Kilka lat temu wykonałem solidną pracę nad własnym systemem wartości. Nie był to szybki test z internetu ani ćwiczenie polegające na wybraniu kilku dobrze brzmiących słów z długiej listy. Przyglądałem się temu, co rzeczywiście kieruje moimi decyzjami, czego bronię, co mnie uruchamia, gdzie stawiam granice i za co jestem gotowy zapłacić własnym czasem, energią czy rezygnacją z innych możliwości.
Z tej pracy wyłoniły się trzy wartości: miłość, niezależność i synergia.
Każda była przeze mnie dobrze przemyślana i każda miała konkretne znaczenie. Miłość obejmowała bliskość, relacje, życzliwość i troskę o ludzi. Niezależność oznaczała możliwość decydowania o sobie, samodzielność i układanie życia według własnego scenariusza. Synergia opisywała potrzebę łączenia ludzi, doświadczeń, wiedzy i różnych elementów życia w coś, co działa lepiej niż każdy z tych elementów osobno.

Nie uważam dzisiaj, że się wtedy pomyliłem. Tamten system był prawdziwy. Był świadomie zbudowany i dobrze opisywał mnie na tamtym etapie życia. Tyle że od tego czasu minęło kilka lat, a człowiek ma tę irytującą właściwość, że nie zawsze pozostaje dokładnie taki sam tylko dlatego, że kiedyś bardzo porządnie coś sobie przemyślał.
Dlatego wróciłem do swoich wartości. Nie po nowe, ale po to by sprawdzić te stare.
Wartości są kompasem. I właśnie dlatego trzeba je traktować poważnie
W pracy coachingowej od lat wracam do wartości, ponieważ uważam je za jeden z najbardziej użytecznych elementów samoświadomości. Kiedy człowiek wie, co jest dla niego naprawdę ważne, łatwiej rozumie własne wybory, konflikty, napięcia i decyzje. Łatwiej również zauważa moment, w którym zaczyna realizować cudzy scenariusz zamiast własnego.
Wartości są dla mnie czymś w rodzaju kompasu życiowego. Kompas nie mówi, dokąd mam iść. Pokazuje kierunek. Nie podejmie za mnie decyzji, nie zagwarantuje dobrego rezultatu i nie ochroni przed konsekwencjami. Pozwala jednak sprawdzić, czy kolejne decyzje prowadzą mniej więcej w stronę życia, które chcę prowadzić.
Z tego powodu nigdy nie przekonywała mnie wizja wartości jako ćwiczenia wykonywanego raz na całe życie. Człowiek znajduje swoje trzy lub pięć najważniejszych słów, zapisuje je w notesie i od tej chwili ma temat załatwiony. Byłoby wygodnie. Psychika jednak rzadko respektuje nasze zamiłowanie do porządku administracyjnego.
Doświadczenie zmienia sposób, w jaki rozumiemy siebie. Pojawiają się nowe role, relacje, straty, sukcesy, kryzysy i rzeczy, których wcześniej po prostu nie wiedzieliśmy. Niektóre doświadczenia potwierdzają dawne wartości. Inne zmieniają ich hierarchię. Jeszcze inne ujawniają, że pod dobrze znanym słowem mieściło się coś bardziej precyzyjnego. Dlatego wartości pozostają dla mnie kompasem, ale przestałem traktować raz wykonany odczyt jak akt notarialny.
Niezależność była prawdziwa. Dzisiaj widzę ją dokładniej
Najwięcej pracy zrobiła mi niezależność. Przez dużą część życia była bardzo wysoko w mojej hierarchii. Potrzebowałem możliwości decydowania o sobie, własnej przestrzeni, samodzielności i poczucia, że jestem autorem swoich wyborów. Nadal źle znoszę sytuacje, kiedy ktoś próbuje pisać mi scenariusz, szczególnie kiedy przy okazji przekonuje mnie, że robi to dla mojego dobra.
