Rafał Markiewicz

Blog

Feniks daje iskrę, Ikar uczy odpowiedzialnego lotu

Przez długi czas bardzo pociągała mnie wizja Feniksa, który powstaje z popiołu. Jest w tej metaforze coś uwodzicielskiego. Coś, co pozwala wierzyć, że jeśli życie nas spali, zniszczy, przeciągnie przez ogień i popiół, to po drugiej stronie wstaniemy jako ktoś nowy. Lepszy. Silniejszy. Bardziej odporny. Może nawet niezniszczalny.

Brzmi to trochę jak atrakcyjny zwiastun filmu, w którym główny bohater po serii dramatycznych wydarzeń wychodzi na dach wieżowca, patrzy w dal, muzyka narasta, wiatr rozwiewa mu włosy, a on już wie, że teraz zaczyna nowe życie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wychodzenie z kryzysu -  radzenie sobie z trudnościami - odpowiedzialność za swoje życie

Problem w tym, że życie najczęściej nie działa jak zwiastun filmu. Życie działa bardziej jak poniedziałek rano po trudnym weekendzie. Trzeba wstać, zrobić herbatę, ogarnąć siebie, ogarnąć świat i zobaczyć, co z tego wszystkiego da się jeszcze poskładać.

Kiedyś myślałem, że Feniks dobrze opisuje wychodzenie z trudności. Dziś myślę, że to była bardzo romantyczna wizja mierzenia się z życiem. Piękna, mocna, efektowna, ale jednak trochę podejrzana. Bo Feniks nie musi wiele robić. Feniks się spala, a potem odradza. Jest w tym coś magicznego. Jest wielki ogień, wielka przemiana i wielki powrót.

A ja coraz częściej widzę, że po trudności człowiek nie wraca jak ognisty ptak. Człowiek raczej powoli podnosi się z ziemi. Czasami z kolan. Czasami z miejsca, w którym siedział za długo, patrząc w ścianę i zastanawiając się, co właściwie się stało.

Człowiek nie zawsze czuje moc. Częściej czuje zmęczenie. Nie zawsze czuje nadzieję. Częściej najpierw szuka tej małej iskierki, która mówi: może jeszcze nie wszystko stracone.

I właśnie dlatego dziś bliżej mi do Ikara.

Zanim Ikar poleciał

Nie mam tu na myśli Ikara jako symbolu głupoty, brawury i upadku. Nie chodzi mi o szkolną wersję, w której Ikar jest tym, który nie posłuchał ojca, poleciał za wysoko i spadł. To oczywiście ważna część tej historii, ale dla mnie coraz ciekawsze jest to, co dzieje się wcześniej.

Zanim Ikar leci.

Zanim słońce roztapia wosk.

Zanim skrzydła się rozpadają.

Te skrzydła nie pojawiły się magicznie. Nie były darem od losu. Nie wyrosły Ikarowi z pleców, bo przeszedł przez cierpienie i nagle stał się nową wersją siebie. Zbudował je Dedal z tego, co było dostępne: z piór, wosku, pomysłu, doświadczenia i determinacji.

I to jest dla mnie ważne, bo po trudności też rzadko startujemy z idealnego miejsca. Czasami mamy tylko resztki energii, kilka myśli, odrobinę doświadczenia, własną złość, własny upór i małą iskierkę nadziei. Czasami mamy też kogoś, kto pomaga nam nie rozsypać się do końca: przyjaciela, terapeutę, coacha, mentora, partnera, lekarza albo człowieka, który po prostu przez chwilę trzyma nas za rękę.

Taki ktoś może być naszym Dedalem. Może pomóc nam zobaczyć, że z tego, co zostało, da się jeszcze coś zbudować. Ale nie poleci za nas.

To my musimy zdecydować, czy chcemy jeszcze raz oderwać się od ziemi.

Ikar nie jest więc dla mnie tylko opowieścią o upadku. Jest też opowieścią o tym, że lot wymaga przygotowania, pomocy, odwagi i uważności. Nie zawsze mamy idealne skrzydła. Czasami mamy skrzydła zrobione z tego, co akurat było pod ręką. I właśnie dlatego trzeba pamiętać, że taki lot wymaga pokory.

Feniks mówi: spłonąłeś, więc się odrodzisz.

Ikar mówi: możesz polecieć, ale sprawdź, na czym poniesie cię ten lot.

Ta różnica jest dla mnie bardzo ważna. Feniks kusi wizją przemiany, która wydarza się prawie sama. Ikar przypomina, że po trudności trzeba wziąć odpowiedzialność za kolejny lot. Trzeba zobaczyć, gdzie jestem, co mam, czego nie mam i czy naprawdę chcę jeszcze raz oderwać się od ziemi.

Bo nie zawsze chcemy od razu.

Mój moment Feniksa

Nie chcę przez to powiedzieć, że Feniks jest złą metaforą. Feniks może być piękny. Może dawać nadzieję wtedy, gdy wszystko wygląda jak popiół. Wiem to, bo sam miałem w życiu doświadczenie, które mógłbym nazwać feniksowym.

Kiedy po jedenastu latach związku zmarła najbliższa mi osoba, moje dotychczasowe życie się rozsypało. Nie metaforycznie. Bardzo konkretnie. Przestał istnieć świat, który znałem. Przestały działać oczywiste plany, rytuały, przyzwyczajenia i wyobrażenia o przyszłości.

Potrzebowałem czasu, żeby się z tego podnieść. Nie było w tym nic efektownego. Był ból, pustka, zmęczenie i bardzo powolne wracanie do siebie.

A potem któregoś dnia, około piątej rano, ze snu wyrwała mnie jedna myśl: „żyj”.

Nie było w tym żadnej wielkiej spektakularności. Było jedno krótkie słowo, które przyszło do mnie z taką siłą, że poczułem coś w rodzaju uwolnienia. Jakby ktoś uchylił okno w pokoju, w którym przez długi czas brakowało powietrza.

Pojawiła się energia. Pojawiła się chęć, żeby wyciągnąć z życia najwięcej, ile się da. Nie dlatego, że ból zniknął. Raczej dlatego, że obok bólu pojawiło się życie.

I to był mój moment Feniksa.

Ale z perspektywy czasu widzę, że ten moment nie załatwił wszystkiego. On dał iskrę. Dał impuls. Dał pierwszy oddech. Natomiast cała reszta była już pracą Ikara.

Trzeba było nauczyć się żyć dalej. Trzeba było poukładać codzienność. Trzeba było przyjąć pomoc i samemu wykonać swoją część pracy. Trzeba było nie zdradzić tego, co było ważne, ale też nie zamienić przeszłości w więzienie.

Dlatego dziś nie odrzucam Feniksa całkowicie. Raczej ustawiam go we właściwym miejscu.

Feniks bywa momentem przebudzenia. Ikar jest codzienną praktyką powrotu do życia.

Nie wszystko, co trudne, od razu wzmacnia

Czasami po trudności potrzebujemy poleżeć. Czasami potrzebujemy milczeć. Czasami potrzebujemy odpocząć od własnej dzielności, od porad innych ludzi, od haseł w stylu „co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

Nie wszystko, co nas nie zabija, wzmacnia. Czasami coś, co nas nie zabija, najpierw nas osłabia, rozregulowuje i zostawia z pytaniem: jak ja mam teraz żyć?

I to pytanie jest uczciwe.

Nie ma w nim słabości. Jest w nim prawda.

Wychodzenie z trudności nie polega na tym, że mamy udowodnić światu, jacy jesteśmy niezniszczalni. Wychodzenie z trudności polega czasami na tym, że przestajemy udawać niezniszczalnych.

Mówimy sobie: jestem człowiekiem. Coś mnie zabolało. Coś mnie przewróciło. Coś mnie przerosło. Teraz potrzebuję zobaczyć, jak wrócić do siebie i jak przygotować się do dalszego lotu.

Nie idealnego lotu.

Wystarczającego lotu.

Ostrzeżenie przed zbyt wysokim lotem

W historii Ikara jest jeszcze jedna ważna rzecz. Ostrzeżenie.

Ikar uczy nie tylko tego, że można oderwać się od ziemi. Ikar uczy też tego, że w locie można się pogubić. Można zachłysnąć się tym, że znowu nam wychodzi. Można pomylić powrót siły z nieśmiertelnością. Można uznać, że skoro raz się podnieśliśmy, to teraz już nic nas nie obali.

Można polecieć za wysoko, za szybko, za bardzo.

A wtedy wosk zaczyna się topić.

Znam z mojej coachingowej pracy z klientami. Po trudności przychodzi moment, w którym znowu mamy energię. Wraca oddech. Wraca sprawczość. Wraca apetyt na życie. I bardzo dobrze. Tylko czasami wraz z tym przychodzi też pycha. Taka cicha, nie zawsze spektakularna. Pycha, która mówi: teraz już wiem wszystko. Już nigdy nie upadnę. Już nikt mnie nie zatrzyma. Teraz nadrobię wszystko, co straciłem.

I wtedy łatwo przesadzić.

Za dużo pracy. Za dużo planów. Za dużo obietnic. Za dużo ambicji. Za dużo udowadniania. Za dużo lotu, za mało uważności.

A przecież skrzydła Ikara były z piór i wosku. Były genialnym rozwiązaniem, ale nie były niezniszczalne.

My też nie jesteśmy niezniszczalni.

Nie jesteśmy Feniksem.

Skrzydła są czasem bardzo zwyczajne

Może to jest jedna z dojrzalszych lekcji, jakie możemy sobie dać. Nie musimy być Feniksem. Nie musimy powstawać z popiołu w blasku wielkiej przemiany. Nie musimy robić z każdego kryzysu widowiska. Nie musimy po każdej trudności wracać silniejsi, bardziej spektakularni i gotowi do kolejnego heroicznego zadania.

Możemy wracać wolniej.

Możemy wracać mądrzej.

Możemy wracać z większym szacunkiem do własnych granic.

Możemy wracać z prostszym planem.

Dla mnie to bardzo mocno łączy się z prostotą, porządkiem i proaktywnością. Prostota mówi: zobacz, co naprawdę jest ważne. Nie dokładaj dramatu do dramatu. Nie buduj wielkiej narracji, jeśli na dziś wystarczy jeden mały krok.

Porządek mówi: nazwij, gdzie jesteś, co masz, czego potrzebujesz i co jest następnym ruchem.

Proaktywność mówi: nie czekaj, aż wszystko samo się ułoży. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś.

To nie jest efektowne jak Feniks, ale jest bardzo życiowe.

Skrzydła nie zawsze wyglądają jak wielka decyzja. Czasami skrzydła wyglądają jak sen, rozmowa, terapia, coaching, spacer, rezygnacja z czegoś, co nas niszczy, powrót do ruchu, uporządkowanie kalendarza, zamknięcie toksycznej relacji, zrobienie badań, napisanie wiadomości, której baliśmy się napisać.

Czasami skrzydła są bardzo zwyczajne.

I właśnie dlatego działają.

Odpowiedzialność za kolejny lot

Kiedy przychodzi trudność, często chcielibyśmy mieć od razu gotową odpowiedź. Chcielibyśmy wiedzieć, po co to wszystko się wydarzyło. Chcielibyśmy zobaczyć sens, nową drogę, nową wersję siebie.

Czasami ten sens przychodzi. Czasami nie przychodzi od razu. Czasami sens nie objawia się jako wielka prawda, tylko jako bardzo praktyczne zdanie: dziś muszę o siebie zadbać. Dziś muszę zrobić jedną rzecz. Dziś muszę nie pogorszyć sytuacji. Dziś muszę poprosić o pomoc. Dziś muszę odpocząć. Dziś muszę powiedzieć „nie”.

To też jest budowanie gotowości do lotu.

Bo życie najczęściej zmienia się przez zwyczajne rzeczy robione konsekwentnie.

Ikar jest dla mnie symbolem odpowiedzialnego powrotu do lotu. Takiego powrotu, który nie zaprzecza upadkowi. Takiego powrotu, który nie robi z cierpienia dekoracji. Takiego powrotu, który mówi: tak, było trudno. Tak, coś się skończyło. Tak, coś mnie zabolało. Ale teraz sprawdzam, co mogę zrobić.

Uczę się trajektorii lotu.

Pamiętam o słońcu.

Pamiętam o wosku. Pamiętam, że lot ma sens tylko wtedy, gdy nie tracę kontaktu z rzeczywistością

Nie musimy być Feniksem

To nie jest wpis o beznadziei. Choć trochę jest o trudzie życia, bo życie bywa trudne i nie ma sensu udawać, że zawsze jest inaczej.

To jest wpis o tym, że kiedy napotykamy trudność, czasami potrzebujemy upaść. Potem pomału wstać z kolan. Odszukać iskierkę nadziei, która jeszcze w nas żyje. Przyjąć pomoc, jeśli jej potrzebujemy. Zacząć budować gotowość do kolejnego lotu. I wziąć odpowiedzialność za jego trajektorię.

Nie musimy latać najwyżej.

Nie musimy latać najpiękniej.

Nie musimy nikomu niczego udowadniać.

Wystarczy, że polecimy tak, żeby nie zgubić siebie po drodze.

Czy pamiętasz, że masz jedno życie?

„Mamy dwa życia. Drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno.”

Ten cytat, przypisywany Konfucjuszowi, wraca do mnie co jakiś czas. Nie dlatego, że jest szczególnie ładny, ale dlatego, że bywa niewygodny.

Bo on nie mówi: „żyj pięknie”.
Nie mówi: „spełniaj marzenia”.
Nie mówi nawet: „nie odkładaj życia na później”.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - jak żyć świadomie -  świadome życie - zmiana w życiu

On mówi coś mocniejszego. Mówi, że nie masz drugiej szansy. Ale żeby naprawdę to zrozumieć, nie wystarczy przytaknąć głową. Trzeba to poczuć. Nie deklaratywnie. Nie tylko z poziomu rozumnej głowy. Raczej gdzieś głębiej, tam, gdzie kończą się ładne hasła, a zaczyna prawdziwe spotkanie ze sobą.

I wtedy coś się zmienia.

Nie zawsze spektakularnie. Nie każdy po takim odkryciu rzuca pracę, kupuje bilet do Tajlandii, zapisuje się na maraton i zaczyna jeść tylko kiszonki. Chociaż, umówmy się, czasami od kiszonek też zaczynają się wielkie zmiany.

