rwanej stalową liną i te przejmujące wibracje. Samochód wirował rozpadając się na kawałki, a w mojej głowie kołatała tylko myśl, czy wyjdę z tego cało. Kiedy samochód się zatrzymał i doszło do mnie, że ze mną wszystko w porządku, w pamięci odpaliły mi się procedury postępowania w razie wypadku. Ostatecznie pracowałem kiedyś na infolinii ubezpieczeniowej i instruowałem przez telefon tysiące ludzi jak postępować w takich sytuacjach. Teraz to wszystko sobie przypomniałem, a policjanci i obsługa techniczna autostrady nie mogli zrozumieć jak po czymś takim można być tak spokojnym i precyzyjnym w działaniu. Chyba się zresztą w tym wszystkim zapędziłem, bo przy okazji dobiłem z policjantem targu, sprzedając mu akumulator, który w czasie wypadku wyleciał z samochodu.

Emocje i refleksja nadeszły dopiero późnym wieczorem w domu. Zrozumiałem wtedy, że mój „test z czasem” pokazał mi jego zupełnie inne oblicze. Nie tylko można go naciągać, ale może się on też skończyć w każdej sekundzie mojego życia. Nagle dotarło do mnie, że poszedłem w życiu na zbyt dalekie kompromisy, że zbyt dobrze przystosowałem się do oczekiwań innych, a nie zadbałem o swoje własne. Miałem dobrze płatną pracę na stanowisku menedżerskim, która pozbawiała mnie energii i sił życiowych. Miałem mieszkanie i długoletni związek, który zabezpieczał mnie przed samotnością, ale rujnował emocjonalnie. Miałem też swoje marzenia i fascynacje, ale zakopane gdzieś głęboko, żeby nie kłuły każdego dnia. Nawet nie zauważyłem, kiedy celem mojego życia stało się bezpieczeństwo, zamiast szczęścia.

 Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - narodziny - wyzwanie

To właśnie w tą październikową noc, siedząc w cichym i ciemnym pokoju, urodziłem się trzeci raz i zdecydowałem postawić w życiu na swoją integralność. Wróciłem do tematów rozwojowych, którymi fascynowałem się wiele lat temu i zostałem coachem. Zawsze chciałem mieć swoją własną firmę i założyłem ją. Nie odszedłem z pracy menedżera, ale zupełnie zmieniłem moje podejście do niej i przestała mi szkodzić. Wyznaczyłem też jasne granice, które jeśli zostaną przekroczone spowodują, że ją opuszczę. Byłem dumny i parłem do przodu, aż do momentu kiedy… ktoś zapytał mnie, po co to robię.

Czwarte narodziny

Dumnemu i odnoszącemu sukcesy życiowe facetowi nie łatwo jest się przyznać do tego, że przez całe jego dorosłe życie napędzał go strach przed tym, że nie jest wystarczająco dobry i lęk przed samotnością. Zresztą ta druga nadeszła niespodziewanie szybko. Śmierć odebrała mi kogoś, z kim razem od trzynastu lat razem budowałem wspólny dom.

Tym razem nie 18 lat a 40, nie staw a brzeg morza. Zamiast wiernego psa, bezmiar chłodnego plażowego piasku, ale gwiazdy te same. Kolejny rozstaj życiowych dróg i kolejna decyzja – urodziłem się po raz czwarty…

Dziś już nie napędza mnie strach, choć go czasami odczuwam. Nie boję się też samotności. Dziś żyje smakując życie i ciesząc się „małymi codziennymi szczęściami”. Kiedyś mówiłem, że jestem nieustającym podróżnikiem przez życie, ale od momentu „czwartych urodzin” twierdzę, że stałem się surferem na falach życia. Przejąłem kontrolę na tyle, że wybieram fale na których płynę, ale to gdzie one mnie poniosą zależy już od wiatru, ukształtowania dna i mnóstwa innych czynników. Dzięki temu, każdego ranka mogę się budzić z uczuciem ciekawości nadchodzącego dnia.