Nic z tego nie zniknęło. Zmieniło się natomiast moje rozumienie tego, co w niezależności jest dla mnie najważniejsze. Z czasem coraz wyraźniej zacząłem rozróżniać autonomię od samowystarczalności. Na poziomie zachowania obie mogą wyglądać podobnie. Człowiek podejmuje decyzje sam, nie prosi o pomoc, organizuje życie według własnych zasad i stara się nie być od nikogo zależny.
Psychologicznie mogą jednak wyrastać z zupełnie różnych miejsc. Autonomia mówi: „chcę wybierać”. Samowystarczalność może mówić: „muszę poradzić sobie sam”. Pierwsze daje możliwość wyboru. Drugie potrafi stać się przymusem. I właśnie tutaj zobaczyłem cień własnej niezależności.
Każda wartość może mieć swoją dojrzałą i mniej dojrzałą formę realizacji. Sam kierunek może być dobry, ale sposób jego realizowania bywa już bardzo różny. Niezależność może prowadzić do autonomii, odpowiedzialności i własnych decyzji. Może też stać się zbroją chroniącą przed zależnością, rozczarowaniem albo koniecznością zaufania komuś innemu. Wtedy człowiek nadal może mówić, że „żyje zgodnie ze swoją wartością”, podczas gdy część jego zachowań zaczyna być sterowana przez lęk.
Dlatego niezależność została w moim obecnym systemie zastąpiona przez określenie, które lepiej opisuje to, o co naprawdę mi chodzi: wierność sobie.
Chcę przeżyć swoje życie jako ja. Mogę korzystać z pomocy. Mogę czegoś nie wiedzieć. Mogę czasami oprzeć się na drugim człowieku. Mogę pozostawać w bliskiej relacji i brać pod uwagę potrzeby innych osób. Autonomia nie wymaga samotności.
Wierność sobie oznacza dla mnie możliwość wejścia w relację, zależność, zobowiązanie czy kompromis i nadal pozostawania człowiekiem, który świadomie wybiera.
To nadal ta sama rodzina wartości, ale jej środek ciężkości przesunął się z „poradzę sobie sam” na „to ja odpowiadam za sposób, w jaki żyję”. Dla mnie jest to zmiana dość zasadnicza.
Miłość nie zniknęła. Dostała większą przestrzeń
Z miłością wydarzyło się coś innego. Nie odkryłem, że jest dla mnie mniej ważna. Zobaczyłem natomiast, że słowo, którego używałem, obejmuje tylko część czegoś większego.
Miłość nadal oznacza dla mnie relację, bliskość, troskę i więź. Kiedy jednak patrzę na sposób, w jaki chcę funkcjonować wobec ludzi, pojawia się jeszcze potrzeba dzielenia się doświadczeniem, wiedzą, wsparciem i energią. Jest też mój naturalny optymizm oraz przekonanie, że moja obecność w życiu drugiego człowieka powinna raczej zwiększać jego możliwości niż je ograniczać. Nazwałem tę wartość życzliwym wpływem.
Chcę, żeby dzięki mojej obecności ludziom i światu było trochę lepiej. To zdanie bardzo dobrze pasuje również do mojego rozumienia coachingu. Nie chcę urządzać klientom życia. Nie interesuje mnie produkowanie ludzi bardziej podobnych do mnie. Zdecydowanie wystarczy jeden egzemplarz.
Interesuje mnie taki rodzaj wpływu, po którym człowiek widzi więcej, rozumie więcej, ma większy wybór i może podjąć własną decyzję.
Tutaj także pojawiła się granica. Przez lata coraz wyraźniej uczyłem się odróżniać pomaganie od ratowania. Życzliwość od brania odpowiedzialności za cudze życie. Empatię od rezygnowania z własnych granic. Można pomagać z potrzeby życzliwości. Można też pomagać, ponieważ bardzo potrzebuje się być potrzebnym. Z zewnątrz zachowanie może wyglądać identycznie. W środku działa zupełnie inny mechanizm.