Czasami ta zmiana jest cicha. Ktoś zaczyna wcześniej wychodzić z pracy. Ktoś idzie na badania. Ktoś kończy relację, która od dawna była bardziej obowiązkiem niż relacją. Ktoś zapisuje się na terapię, coaching albo po prostu zaczyna uczciwie rozmawiać sam ze sobą. Ktoś przestaje udawać, że ma nieskończoną ilość czasu.

Ten sam cytat, różny moment życia

Bardzo lubię w tym cytacie to, że może znaczyć coś innego w różnych momentach życia. To samo zdanie może uruchomić inne pytania u 25-latka, inne u 40-latka i jeszcze inne u kogoś, kto zbliża się do pięćdziesiątki albo już ją przekroczył.

Dla 25-latka ten cytat może brzmieć jak wezwanie do ruszenia w świat. Podróżuj. Zwiedzaj. Sprawdzaj. Próbuj. Nie czekaj, aż będziesz mieć idealne warunki, idealną pracę, idealne konto i idealnie poukładaną głowę, bo możesz się tego nie doczekać. W tym wieku „mamy tylko jedno życie” często oznacza: nie ograniczaj się za szybko, nie wkładaj się do pudełka, które ktoś inny przygotował dla Ciebie trochę za wcześnie.

Ale dla innego 25-latka ten sam cytat może oznaczać: idź na całość w karierę. Ucz się. Ryzykuj. Buduj kompetencje. Nie czekaj, aż ktoś Cię odkryje, bo świat nie zawsze ma czas na odkrywanie naszych talentów. Czasami trzeba wstać, pokazać się i powiedzieć: jestem, umiem, chcę, sprawdzam.

Żadna z tych interpretacji nie jest lepsza. Dla jednego człowieka drugim życiem będzie wyjazd w świat, dla innego skupienie się na rozwoju zawodowym. Ważne jest nie to, czy decyzja wygląda atrakcyjnie z zewnątrz. Ważne jest to, czy jest naprawdę jego decyzją.

Kiedy ciało zaczyna głosować

Dla 40-latka ten cytat często zaczyna dotykać zdrowia.

Wcześniej ciało bywa traktowane jak narzędzie, które ma działać. Trochę śpimy, trochę nie śpimy. Trochę jemy, trochę dojadamy po dzieciach, po spotkaniach, po stresie i po całym dniu udawania, że wszystko jest pod kontrolą. Trochę ćwiczymy, trochę obiecujemy sobie, że od poniedziałku. Oczywiście poniedziałków jest w roku dużo, więc plan wydaje się całkiem solidny.

A potem przychodzi moment, w którym ciało zaczyna głosować. Plecy mówią swoje. Żołądek mówi swoje. Głowa mówi swoje. Wyniki badań mówią swoje. I nagle okazuje się, że „mamy tylko jedno życie” oznacza też: mamy tylko jedno ciało.

W tym wieku drugie życie może zacząć się od bardzo prostych rzeczy. Od snu. Od badań. Od spaceru. Od odstawienia telefonu na godzinę przed snem. Od mniej bohaterskiego podejścia do pracy. Od powiedzenia: „nie dam rady”, zanim organizm powie to za nas dużo brutalniej.

Bo wielu ludzi nadal próbuje wygrać konkurs pod tytułem „kto wytrzyma więcej”. Tylko że nagrodą w tym konkursie często jest zmęczenie, frustracja i poczucie, że gdzieś po drodze zgubiliśmy siebie.

Kiedy czas zaczyna biec inaczej

Dla kogoś blisko pięćdziesiątki ten cytat może mieć jeszcze inny ciężar.

To jest często moment, w którym człowiek zaczyna widzieć czas inaczej. Już nie jako wielki magazyn pełen możliwości, z którego można brać bez końca. Raczej jako określoną przestrzeń. Nadal dużą. Nadal ważną. Nadal pełną sensu. Ale już nie nieskończoną.

I to bywa trudne.

Bo w okolicach pięćdziesiątki może przyjść świadomość, że pewne rzeczy minęły. Niektórych wyborów już nie cofniemy. Niektóre relacje nie wrócą. Niektóre wersje nas samych zostały w przeszłości. Niektórych dróg już nie wybierzemy, bo nie ma na nie miejsca, siły, zdrowia, czasu albo prawdziwej potrzeby.

To nie musi być dramat. Ale warto to nazwać uczciwie.

W coachingu często mówimy o potencjale, celach, zmianie, zasobach i możliwościach. I bardzo dobrze. Tylko że dojrzały rozwój nie polega na udawaniu, że wszystko jest zawsze możliwe. Dojrzały rozwój polega też na tym, żeby zobaczyć, co jest jeszcze możliwe, co jest naprawdę ważne, a z czym trzeba się pożegnać.

Czasami to jest pierwszy moment, kiedy człowiek naprawdę rozumie, że coś go ominęło. Że nie wszystko da się nadrobić. To może boleć. Ale ten ból może być też początkiem porządku. Takiego wewnętrznego porządku, w którym przestajemy gonić wszystkie wersje życia naraz.

Bo skoro nie wszystko jest już możliwe, to tym bardziej trzeba zapytać: co jest możliwe i ważne teraz?

Blisko pięćdziesiątki może też pojawić się coś, co nazwałbym jednym z ostatnich dużych zrywów życiowych. Nie ostatnim w sensie końca życia, bez przesady, nie kładźmy się jeszcze do trumny z elegancko złożonym kocykiem. Chodzi raczej o zryw, w którym człowiek mówi sobie: jeśli mam coś jeszcze zrobić naprawdę po swojemu, to nie za dwadzieścia lat. Teraz.

To może być zmiana pracy, własna działalność, powrót do pasji, zadbanie o związek, odejście z relacji, która już dawno przestała być żywa, albo odpuszczenie ambicji, która przez lata była bardziej cudza niż własna.

Ale ten zryw nie musi być rewolucją. Czasami zryw polega na tym, że człowiek wreszcie przestaje się szarpać.

Dla jednych drugie życie zaczyna się od działania. Dla innych od odpuszczenia. Dla jeszcze innych od prostego zdania: już nie chcę żyć przeciwko sobie.

Prostota, porządek i proaktywność

Gdy patrzę na ten cytat przez pryzmat mojej filozofii 3P, widzę w nim trzy bardzo konkretne zaproszenia.

Prostota polega na tym, żeby przestać komplikować prawdę. Mamy jedno życie. Nie pięć wersji testowych. Nie niekończący się okres próbny. Nie wieczne „kiedyś”. Jedno życie. Ta prostota może być trudna, ale jest też oczyszczająca.

Porządek polega na tym, żeby zobaczyć, co w tym jednym życiu jest naprawdę ważne. Nie wszystko naraz. Nie wszystkie cele. Nie wszystkie oczekiwania. Nie wszystkie ambicje. Porządek zaczyna się od wyboru. A wybór oznacza, że coś bierzemy, a czegoś nie bierzemy.

Proaktywność polega na tym, żeby nie czekać, aż życie samo nas ustawi. Bo ustawi. Tylko nie zawsze tak, jak byśmy chcieli. Proaktywność nie oznacza nerwowego działania. Oznacza wzięcie odpowiedzialności za kolejny krok. Nawet mały. Zwłaszcza mały, jeśli na duży nie mamy jeszcze siły.

Drugie życie nie zawsze wygląda efektownie

Warto uważać na pułapkę efektowności. Kiedy słyszymy „mamy tylko jedno życie”, łatwo pomyśleć, że teraz trzeba zrobić coś dużego. Coś, co dobrze wygląda na zdjęciach. Coś, co inni zauważą. Coś, co będzie można opisać jako wielką zmianę.

A czasami drugie życie zaczyna się bez fanfar.

Zaczyna się wtedy, gdy człowiek pierwszy raz od dawna mówi prawdę.
Zaczyna się wtedy, gdy przestaje zdradzać siebie małymi decyzjami każdego dnia.
Zaczyna się wtedy, gdy zauważa, że nie musi już wszystkim udowadniać swojej wartości.
Zaczyna się wtedy, gdy wybiera spokój zamiast kolejnej bitwy o rację.
Zaczyna się wtedy, gdy wraca do siebie.

I to wcale nie musi być mniej ważne niż podróż dookoła świata.

Pytanie nie brzmi, ile masz lat

W tym cytacie wiek jest ważny, ale nie najważniejszy. Bo można mieć 25 lat i być już bardzo zmęczonym życiem, które nie jest nasze. Można mieć 40 lat i pierwszy raz poczuć, że zaczyna się żyć świadomie. Można mieć 55 lat i zrobić zmianę, na którą wcześniej brakowało odwagi. Można mieć 70 lat i nadal mieć w sobie więcej życia niż niejeden człowiek w wieku 30 lat.

Pytanie nie brzmi więc: ile masz lat?

Pytanie brzmi: czy pamiętasz, że masz jedno życie?

Nie jako presję. Nie jako straszak. Nie jako kolejną pałkę do poganiania siebie. Raczej jako zaproszenie do uczciwości.

Co odkładasz, choć wiesz, że jest ważne?
Z czym się godzisz, choć od dawna Ci nie służy?
Co próbujesz jeszcze udowodnić?
Czego już nie chcesz nieść?
Co jest Twoje, a co tylko dobrze wyglądało w cudzym planie na Twoje życie?

Drugie życie zaczyna się wtedy, gdy te pytania przestają być teorią.

Jak widać, nie ma jednej dobrej interpretacji tego cytatu.

Jest za to jedno dobre pytanie: co ten cytat mówi dzisiaj do Ciebie?

Bo może w tej odpowiedzi zaczyna się właśnie Twoje drugie życie.

Happy flow, czyli kiedy ładny scenariusz przestaje być prawdziwy

Czasami mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym człowiek ma być ciągle w wersji premium. Bardziej kreatywny. Bardziej skuteczny. Bardziej odważny. Bardziej widoczny. Bardziej gotowy na zmianę. Najlepiej od poniedziałku, po krótkim webinarze i trzech ćwiczeniach oddechowych.

Nie mam nic przeciwko rozwojowi. Sam lubię rozwój, zmianę i działanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy w tej opowieści nie ma miejsca na zmęczenie. Na słabość. Na brak siły. Na dzień, w którym nie masz energii być najlepszą wersją siebie, bo ledwo jesteś wersją podstawową.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - happy flow - schemat sukcesu - coaching rozwojowy - rozwój bez presji

Czym jest happy flow

W świecie procesów istnieje pojęcie happy flow. To podstawowy, najprostszy przebieg procesu. Taki, w którym wszystko idzie zgodnie z planem. Klient podał komplet danych. System działa. Decyzja jest prosta. Nikt się nie pomylił. Nie trzeba niczego wyjaśniać, sprawdzać, prostować ani ratować.

Happy flow jest potrzebny, bo pomaga zobaczyć główną logikę procesu. Gdybyśmy od razu wrzucili do schematu wszystkie wyjątki, obejścia, błędy, braki danych, reklamacje, ręczne poprawki i sytuacje „a co jeśli”, to zamiast procesu mielibyśmy mapę metra w Tokio do kwadratu. Niby wszystko jest, ale człowiek zaczyna się modlić o prostą trasę pociągu do domu.

Problem polega na tym, że happy flow nie pokazuje pełnej złożoności procesu. Nie pokazuje tego, co dzieje się wtedy, gdy pojawia się problem, trudność, brak pełnych danych albo konieczność zastosowania dodatkowego rozwiązania. Część tych rozwiązań jest już wypracowana. Ludzie z działu operacji wiedzą, co zrobić, do kogo napisać, gdzie kliknąć, jak obejść ograniczenie systemu i kiedy zadzwonić do człowieka, który „zawsze wie wszystko”.

Tych wariantów często nie dodaje się do głównego schematu nie dlatego, że ich nie ma. Nie dodaje się ich, żeby nie zabić czytelności procesu. Happy flow pokazuje drogę główną. Operacja zna boczne ścieżki, objazdy i miejsca, w których trzeba uważać na dziury w asfalcie.

Kursy, opinie i piękna ścieżka sukcesu

Podobnie bywa z kursami, szkoleniami i programami rozwojowymi. Wchodzimy na stronę kursu i widzimy opinie rozentuzjazmowanych uczestników. Kurs zmienił ich życie. Dał im odwagę. Pomógł ruszyć z miejsca. Otworzył nowe możliwości. Brzmi pięknie.

Tylko że bardzo często nie wiemy nic o osobach, którym ten kurs nie pomógł. Nie wiemy nic o tych, którzy nie ukończyli kursu. Nie wiemy nic o tych, którzy kupili kurs, obejrzeli trzy lekcje i poczuli, że to nie dla nich. Nie wiemy nic o tych, którzy próbowali, ale nie mieli siły, czasu, wsparcia albo warunków, żeby przejść przez cały proces.

Znam historię osoby, która prowadziła kursy w bardzo sprytny sposób. Obserwowała postępy uczestników i tym, którym szło najlepiej, dawała dodatkowe wsparcie. Nie dlatego, że tylko oni potrzebowali wsparcia. Raczej dlatego, że oni mieli największą szansę ukończyć kurs z sukcesem, a potem z wdzięcznością zostawić świetną opinię. Tyle że oni byli wyjątkiem, a nie większością.

I tu zaczyna się problem. Bo potem ten wyjątek staje się reklamą reguły. Pokazujemy ludzi, którym się udało, ale nie pokazujemy całej reszty. Pokazujemy happy flow, ale chowamy wyjątki, trudności i ślepe uliczki.

C-level też może mieć dość

Ostatnio mignęła mi na LinkedInie kobieta, która pomaga ludziom z poziomu C-level* dalej się rozwijać i szukać pracy. Wszystko było tam bardzo energetyczne. Podbijanie możliwości. Otwieranie potencjału. Więcej odwagi. Więcej sprawczości. Więcej kreatywności. Taki happy flow, w którym człowiek ma wejść, rozwinąć skrzydła i polecieć.

I poniekąd jest to w porządku. Ona prawdopodobnie pracuje z menedżerami, którzy mają jeszcze siłę i ochotę do działania. Chcą dalej się rozwijać. Chcą walczyć. Chcą zdobywać kolejne poziomy. To jest jej grupa klientów.

Ale jest też inny menedżer z poziomu C-level. Taki, który już nie ma siły. Taki, który już nie chce oddawać pracy kolejnych kawałków swojego życia. Taki, który widzi, że cena za pozycję i sukces jest zbyt wysoka. Zdrowie się sypie. Stres niszczy ciało. Rodzina się rozpada. Relacje są w stanie awaryjnym. A on sam nie wie, czy jeszcze biegnie po coś, czy już tylko ucieka przed zatrzymaniem.