Tekst ten dedykuję wszystkim tym, którzy mierzą się w swoim życiu z trudnymi momentami i nie wiedzą jak będzie wyglądało ich dalsze życie. Każde „nowe narodziny” to nowe otwarcie, to szansa na zbudowanie czegoś od nowa… Prawda jest taka, że Ci urodzeni tylko jeden jedyny raz naprawdę wiele tracą.

Prze_myślnik #34- życzenie

Nierzadko przychodzą do mnie klienci rozczarowani tym co zgotował im los. Prosili o zmianę, chcieli inaczej żyć. Co więcej, wiedzieli nawet jak to „inaczej” ma wyglądać. Tymczasem rzeczywistość miała na tę zmianę zupełnie inną koncepcję. Pojawiają się więc u mnie zawiedzeni, oszukani, pełni żalu i przybici zaistniałą „niesprawiedliwością”.

Staram się im wtedy uświadomić, że ich życzenie zostało jednak spełnione. Jedynie w innej formie niż to sobie wyobrażali i choć może nie są tego jeszcze świadomi, ta forma może być jednak właściwsza. Opowiadam im wtedy o moim kursie coachingu, na który zapisywałem się kilka razy i ciągle był odwoływany, bo nie zebrała się wystarczająco duża grupa chętnych. Tak było też z ostatnim, niemalże pewnym październikowym terminem. Tydzień przed nim dostałem znowu informację, że jest odwołany. Byłem wściekły, rozczarowany i pomstowałem na złośliwy los. Weekend, w który miał się odbyć odwołany zjazd, spędziłem więc w domu opiekując się ciężko chorą ukochaną osobą, która następnego dnia… zmarła. To właśnie wtedy podziękowałam losowi, za odwołany kurs i za ostatni weekend, który mogliśmy spędzić razem.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - życzenie

Kochamy nasze MiSie, a one nas gubią

Pluszowe misie były nieodłączną częścią naszego wczesnego dzieciństwa. To do nich tuliliśmy się w obawie przed złym światem, gdy czuliśmy strach, gdy rodzice nie dawali nam tego czego bardzo chcieliśmy i gdy w ogóle było źle. Misie dodawały otuchy i wprowadzały poczucie spokoju, bo były takie miękkie, przyjemne i swojskie. Mogło by się wydawać, że kiedy wyrastamy z dzieciństwa i stajemy się dorośli, to misie odchodzą w zapomnienie. Nic bardziej mylnego, przybierają one jedynie inną formę. Pluszowe misie, zamieniają się w MiSie, a w zasadzie w „mi się należy…”

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - mi się należy

Dorosłych dzierżących swoje MiSie spotykam prawie na każdym kroku. Przychodzą do mnie na sesje coachingowe, widzimy się na salach szkoleniowych, wpadam na siebie w sklepach, podczas imprez towarzyskich, ale również i w gabinetach poważnych menedżerów. Słyszę wtedy od nich, że „należała mi się lepsze przeszłość, z lepszymi rodzicami, bo teraz byłbym „kimś”, a nie tym kim jestem”, „należy mi się podwyżka, bo przecież jestem tutaj tak długo”, „należał mi się lepszy zespół pracowników, bo tym ciężko zarządzać”. Tak sobie tego słucham i zawsze się zastanawiam skąd to przekonanie o tym, że „mi się coś należy”. Czy ktoś nam to obiecał? Czy mamy z kimś jakąś umowę?

Po latach wiem, że faktycznie jest to umowa, ale umowa z samym sobą. Nosimy te MiSie, bo dzięki nim nie musimy nic robić, nie musimy się starać, ani podejmować żadnego ryzyka. MiSie są wygodną wymówką, ale zarazem symbolem ofiary. Ofiary, którą sami zdecydowaliśmy się być. Wolimy obnosić się ze swoim MiSie’m i epatować nim wszystkich dookoła zamiast samemu doprowadzić do zmiany sytuacji. Ostatecznie to tak miło wtulić się w tego miękkiego i biernego MiSia, zamiast zakasać rękawy i wziąć się do działania. Kiedy pracuję z moimi klientami, zdecydowanie namawiam ich do odłożenia swojego MiSia na półkę i rozpoczęcia dorosłego życia bez dziecinnych pretensji.

