Czy tytuł brzmi wystarczająco dołującą i czarno, aby przetrwanie było bohaterstwem? Jeśli nie, można dołożyć szczyptę dramatu lub trochę dodatkowych przeciwności losu. Jeśli jest wystarczająco dobry, wystarczy usiąść zagłębić się w beznadziejnej sytuacji i przyjmować wyrazy współczucia od bliskich i znajomych.

Trudność jest wymagająca, kryzys wiele usprawiedliwia
Nie twierdzę, że kryzysy i tragedie nam się nie przytrafiają. Są obecne w naszym życiu od zawsze i są nieuniknione. Ścinają z nóg najsilniejszych i poniewierają odpornych psychicznie. Bywa i tak, że przemieniają nas całkowicie, rzucając w wir życia, z którego łapczywie wyrywamy ile się da, bo już rozumiemy, że nie jesteśmy nieśmiertelni. Szare myszki stają się wampami, romantyczni introwertycy nagle zaczynają wieść życie samców alfa, itd. Jakby się losy nie potoczyły, w pierwszych momentach tragedii lub poważnego kryzysu jesteśmy przytłoczeni i potrzebujemy chwili, aby zacząć działać. Przydaje się też wtedy pomoc i wsparcie ze strony najbliższych.
Trudności w naszym życiu są mniej obciążające i destrukcyjne, tym samym brak reagowania na nie jest trudniej usprawiedliwić. Trudność powoduje niewygodę i dyskomfort, ale nie odbiera energii. Również najbliżsi, zamiast pomocy i opieki nad nami, oferują nam raczej dobre rady i zachęcenie do działania. Jeśli nic z tym nie robimy, wyrzuty sumienia zaczynają narastać. Tymczasem wiele osób woli narzekać i trwać w tym co choć złe i niewygodne, to jednak znane i przewidywalne. Za cholerę nie chcemy opuścić strefy komfortu i zaryzykować zmiany. Często kieruje nami bardziej strach przed poczuciem starty: „Co będzie, jeśli zmienię to co mam na coś gorszego?” niż chęć zbudowania i stworzenia czegoś lepszego. Niejednokrotnie, aby jakoś sobie poradzić z tą dyskomfortową sytuacją i uciszyć wyrzuty sumienia, ubarwiamy i podkręcamy tragizm naszej obecnej sytuacji. Nagle „okazuje się”, że nasze trudności w związku, to już nie trudności a kryzys, trudna sytuacja z szefem w pracy nabiera cechy sytuacji tragicznej a nasza własna firma czy też finanse na koncie nie borykają się z problemami tylko sięgają dna.
Mały zabieg semantyczny, lekkie ubarwienie, szczypta tragizmu i już nasz problem stał się dramatem. Znajomi zamiast z dobrymi radami spieszą z ze wsparciem i współczuciem. Nasze sumienie milknie, umysł zaczyna generować lęk przed zmianą i zaczyna nam brakować energii. Jakże wygodnie się urządziliśmy – nic tylko trwać w letargu i zbierać uwagę znajomych skupionych na naszym dramatycznym położeniu.
Prywatny koniec świata
Chciałbym jasno napisać, że nie podejmuję się oceny tego, co dla kogo jest problemem, tragedią a nawet prywatnym końcem świata. Każdy z nas jest inny, ma inną psychikę jak również, na różnych etapach swojego życia, ma inną kondycję psychiczną. To co kilka miesięcy temu mogłoby być dla mnie problem do załatwienia w pięć minut, dziś gdybym był przepracowany, chory lub borykał się z kilkoma innymi poważnymi problemami, mogłoby się stać tym co by mnie ostatecznie przybiło i odebrało chęć do działania. Do końca życia będę pamiętał historię młodej dziewczyny potrąconej na przejściu dla pieszych przez biały samochód. Kiedy wyzdrowiała i zdawałoby się, że wróciła do pełni zdrowia, obudziła się trauma. Kiedy tylko stała przy ulicy i czekała, aby przejść na drugą stronę, a nadjeżdżał jakiś biały samochód, dostawała ataku paniki i uciekała z tego miejsca. Tymczasem większość z nas, stojąc przy przejściu, nawet nie zauważy ile samochodów i w jakim kolorze nas mija. Każdy z moich klientów, z którymi pracuję, sam określa na ile dana sytuacja jest dla niego trudna. Ja tylko dociekam, czy faktycznie tak ją postrzega, czy zbudował tylko zasłonę dymną dla usprawiedliwienia niedziałania. Jest to bowiem podstawa do tego, aby ustalić jak mamy dalej razem pracować nad wyjściem z tej sytuacji.

Dotykając dna
Kiedy faktycznie jest źle i sądzimy, iż niżej upaść się nie da, pozostają dwie rzeczy do zrobienia. Pierwsza – sprawdzić czy to faktycznie dno, czy jedynie warstwa mułu nad nim i jest jeszcze o co walczyć. Druga, zaakceptować sytuację, w której jesteśmy i wykorzystać nowe możliwości:
- zanegować schematy i przekonania, którymi żyjemy, a które nas tu doprowadziły;
- zweryfikować jak bardzo zboczyliśmy od naszego prawdziwego celu w życiu i sobie go przypomnieć, a może wreszcie ustalić;
- nabrać pokory do życia i planów na nie;
- nauczyć się odpuszczać i porzucać przesadną ambicję;
- zbudować odważnie wszystko od nowa, bo co można stracić, gdy już niżej upaść się nie da.