Ten menedżer nie jest targetem dla takiej komunikacji. I dobrze. Nie każdy musi pracować z każdym. Problem pojawia się wtedy, gdy taki menedżer czyta przekaz zbudowany tylko na happy flow i zaczyna myśleć, że coś jest z nim nie tak. Że jest słaby. Że jest nieudacznikiem. Że inni chcą więcej, a on nie daje rady.

A może prawda jest zupełnie inna. Może spora część menedżerów myśli podobnie, tylko rzadziej mówi o tym głośno.

Umysł, który ciągle chce więcej

Umysł jest ciekawym „stworzeniem”. On ciągle chce więcej. Nigdy się do końca nie nasyci. Osiągniesz jeden cel, za chwilę pojawia się następny. Poprawisz jeden obszar, zaraz widzisz trzy kolejne. Zrobisz krok do przodu, a umysł mówi: dobrze, ale może szybciej?

I tutaj łatwo wpaść w pułapkę. Zaczynamy mylić rozwój z dociskaniem siebie. Jeżeli czegoś nie osiągamy, to dokładamy siły. Jeżeli nie mamy energii, to szukamy jeszcze większej mobilizacji. Jeżeli ciało mówi „stop”, to głowa odpowiada: „nie przesadzaj, inni jakoś dają radę”.

Tylko że człowiek to nie aplikacja do optymalizacji. Nie zawsze potrzebuje aktualizacji. Czasami potrzebuje odpoczynku. Czasami potrzebuje ciszy. Czasami potrzebuje uznać, że nie idzie, bo coś w środku mówi bardzo ważną rzecz.

A co z AI

Trochę inaczej działają asystenci AI. Możemy ich tworzyć sami albo kupować dostęp do gotowych rozwiązań od różnych twórców. AI może być bardzo pomocna. Może porządkować myśli, podsuwać pytania, tworzyć struktury, proponować kolejne kroki. Sam korzystam z takich narzędzi i widzę w nich dużą wartość.

Ale AI nie jest człowiekiem. Nie zna naszego życia poza tym, co jej przekażemy. Nie siedzi z nami w ciszy. Nie widzi drżenia głosu. Nie czuje momentu, w którym ktoś niby mówi „tak”, ale całym sobą pokazuje „nie wiem”. AI odpowiada na bazie informacji, wzorców i danych, do których ma dostęp. Może pomóc, ale może też zaprowadzić na manowce.

Może zaproponować działanie zgodne z happy flow. Może podać rozwiązanie, które najczęściej pojawia się w podobnych sytuacjach. Może dać poradę uśrednioną, lekko wybalansowaną, sensowną na papierze. Tylko że człowiek rzadko jest sytuacją na papierze.

Od człowieka, nie od schematu

Kiedy pracuję jako coach, mam świadomość, że oprócz happy flow istnieje cały szereg wyjątków, odstępstw, braków danych i nieoczywistych okoliczności. One tworzą realną rzeczywistość, w której człowiek funkcjonuje.

Nie oddzielam celu od człowieka. Nie oddzielam działania od człowieka. Co więcej, zaczynam właśnie od człowieka. Nie od ścieżki sukcesu. Nie od gotowego procesu. Nie od tego, co dobrze wygląda w ofercie. Nie od tego, czym później można się pochwalić.

Widzę osobę. Czasami zmęczoną. Czasami bez energii. Czasami czymś lub kimś przytłoczoną. A czasami pełną energii, ale kompletnie pogubioną w tym, od czego zacząć i jak poukładać kolejne kroki.

Dopiero pełniejszy obraz człowieka, który przede mną siedzi, tworzy klimat do budowania dobrych dla niego rozwiązań. Nie dobrych ogólnie. Nie dobrych marketingowo. Nie dobrych pod opinię po kursie. Dobrych dla niego.

W filozofii 3P powiedziałbym to prosto. Prostota pyta: co jest naprawdę ważne? Porządek pyta: co mi służy, a co mnie drenuje? Proaktywność pyta: jaki mały, mądry krok mogę zrobić teraz?

I czasami tym krokiem nie jest sprint. Czasami tym krokiem jest zejście z bieżni.

Twój własny happy flow

Nie rysuję ładnych i prostych schematów procesu dla audytora. Pracuję z żywym człowiekiem, który ma swoją ścieżkę życiową, swój bagaż doświadczeń, swoje wartości i być może swój prywatny happy flow. Czasami sam jeszcze go nie widzi. Czasami ten jego happy flow jest zupełnie inny niż happy flow ogółu.

Nie mam nic przeciwko pozytywnym scenariuszom. Są potrzebne. Dają nadzieję. Uruchamiają energię. Tylko niech obok nich będzie miejsce na scenariusz ludzki. Taki, w którym człowiek może nie mieć siły. Może się zgubić. Może nie wiedzieć. Może potrzebować czasu. Może chcieć mniej, a nie więcej.

Rozwój nie polega na tym, żeby ciągle być w happy flow. Rozwój polega też na tym, żeby zauważyć, kiedy happy flow zamienia się w przymus. A potem uczciwie zapytać siebie: czy ja jeszcze płynę, czy już tylko macham rękami, żeby nie pójść pod wodę?


* C-level to określenie najwyższej kadry zarządzającej w firmie. Chodzi o stanowiska, których nazwy często zaczynają się od słowa „Chief”, na przykład CEO, CFO, COO, CTO czy CMO. W praktyce są to osoby odpowiedzialne za strategiczne decyzje i kierowanie kluczowymi obszarami organizacji.

Iluzja odroczenia wyroku. Dlaczego człowiek czeka zamiast działać

Jest takie zjawisko, które bardzo mocno utkwiło mi w głowie po lekturze książki Viktora Frankla. Chodzi o iluzję odroczenia wyroku. O stan, w którym człowiek stoi bardzo blisko czegoś trudnego, czasami wręcz brutalnie realnego, a mimo to zaczyna wierzyć, że może jednak jakoś to się rozejdzie po kościach. Że może w ostatniej chwili wydarzy się coś, co odsunie problem. Że ktoś zadzwoni. Że ktoś zmieni decyzję. Że sytuacja sama się naprawi.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Iluzja odroczenia wyroku - blokada psychiczna - brak działania - trudność

Frankl opisywał ten mechanizm w skrajnych warunkach obozu koncentracyjnego, ale sam mechanizm psychiczny wcale nie zniknął razem z historią. On działa także dziś, w firmach, w zespołach, w projektach i w codziennym życiu. I od razu warto to jasno powiedzieć. Kiedy przenoszę to pojęcie na grunt pracy, firmy czy projektu, nie porównuję skali cierpienia tych sytuacji do rzeczywistości obozów koncentracyjnych. Mówię o podobnym mechanizmie psychicznym, który uruchamia się w człowieku wtedy, gdy zbliża się coś trudnego, a on zamiast działać zaczyna czekać, że może jednak nie będzie tak źle albo że sprawa sama się rozwiąże.

W praktyce coachingowej widzę to regularnie. Widzę to zresztą nie tylko u klientów. Takie zachowania znam również z własnego doświadczenia. Sam w swojej karierze co najmniej kilka razy wpadłem w szpony tego mechanizmu. Dziś widzę to dużo wyraźniej niż wtedy. Z zewnątrz to nie zawsze wygląda jak bierność. Człowiek niby analizuje, niby zbiera dane, niby chce zrobić coś porządnie, a tak naprawdę krąży wokół tematu i odkłada moment realnego działania. W moim przypadku uruchamiały się wtedy różne mechanizmy. Lęk przed błędem, potrzeba dopięcia wszystkiego na 100 procent, niechęć do pokazania czegoś niepełnego, a czasami także cicha nadzieja, że może jeszcze sytuacja sama się jakoś wyjaśni. Dzisiaj wiem już, że bierne czekanie nie rozwiązuje problemu. Ono tylko na chwilę znieczula. Potem trzeba zapłacić podwójnie, bo nie dość, że temat wraca, to jeszcze wraca większy.

Jak to wygląda w dużych sprawach

Oczywiście czasami chodzi o naprawdę duże sprawy. Ktoś dostaje sygnały, że jego firma będzie zamykana. Ktoś słyszy o planowanych zwolnieniach grupowych. Ktoś wie, że jego zespół zostanie rozwiązany albo że jego rola przestanie mieć sens. Logika podpowiada wtedy, że warto równolegle przygotować plan B, odświeżyć CV, porozmawiać z ludźmi, uruchomić kontakty, sprawdzić rynek, zacząć myśleć kilka ruchów do przodu. Tymczasem wiele osób robi coś dokładnie odwrotnego. Zamraża się. Trwa. Czeka. Wierzy, że może jednak ich to nie dotknie. Nie dlatego, że mają dowody. Dlatego, że psychika bardzo nie lubi przyjmować do wiadomości czegoś, co burzy poczucie bezpieczeństwa.

Jak to wygląda w codziennej pracy

Co ciekawe, to samo zjawisko działa także w dużo mniejszych sprawach. I właśnie tam widzę je chyba najczęściej. Nie przy zamykaniu firmy, tylko przy zadaniu. Przy projekcie. Przy budżecie. Przy prezentacji. Przy awansie. Przy nowej roli, w której kończy się prosta praca operacyjna, a zaczyna się praca zadaniowa, projektowa i oparta na niepełnych danych.

W takiej sytuacji człowiek nie ma już rozpisanych wszystkich kroków. Nie ma stuprocentowej pewności. Nie ma pełnego kompletu informacji. I nagle okazuje się, że zamiast iść do przodu, zaczyna stać w miejscu. Nie oddaje materiału, bo to jeszcze nie jest gotowe. Nie pokazuje wyników pracy, bo jeszcze brakuje dwóch danych. Nie rozmawia z interesariuszami, bo najpierw musi to sobie dopiąć. Nie wykonuje telefonu, tylko wysyła kolejnego maila. Nie buduje wersji roboczej, tylko czeka na wersję idealną. A potem mówi, że sam nie rozumie, dlaczego tak długo nic nie zrobił.

I właśnie tu widać, jak działa iluzja odroczenia wyroku w codziennym wydaniu. Człowiek nie mówi sobie wprost: czekam na cud. To byłoby zbyt proste. On mówi sobie raczej: jeszcze chwilę, muszę mieć komplet, jak dostanę wszystkie dane, to wtedy ruszę, najpierw to doprecyzuję, jeszcze nie teraz. To brzmi rozsądnie. Problem w tym, że bardzo często nie jest rozsądne. To jest elegancko ubrany paraliż.

Przykład, który pokazuje sedno problemu

Jeden z moich klientów miał przygotować budżet średniej wielkości eventu. Od części oferentów nie dostał odpowiedzi. Miał więc kilka brakujących kwot. I w tym miejscu utknął. Nie naciskał wystarczająco mocno. Ograniczał się głównie do maili. Nie sięgał po telefon. Nie eskalował tematu. Jego przełożony kilka razy przypominał mu, że potrzebuje tego budżetu, bo musi oszacować poziom wydatków i zacząć myśleć o finansowaniu.

Mój klient miał już jednak własne szacunki dla brakujących pozycji. Tyle że uznał, że skoro nie ma pełnego potwierdzenia, to nie ma prawa pokazać budżetu.

I to jest właśnie sedno sprawy. On nie miał problemu z budżetem. On miał problem z niepewnością. Mógł przygotować wersję roboczą, zaznaczyć pozycje szacunkowe, oznaczyć je kolorem, dopisać narzut na margines bezpieczeństwa i uczciwie powiedzieć: tu mam twarde dane, a tu szacunki do potwierdzenia. To byłoby wystarczające. Szef nie potrzebował matematycznej doskonałości. Potrzebował orientacji. Potrzebował wiedzieć, czy mówimy o trzydziestu tysiącach, siedemdziesięciu czy stu dwudziestu. Mój klient jednak zatrzymał się, bo jego głowa podsunęła mu błędne założenie: albo całość będzie pewna w 100 procentach, albo lepiej nie pokazywać nic.

Kiedy zapytałem go, dlaczego przez tak długi czas nie pozyskiwał aktywnie brakujących informacji i dlaczego właściwie unikał tematu, odpowiedział bardzo uczciwie: nie wiem. Przerażało mnie to i unikałem tego. Logicznie wiem, że to było głupie, ale tak właśnie zrobiłem.

I to była dobra odpowiedź. Bo ona była prawdziwa. Psychika człowieka w stresie nie zawsze działa logicznie. Czasami ważniejsze od rozwiązania problemu staje się chwilowe obniżenie napięcia. A unikanie daje właśnie taki efekt. Krótką ulgę. Tylko że ta ulga zwykle wystawia bardzo drogi rachunek później.

To nie zawsze jest brak kompetencji

W takich sytuacjach bardzo ważne jest jedno rozróżnienie. Problemem nie zawsze jest brak kompetencji. Problemem bardzo często jest sposób kontaktu z niepewnością. Ktoś potrafi zrobić budżet, przygotować prezentację, poprowadzić projekt albo wejść w nową rolę. Tyle że kiedy nie ma pełnych danych, zaczyna zachowywać się tak, jakby brakująca informacja blokowała cały świat. A przecież bardzo rzadko tak jest. Najczęściej blokuje nie brak danych, tylko sposób myślenia o braku danych.

Do tego często dochodzi perfekcjonizm. I nie ten zdrowy, który pomaga dbać o jakość, tylko ten sztywny i lękowy. Taki perfekcjonizm bardzo często nie prowadzi do lepszej pracy. Prowadzi do wstrzymania pracy. Człowiek nie chce zrobić czegoś dobrze. On chce nie popełnić błędu. A to nie jest to samo.

W świecie pracy jest to szczególnie groźne. Bo organizacje nie działają na stuprocentowej pewności. Prawie nigdy. Działają na przybliżeniach, wersjach roboczych, hipotezach, ryzykach, korektach, estymacjach i decyzjach podejmowanych na podstawie najlepszego dostępnego obrazu sytuacji. Kto tego nie rozumie, ten będzie ciągle czekał. A człowiek, który ciągle czeka, bardzo szybko traci wpływ. Najpierw na zadanie. Potem na proces. Potem na własną pozycję.

Nadzieja nie jest strategią

I tu dochodzimy do rzeczy, którą często mówię moim klientom. Nadzieja jest potrzebna, ale sama nadzieja nie jest strategią. Możesz mieć nadzieję, że firma jednak nie zwolni ludzi. Możesz mieć nadzieję, że projekt sam wyjdzie na prostą. Możesz mieć nadzieję, że klient odpowie. Możesz mieć nadzieję, że szef zmieni zdanie. Tylko równolegle trzeba działać tak, jakby to się mogło nie wydarzyć.