To właśnie jeden z powodów, dla których samo nazwanie wartości nie wystarcza. Dwie osoby mogą wpisać na swojej liście „pomaganie”, a jedna będzie dzięki temu realizowała troskę o innych, druga potrzebę akceptacji, a trzecia będzie chroniła się przed zajęciem własnym życiem.
Wartość poznaje się nie tylko po nazwie. Trzeba jeszcze zobaczyć, z jakiego miejsca jest realizowana.
Synergia została zdegradowana i bardzo dobrze to zniosła
Największa zmiana dotyczy synergii. Synergia była jedną z moich trzech najważniejszych wartości i nadal bardzo dobrze opisuje mój sposób funkcjonowania. Łączę wiedzę z różnych dziedzin, doświadczenia biznesowe z coachingiem, psychologię z zarządzaniem, analizę z intuicją. Lubię składać elementy, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą wiele wspólnego, i sprawdzać, czy razem mogą stworzyć coś sensownego.
Tyle że po dokładniejszym przyjrzeniu się temu mechanizmowi pojawiło się pytanie: czy synergia rzeczywiście mówi mi, jakim człowiekiem chcę być? Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że nie. Mówi raczej, w jaki sposób działam. To różnica pomiędzy wartością a strategią. Wartość wskazuje kierunek. Strategia opisuje sposób poruszania się.
Synergia została więc przesunięta do kategorii, którą nazywam świadomym komponowaniem życia. Nadal jest bardzo moja, nadal jest ważna, nadal pojawia się w pracy i życiu prywatnym. Przestałem jedynie nazywać ją wartością.
To odkrycie uważam za szczególnie użyteczne również w coachingu, ponieważ podczas pracy nad wartościami bardzo łatwo powstaje jeden duży worek z napisem „rzeczy dla mnie ważne”. Do środka trafiają wartości, talenty, potrzeby, preferencje, kompetencje, style działania, mechanizmy obronne i sposoby radzenia sobie. Potem człowiek ma piętnaście wartości i zastanawia się, dlaczego kompas pokazuje mu wszystkie kierunki jednocześnie.
I wtedy pojawiło się odkrywanie życia
Kiedy odsunąłem na chwilę dawne trzy wartości i zacząłem patrzeć na to, co naprawdę powtarza się w moich wyborach, zobaczyłem coś, co prawdopodobnie było obecne od dawna, ale nie zajmowało wcześniej odpowiedniego miejsca.
Ciekawość świata, uczenie się, doświadczanie, ruch, zmiana, podróżowanie, poznawanie ludzi, idei i nowych sposobów patrzenia. Nazwą, która najlepiej to zbiera, jest dla mnie odkrywanie życia.
Chcę naprawdę przeżyć życie, a nie tylko bezpiecznie przez nie przejść. To zdanie mocno porządkuje mi kilka rzeczy.
Można bowiem stworzyć życie świetnie zorganizowane, przewidywalne i efektywne, a jednocześnie coraz mniej je przeżywać. Można mieć pełny kalendarz i być przekonanym, że żyje się intensywnie, ponieważ przez cały dzień coś się robi. Sam znam ten mechanizm całkiem dobrze.
Lubię projekty. Lubię coś budować, poprawiać, analizować, tworzyć i przesuwać do przodu. Moja głowa szybko znajduje kolejne rzeczy, którymi można się zająć. Przez wiele lat intensywność działania mogła więc bardzo łatwo udawać intensywność życia. Dziś widzę pomiędzy nimi różnicę.
Zrozumiałem, że godzina spędzona nad morzem bez konkretnego celu, ale z uważnością może dziś być bliższa mojemu odkrywaniu życia niż kolejny projekt zakończony sukcesem.
To jest dla mnie jedna z bardziej wymagających zmian w rozumieniu siebie, ponieważ kwestionuje bardzo wygodne równanie: skoro dużo robię, to znaczy, że dobrze wykorzystuję życie. Niekoniecznie. Można być niezwykle zajętym i jednocześnie niezbyt obecnym we własnym życiu.
