Mam wrażenie, wynikające z rozmów z klientami, przyjaciółmi i znajomymi, że żyjemy w czasach, w których normalność przestała być sexy. Zwykłe życie, bez spektakularnych osiągnięć i postów o kolejnych „game changerach”, wygląda dziś jak coś gorszego. Jakbyśmy, mając 30 czy 40 lat, nie mieli prawa na chwilę usiąść na ławce i odetchnąć.

Bo zawsze jest coś do poprawienia. Coś, co jeszcze można w sobie „przerobić”, „przepracować” albo „ulepszyć”. Nieustanny samorozwój stał się obowiązkiem. Jeśli stoisz w miejscu, w głowie od razu wyświetla się pytanie: „Czy aby na pewno nie marnuję życia?”. A jeśli odpuszczasz, to co prawda wyłączasz wewnętrznego perfekcjonistę, ale budzi się potworek FOMO i porównywanie się z innymi.
Wyścig, którego nie da się wygrać
Zauważam, że dla wielu z nas praca nad sobą nie jest już środkiem do spokojniejszego, bardziej świadomego życia. Staje się natomiast celem samym w sobie. Kolejnym projektem, w którym chcemy być najlepszą wersją siebie. Tyle, że tej wersji nigdy nie da się osiągnąć w 100%.
Efekt? Frustracja. Wypalenie. Samobiczowanie, że nie działamy „wystarczająco”.
Do tego dochodzi moda na to, by być „swoim własnym start-upem”. Każdy z nas jest trochę produktem, trochę marką osobistą, trochę maszynką do generowania rozwoju.
A gdzie w tym wszystkim miejsce na zwykłość? Na dzień, w którym możesz niczego nie udowadniać.
Mindfulness – rebelia przeciwko wiecznej pogoni
Na tym tle praktyka uważności staje się dziś aktem małej codziennej rewolucji. Mindfulness uczy zatrzymywać się, zamiast stale przyspieszać. Pokazuje, jak wracać do siebie – do tu i teraz – kiedy wszyscy wokół biegną.
Widzę to w pracy z klientami i u znajomych, którzy zaczynają medytować, siadają w ciszy, uczą się obserwować swoje myśli bez oceniania. Idą na spacer, dla przyjemności spacerowania, a nie dla wyrobienia dziennej liczby kroków. Idąc słuchają otaczającego ich świata, a nie nadrabiają na słuchawkach zalegle podcasty lub audiobooki.
Zyskują dystans, a co najważniejsze odzyskują siebie z machiny „ciągle więcej, lepiej, szybciej”. Jeżeli chcesz i możesz, zdecydowanie polecam Ci dołączenie do tej „rebelii”.
Z czego płynie Twój rozwój?
Chcę się też podzielić z Tobą myślą, która wydaje mi się kluczowa jeżeli chodzi o równowagę. Bo sam rozwój nie jest problemem. Pytanie brzmi: z czego on płynie?
Dla wielu osób nauka, zmiana, poszerzanie horyzontów to czysta radość.
Tak mam ja i prawdopodobnie Ty, skoro to czytasz. Daje nam to poczucie sensu, świeżości i satysfakcji. Dla niektórych z nas jest to niemal jak życiowy tlen.
Ale jest druga strona medalu: rozwój może być także napędzany lękiem.
Obawą, że się cofniemy. Że zostaniemy w tyle. Że bez kolejnego certyfikatu, szkolenia czy kursu wypadniemy z gry.
I to jest paliwo, które wypala najszybciej.
Rozwój z obawy przed byciem „niewystarczającym” prędzej czy później kończy się frustracją. Z tego powodu warto nauczyć się odróżniać, to co mnie naprawdę zasila, od tego co drenuje mnie od środka.
Olej balans, zadbaj o rytm
Jeśli, tak jak ja, masz w sobie naturalną potrzebę uczenia się i odkrywania – nie odcinaj jej!
Nie chodzi o to, żeby wyrzucić rozwój za burtę. Możesz za to świadomie ustawić go w rytmie: aktywność i zatrzymanie, działanie i odpoczynek. Ja to nazywam work-life rytmem, nie balansowaniem.
Ważne, żeby odpoczynek nie był tylko przerwą na „podładowanie baterii przed kolejnym sprintem”.
Niech będzie okazją do zatrzymania się przy samym sobie. Do zadania pytania: Kim teraz jestem? Czego teraz naprawdę potrzebuję? I czy na pewno to ja wybieram ten bieg, czy on wybiera mnie?
Nie albo-albo, lecz i-i
Chcę Cię na koniec zostawić z jedną myślą, która od dawna mi towarzyszy i która daje mi wielką ulgę w świecie pełnym „musisz” i „powinieneś”. Warto spróbować wyjść z zachodniego podejścia albo–albo. Nie wszystko musi być idealnie spójne, poukładane i czarno-białe.
Filozofia Wschodu, z jej powszechnie znanym symbolem Yin i Yang, uczy nas, że przeciwności nie zawsze się znoszą, a wręcz czasami się uzupełniają. Możesz być jednocześnie szybki i powolny, ostry i łagodny. Możesz chcieć się rozwijać, ale też chcieć odpoczywać. Możesz pędzić kiedy trzeba, ale też umieć się zatrzymać kiedy to mądre.
Takie podejście pozwala nie wypaść z dzisiejszego pędzącego świata, ale pomaga też nie zajeździć siebie samorozwojem. Bo przecież życie mamy tylko jedno i wcale nie chodzi o to, żeby je wygrać, ale żeby je poczuć.