To nie jest katastrofizacja. To jest dojrzałość.

Dojrzałe podejście nie polega na tym, że zakładasz najgorsze. Polega na tym, że bierzesz pod uwagę różne scenariusze. Nie odbierasz sobie nadziei, ale nie oddajesz jej pełnej władzy nad swoim działaniem. Mówisz sobie: być może sprawy pójdą lepiej, niż myślę. Ale ja i tak przygotuję inną ścieżkę. To jest właśnie zdrowy realizm.

Co robić zamiast czekać

W praktyce oznacza to kilka prostych rzeczy. Jeśli firma wysyła sygnały o problemach, nie czekasz biernie, tylko zaczynasz porządkować swoje CV, kontakty i opcje. Jeśli projekt cię przytłacza, nie patrzysz na niego jak na wielką mgłę, tylko rozbijasz go na konkretne czynności. Jeśli nie masz wszystkich danych, przygotowujesz wersję roboczą i jasno oznaczasz założenia. Jeśli ktoś nie odpowiada na maila, zmieniasz kanał kontaktu. Jeśli nie wiesz, co dalej, nie siedzisz z tym samotnie przez trzy tygodnie, tylko idziesz po rozmowę, feedback albo konsultację.

Brzmi prosto? Tak. Bo bardzo często rozwiązanie jest proste. Tyle że prostota przegrywa z napięciem. A napięcie lubi nam wmówić, że skoro sytuacja jest trudna, to rozwiązanie też musi być skomplikowane. Tymczasem często pierwszym krokiem nie jest genialny plan, tylko zwykły ruch. Telefon. Szkic. Tabela. Wersja robocza zamiast mitycznej wersji idealnej. Jedna rozmowa. Jedno pytanie więcej. Jedna decyzja mniej odkładana.

Filozofia 3P w praktyce

Bardzo lubię patrzeć na to także przez pryzmat mojej filozofii 3P. Prostota, porządek, proaktywność. Prostota przypomina, żeby nie robić z zadania większego potwora, niż ono jest w rzeczywistości. Porządek każe rozdzielić fakty, założenia, ryzyka i kolejne kroki. Proaktywność mówi natomiast jasno: nie czekaj, aż rzeczywistość sama się nad tobą zlituje. Wyjdź do niej pierwszy.

Jedno pytanie na koniec

Iluzja odroczenia wyroku jest zdradliwa właśnie dlatego, że na początku nie wygląda groźnie. Wygląda jak chwilowe przeczekanie. Jak rozsądna ostrożność. Jak dopracowywanie. Jak jeszcze moment. Tyle że zbyt często ten „jeszcze moment” trwa tygodniami. A potem człowiek budzi się w sytuacji, w której problem nie tylko nie zniknął, ale urósł, bo został podlewany unikaniem.

Dlatego kiedy następnym razem złapiesz się na tym, że czekasz, zadaj sobie bardzo proste pytanie: czy ja naprawdę potrzebuję więcej danych, czy tylko próbuję obniżyć napięcie? To jest pytanie niewygodne, ale bardzo uczciwe. I często dopiero ono otwiera drzwi do realnego działania.

Bo czasami nie potrzebujesz więcej czasu. Potrzebujesz więcej kontaktu z rzeczywistością.

A rzeczywistość, choć bywa niewygodna, zwykle dużo lepiej służy człowiekowi niż piękna iluzja, że jakoś to się samo ułoży.

Zmiana pracy po 40. Czy warto i od czego zacząć

Zmiana pracy po 40 to nie jest tylko temat o CV, LinkedInie i portalach z ogłoszeniami. To jest temat o życiu. O tym, czy naprawdę chcesz robić to samo jeszcze przez kilkanaście albo ponad 20 lat. O tym, czy twoja kandydatura będzie jeszcze dla kogoś interesująca. O tym, czy korporacja w ogóle spojrzy na kogoś po 40. I wreszcie o tym, czy chcesz dalej budować karierę tak jak kiedyś, czy raczej tak, żeby mieć jeszcze siłę i czas na własne życie.

Znam ten temat nie tylko z rozmów z klientami. Znam go też z własnego doświadczenia.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zmiana pracy po 40

To nie jest temat o wieku. To jest temat o sensie

Zmiana pracy po 40 zaczyna się zwykle nie od wielkiego planu, ale od niewygodnego pytania. Czasem brzmi ono tak: „Czy ja naprawdę chcę robić to samo do emerytury?”. Czasem inaczej: „Czy ktoś jeszcze będzie chciał zatrudnić kogoś w moim wieku?”. A czasem jeszcze prościej: „Czy ja mam siłę dalej tak pracować?”.

To są bardzo konkretne pytania. Nie teoretyczne. Nie coachingowe dla samego coachingu. To są pytania, które pojawiają się wtedy, gdy człowiek ma już za sobą trochę życia, trochę pracy, trochę sukcesów, trochę rozczarowań. I zaczyna lepiej rozumieć, że czas nie jest z gumy. Wiele osób po 40 przez lata mówi sobie, że „jakoś wytrzyma” w obecnej firmie do emerytury. Tylko kiedy zaczynają liczyć, ile to jeszcze lat, nagle okazuje się, że mówimy nie o dwóch czy pięciu latach, ale często o kilkunastu albo nawet ponad 20 latach pracy. I wtedy pojawia się otrzeźwienie. Bo „jakoś wytrzymać” przez taki czas to nie jest strategia. To jest raczej przepis na powolne gaśnięcie

Ja też miałem te wątpliwości

Ja też miałem takie obawy. Kiedy wracałem z własnej działalności na etat, nie miałem w sobie poczucia, że wszystko jest oczywiste i że rynek tylko czeka na moje wejście. Miałem raczej pytanie, czy uda mi się znaleźć coś sensownego. Coś, co będzie jednocześnie zawodowo ciekawe i życiowo do udźwignięcia.

I właśnie to jest dla mnie sedno całego tematu. Zmiana pracy po 40 nie polega tylko na znalezieniu nowej pracy. Polega na znalezieniu takiej pracy, którą da się wpisać w swoje dalsze życie.

W moim przypadku wydarzyło się coś ciekawego. Na moje CV zareagowała firma, do której jakieś 18 lat wcześniej już startowałem. Wtedy aplikowałem do niej na testera i nie byli mną zainteresowani. Tym razem startowałem do Project Management Office. I to jest dobry przykład tego, jak bardzo po 40 zmienia się logika rynku pracy.

Kluczowe okazało się nie to, ile mam lat. Kluczowe okazało się to, że mam doświadczenie w prowadzeniu projektów od strony biznesowej i w zarządzaniu ludźmi i zespołami. Do tego osoby prowadzące rekrutację znały mnie z innej firmy i z projektów, które wcześniej prowadziłem. Doceniały moje kompetencje, mój sposób działania i mój charakter. Szukały właśnie kogoś takiego.

To jest ważne. Po 40 bardzo często nie wygrywa się metryką ani samym hasłem „mam duże doświadczenie”. Wygrywa się konkretem. Wygrywa się reputacją. Wygrywa się tym, co ludzie o tobie pamiętają po wspólnej pracy. Wygrywa się kompetencjami, które są użyteczne tu i teraz.

Nie każda zmiana pracy po 40 oznacza zmianę zawodu po 40

To jest jedna z najważniejszych rzeczy, jakie warto sobie uświadomić. Nie każda zmiana pracy po 40 oznacza zmianę zawodu po 40.

Czasem potrzebujesz zmienić firmę. Czasem dział. Czasem przełożonego. Czasem kulturę organizacyjną. Czasem model pracy. Czasem zakres odpowiedzialności. A czasem faktycznie dochodzisz do momentu, w którym potrzebna jest zmiana zawodu po 40, bo obecna ścieżka już cię nie niesie.

To nie jest drobiazg. To jest kluczowa różnica.

Wiele osób zbyt szybko zakłada, że skoro jest im źle, to muszą wszystko wywrócić do góry nogami. A problemem wcale nie musi być zawód. Problemem może być miejsce, tempo, chaos, brak sensu, przeciążenie albo środowisko, w którym człowiek codziennie działa wbrew sobie.

Dlatego zanim dojdziesz do wniosku, że potrzebna ci zmiana zawodu po 40, najpierw sprawdź, czy na pewno chodzi o zawód. Czasem problem nie leży w tym, co robisz, tylko gdzie robisz, z kim robisz i jaką cenę za to płacisz.

Po 40 zmienia się nie tylko praca. Zmienia się też kryterium wyboru

W mojej historii był jeszcze jeden ważny element. Świadomie nie celowałem wtedy w stanowisko menedżerskie. Miałem świadomość, że potrafię działać menedżersko, potrafię podejmować decyzje, brać odpowiedzialność, prowadzić ludzi. Ale wiedziałem też coś jeszcze. Coaching był już wtedy moją pasją i nie chciałem wejść w taki model pracy, w którym etat zjada mnie w całości.

Wiedziałem, że jeśli wejdę na klasyczne stanowisko menedżerskie, to raczej nie skończy się to na ośmiu godzinach dziennie. A ja chciałem mieć czas na to, co jest dla mnie ważne po pracy, w tym na spotkania coachingowe z klientami.

Dlatego wybrałem rolę ekspercką. Nie dlatego, że nie umiałbym wejść w rolę menedżerską, ale dlatego, że był to wybór świadomy. Wiedziałem, co zyskuję. I wiedziałem też, z czego rezygnuję.

Właśnie tutaj wiele osób po 40 odkrywa coś ważnego. Na tym etapie życia nie chodzi już tylko o awans, status i kolejną linijkę w CV. Coraz częściej chodzi o jakość życia. O proporcje. O sens. O to, czy praca ma wspierać życie, czy dalej ma je kolonizować.

Dla jednych po 40 najlepszym ruchem będzie wejście wyżej. Dla innych będzie nim przejście na rolę ekspercką. Dla jeszcze innych będzie nim zmiana branży albo modelu pracy. To nie jest oznaka słabości. To jest oznaka świadomości.

Czy warto zmienić pracę po 40

To pytanie słyszę często. I rozumiem je bardzo dobrze. Bo za nim nie stoi tylko ciekawość. Za nim stoi lęk. Lęk przed odrzuceniem, przed utratą stabilności, przed tym, że rynek uzna cię za za starego, za drogiego albo za mało elastycznego.

Moja odpowiedź brzmi: tak, czasem naprawdę warto zmienić pracę po 40. Ale nie dlatego, że zmiana sama w sobie jest dobra. Warto wtedy, kiedy obecna praca przestała być miejscem rozwoju, sensu albo uczciwej wymiany. Warto wtedy, kiedy coraz częściej funkcjonujesz w trybie przetrwania. Warto wtedy, kiedy widzisz, że dalsze trwanie w tym samym miejscu nie daje ci stabilności, tylko powolne zużywanie siebie.

Jednocześnie nie każda frustracja oznacza konieczność zmiany. Nie każdy trudniejszy okres oznacza, że trzeba rzucać wszystko. Czasem trzeba najpierw odzyskać perspektywę, odpocząć, nazwać problem i zobaczyć, co jest faktem, a co tylko chwilowym przeciążeniem.

Bo ruch z lęku i ruch z dojrzałości to są dwie różne rzeczy, nawet jeśli z zewnątrz wyglądają podobnie.

Czy korporacje jeszcze zatrudniają po 40

Wiele osób po 40 zadaje sobie to pytanie wprost albo półgłosem. Czy korporacje jeszcze zatrudniają takie osoby? Czy nie jestem już dla nich za stary? Czy nie jestem skazany wyłącznie na małe albo średnie firmy?

Patrzę na to prosto. Korporacje nie zatrudniają wieku. Zatrudniają wartość. To samo dotyczy zresztą mniejszych i średnich firm.

Problem polega na tym, że po 40 trzeba już umieć tę wartość nazwać. Nie wystarczy liczyć na to, że ktoś sam się domyśli. Nie wystarczy powiedzieć: „mam duże doświadczenie”. Trzeba pokazać, jakie problemy rozwiązujesz, co potrafisz uporządkować, jakie decyzje potrafisz podjąć, jak działasz pod presją, jak współpracujesz z ludźmi i co z tego ma organizacja.

Po 40 doświadczenie przestaje być ozdobą. Ma być narzędziem. Ma być użyteczne. Ma być widoczne.

I jeszcze jedno. Kandydat po 40 nie musi udawać młodszego niż jest. Nie musi silić się na sztuczną dynamikę ani modny język. Ma być aktualny, konkretny i świadomy swojej wartości. To w zupełności wystarczy. A często działa lepiej niż przesadna autopromocja.

Gdzie naprawdę szukać pracy po 40

Wiele osób nadal myśli o szukaniu pracy bardzo wąsko. Portal z ogłoszeniami, wysłane CV, czekanie. Oczywiście to jest jeden z kanałów. Ale po 40 ogromne znaczenie ma też coś innego: relacje, reputacja, wcześniejsze projekty, sieć kontaktów i to, co ludzie pamiętają po współpracy z tobą.

Moja historia jest tego dobrym przykładem. Osoby rekrutujące znały mnie wcześniej. Wiedziały, jak pracuję. Wiedziały, czego mogą się po mnie spodziewać. To nie znaczy, że wszystko załatwia znajomość. To znaczy, że warto przez całe życie zawodowe pracować tak, żeby zostawiać po sobie dobrą opinię.

Nigdy nie wiesz, kiedy to wróci.

Dlatego szukanie pracy po 40 to nie tylko wysyłanie aplikacji. To także porządkowanie swojej zawodowej historii, przypomnienie o sobie właściwym osobom, odświeżenie relacji, pokazanie swojej wartości i wyjście z cienia. Czasem twój problem nie polega na tym, że rynek cię nie chce. Problem polega na tym, że rynek za mało o tobie wie.

Co z AI i czy 40-latek ma się czego bać

Temat AI wraca dziś regularnie. I słusznie, bo on naprawdę zmienia pracę. Tylko nie warto wpadać tu w dwa skrajne błędy. Pierwszy polega na lekceważeniu sprawy. Drugi na panice.

AI nie oznacza, że człowiek po 40 nagle wypada z rynku. Ale oznacza, że nie da się już zbyt długo udawać, że technologia nas nie dotyczy. Dziś coraz bardziej liczy się nie tylko to, co umiesz, ale też jak pracujesz, jak szybko się uczysz i jak korzystasz z narzędzi, które upraszczają pracę.