Pod wartościami znalazłem jeszcze jedną warstwę
Kiedy patrzę dzisiaj na wierność sobie, odkrywanie życia i życzliwy wpływ, widzę coś, co spina je wszystkie. Nazywam to świadomym uczestnictwem we własnym życiu.
Nie traktuję tego jako czwartej wartości. Bardziej jako sposób, w jaki chcę realizować cały swój system. Chodzi o obecność. Dostrzeganie tego, co się dzieje. Podejmowanie decyzji zamiast funkcjonowania wyłącznie na automacie. Reagowanie na rzeczywistość, uczenie się jej i korzystanie z własnej sprawczości.
W tym miejscu pojawiło się kolejne rozróżnienie, które bardzo dobrze opisuje zmianę mojego sposobu myślenia: sprawczość i kontrola. Kontrola próbuje zabezpieczyć rezultat. Sprawczość koncentruje się na tym, co mogę zrobić w warunkach, których w pełni nie kontroluję.
Przez sporą część życia byłem bardzo sprawczy. Problem polega na tym, że sprawczość stosunkowo łatwo może przebrać się za próbę kontrolowania rzeczywistości. Szczególnie u ludzi, którzy dobrze organizują, przewidują i rozwiązują problemy. Skoro wiele rzeczy potrafię ogarnąć, mózg szybko dochodzi do wniosku, że być może powinienem ogarniać wszystko. Niestety rzeczywistość nie podpisała takiej umowy. Mogę planować, działać, zwiększać prawdopodobieństwo określonych rezultatów i przygotowywać warianty awaryjne. Nadal pozostaje ogromny obszar, na który nie mam wpływu. Dojrzalsza sprawczość oznacza dla mnie dzisiaj działanie bez żądania gwarancji. Nie wiem dokładnie, co się wydarzy. Mogę jednak zdecydować, co zrobię teraz.
Surfer na falach życia
Od dawna używam wobec siebie określenia „surfer na falach życia”. Kiedyś było dla mnie głównie metaforą elastyczności i radzenia sobie ze zmianą. Dzisiaj widzę w niej właściwie cały mój obecny system.
Jestem Surferem na falach życia – czytam ocean, wybieram falę i wiosłuję, żeby ją złapać. Nie wiem, dokąd mnie zaniesie, i nie muszę wiedzieć. Mam w sobie spokój, odwagę i elastyczność, by cieszyć się każdą podróżą – i przytomność, by wyjść na brzeg, gdy warunki mówią „nie dziś”.
Surfer obserwuje ocean, zanim wybierze falę. Potrzebuje więc ciekawości i uważności.
Sam wybiera, na którą falę spróbuje wejść. Jest w tym autonomia.
Potem zaczyna wiosłować, żeby dotrzeć do wybranej fali. To sprawczość.
Nie kontroluje jednak oceanu. Nie wybiera wysokości każdej fali, wiatru ani tego, co wydarzy się za kilka minut.
Może wykorzystać swoje umiejętności, doświadczenie i ocenę sytuacji, ale musi współpracować z rzeczywistością, zamiast wydawać jej polecenia.
A kiedy warunki stają się złe, może zwyczajnie wyjść na brzeg.
Dla mnie ten ostatni element jest dzisiaj równie ważny jak samo wejście na falę. Nie każdą sytuację trzeba wygrać. Nie każdej decyzji trzeba bronić tylko dlatego, że kiedyś została podjęta. Nie każde „dam radę” jest dowodem siły.
Pamiętam, że ster daje kierunek, nie daje jednak władzy nad oceanem.
Czy moje wartości naprawdę się zmieniły?
Po tej pracy moja odpowiedź brzmi: tak, ale samo słowo „zmieniły” jest trochę zbyt pojemne. Wartości mogą zmieniać się na kilka różnych sposobów i wrzucanie ich wszystkich do jednej kategorii zaciemnia obraz.
