Jeszcze do niedawna, kiedy ktoś mnie pytał czy jestem osobistym trenerem nieco się obruszałem. Wolałem moją pracę z klientami postrzegać jako ich wsparcie w odkrywaniu nowych dróg i możliwości. Zależało mi, aby ich inspirować i pomagać im odnajdywać odwagę do pójścia wytyczoną ścieżką. Niejednokrotnie też wspólnie z nimi porządkowaliśmy chaos panujący w ich życiu czy też biznesowych aktywnościach. Oczywiście godziłem się być także sekundantem ich działań i „kontrolerem” realizacji ustalonych planów. Jednak od czasu koronawirusowej pandemii coraz więcej moich klientów będących menedżerami i właścicielami firmy prosi mnie wprost „bądź moim prywatnym szefem”.

Przytłumiony rozmach i wyciszona dynamika
Dzisiejsze czasy istotnie podniosły poziom niepewności. Obostrzenia wprowadzane w naszym codziennym życiu w konsekwencji rozprzestrzeniania się COVID-19 wpłynęły na zmniejszenie aktywności wielu z nas. Do tego dochodzi coraz częstsza, o ile nie permanentna praca zdalna.
Te wszystkie czynniki powodują wzrost stresu. Choć rzadko jest to spektakularny skok wzwyż na jego skali, to mamy do czynienia z powolnym i jednostajnym jego nasilaniem. Zazwyczaj w takich sytuacjach pomagały nam nasze relacje społeczne. Spotykając się z innymi mogliśmy powiedzieć im o naszych obawach i wątpliwościach. Mogliśmy się też pozbyć stresu wyśmiewając go podczas wspólnych rozmów czy zabaw. Najważniejsze jednak, że mogliśmy poczuć, że w tym wszystkim nie jesteśmy sami.
Nawet praca, która wielu ludziom wydawała się uciążliwym obowiązkiem, wyciągała nas z domów i wciągała w wir działań. Pozwalała pokonywać kolejne wyzwania. Spotkania z szefami podnosiły nam adrenalinę lub mobilizowały do dociągnięcia zadań do końca. Najważniejsze jednak, że przychodząc do niej zmienialiśmy środowisko i otoczenie.
Teraz dni wielu z nas stały się podobne do siebie. Dynamika działań nieco spowolniła. Nie ma już zmiany środowiska i otoczenia. Dziś niejednokrotnie pracujemy przy tym samym stole przy którym później jemy kolację. Nawet jak my mamy siłę i energię, to nagle okazuje się, że nie mają jej nasi współpracownicy na home office lub klienci. Co więcej, często nam ją nawet odbierają.
Zarządzanie w takich warunkach działem, zespołem czy firmą staje się prawdziwie trudnym zadaniem. Stąd tak wielu zarządzających potrzebuje dziś kogoś, kto zmobilizuje ich do działania. Odrzuci zwykłe wymówki i przysłowiowo „kopnie w tyłek”. Przy czym zrobi to jeszcze zanim spadek formy zauważy szef lub podległy zespół. Często nim zauważy go także nasza rodzina, która mogłaby się zacząć o nas martwić. Oto prawdziwy powód dlaczego dzisiejsi szefowie, zaczynają szukać swoich „prywatnych szefów”.
Czuje zamiast myślę
Czasami oprócz kogoś, kto zmotywuje ich do działania zarządzający szukają też kogoś, kto pomoże im zdroworozsądkowo i z dystansu spojrzeć na obecną sytuację. Brak rozdzielenia świat prywatnego od zawodowego. Brak zmiany środowiska i otoczenia powodują często trudności w zmianie perspektywy postrzegania danego problemu czy zdarzenia.
Jedną z częstych sytuacji z jakimi mam do czynienia w pracy z moimi klientami jest np. niemoc działania wynikająca z tego, że używają zwrotu „czuję” zamiast „myślę”. No, bo jeśli czujesz „że będzie źle”, czujesz „że to wszystko się źle skończy” to zasadniczo nie można już z tym nic zrobić. Nie można przecież „walczyć” z odczuciami.
Można za to uświadomić komuś, że używa zwrotu „czuję” kiedy chce ukryć fakt, że tak naprawdę myśli lub obawia się, że „będzie źle” lub „coś się źle skończy”. Odczuwać można bowiem jedynie emocje np. takie jak: obawa, strach, lęk, radość czy satysfakcja i trudno z nimi dyskutować.
Z myśleniem za to dyskutować dużo łatwiej. Kiedy ktoś stwierdzi – myślę, że to się źle skończy. Można np. zadać mu pytanie na postawie jakich faktów lub przesłanek tak myśli. Dzięki temu można je zracjonalizować lub obalić. Tak więc rolą „prywatnego szefa” bywa także czasami, wyciągnięcie swojego klienta z otchłani czarnowidztwa.