Kiedy na jednym ze szkoleń usłyszałem od uczestnika, że niedobry szef nie daje mu podwyżki. Zapytałem go o to, co zrobił aby pomóc swojemu szefowi mu ją dać. Czy przyszedł do niego z listą swoich osiągnięć z ostatniego roku, czy wypisał mu w punktach jakie nowe kompetencje lub umiejętności nabył ostatnio, czy wylistował swoje wdrożone pomysły lub projekty, w których brał udział? Był bardzo zaskoczony moją reakcją, bo nagle zacząłem od niego oczekiwać działania i zaangażowania. Tymczasem on wolał przyjść do szefa ze swoim pluszakiem po podwyżkę, bo „mi się należy”. Najzabawniejsze w tym było jednak to, że nie za bardzo potrafił uzasadnić, dlaczego niby mu się ona należała. Często zapominamy o tym, że nasz szef też musi gdzieś u swojego szefa o tę podwyżkę zawnioskować i kiedy dostaje od nas taką listę naszych osiągnięć, znacznie łatwiej mu taki wniosek złożyć.

Kiedy indziej, klientka z jednego z salonów sprzedaży żaliła mi się na swojego szefa, że jest on taki nie dobry, bo jej nie motywuje. Jednak jak się potem okazało, przez 5 miesięcy swojej pracy w tym miejscu nigdy nie wyrobiła swoich planów sprzedażowych, a ten rzekomo niedobry szef oddawał jej nawet swoich klientów, aby mogła podbić własne wyniki. Była bardzo zaskoczona kiedy zabrałem jej MiSia, pytając czy wie o tym, że szef faktycznie powinien motywować, ale zarazem zwalniać tych, którzy nie robią planów sprzedażowych.

Jeżeli i Wy macie swoje MiSie, odłóżcie je czym prędzej na półki, ułóżcie dekoracyjnie na kanapach lub wsadźcie je do komody. Jesteście za duzi na chodzenie z pluszakiem przy boku i narzekanie na niesprawiedliwy świat. To działanie, a nie trwanie w bierności, jest tym co może Wam przynieść zmianę w życiu.

To nie znaczy…, czyli nie dokopuj sam sobie!

Nierzadko, na początku pracy z moimi klientami, ja wierzę w nich bardziej niż oni w samych siebie 😉  Wszystkim im (i nie tylko), dedykuję poniższy tekst. Tak łatwo nam się surowo osądzać, a tak trudno dostrzegać to co w nas dobre i cenne. Tak łatwo słuchamy ocen innych, zamiast głosu naszej wiary w siebie…

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - to nie znaczy

Obrazek zapożyczony z tego posta na FB: tutaj

Strefa paniki – ukrywany obszar rozwoju

Prawie każdy słyszał o „strefie komfortu”, w której jest miło, słodko i bezpiecznie, ale zarazem bywa nudno i rutynowo. Są nawet tacy, którzy mówią, że „Strefa Komfortu to jedno z najpiękniejszych miejsc w życiu, problem tylko w tym, że nic nowego w niej nie wyrośnie.”. Praktycznie wszyscy zachęcają nas też do jej opuszczenia, bo poza nią ma być lepiej, ciekawiej, dynamiczniej i niemal magicznie. Tam też, ma toczyć się to prawdziwe życie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - strefa paniki - strefa komfortu

Sam wielokrotnie przekraczałem granice własnej strefy komfortu i robiło to także wielu moich klientów. Bazując na tych doświadczeniach śmiało mogę powiedzieć, że warto podjąć ten wysiłek i posmakować nieznanego, bo tylko tak rozwijamy swoje skrzydła i zaczynamy pełniej korzystać z potencjału naszych możliwości.