Może zmienić się hierarchia, czyli coś, co kiedyś było bardzo wysoko, zaczyna ustępować miejsca innej wartości. Może zmienić się znaczenie, jakie nadajemy temu samemu słowu. Może zmienić się sposób realizowania wartości, ponieważ wcześniejsza forma przestała nam służyć. Możemy również odkryć, że coś, co przez lata nazywaliśmy wartością, jest w rzeczywistości strategią działania albo sposobem radzenia sobie.
W moim przypadku wydarzyło się kilka z tych procesów jednocześnie.
Niezależność odsłoniła wierność sobie.
Miłość znalazła swoje miejsce wewnątrz życzliwego wpływu.
Synergia zmieniła kategorię i stała się sposobem działania.
Odkrywanie życia zostało nazwane jako wartość, która prawdopodobnie była obecna od dawna, ale wcześniej nie zajmowała tak wyraźnego miejsca.
Nie widzę więc w swojej historii rewolucji. Widzę ewolucję. Stary system nie był błędny. Nowy korzysta za to z doświadczeń, których wtedy jeszcze nie miałem.
A co na to psychologia?
Tutaj moja historia przestaje być wyłącznie osobistą refleksją. Badania nad wartościami pokazują, że wartości człowieka są stosunkowo stabilne. To dobra wiadomość, bo gdyby zmieniały się wraz z każdą nową sytuacją, dość słabo nadawałyby się na kompas.
Stabilność nie oznacza jednak niezmienności.
Badania podłużne, w których obserwowano te same osoby przez kilka, kilkanaście, a nawet ponad dwadzieścia lat, pokazują zarówno ciągłość, jak i stopniowe przesunięcia. Hierarchia wartości może się zmieniać wraz z wiekiem, doświadczeniem oraz zmianami warunków życia.
W trzyletnim badaniu obejmującym blisko cztery tysiące osób w wieku od 25 do 75 lat wartości zachowywały sporą stabilność, ale pojawiały się również różnice związane z wiekiem. Ośmioletnie badanie młodych dorosłych pokazało podobny obraz. Większość osób zachowywała rozpoznawalny układ wartości, choć znaczenie poszczególnych wartości mogło stopniowo rosnąć lub maleć.
Badanie prowadzone przez 12 lat również pokazało jednocześnie stabilność i zmianę. Przesunięcia były większe u młodszych osób i słabły z wiekiem.
To znacznie bardziej przekonujący obraz niż popularna opowieść o całkowitym „przewartościowaniu życia”. Człowiek zazwyczaj nie wymienia całego systemu. Bardziej prawdopodobne jest przesuwanie akcentów.
Co ile lat powinno się zmieniać wartości?
Nie powinno.
Nie istnieje psychologiczna reguła mówiąca, że wartości zmieniają się co pięć, siedem albo dziesięć lat. Nie znalazłem badań, które potwierdzałyby istnienie takiego cyklu. Wartości nie aktualizują się jak oprogramowanie. Tempo zmian zależy od człowieka i jego życia.
Znaczenie mają etapy rozwojowe, wejście w nowe role, zmiany relacji, środowiska i sytuacji zawodowej. Wpływ mogą mieć kryzysy, straty, nowe możliwości oraz doświadczenia, które konfrontują dotychczasowy sposób patrzenia na siebie z rzeczywistością.
Jedna osoba może przez dwadzieścia lat zachowywać bardzo podobną hierarchię wartości. Inna po kilku mocnych doświadczeniach zacznie inaczej ustawiać swoje priorytety.
Nie istnieje więc sensowna odpowiedź na pytanie „co ile lat zmieniać wartości?”. Znacznie lepsze jest pytanie: co jakiś czas sprawdzać, czy nadal rozumiem je tak samo i czy sposób ich realizowania nadal jest mój.