Po 40 nie musisz nagle zostać ekspertem od sztucznej inteligencji. Ale warto rozumieć, jak AI wpływa na twój zawód, branżę i codzienny sposób pracy. Warto umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, które elementy twojej pracy można zautomatyzować, a które nadal wymagają doświadczenia, oceny sytuacji, odpowiedzialności, rozmowy z ludźmi i dojrzałego osądu.

I właśnie tu osoby po 40 mogą mieć dużą przewagę. Nie zawsze w szybkości klikania. Ale bardzo często w rozumieniu kontekstu, ryzyka, konsekwencji i relacji. A tego nie da się zastąpić samym narzędziem.

Od czego zacząć zmianę pracy po 40

Gdybym miał odpowiedzieć najprościej, powiedziałbym tak: zacznij nie od rynku, tylko od siebie.

Zanim poprawisz CV, zanim wejdziesz na LinkedIn, zanim zaczniesz wysyłać aplikacje, odpowiedz sobie uczciwie na pytanie, czego ty naprawdę chcesz od swojej pracy na tym etapie życia.

Czy chcesz awansu, czy większego wpływu na swój czas?

Czy chcesz dalej zarządzać ludźmi, czy wolisz działać ekspercko?

Czy chcesz zmienić firmę, czy naprawdę potrzebna ci zmiana zawodu po 40?

Czy chcesz więcej pieniędzy, więcej spokoju, więcej sensu, czy może wszystkiego po trochu?

Najpierw prostota. Nazwij, co naprawdę jest problemem.

Potem porządek. Oddziel fakty od lęków i przyzwyczajeń.

Na końcu proaktywność. Działaj, ale już nie nerwowo, tylko świadomie.

To podejście daje dużo lepsze efekty niż skok w bok zrobiony pod wpływem chwilowego napięcia.

Na koniec

Po 40 nadal możesz być bardzo atrakcyjnym kandydatem. Tylko już nie na zasadzie przypadku. Na zasadzie świadomości. Świadomości tego, co umiesz, co chcesz dać, w czym jesteś dobry i jaką cenę jesteś gotów zapłacić za kolejne zawodowe decyzje.

Dla mnie zmiana pracy po 40 nie jest pytaniem o to, czy jeszcze się nadaję. To jest pytanie o to, co dziś ma dla mnie sens. I uważam, że właśnie od tego warto zacząć.

Nie od lęku. Nie od presji. Nie od porównywania się z młodszymi.

Od sensu.

Czy ATS czyta PDF z Canvy? Jak to sprawdzić i nie stracić szansy w rekrutacji

Wokół CV z Canvy narosło ostatnio sporo zamieszania. Co jakiś czas wraca ten sam komunikat. Zrobisz CV w Canvie, zapiszesz je jako PDF, system ATS nie odczyta słów kluczowych, Twoje CV przepadnie i po sprawie. To brzmi efektownie, ale jest zbyt uproszczone.

Nie chodzi o to, że Canva jest zła. Nie chodzi też o to, że każdy PDF jest ryzykowny. Chodzi o coś prostszego. Jedne CV są łatwe do odczytania przez system ATS, a inne nie. I czasem decyduje o tym nie treść, tylko sposób zapisania i ułożenia dokumentu.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - CV pod ATS - CV z Canvy, - ATS CV

To dobra wiadomość. Bo zamiast wpadać w panikę, można ten temat po prostu ogarnąć. Spokojnie, konkretnie i bez technicznego zadęcia.

Czym jest system ATS

System ATS to program, z którego firmy korzystają do prowadzenia rekrutacji. Pomaga zbierać aplikacje, porządkować kandydatów, śledzić etapy procesu i ułatwiać pracę rekruterom. Mówiąc prościej, system ATS nie jest tylko miejscem, do którego wpadają CV. To narzędzie, które pomaga firmie zarządzać całą rekrutacją.

Dla kandydata ważne jest to, że system ATS często próbuje nie tylko przechować CV, ale też odczytać jego treść. Dzięki temu rekruter może szybciej zobaczyć najważniejsze informacje o kandydacie, bez ręcznego przepisywania wszystkiego do systemu.

Czym jest parsowanie CV

Tu pojawia się drugie ważne słowo, czyli parsowanie. Brzmi technicznie, ale sama idea jest prosta. Parsowanie oznacza, że system próbuje przeczytać Twoje CV i wyciągnąć z niego konkretne dane. Szuka imienia i nazwiska, adresu e-mail, numeru telefonu, nazw firm, stanowisk, dat, wykształcenia i umiejętności. Potem układa te informacje w odpowiednich polach.

I tu właśnie jest najważniejszy łącznik. Żeby system ATS mógł dobrze zarządzać informacjami o kandydacie, musi najpierw poprawnie odczytać CV. Do tego służy parsowanie. Jeśli parsowanie działa dobrze, system ATS ma porządek. Jeśli działa źle, zaczynają się problemy. Daty trafiają nie tam, gdzie trzeba, stanowisko miesza się z nazwą firmy, część treści znika albo cały dokument jest czytany w dziwnej kolejności.

To nie jest drobiazg. To właśnie dlatego temat CV z Canvy wraca tak często.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - ATS - CV - Canva

Czy ATS czyta PDF z Canvy

Tak, może czytać.

Sam fakt, że CV jest zapisane jako PDF, nie oznacza jeszcze żadnego problemu. Problem polega na tym, że nie każdy PDF jest zbudowany tak samo. Jeśli CV z Canvy jest proste, ma logiczny układ i normalny tekst, może działać poprawnie. Jeśli jednak jest mocno graficzne, ma dwie kolumny, boczny panel, ikony zamiast tekstu, wykresy umiejętności albo dużo osobnych pól tekstowych, wtedy ryzyko rośnie.

W takiej sytuacji system ATS może odczytać dokument w złej kolejności, zgubić fragmenty albo wrzucić dane do niewłaściwych miejsc. To właśnie jest sedno problemu. Nie brzmi on: „Canva nie działa”, tylko raczej „nie każde CV z Canvy działa dobrze”.

Skąd bierze się to ostrzeżenie

W sieci krąży dużo opinii, ale warto oprzeć się na źródłach, które mają doświadczenie w doradzaniu kandydatom. Dobrym przykładem jest MIT, czyli Massachusetts Institute of Technology, jedna z najbardziej znanych uczelni technicznych na świecie. Ich biuro zajmujące się doradztwem kariery zwraca uwagę, że grafiki, ikony, tabele, pola tekstowe i ozdobne układy mogą utrudniać odczyt CV przez system ATS.

To ważne rozróżnienie. Problemem nie jest sama Canva. Problemem bywa efekt końcowy. Niektóre szablony wyglądają atrakcyjnie, ale są trudniejsze do odczytania przez system ATS. Dla człowieka są przejrzyste. Dla systemu już niekoniecznie.

Czy warto mieć dwa CV

Moim zdaniem tak. I to jest jeden z najbardziej praktycznych wniosków w tym temacie.

Warto mieć dwa CV, bo one odpowiadają na dwa różne potrzeby. Pierwsze to CV graficzne. Ma dobrze wyglądać, robić dobre pierwsze wrażenie i być wygodne dla człowieka, który patrzy na dokument oczami, a nie algorytmem. Drugie to CV ATS-safe. Ma być proste, czytelne dla systemu ATS i odporne na błędy przy parsowaniu.

To nie jest przesada. To nie jest fanaberia. To jest rozsądne podejście. Jedno CV ma działać dobrze dla człowieka. Drugie CV ma działać dobrze dla systemu ATS. A ponieważ nie zawsze wiesz, kto będzie pierwszy po drugiej stronie, dobrze mieć oba warianty gotowe.

Jak sprawdzić swoje CV krok po kroku

Dobra wiadomość jest taka, że nie musisz zgadywać. Możesz zrobić dwa bardzo proste testy i szybko ocenić, czy Twoje CV z Canvy ma sens także w rekrutacji prowadzonej przez system ATS.

Test „czy to jest PDF tekstowy czy obrazek”

Ten test od razu pokazuje, czy Twój plik w ogóle daje się czytać jako tekst.

Otwórz swój PDF. Spróbuj zaznaczyć myszką kilka słów w środku akapitu. Potem skopiuj ten fragment i wklej go do Notatnika lub innego prostego edytora tekstu.

Jeśli wkleja się normalny tekst, to dobry znak. To znaczy, że PDF ma warstwę tekstową i system ATS ma z czego czytać.

Jeśli nie da się nic zaznaczyć albo po wklejeniu pojawiają się dziwne znaki, to jest sygnał ostrzegawczy. W takiej sytuacji system ATS też może mieć problem z odczytem treści.

Co zrobić, jeśli test wypada słabo? Najpierw wyeksportuj plik jeszcze raz. Jeśli korzystasz z Canvy, wybierz zwykły PDF. Jeśli nadal jest źle, przygotuj drugą wersję CV w Wordzie.

Test „kolejność czytania”

Drugi test sprawdza, czy system ATS nie pomiesza sekcji przez układ dokumentu.

Skopiuj całą treść z PDF. Najprościej zrobić to skrótem Ctrl+A, a potem Ctrl+C. Wklej wszystko do Notatnika lub innego prostego edytora tekstu.

Teraz przeczytaj ten tekst od początku do końca. Nie patrz na wygląd. Patrz tylko na logikę.

Jeśli tekst układa się sensownie, najpierw nagłówek, potem doświadczenie, edukacja, umiejętności, dane kontaktowe i wszystko trzyma się kupy, to jest dobrze. To zwykle oznacza, że system ATS też ma sporą szansę poradzić sobie z takim CV.

Jeśli kolejność jest dziwna, najpierw pojawia się prawa kolumna, potem lewa, daty są rozrzucone, zdania są pourywane, a sekcje mieszają się ze sobą, to masz jasny sygnał ostrzegawczy. To jest dokładnie ten typ sytuacji, w której system ATS może odczytać dokument źle.

Co wtedy pomaga? Najczęściej przejście na układ jednokolumnowy. Bez bocznego panelu. Bez ikon. Bez „pływających” pól tekstowych. Pomaga też używanie prostych nagłówków sekcji, takich jak „Doświadczenie”, „Edukacja”, „Umiejętności”.

Ten test jest banalny, ale naprawdę dużo pokazuje. Czasem już po dwóch minutach widać, czy CV jest funkcjonalne, czy tylko ładne.


Zrobiłem szybki test mojego CV z Canvy i ewidentnie PDF jest tekstowy, bo tekst ładnie się przekleja. Jednak poprzez układ graficzny tego CV powstają czasami błędy w kopiowanym tekście..

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - ATS - CV - Canva - Test CV
Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - ATS - CV - Canva - Test CV -


Kiedy wysyłać CV ATS-safe, a kiedy CV graficzne

Tu warto przyjąć prostą zasadę wyjściową. Jeśli nie wiesz, kto i w jaki sposób będzie czytał Twoje CV, wyślij CV ATS-safe. To jest najbezpieczniejsza opcja.

Dotyczy to szczególnie dużych firm, korporacji, firm technologicznych i wszystkich rekrutacji, w których aplikujesz przez formularz na stronie kariery, tworzysz konto kandydata albo po wgraniu pliku system sam próbuje uzupełniać pola z Twojego CV. To bardzo mocny sygnał, że dokument będzie przechodził przez system ATS i że poprawne parsowanie ma znaczenie.

Sygnałem ostrzegawczym jest też sytuacja, w której formularz aplikacyjny prosi Cię o poprawienie danych po wgraniu CV. Jeśli system rozpoznaje nazwę firmy, daty albo stanowiska i wrzuca je do osobnych pól, to znaczy, że właśnie czyta Twój dokument. W takim miejscu CV ATS-safe ma przewagę, bo daje mniej okazji do pomyłek. To jest bardziej praktyczny wniosek niż twarda reguła, ale bardzo często się sprawdza.

Kiedy używać CV graficznego? Wtedy, gdy masz dużą szansę, że trafi od razu do człowieka i że ten człowiek zobaczy dokument tak, jak Ty go zaprojektowałeś. Dzieje się tak wtedy, gdy wysyłasz CV bezpośrednio na adres e-mail, odpowiadasz na ogłoszenie małej firmy, wysyłasz CV po rozmowie networkingowej albo zgłaszasz się na stanowisko, w którym estetyka komunikacji jest częścią gry. Dotyczy to też sytuacji, gdy ktoś z firmy poprosił Cię o przesłanie CV bezpośrednio, poza portalem rekrutacyjnym.

Tu jednak ważne dopowiedzenie. Mała firma też może korzystać z systemu ATS, a duża firma czasem pozwala człowiekowi obejrzeć załącznik bez większego problemu. Dlatego nie chodzi o stuprocentową pewność. Chodzi o mądre czytanie sygnałów. Jeśli widzisz portal kandydata, automatyczne uzupełnianie pól, etapy procesu i numer ogłoszenia, myśl raczej: system ATS. Jeśli widzisz bezpośredni kontakt, prostą prośbę o wysłanie CV i brak rozbudowanego formularza, myśl raczej: człowiek.

Dla wielu osób pojawia się wtedy praktyczne pytanie: czy można wysłać oba CV? Tak, ale z głową. Jeśli system pozwala załączyć tylko jeden plik, wyślij CV ATS-safe. Jeśli potem masz kontakt z rekruterem albo hiring managerem, możesz dosłać CV graficzne jako wersję wygodną do czytania. Jeśli aplikujesz przez e-mail, możesz wysłać oba pliki i nazwać je jasno, na przykład „Rafal_Markiewicz_CV_ATS” oraz „Rafal_Markiewicz_CV_graficzne”. Taki porządek działa lepiej niż kombinowanie.

Co z tego wszystkiego wynika

Nie kupuję tezy, że system ATS „nie czyta Canvy”. To jest zbyt mocne i po prostu nieprecyzyjne. Bliżej prawdy jest inne zdanie. System ATS może czytać PDF z Canvy, ale nie każdy taki plik przeczyta dobrze.

I właśnie dlatego nie ma sensu ani demonizować Canvy, ani ślepo jej ufać. Lepiej zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, mieć CV ATS-safe. Po drugie, przetestować swoje CV graficzne, zanim gdzieś je wyślesz.

To naprawdę nie jest skomplikowane. Trochę porządku, trochę prostoty i dwa krótkie testy. Czasem tyle wystarczy, żeby nie stracić szansy przez coś, co miało tylko ładnie wyglądać.