Ukryta strefa

Jestem coachem, niejednokrotnie motywuję ludzi do działania i wspieram ich w osiągnięciu założonych celów. Daleko mi jednak do krzykliwych mówców motywacyjnych, którzy pompują swoich słuchaczy sporą dawką pozytywnej energii i kiedy są na tym energetycznym haju krzyczą do nich: „Skacz poza strefę komfortu – możesz wszystko!”. Nie robię tego, bo wiem że w tym nadmuchanym energią skoku mocno się pokiereszują, a do tego po takim energetycznym haju w ciągu kilku dni zabraknie im energii do działania. Zabraknie, bo nie była ich. Pochodziła od mówcy motywacyjnego i nakręconej przez niego grupy uczestników spotkania. To co jednak będzie najbardziej niekomfortowe w tej sytuacji to „strefa paniki” w która wpadną, a o której istnieniu nikt ich nie uprzedzał.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - strefa paniki - strefa komfortu

Oczywiście, są tacy co przebiją się przez nią na pełnej prędkości i pofruną wprost do miejsca spełnienia marzeń. Tych będzie jednak niezbyt wielu. Większość utknie na chwilę w strefie paniki i będzie musiała się zmierzyć ze swoim lękiem, rozterkami co do właściwości podjętej decyzji oraz trudnościami, które przewrotny los wykorzysta jako ostateczny test ich wiary w życie poza strefą komfortu. Część z nich go nie przejdzie i posłusznie wróci do miłej i przytulnej strefy dotychczasowego komfortu.

Wzmacniająca świadomość nieuchronnego

Z rozwojem i wprowadzaniem zmian w życiu jest bowiem tak, jak ze startem rakiety kosmicznej. Na początku jest jakieś marzenie, cel do którego chcemy dotrzeć. Zaczynamy gromadzić odpowiednie środki i pompować paliwo do silnika rakiety, która ma nas wynieść wysoko poza ziemską atmosferę i poza uziemiające nas przyciąganie ziemskie. Wreszcie nadchodzi moment wyczekiwanego startu. Jest huk, wiele dymu i mnóstwo mocy, która wynosi nas w górę. Następnie następuje chwila w miarę spokojnego wznoszenia i kiedy już jesteśmy o krok od opuszczenia naszej planety, nagle rozpętuje się piekło. Kadłub rakiety wręcz płonie, wszystko straszliwie wibruje, telepie się i jest mnóstwo hałasu. Czemu astronauci w panice nie zawrócą rezygnując z przebicia się przez atmosferę? Nie zrobią tego, bo byli świadomi, że ten moment nastąpi i byli na niego psychicznie gotowi. Co więcej niejednokrotnie tą trudną fazę lotu przećwiczyli w symulatorze i choć nie była ona w 100% tym, czego w danej chwili doświadczają, to wiedzą dobrze jak się w tej sytuacji zachować.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - strefa paniki - strefa komfortu

Podobnie pracuję z moimi klientami i choć nie mam symulatora lotów, to staram się ich przygotować na to co się może zdarzyć w strefie paniki. Po pierwsze zawsze ich proszę, aby zapisali cel i powód, dla którego chcą go osiągnąć, co pomoże im w przypadku trudności i braku energii do działania. Zniechęcenie bowiem łatwo podpowiada fałszywe rozwiązanie: „Nawet nie wiesz po co to tak do końca robisz. Odpuść sobie – to bez sensu”. Po drugie przewidujemy możliwe problemy i się na nie zawczasu przygotowujemy.