Jest jeszcze cień wartości
Ten wątek interesuje mnie być może najbardziej, bo tutaj łatwo pomylić samoświadomość z dobrą historią opowiadaną o sobie.
Pracowitość może być wartością. Może też być sposobem zdobywania akceptacji.
Samodzielność może wynikać z autonomii. Może również zabezpieczać przed lękiem przed zależnością.
Pomaganie może wypływać z troski. Może też służyć budowaniu poczucia własnej wartości poprzez bycie niezastąpionym.
Rozwój może prowadzić do ciekawości i uczenia się. Może również zamienić się w bardzo elegancką ucieczkę przed myślą, że człowiek już teraz ma prawo być wystarczający.
To są momenty, w których język wartości potrafi przykrywać mechanizm, którego nie chcemy zobaczyć. Dlatego w pracy nad wartościami interesuje mnie dzisiaj nie tylko to, co człowiek wymienia jako ważne. Interesuje mnie także funkcja.
Po co to robi? Co dzięki temu zyskuje? Przed czym to zachowanie go chroni? Co się wydarzy, kiedy przez chwilę przestanie realizować tę wartość w dotychczasowy sposób?
Odpowiedzi potrafią być mniej wygodne od listy pięciu pięknych słów. Zwykle są za to bardziej użyteczne.
Audyt zamiast wymiany kompasu
Dlatego po obecnym doświadczeniu jeszcze mocniej uważam, że człowiek potrzebuje świadomości własnych wartości. Nie zamierzam wyrzucać ich z coachingu ani zastępować jakąś nowszą koncepcją. Przeciwnie. Właśnie dlatego, że traktuję wartości jako kompas, uważam, że od czasu do czasu wymagają sprawdzenia.
Nie dlatego, że mają termin przydatności. Tylko dlatego, że zmienia się osoba, która się nimi posługuje.
Przy takim „audycie” interesowałoby mnie dziś kilka pytań:
- Czy ta wartość nadal opisuje kierunek, w którym chcę żyć, czy raczej opisuje mój utrwalony sposób radzenia sobie?
- Co dokładnie oznacza dla mnie dzisiaj, a co oznaczała kilka lat temu?
- Jak wygląda jej dojrzała forma, a jak wygląda jej cień?
- Po czym w zwyczajnym tygodniu można poznać, że naprawdę nią żyję?
- Czy sposób realizowania tej wartości nadal mi służy?
- Czy nadal wybieram związane z nią zachowanie, czy coraz częściej ono wybiera mnie?
To ostatnie pytanie jest dla mnie szczególnie mocne. Bo nawet dobra wartość może zostać przejęta przez automatyzm.
Mój kompas dzisiaj
Po tej pracy nie mam poczucia, że zbudowałem siebie od nowa. Mam raczej poczucie, że dokładniej widzę własną konstrukcję.
Wierność sobie mówi mi, że chcę być autorem swojego życia, również wtedy, kiedy korzystam ze wsparcia i wchodzę w zależności.
Odkrywanie życia przypomina mi, że pełny kalendarz nie jest dowodem pełnego życia.
Życzliwy wpływ porządkuje sposób, w jaki chcę być obecny dla innych ludzi, jednocześnie zostawiając odpowiedzialność za ich życie po ich stronie.
A świadome uczestnictwo przypomina, że mam wpływ na swoje decyzje, ale nie jestem dyrektorem zarządzającym rzeczywistością.
To jest mój obecny kompas.
Nie zakładam, że za dziesięć lat będzie wyglądał identycznie. Nie dlatego, że przestanę wierzyć w wartości. Właśnie dlatego, że wierzę w nie zbyt mocno, żeby raz zapisane słowa traktować jak relikwię.
Kompas ma pomagać w orientacji. A dobra orientacja wymaga czasem sprawdzenia, czy odczytujemy go poprawnie, czy mapa jest jeszcze aktualna i czy przypadkiem przez ostatnie kilka lat sami nie nauczyliśmy się widzieć terenu trochę dokładniej.