Kiedy wysłać które CV – ściąga

  • Jeśli nie masz pewności, wybierz CV ATS-safe. To jest bezpieczniejsza opcja.
  • CV ATS-safe warto wysłać wtedy, gdy aplikujesz przez formularz na stronie firmy, przez portal kariery albo przez system rekrutacyjny, który po wgraniu CV próbuje sam odczytać i uzupełnić Twoje dane. To sygnał, że system ATS rzeczywiście pracuje na Twoim dokumencie i że poprawne parsowanie ma znaczenie.
  • CV ATS-safe warto też traktować jako domyślną wersję do dużych firm, korporacji i procesów rekrutacyjnych, które są bardziej sformalizowane.
  • CV graficzne ma więcej sensu wtedy, gdy wysyłasz dokument bezpośrednio do człowieka. Na przykład mailem, po poleceniu, po networkingu albo w odpowiedzi na prostą rekrutację w małej firmie. W takich sytuacjach rośnie szansa, że ktoś zobaczy Twój dokument dokładnie w tej formie, w jakiej go przygotowałeś.
  • Warto jednak pamiętać o jednej rzeczy. Mała firma też może korzystać z systemu ATS, a duża firma nie zawsze skazuje Cię na kontakt wyłącznie z systemem. Dlatego nie chodzi o pewność, tylko o czytanie sygnałów.
  • Jeśli widzisz portal kandydata, etapy procesu, numer ogłoszenia, automatyczne uzupełnianie pól po wgraniu CV albo prośbę o poprawienie danych, myśl raczej: wyślij CV ATS-safe.
  • Jeśli widzisz bezpośredni adres e-mail, prostą prośbę o przesłanie CV, kontakt z konkretną osobą albo sytuację, w której dokument ma trafić od razu do człowieka, możesz rozważyć CV graficzne.
  • Jeśli możesz wysłać tylko jeden plik, wybierz CV ATS-safe. Jeśli masz kontakt z rekruterem albo hiring managerem, możesz później dosłać CV graficzne jako wygodniejszą wizualnie wersję. Jeśli aplikujesz przez e-mail, możesz wysłać oba pliki, ale nazwij je jasno i bez chaosu.
  • Najbezpieczniejszy zestaw jest prosty. Jedno CV dla systemu ATS. Drugie CV dla człowieka.

Prze_myślnik #88 – czy kariera to twój cel?

Z rozmów ze znajomymi, z mojego własnego życia, ale też z pracy z moimi klientami znam taki moment, w którym orientujesz się, że od jakiegoś czasu jedziesz na autopilocie. Kolejny projekt, kolejny cel, kolejna ocena roczna, a w tle cichy refren: „awans”, „pieniądze”, „więcej”. I nagle łapiesz się na tym, że zaczynasz siebie mierzyć tylko tym, czy pniesz się w górę. Stanowiskowo albo finansowo. Jakby to była jedyna miara sensu i sukcesu.

A przecież większość z nas nie marzy o samym awansie. Marzy o tym, co awans i pieniądze mają dać w życiu. O bezpieczeństwie. O czasie. O spokoju. O możliwości rozwoju. O odpoczynku bez poczucia winy. O życiu, w którym w piątek po pracy masz jeszcze siłę na swoje życie, a nie tylko na regenerację.

To jest prosta zależność: twoje cele zawodowe mają sens wtedy, kiedy wspierają twoją wizję życia. Nie odwrotnie. To wizja życia odpowiada na pytania: kim mam być, jak mam żyć, co ma być w moim życiu obecne, a czego ma w nim nie być. Dopiero potem przychodzi praca jako narzędzie, które ma to życie umożliwić.

W pogoni za awansem i wyższą pensją łatwo zgubić coś, co jest dużo ważniejsze niż sama praca. Zgubić powód, dla którego w ogóle chcesz pracować. Bo jeśli praca staje się celem samym w sobie, to zaczynasz biec szybciej, tylko nie do końca wiesz dokąd.

Kiedy masz gorszy moment w pracy, kiedy pojawia się zmęczenie albo frustracja, często nie brakuje ci dyscypliny. Często brakuje ci połączenia. Połączenia między tym, co robisz od poniedziałku do piątku, a tym, co naprawdę ma cię karmić.

Tu pasuje to, co powtarza Simon Sinek: zacznij od „dlaczego”. Bo „dlaczego” to nie jest marketingowy slogan. To jest twoje osobiste „dlaczego”, które trzyma cię w pionie, kiedy jest trudno i kiedy jest dobrze. Bez swojego „dlaczego” możesz mieć lepszą pensję i wyższe stanowisko, a jednocześnie coraz mniejszy kontakt z tym, po co to wszystko.

Dlatego warto czasem zatrzymać się na minutę i zapytać siebie po ludzku: „Po co mi te pieniądze? Po co mi ten awans? Co ja chcę dzięki temu mieć w moim życiu?”. Kiedy pamiętasz swoją wizję życia, praca wraca na swoje miejsce. Jako środek, nie jako cel. Wtedy może ci nadal przynosić wiele satysfakcji.

Kiedy piszę ten tekst, to nie jest teoretyczne wymądrzanie. Przez naście lat byłem menedżerem i zarządzałem zespołami po 100–300 osób. Byłem dyrektorem spółki. Byłem współwłaścicielem internetowego sklepu z herbatami. Przez ponad rok żyłem tylko i wyłącznie z własnej działalności jako coach. To był ten moment pięcia się w górę. W pewnym momencie zatrzymałem się i zadałem sobie pytanie o moje „dlaczego”.

Dziś stanowisko menedżera zamieniłem na stanowisko specjalisty w korporacji, a odzyskany czas przeznaczam na coaching, który jest moją pasją, i na czas z najbliższą mi osobą. Bywają piątki, kiedy jestem mocno zmęczony, ale nie wszystkie. Kiedy jest niedziela wieczór, nie zawsze cieszę się na nadchodzący poniedziałek, ale mojego ciała nie zżera stres i chroniczny ból żołądka. Jednocześnie cieszę się życiem, jestem z niego zadowolony i ciągle się intensywnie rozwijam.

Czy tak już będzie zawsze? Pewnie nie, bo w życiu ciągle są jakieś zmiany. Nie wiem też, jak za 10 lat będzie brzmieć moje życiowe „dlaczego”. Czy to mnie przeraża? Już nie. Rozumiem, że takie jest życie i taka jest jego natura.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kariera - cel w życiu - wizja życia

Pojemność na problemy i trudności, czyli ile „udźwignie” twoje życie

Lubię myśleć o problemach i trudności jak o rzeczach, które wkładamy do niewidzialnego pojemnika. Każdy z nas ma taki pojemnik i u każdego z nas jest on inny. Jedni mają pojemnik wielki jak walizka na długą podróż, inni raczej jak plecak na city break. I to nie jest kwestia wyścigu „kto jest twardszy”, to wypadkowa wielu czynników. Tego jak jesteśmy zbudowani, tego co mamy za sobą, tego jakie mamy zasoby i jaki mamy dzień.

Pojemność w tym tekście rozumiem jako wytrzymałość. Bardzo konkretną zdolność do znoszenia problemów i trudności bez rozsypania się wewnętrznie na drobne elementy. Można ją opisać, obserwować i trenować. Ale jest też haczyk: pojemność nie jest stała. Ona żyje, oddycha i zmienia się razem z nami.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kreatywność -adaptacja -rozwiązywanie problemów - odporność psychiczna - tolerancja na stres

Co to właściwie jest ta pojemność

Pojemność na problemy i trudności to moja robocza nazwa na to, ile obciążenia psychicznego i życiowego jesteśmy w stanie unieść w danym czasie, zanim zaczniemy działać chaotycznie, reagować wybuchowo, zamykać się, odkładać wszystko na później albo widzieć czarne chmury nawet w prognozie z pełnym słońcem.

Ważne są tu dwa elementy.

Pierwszy to bazowa pojemność, czyli to, czym zwykle dysponujemy  „na co dzień”, gdy życie jest w miarę normalne.

Drugi to aktualna pojemność, czyli to, czym dysponujemy dzisiaj, teraz, w tym tygodniu. I ta aktualna pojemność może być wyraźnie mniejsza albo wyraźnie większa od bazowej pojemności.

Jeśli chcesz to poczuć, to odpowiedz sobie uczciwie: czy rozmowa z trudnym klientem lub współpracownikiem jest dla ciebie tak samo trudna, gdy jesteś wyspany, zdrowy i po urlopie, jak wtedy, gdy masz gorączkę, trzy kiepsko przespane noce i w tle rodzinne problemy?

Jak pojemnik się zapełnia, nawet gdy „nic się nie dzieje”

Są rzeczy, które obniżają aktualną pojemność w sposób oczywisty: choroba, niewyspanie, ból, przewlekły stres, brak ruchu, zła dieta, brak przerw i urlopów, problemy w relacji, napięcie finansowe.

Ale jest też drugi mechanizm, bardziej podstępny – pojemnik zapełnia się drobiazgami. Długi ciąg mikronapięć, niezamknięte sprawy, ciągłe przerywanie, powiadomienia, chaotyczny kalendarz, konflikty w stylu „niby nic, ale jednak coś”, brak decyzji, przeciągające się oczekiwanie, niedopowiedziane rozmowy. Takie rzeczy nie wyglądają groźnie, ale mają talent do zapełniania pojemnika po cichu.

To jest ten moment, gdy myślisz: „nie mam powodu, żeby być tak zmęczony”, a jednocześnie w środku czujesz, że pojemnik jest pełny. Bo nie zawsze przepełniają go wielkie dramaty. Bardzo często przepełnia go tysiąc drobiazgów, które nie mają swojego miejsca.

Co najczęściej przeciąża pojemność

Z mojej perspektywy przeciążenie pojemności najczęściej przychodzi trzema drogami.

Pierwsza droga to nadmiar obciążenia zewnętrznego: za dużo zadań, za dużo ról naraz, za mało zasobów, za mało czasu, za dużo odpowiedzialności.

Druga droga to obciążenie wewnętrzne: katastrofizacja, perfekcjonizm, myśli typu „muszę”, „powinienem”, porównywanie się, ciągłe analizowanie, poczucie winy za odpoczynek, brak granic.

Trzecia droga to obciążenie środowiskowe: chaos, hałas, ciągłe przerywanie, brak przewidywalności, brak jasnych priorytetów, toksyczna komunikacja, napięte relacje.

W praktyce te trzy drogi lubią chodzić parami. Nadmiar zadań plus perfekcjonizm to duet, który potrafi zapełnić pojemnik szybciej niż świąteczna promocja w markecie.

Jak rozpoznać, że pojemnik jest blisko przepełnienia

Pojemnik rzadko pęka nagle. Zwykle wcześniej wysyła sygnały ostrzegawcze. Niektóre są dość subtelne, inne wręcz komiczne, na przykład nagła irytacja na dźwięk przychodzącego maila, jakby to był alarm przeciwlotniczy.

Typowe sygnały przepełnienia to spadek cierpliwości, wzrost drażliwości, trudność w podejmowaniu decyzji, odkładanie prostych rzeczy, poczucie przytłoczenia, napięcie w ciele, problemy ze snem, rozproszenie uwagi, poczucie, że „nie mam przestrzeni”.

Warto traktować te sygnały jak kontrolkę w samochodzie. Nie po to się zapala, żebyś się wstydził lub ją ignorował. Zapala się, po to żebyś zareagował, zanim mały problem stanie się wielką awarią.

Pojemność a rezyliencja: blisko, ale to nie to samo

Rezyliencja to zdolność adaptacji i powrotu do równowagi po stresie i kryzysie. Pojemność to twoja wytrzymałość na bieżące obciążenie.

Możesz mieć wysoką rezyliencję, a niską aktualną pojemność, bo jesteś chory i niewyspany. Możesz też mieć wysoką aktualną pojemność w dobrym tygodniu, a niską rezyliencję, bo po trudnym wydarzeniu długo wracasz do siebie.

Rezyliencja odpowiada na pytanie „jak wracam do równowagi”. Pojemność odpowiada na pytanie „ile jestem w stanie udźwignąć teraz, zanim się rozsypię”. One współpracują, ale nie są zamienne.

Jak mindfulness wpływa na pojemność

Mindfulness w kontekście pojemności działa jak inteligentny system zarządzania obciążeniem. Nie zabiera problemów i trudności. Za to zmniejsza ilość dodatkowego „balastu”, który dokładamy automatycznie.

Bo problem i reakcja na problem to często dwie różne rzeczy. Mindfulness pomaga zauważyć moment, w którym zaczynasz dokładać do pojemnika kolejne warstwy: nakręcanie się, ocenianie siebie, czarne scenariusze, gonitwę myśli, walkę z rzeczywistością.

Jest jeszcze druga korzyść: mindfulness poprawia wczesne wykrywanie przeciążenia. Zaczynasz szybciej widzieć sygnały z ciała i emocje. A im wcześniej zauważysz, że pojemnik się zapełnia, tym mniej potrzebujesz „awaryjnych działań” w stylu wybuchu lub ucieczki.

I dla jasności – mindfulness nie robi z człowieka skały. Raczej robi z człowieka kogoś, kto zauważa, że jest zmęczony, zanim zacznie udawać, że jest robotem.

To bardzo przydatna umiejętność, ale niestety sporo osób się jej boi. W zasadzie boją się tego, że staną się słabi. Podczas, gdy udawanie siły trwając w napięciu i przeciążeniu nie czyni ich mocnymi. Prowadzi ich raczej do poważnej „usterki” odsuniętej w czasie.

Co nam robi wiele ważnych obszarów w życiu

Jest jedna rzecz, która potrafi dramatycznie poprawić zdolność znoszenia problemów i trudności: posiadanie więcej niż jednego ważnego obszaru w życiu.

Jeżeli masz tylko jeden obszar, który niesie sens i tożsamość, to problem w tym obszarze brzmi jak: „wali mi się wszystko”. Jeśli życie to tylko praca, to problem w pracy robi się problemem całego świata.

Jeżeli masz kilka ważnych obszarów życia, to problem w jednym obszarze nadal boli, ale nie zabiera całej przestrzeni. To jest różnica między „jest źle” a „jest źle w jednym obszarze”. Pojemnik dostaje wtedy wsparcie, bo psychika nie interpretuje każdej trudności jako globalnej katastrofy.

Uwaga praktyczna: wiele obszarów życia nie oznacza „bycie ciągle zajętym”. To oznacza „mieć więcej niż jedno miejsce, w którym jestem sobą”.