Dyrektor z korporacji zaczynający własną działalność w domu, pomimo tego że wspiera go w tym żona, wpierw omawia z nią jak będzie wyglądał jego dzień pracy. W tym to, iż fakt, że siedzi w domu nie będzie oznaczać, że będzie miał więcej czasu na zajmowanie się nim, a paradoksalnie, jak biznes zacznie się rozwijać, może go mieć mniej niż obecnie. Wybitna specjalistka, która od 3 lat stara się o podwyżkę, w sytuacji kiedy jest kluczowym pracownikiem w firmie i do tego zarabia znacznie poniżej rynkowej wyceny stanowiska, nie tylko szykuje argumenty merytoryczne związane z pracą, ale ćwiczymy także odporność na dwie techniki jej szefa: rozmywanie sprawy i jej odwlekanie oraz szantaż emocjonalny, że on taki biedny a ona taka niewdzięczna. Moja klientka idzie na rozmowę z kartką, na której jest m.in. mały rysunek (symbol), na który ma spojrzeć, kiedy szef zacznie wykorzystywać jej emocje. Ten rysunek, symbolizuje dwie sprawy „wspomnienie wielkiej i niesprawiedliwej awantury, jaką szef urządził mojej klientce jednocześnie ją obrażając” – to pozwoli jej złapać dystans do obrazu biednego i poszkodowanego szefa oraz „trzy wypracowane odpowiedzi, które pozwolą odrzucić tę manipulację emocjami i powrócić do tematu podwyżki, jej wysokości i terminu jej przyznania.” Tak oto, moi przykładowi klienci przygotowali się na swoją konfrontację ze strefą paniki, aby ją przetrwać i ruszyć dalej przed siebie.

To jak, decydujesz się lecieć tam, gdzie „dzieje się magia”?

Strach to wyzwanie, a nie słabość

Wrzesień to miesiąc, w którym często mamy zamiar wprowadzić w naszym życiu zmiany zaplanowane jeszcze w czasie wakacyjnych wyjazdów i wypoczynków. To właśnie wtedy zwalniamy tempo życia i wychodzimy z rutyny działania na autopilocie. Zauważamy to co nas uwiera i przeszkadza nam w osiągnięciu poczucia szczęścia.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - strach

Początkowo jesteśmy pełni energii i niecierpliwie oczekujemy w blokach startowych na nadchodzącą datę zmiany. Jednak czym jesteśmy jej bliżej, tym poziom energii nam spada, bloki startowe nagle stają się niewygodne, rozwiązują się nam sznurówki i po cichu schodzimy z bieżni, która miała nas powieść do nowego etapu naszego życia. Ten scenariusz powtarza się u wielu z nas każdego roku.

Skąd ta niemoc? Czemu tak łatwo się poddajemy? Za wszystko odpowiada strach. Zjawia się nagle na linii startu z tym swoimi pytaniami: „a co jak się nie uda?”, „po co coś zmieniać, jak nie jest aż tak źle?”, „czy warto ryzykować?”. Ma też tuziny fotosów, z tymi którym nie wyszło. Z tymi, którzy ruszyli w zmianę i polegli. Wymachuje nimi zasłaniając stające za nim: nadzieję i wiarę w siebie. Jest niezwykle przebiegły i skuteczny. Jawi się jako zatroskany przyjaciel , ale kiedy tego nie widzimy, wysysa z nas energię i sączy w jej miejsce jad przepełniony strachem.

Wielu moich klientów, którzy szykują się do zmiany wspomina o strachu. O tym, że się boją i zaczynają się zastanawiać, czy podołają temu wyzwaniu. Uznają też, że strach jest przejawem ich słabości. Tymczasem strach to nie słabość, a odwaga do działania nie oznacza jego braku. Odwaga – oznacza jedynie działanie pomimo tego, że się boimy. Wspomina o tym zresztą wielu biznesmenów, polityków, sportowców i innych ludzi, którzy odnieśli w swoim życiu wielkie sukcesy. Mają odwagę mówić o tym, że strach momentami ścinał ich z nóg, ale oni widzieli w oddali swój cel i parli do niego z całych sił, nawet tych przez strach nadwątlonych.

