Pewnie każdemu z nas zdarzyło się podjąć kiedyś jakiegoś działania, które wraz z zagłębianiem się w jego realizację tylko bardziej się komplikowało i spalało nam całą początkową energię przeznaczoną na jego realizację. Łatwo wtedy uznać, że nie damy rady i poddać się przed jego dokończeniem. W podobnej sytuacji znalazł się astronauta Mark Watney, główny bohater filmu „Marsjanin” Ridleya Scotta, który po nieudanej ekspedycji zostaje sam na Marsie i mimo znikomych zapasów i braku łączności z dowództwem stara się przetrwać w trudnych warunkach. Sprzęt i sama planeta raczej nie są mu przychylne. Za każdym razem, kiedy wydaje się, że już zapanował nad sytuacją i może liczyć na szczęśliwe zakończenie tej przygody, wystawiają jego wiarę w szczęśliwy finał na kolejną próbę. Po porażce nie łatwo się podnosi, ale Mark za każdym razem dźwiga się z poczucia rezygnacji i wyszukuje kolejne rozwiązanie, które ma szanse utrzymać go przy życiu.

Wielu z nas nie musi lecieć na Marsa, aby mierzyć się z podobnym natłokiem przeciwności na swojej drodze. Powstaje jednak pytanie, skąd samemu brać wiarę w sukces i wytrwałość w dążeniu do celu? Z pomocą może nam przyjść tu jedna z technik używana przy wielu projektach i dużych zadaniach a jest nią „zjedzenie słonia”.
Jak mawia klasyk, oczywistą oczywistością jest, że nijak nie da się zjeść tak wielkiego zwierza, a już szczególnie w całości. I tutaj jest klucz do sprawy – słoń podzielony na małe kawałki może zostać poddany przysłowiowej konsumpcji. Zatem naszego „Słonia” – czyli zadanie czy też projekt do realizacji , należy podzielić na mniejsze działania, które będziemy realizować jedno po drugim i tym sposobem dojdziemy od przysłowiowej trąby do ogona.
To tyle teorii projektowej, bo aby osiągnąć sukces ważna jest jeszcze jedna „drobna sprawa”, bez której i na małych zadaniach można się wywalić. Jest nią z premedytacją tak zaplanowane pierwsze działanie („kęs”), aby zakończyło się sukcesem a czemu jest to tak ważne tłumaczy poniższy eksperyment:
Sprawdzano jak długu szczur jest w stanie pływać i uzyskano zaskakujące wyniki, bo od 30 minut do 24 godzin! Co jednak ważne, jeżeli po kilku prosty próbach wyratowania się z opresji widzi, że nie ma szans – odpuszcza i tonie. Jeżeli jednak, tuż przed rezygnacją ktoś go uratuje i wyciągnie z wody, wtedy następnym razem potrafi pływać 24 godziny, bo wie/wierzy, że ratunek nadejdzie.
Podobnie jest z zadaniami. Jeżeli mamy już na swoim koncie jedno zakończone sukcesem, łatwo jest nam się do niego odwołać i uwierzyć w to, że i z kolejnym sobie poradzimy.
Kiedy chwilowo utkniemy i nie mamy pomysłu jak iść dalej warto zrobić sobie chwilę przerwy i zająć umysł czymś innym – np. kino, drzemka albo spacer po okolicy. Można też skorzystać z pomocy cocha, który mając większy dystans do problemu czy zadania, może pomóc spojrzeć na nie z innej perspektywy, zbudować odpowiednią motywację do dalszej aktywności, a jak trzeba to i mentalnie „kopnąć w tyłek” 😉