Jak zwiększać pojemność i jak opróżniać pojemnik

Tu proponuję prosty porządek, w duchu mojej Filozofii 3P.

Prostota: przestań udowadniać sobie, że dasz radę zawsze i wszędzie. Zacznij traktować pojemność jak zmienną, a nie jak stałą.

Porządek: rozdziel to, co zwiększa bazową pojemność, od tego, co ratuje aktualną pojemność.

Proaktywność: wprowadź małe praktyki opróżniania pojemnika, zanim będzie przepełniony.

Bazową pojemność zwiększasz przez sen, regenerację, ruch, odżywianie, granice, sens, relacje, umiejętności regulacji emocji, redukcję perfekcjonizmu i domykanie spraw. To jest mniej spektakularne, ale działa. To jest fundament.

Aktualną pojemność wspierasz przez małe decyzje w ciągu dnia: przerwy, ograniczenie bodźców, wyraźne priorytety, zmniejszanie liczby otwartych pętli, prostą organizację, krótką praktykę mindfulness, spacer, kontakt z ciałem.

Opróżnianie pojemnika nie musi być wielkim rytuałem. Czasem jest to 10 minut ciszy, czasem rozmowa, czasem zamknięcie jednej zaległej sprawy, która „wisi w tle” i kradnie energię. Dla wielu osób genialnie działa wieczorne domknięcie dnia: co dziś było najcięższe, co dziś było wspierające, co jutro zrobię jako pierwszy mały krok.

Czy można wyćwiczyć większą pojemność

Tak, można, ale są dwa warunki.

Po pierwsze, trening pojemności nie polega na dokładaniu ciężaru bez końca. To nie jest trening, to jest przeciążenie. Trening pojemności działa wtedy, gdy obciążenie jest stopniowe, a regeneracja realna.

Po drugie, trening pojemności wymaga pracy nad tym, co dokładasz do pojemnika „od środka”. Jeśli twoje myśli automatyczne dokładają do każdej trudności narrację „to dowód, że jestem do niczego”, to nawet przy umiarkowanych problemach pojemnik będzie się przepełniał szybciej. Tu pomaga praca poznawcza, praca z przekonaniami, czasem coaching, czasem terapia. Nie dlatego, że „coś z tobą nie tak”, tylko dlatego, że system zarządzania obciążeniem można usprawnić.

W skrócie: pojemność rośnie przez mądre obciążenie plus mądrą regenerację.

Prosty protokół na 7 dni

Jeśli chcesz to przekuć w praktykę, proponuję mały eksperyment.

Raz dziennie, najlepiej o stałej porze, odpowiedz sobie na trzy pytania.

Co dziś najbardziej zapełniło pojemnik?

Co dziś choć trochę opróżniło pojemnik?

Jaki jeden mały ruch zrobię jutro, żeby pojemnik miał trochę więcej miejsca?

To ma być jeden mały ruch. Nie rewolucja. Pojemnik lubi małe ruchy, bo małe ruchy są powtarzalne. A powtarzalność to jest niedoceniana supermoc dorosłego życia.

Ostatnia rzecz, ale ważna

Pojemność na problemy i trudności nie jest oceną twojej wartości. To jest informacja o twoim stanie i o tym, ile rzeczy jest w pojemniku. Możesz z tej informacji zrobić coś bardzo sensownego: przestać dokładać, zacząć opróżniać i wzmocnić bazową pojemność.

I jeszcze ważna kwestia praktyczna. Jeśli przeciążenie trwa tygodniami, a ty coraz częściej czujesz, że „już nie dajesz rady”, to warto potraktować to serio i poszukać wsparcia. Nie po to, żeby się naprawiać. Po to, żeby nie żyć z przepełnionym pojemnikiem jako normą.

Bo życie z pustym pojemnikiem nie istnieje. Ale życie z pojemnikiem, w którym jest przestrzeń, jest zaskakująco realne. I całkiem przyjemne.

Miej głowę na KARKU, czyli co dziś ważne

„Miej głowę na karku” zwykle znaczy: ogarniaj życie i nie działaj na autopilocie. Dziś warto to rozumieć szerzej. Świat jest szybszy, bardziej rozproszony i bardziej emocjonalny niż kiedyś, a to przekłada się na decyzje, relacje i energię do działania. W takich warunkach nie chodzi o to, żeby być „twardym”. Chodzi o to, żeby być sprawnym.

Dlatego biorę słowo KARK jako akronim: Kreatywność, Adaptacja, Rozwiązywanie problemów, Krytyczne myślenie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kreatywność -adaptacja -rozwiązywanie problemów - krytyczne myślenie

Od razu dopowiem jedną rzecz o źródle. Pomysł na akronim KARK nie jest mój. Impuls do użycia go w tym tekście przyszedł do mnie z rozmowy Jacka Walkiewicza w audycji „Zaprojektuj swoje życie”, gdzie pada nawiązanie do pomysłu ucznia opisanego przy Kongresie Strategii Rodzinnych LifeSkills. Ja go biorę, bo jest trafny i użyteczny.

KARK jako sposób myślenia w rozwoju osobistym

W rozwoju osobistym często szukamy odpowiedzi na pytanie: „Jak żyć spokojniej i działać lepiej?” Tyle że dzisiejsze warunki nie ułatwiają ani spokoju, ani działania. Dlatego sensownie jest oprzeć się na czterech umiejętnościach, które pomagają wracać do równowagi i sprawczości.

KARK działa jak prosty filtr. Kiedy utknąłeś, możesz sprawdzić, czego brakuje. Czasem brakuje Kreatywności, bo widzisz tylko jeden sposób. Czasem brakuje Adaptacji, bo trzymasz się planu, który już nie pasuje. Czasem brakuje Rozwiązywania problemów, bo kilka spraw miesza się w jedną. Czasem brakuje Krytycznego myślenia, bo emocje przejmują ster.

Tu pojawia się też temat sensu, wartości i odpowiedzialności, bo to jest ta „głębia”, bez której rozwój osobisty robi się powierzchowny. Dla mnie sens nie jest wielkim hasłem, tylko odpowiedzią na pytanie: po co ja w ogóle chcę coś zmieniać. Wartości nie są dekoracją, tylko kryterium decyzji. Odpowiedzialność nie jest ciężarem, tylko uznaniem wpływu tam, gdzie wpływ mam. Kiedy te trzy rzeczy są nazwane, to KARK przestaje być zbiorem umiejętności, a zaczyna być praktyką życia w zgodzie ze sobą.

K jak kreatywność

Kreatywność w rozwoju osobistym nie polega na „świetnych pomysłach”. Kreatywność polega na tym, że nie utkniesz w jednym podejściu.

W stresie często działamy w dwóch trybach. Albo próbujemy przetrwać, robiąc cokolwiek, byle szybciej, czasem na oślep. Albo zamrażamy się i nie robimy nic, bo wszystko wydaje się zbyt trudne. Kreatywność jest trzecim trybem. Kreatywność pomaga zobaczyć, że jest jeszcze jedna możliwość, a potem sprawdzić ją w praktyce. To jest umiejętność zadania sobie pytania: „Jaki mam jeszcze jeden realny sposób działania?”

Ważne jest też to, że kreatywność potrzebuje prostego ustawienia warunków, żeby nie zamieniła się w kręcenie w głowie. Chodzi o to, żeby kreatywność pracowała na rozwiązanie, a nie na mnożenie opcji. Dobrze działa prosty układ: najpierw ustalasz, jaki efekt chcesz uzyskać i do kiedy, a potem szukasz rozwiązania, które jest „wystarczająco dobre” na teraz. Jeśli na przykład masz 30 minut, to celem nie jest „wymyślić najlepszą strategię”, tylko „wybrać jeden krok i go zrobić”. Jeśli masz do wykonania dwa telefony, to celem nie jest „zbudować idealne nastawienie”, tylko „wykonać pierwszy telefon”. Kreatywność wtedy nie służy do odwlekania decyzji, tylko do znalezienia wykonalnego kroku.

I tu pasuje moja Filozofia 3P. Prostota pomaga nazwać, o co chodzi naprawdę. Porządek pomaga ustalić, co jest ważne teraz. Proaktywność pomaga zrobić pierwszy mały krok.

Jeśli chcesz sprawdzić, czy Kreatywność Ci służy, zadaj sobie jedno pytanie. Czy kreatywność prowadzi mnie do konkretu, czy kreatywność pozwala mi odwlekać decyzję. To jest różnica, którą widać po skutkach.

A jak adaptacja

Adaptacja to nie jest uległość. Adaptacja to umiejętność dostosowania planu do warunków, bez porzucania wartości.

Adaptacja zaczyna się od dwóch prostych pytań. Pierwsze pytanie brzmi: „Co się zmieniło i co ja zmieniam w działaniu?” Drugie pytanie brzmi: „Co jest dla mnie ważne, nawet jeśli warunki się zmieniają?” To drugie pytanie jest o wartościach.

Wolę mówić o tym wprost, bez metafor. Jeśli nie masz kontaktu z wartościami, łatwo zmieniasz kierunek pod wpływem presji i emocji. Jeśli trzymasz się wartości bez dostosowania działania, łatwo utknąć w upartości i zmęczeniu. Adaptacja to połączenie obu rzeczy.

Czasem opór przed adaptacją nie wynika z lenistwa. Czasem opór wynika z lęku, że w zmianie stracisz siebie. Wtedy praca rozwojowa polega na tym, żeby nazwać, czego bronisz i czego potrzebujesz, żeby zmienić działanie bez poczucia zdrady siebie.

R jak rozwiązywanie problemów

Rozwiązywanie problemów to dziś umiejętność podstawowa, bo często masz kilka problemów naraz. Wtedy łatwo powiedzieć „to mnie przerasta”, bo to faktycznie może przerastać.

Często problemem nie jest jedna sprawa, tylko kilka spraw naraz. Trochę emocji, trochę myśli, jedna zaległa decyzja, jedna zaległa rozmowa i zmęczenie. Wtedy nie wiesz, od czego zacząć, bo próbujesz zacząć od wszystkiego.

Rozwiązywanie problemów zaczyna się od rozdzielenia spraw, czyli od wybrania jednego problemu, którym zajmiesz się teraz. Jedno zdanie. Bez historii. Bez tłumaczenia. Potem dopisujesz: „Po czym poznam, że jest lepiej?” To porządkuje myślenie, bo przestajesz mielić temat w kółko i zaczynasz widzieć, co jest celem.

A potem zadajesz pytanie proaktywne: „Jaki jest najmniejszy krok w ciągu 48 godzin?” Ten krok ma być wykonalny, a nie idealny.

I jeszcze jedna warstwa, bo tu często wchodzi kontrola. Jeśli próbujesz rozwiązać wszystko, to czasem nie dlatego, że wszystko jest do rozwiązania, tylko dlatego, że niepewność jest trudna. Wtedy pomaga rozróżnienie. Co jest do rozwiązania, co jest do przyjęcia, a co jest do przeżycia. To jest bardzo praktyczne, bo przestajesz walczyć z rzeczami, na które nie masz wpływu, i wracasz do rzeczy, na które wpływ masz.

K jak krytyczne myślenie

Krytyczne myślenie to higiena psychiczna. Dziś łatwo pomylić „wiem” z „czuję, że wiem”. A emocje potrafią dać bardzo mocne poczucie pewności.

Dla mnie krytyczne myślenie działa w dwóch kierunkach. W kierunku świata i w kierunku siebie. W kierunku świata pytasz: „Co jest faktem, a co interpretacją?” W kierunku siebie pytasz: „Jaka myśl automatyczna mnie prowadzi?” Na przykład „muszę”, „nie dam rady”, „zawsze”, „nigdy”. To często nie jest prawda o świecie, tylko nawyk myślenia.

I tu wchodzi temat cynizmu, który łatwo pomylić z krytycznym myśleniem. Cynizm brzmi jak rozsądek, ale działa jak hamulec. Cynizm mówi: „i tak nic nie ma sensu”, „ludzie są tacy sami”, „wszystko jest ustawione”. To może dawać krótkie poczucie przewagi, ale długoterminowo odbiera energię i odbiera wpływ. Krytyczne myślenie jest inne. Krytyczne myślenie sprawdza fakty, zadaje pytania i wyciąga wnioski, bez pogardy i bez wyroku na człowieka. Wtedy jasność nie niszczy życzliwości.

KARK w filozofii 3P

KARK jest prosty, ale nie jest płytki. Kreatywność pomaga ruszyć z miejsca. Adaptacja pomaga dostroić działanie do warunków. Rozwiązywanie problemów pomaga odzyskać porządek. Krytyczne myślenie pomaga odzyskać jasność.

A jeśli chcesz to domknąć w mojej Filozofii 3P, to widzę to tak. Prostota to wybór jednego problemu i jednego kroku. Porządek to ustawienie kolejności i kryteriów decyzji, czyli kontakt z wartościami. Proaktywność to zrobienie małego kroku w realnym dniu, bez czekania na idealny dzień.

I o to chodzi w „mieć głowę na KARKU”. Nie o to, żeby nie czuć. Nie o to, żeby zawsze wygrywać z chaosem. Tylko o to, żeby wracać do wartości i robić krok, na który masz wpływ.

Stres w pracy, wypalenie zawodowe i zardzewienie zawodowe

W potocznych rozmowach o pracy wszystko nazywa się „wypaleniem”. Ktoś jest zmęczony po trudnym miesiącu, mówi: „wypalenie”. Ktoś od pół roku jest znudzony i jedzie na autopilocie, też mówi: „wypalenie”. Ktoś żyje w napięciu, ma tzw. „krótki lont” i problemy ze snem, znów „wypalenie”.

A potem dzieją się dwie rzeczy. Po pierwsze, człowiek nie trafia z działaniem, bo próbuje „leczyć” nie to, co trzeba. Po drugie, przełożony i pracownik zaczynają przerzucać się winą, zamiast zobaczyć mechanizm.

Dobra wiadomość jest taka, że te trzy zjawiska da się rozróżnić. I da się też zobaczyć, co jest po stronie przełożonego, a co po stronie pracownika. To nie jest tekst o tym, kto ma rację. To jest tekst o tym, jak przestać płacić za mieszanie pojęć własnym zdrowiem i energią.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wypalenie zawodowe - stres w pracy - zardzewienie zawodowe - stres w pracy a wypalenie zawodowe

Trzy pojęcia, które warto rozdzielić

Stres w pracy to szkodliwe reakcje fizyczne i emocjonalne, które pojawiają się, gdy wymagania pracy nie pasują do możliwości, zasobów lub potrzeb pracownika. To definicja NIOSH (Narodowego Instytutu Bezpieczeństwa i Higieny Pracy w USA) i jest ona wyjątkowo praktyczna, bo mówi o dopasowaniu, a nie o „słabości”.