Zaraza była w drodze do Damaszku i przemknęła obok karawany wodza na pustyni.
„Dokąd pędzisz?” zapytał wódz.
„Do Damaszku. Mam zamiar zabrać tysiąc istnień”.
W drodze powrotnej z Damaszku, Zaraza znowu mijała karawanę. Wódz powiedział: „Zabrałaś pięćdziesiąt tysięcy istnień, a nie tysiąc”.
„Nie”, rzekła Zaraza. „Ja wzięłam tysiąc. To strach zabrał resztę”.

Fruwasz, czy tylko zwisasz?

W czasie tegorocznych wakacji na Maderze zobaczyłem w mieście Funchal pomnik, który z pewnością zostanie na długo w mojej pamięci i do którego zawsze będę powracał w chwilach zwątpienia i niepewności. Pomnik „Upadłego anioła” jest bowiem dla mnie rzeźbiarskim uosobieniem braku wiary w siebie, mentalnej niemocy i rozpaczliwej bierności.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - strach, bierność, działanie

Kiedy widzisz potężnego anioła o wspaniałych skrzydłach, który bezradnie zwisa na stalowych prętach w iluzorycznej klatce, aż chcesz krzyknąć do niego „Leć! Użyj skrzydeł! Rozwal tę klatkę!”. Chciałem krzyczeć i ja, przytłoczony jego bezradnością i irytującą biernością. Głos jednak uwiązł mi gardle. Po pierwsze, z tego powodu, że to idiotyczne krzyczeć na pomnik. Po drugie, bo przypominałem sobie, że podświadomie irytuje nas w innych to, czego nie lubimy w samy sobie.

Nagle na miejscu tego anioła zobaczyłem samego siebie. Ze swoją wiedzą, zdolnościami, umiejętnościami i całym moim potencjałem, w który zdarza mi się czasami wątpić. To są moje skrzydła, których gdybym tylko z całą wiarą użył roztrzaskałbym niejednokrotnie klatkę moich obaw i strachu. Chwile zawahania, gorsze momenty lub przebłyski braku wiary w siebie zdarzają się każdemu. Nawet tym najbardziej zaradnym, silnym i przebojowym. Wtedy właśnie jesteśmy jak ten anioł.

Wisimy bezradnie, budując kontury swojej klatki z „Nie da się”, „To dla mnie za trudne”, „Niemożliwe”, „To mnie przerasta”, „To bezsensu, bo i tak nic nie zmieni” itd. Nie dostrzegamy jednak, że ściany klatki nie są niczym wypełnione, że jest w nich przestrzeń na głęboki oddech i rozłożenie skrzydeł, w których istnienie zwątpiliśmy.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - strach, bierność, działanie - upadły anioł

Ten pomnik zdradza jeszcze jedną tajemnicę, która wszystko utrudnia i komplikuje. Ten anioł do końca nie upadł, bo wciąż utrzymuje się nad ziemią. Być może wierzy nawet, że fruwa choć de facto jedynie zwisa. Być może wierzy, że używa swoich skrzydeł, choć de facto trzymają go jedynie stalowe pręty. Gdyby runął na ziemię, być może by się przebudził i poderwał do lotu, a tak pozostaje wciąż w biernych bezruchu. Ostatecznie do finalnego upadku jeszcze trochę brakuje. Ile to razy słyszałem „Co prawda nie jest dobrze, ale wiesz mogło by być jeszcze gorzej” jako idealną wymówka przed wzięciem odpowiedzialność za swoje życie i działaniem. W tym momencie „mogło by być jeszcze gorzej” to takie nasze pręty, na których zwisamy. Zapominając o tym, że wcześniej czy później przeżre je korozja, a my grzmotniemy z impetem o ziemię. Pozostaje jedynie pytanie, czy będziemy jeszcze wtedy pamiętali jak używa się skrzydeł?

„A jeśli upadnę? Oh, moja droga, a co jeśli polecisz?”

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji

Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska. 1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies. 2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer. 3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia 4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu: a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb; b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości; 5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika. 6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies: a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu; b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu; c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu; d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.; e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań. 7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej). 8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu. 9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów. 10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.

Close