Wypalenie zawodowe w ujęciu WHO (ICD-11 Międzynarodowa klasyfikacja chorób i problemów zdrowotnych) jest zjawiskiem zawodowym wynikającym z przewlekłego stresu w pracy, którego nie udało się skutecznie opanować. WHO podkreśla też, że to nie jest jednostka chorobowa, tylko „zjawisko zawodowe”.

Zardzewienie zawodowe to stan, w którym człowiek nie jest przeciążony, tylko niedostymulowany. Ma za mało sensu, za mało wyzwań, za dużo monotonii i powtarzalności. W badaniach używa się pojęcia nudy w pracy, opisywanej jako stan niskiego pobudzenia i niezadowolenia wynikający z sytuacji, która nie jest wystarczająco stymulująca.

Jeśli chcesz zapamiętać jedno zdanie, to weź takie. Stres w pracy to sygnał niedopasowania, wypalenie zawodowe to koszt przewlekłego stresu, a zardzewienie zawodowe to koszt przewlekłej stagnacji.

Stres w pracy, czyli alarm w systemie

Stres w pracy najczęściej brzmi jak: „nie wyrabiam się”, „jest za dużo”, „to jest niejasne”, „ciągle coś”, „nie mam wpływu”. Człowiek działa w trybie reaktywnym. Gasi pożary. Ma poczucie, że praca „wjeżdża mu na głowę”.

Żeby to było bardziej namacalne, wyobraź sobie poniedziałek rano. Otwierasz laptop, a zanim zdążysz napić się kawy, masz trzy pilne wiadomości, jedną prośbę „na szybko” i spotkanie przesunięte na wcześniej. Ktoś do Ciebie pisze, że „to tylko pięć minut”, a Ty już wiesz, że pięć minut nie istnieje. W głowie pojawia się napięcie, w ciele pojawia się spięcie, a w tle leci myśl: „znowu nie zrobię tego, co miałem zrobić”.

Ważne jest to, że stres w pracy może być krótkotrwały. Czasem jest sezon, projekt, wdrożenie. Alarm dzwoni, ale potem cichnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy alarm dzwoni codziennie i staje się nową normą. I tu jest haczyk: jeśli człowiek zbyt długo żyje w takim trybie, zaczyna traktować napięcie jako coś „normalnego”. A wtedy stres w pracy przestaje być alarmem, a staje się tłem.

Po stronie przełożonego stres w pracy często wynika z bałaganu w organizacji pracy. Brak priorytetów, „wrzutki” z innych działów, zbyt dużo spotkań, brak czasu na pracę własną, niejasne role. I jeszcze jedna klasyka: „wszystko jest ważne”, czyli nic nie jest ważne.

Po stronie pracownika stres w pracy rośnie, gdy człowiek stale oddaje ster. Zamiast zarządzać dostępnością, reaguje natychmiast. Zamiast rozmawiać o priorytetach, próbuje dowieźć wszystko. Zamiast chronić czas na pracę własną, pozwala go zjadać telefonom i spotkaniom. Stres w pracy ma wtedy świetne warunki do rozwoju, bo system nie ma hamulców.

Wypalenie zawodowe i triada, która naprawdę dużo wyjaśnia

Wypalenie zawodowe w definicji WHO ma trzy wymiary. To nie jest akademicka ciekawostka. To jest bardzo życiowa mapa, która pomaga odróżnić „jest ciężko” od „ja już się sypię”.

Pierwszy wymiar to wyczerpanie. Nie chodzi o zwykłe zmęczenie po tygodniu. Chodzi o poczucie, że zasoby są stale na minusie. Człowiek wstaje i już jest zmęczony. Odpoczynek nie regeneruje tak, jak kiedyś. Nawet drobne zadania zaczynają kosztować zbyt dużo. W głowie częściej pojawia się myśl: „nie mam siły”, a w ciele pojawia się sygnał: „nie mam z czego”.

Drugi wymiar to dystans lub cynizm wobec pracy. I tu wiele osób się gubi, bo słowo „cynizm” brzmi jak bycie niemiłym. A w wypaleniu zawodowym cynizm bardzo często działa jak znieczulenie. To mechanizm obronny. Człowiek zaczyna się odcinać, żeby przetrwać. Zamiast zaangażowania pojawia się chłód. Zamiast ciekawości pojawia się ironia. Zamiast „zobaczmy, jak to rozwiązać” pojawia się „daj spokój, to nie ma sensu”. Zamiast „lubię ludzi” pojawia się „niech już nikt nic ode mnie nie chce”. To nie musi wyglądać jak złośliwość. Często wygląda jak obojętność, mniejsza empatia, mniej cierpliwości i myślenie w stylu „róbmy minimum, bo inaczej utoniemy”. To jest ten moment, kiedy człowiek ma poczucie, że przestaje być sobą w pracy.

Trzeci wymiar to obniżone poczucie skuteczności. To jest bardzo podstępne. Człowiek bywa kompetentny i nadal dowozi, ale wewnętrznie ma poczucie, że robi wszystko gorzej, wolniej i bez sensu. Traci satysfakcję z efektów, nawet jeśli obiektywnie są dobre. Zaczyna częściej wątpić w siebie. Ma poczucie, że „ciągle brakuje”, że „to nie jest dość”, że „nie ogarniam”. Czasem pojawia się też unikanie, bo skoro skuteczność spada, to lepiej nie brać kolejnych rzeczy, ale przecież i tak trzeba.

I znowu, żeby to było życiowe, wyobraź sobie poniedziałek rano w wypaleniu zawodowym. Otwierasz laptop i czujesz ciężar, zanim jeszcze cokolwiek się wydarzy. Masz wrażenie, że Twoje ciało już wie, że to będzie „za dużo”. Czytasz wiadomości i łapiesz się na tym, że masz zero cierpliwości. Ktoś prosi o rzecz, która kiedyś była normalna, a teraz wywołuje w Tobie irytację albo pustkę. Robisz zadania, ale bez poczucia sensu. Dowożenie przestaje cieszyć. Zaczynasz myśleć: „kiedyś byłem inny” albo „to już mnie nie obchodzi”. To jest ta triada w praktyce, a nie w teorii.

WHO opisuje wypalenie zawodowe właśnie przez te trzy elementy: wyczerpanie, dystans lub cynizm oraz spadek skuteczności.

Po stronie przełożonego wypalenie zawodowe rodzi się wtedy, gdy chroniczne przeciążenie jest ignorowane albo normalizowane. Gdy w zespole nagradza się bycie „zawsze dostępnym”. Gdy jedna osoba ciągnie za trzech, a przełożony tego nie widzi albo udaje, że nie widzi. Gdy priorytety są ruchome, a terminy są „na wczoraj”. Wypalenie zawodowe nie powstaje w próżni. Ono jest skutkiem środowiska, w którym przewlekły stres w pracy nie jest opanowany.

Po stronie pracownika wypalenie zawodowe często napędza schemat „muszę dowieźć”. Człowiek bierze za dużo, bo chce być rzetelny, chce pomóc, chce pokazać wartość. Ma trudność z odmawianiem. Ma trudność z proszeniem o zmianę priorytetów. I ma trudność z uznaniem, że jego zasoby są ograniczone. To brzmi banalnie, ale w praktyce bywa jak jazda autem z zepsutym licznikiem paliwa. Niby jedziesz, ale nie widzisz, że bak jest pusty.

Warto też odczarować mit, że wypalenie zawodowe dotyczy głównie osób z bardzo długim stażem. Zależności są bardziej złożone. Często wypalenie zawodowe pojawia się w okresach zmian, presji na wynik i chęci „dobrego pokazania się”. To dotyczy także osób, które są nowe w roli, nowe w firmie albo po awansie. Krótko mówiąc, kiedy ktoś bierze na siebie za dużo, bo chce dobrze wypaść, a system tego nie zatrzymuje, to ryzyko rośnie.

Zardzewienie zawodowe, czyli cichy spadek energii

Zardzewienie zawodowe jest o tyle zdradliwe, że często nie krzyczy. Ono szepcze. Człowiek zaczyna częściej odkładać rzeczy na później. Traci inicjatywę. Robi swoje, ale bez wewnętrznej iskry. Praca przestaje go rozwijać. Pojawia się wrażenie, że każdy dzień jest kopią poprzedniego.

Nuda w pracy jest opisywana jako stan niskiego pobudzenia i niezadowolenia wynikający z sytuacji, która nie stymuluje. W kontekście pracy często oznacza niedostymulowanie, czyli sytuację, w której człowiek ma za mało wyzwań i jego kompetencje nie są w pełni wykorzystywane.

I tu też zróbmy poniedziałek rano. Otwierasz laptop i nie czujesz stresu. Czujesz pustkę. Patrzysz w kalendarz i myślisz: „znowu to samo”. Znasz zadania na pamięć. Wiesz, jak się skończy każdy mail i każde spotkanie. Nie ma presji, ale nie ma też ciekawości. Robisz rzeczy poprawnie, ale jakbyś robił je cudzymi rękami. To nie jest dramat z fajerwerkami. To jest powolne gaśnięcie.

I teraz ważne dopowiedzenie. Zardzewienie zawodowe nie jest tym samym co „mam mniej roboty w tym tygodniu”. To jest przewlekły stan, w którym praca nie używa kompetencji człowieka i nie daje mu sensownego rozwoju. Człowiek może być zmęczony także od zardzewienia, tylko to jest inne zmęczenie. To zmęczenie bezsensem.

Po stronie przełożonego zardzewienie zawodowe rodzi się wtedy, gdy praca jest zaprojektowana tak, że człowiek nie ma wyzwań, nie ma autonomii i nie widzi sensu. Czasem to jest brak rozmów rozwojowych. Czasem to jest trzymanie ludzi latami w tej samej roli, bo „dobrze działają”. Czasem to jest kultura, w której lepiej się nie wychylać, bo za inicjatywę dostaje się dodatkową robotę, a nie wpływ.

Po stronie pracownika zardzewienie zawodowe rośnie, gdy człowiek zbyt długo udaje przed sobą, że „jest okej”. Zostaje w miejscu, bo jest bezpiecznie. Nie prosi o zmianę zadań. Nie szuka projektu. Nie rozmawia o rozwoju. Z czasem zaczyna myśleć, że „już tak mam”. I to jest moment, w którym rdza robi się grubsza.

Dlaczego ludzie to mylą

Bo objawy w pierwszej warstwie potrafią wyglądać podobnie. Spadek energii, mniejsza motywacja, drażliwość, problemy ze snem. Tyle że przyczyny bywają przeciwne. Przy stresie w pracy i wypaleniu zawodowym masz zwykle przeciążenie. Przy zardzewieniu zawodowym masz zwykle niedostymulowanie.

A czasem, co najciekawsze, organizacja potrafi wyprodukować jedno i drugie naraz. Człowiek siedzi na spotkaniach cały dzień, a potem ma poczucie, że nie robi nic, co ma sens. Jest zmęczony i jednocześnie znudzony. Wtedy łatwo powiedzieć „wypalenie” i zamknąć temat. Tyle że rozwiązanie będzie inne, jeśli problemem jest przeciążenie, a inne, jeśli problemem jest stagnacja.

Co możesz zrobić w praktyce, jeśli jesteś przełożonym albo pracownikiem

Jeśli jesteś przełożonym, zacznij od prostego sprawdzenia, czy masz w zespole chroniczne niedopasowanie wymagań do zasobów. Definicja stresu w pracy mówi o dopasowaniu i to jest świetny punkt startu.

W praktyce chodzi o trzy rzeczy: priorytety, przepływ pracy i granice dostępności. Jeśli w zespole nie ma jasnych priorytetów, ludzie będą żyli w stresie w pracy. Jeśli przepływ pracy jest pełen wrzutek, ludzie będą żyli w stresie w pracy. Jeśli granice dostępności nie istnieją, ludzie będą żyli w stresie w pracy. A jeśli ten stan trwa długo, zobaczysz elementy triady wypalenia zawodowego: wyczerpanie, dystans lub cynizm i spadek skuteczności.

Jeśli jesteś pracownikiem, zacznij od sprawdzenia, czy masz nawyk brania na siebie więcej, niż realnie możesz unieść, i czy regularnie oddajesz swój czas na pracę własną innym ludziom. To nie jest kwestia „twardości”. To jest kwestia sterowania. Dwa proste kroki robią często ogromną różnicę. Pierwszy to rozmowa o priorytetach wtedy, kiedy robi się za dużo. Drugi to konsekwentna ochrona czasu na pracę własną, choćby w małych blokach. Stres w pracy nie musi zniknąć całkowicie. On ma być do opanowania, a nie przewlekły.

Jeśli podejrzewasz u siebie wypalenie zawodowe, wróć do triady i sprawdź, co dominuje. Wyczerpanie to sygnał o zasobach. Dystans lub cynizm to sygnał, że wjechała ochrona psychiczna, bo inaczej się nie da. Spadek skuteczności to sygnał, że koszty zaczęły zjadać działanie. W praktyce pierwszym krokiem jest zatrzymanie dokładania obciążenia. Drugim krokiem jest rozmowa o zmianie warunków pracy, bo wypalenie zawodowe dotyczy przewlekłego stresu w pracy, a nie „braku odporności”.

Jeśli podejrzewasz zardzewienie zawodowe, przestań się pocieszać, że „przynajmniej jest spokojnie”. Zardzewienie zawodowe jest spokojne tylko na zewnątrz. W środku bywa bardzo kosztowne. Tu pierwszym krokiem jest nazwanie, że praca nie stymuluje. Drugim krokiem jest zaproponowanie zmiany: projekt, nowe zadania, większa odpowiedzialność, uczenie się, coś, co poruszy energię. Nuda w pracy ma swoją dynamikę i swoje konsekwencje, więc nie traktuj jej jak drobnostki.

Jedno zdanie na koniec, do zapamiętania

Stres w pracy to alarm. Wypalenie zawodowe to alarm, którego nikt nie wyłączył i który zaczął wypalać zasoby. Zardzewienie zawodowe to cisza, która trwa zbyt długo i powoli zabiera energię oraz sens.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji

Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska. 1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies. 2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer. 3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia 4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu: a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb; b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości; 5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika. 6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies: a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu; b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu; c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu; d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.; e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań. 7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej). 8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu. 9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów. 10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.

Close