W rozmowach coachingowych od czasu do czasu słyszę zdanie, które za każdym razem trochę mnie zatrzymuje. Klient mówi, oczywiście każdy własnymi słowami, że nasza rozmowa była pierwszym od wielu tygodni momentem, kiedy spokojnie pomyślał o swoim życiu. Nie o projekcie, który trzeba dowieźć. Nie o tym, co zrobić z problemem w pracy albo jak przeprowadzić trudną rozmowę. O swoim życiu jako całości.
Przez długi czas odbierałem to jako miłą informację zwrotną dotyczącą coachingu. Z czasem zacząłem widzieć w tym coś mniej przyjemnego. Skoro półtorej godziny rozmowy ze mną jest jedynym momentem w miesiącu, w którym ktoś może zrobić krok w bok i przyjrzeć się temu, jak właściwie żyje, to być może problem znajduje się gdzieś indziej. Być może z naszego życia zniknęło miejsce, w którym kiedyś robiliśmy coś podobnego bez umawiania sesji w kalendarzu.

Niedawno trafiłem na rozmowę Jaya Shetty’ego z Madonną, w której pojawia się określenie „third space theory”. Shetty opisuje świat, w którym człowiek funkcjonował w kilku wyraźnie oddzielonych obszarach. Był dom, była praca, a poza nimi istniało jeszcze miejsce związane ze wspólnotą, praktyką religijną albo regularnym spotkaniem z innymi ludźmi. Mogła to być świątynia, kościół, synagoga czy dom kultury. Sednem jego obserwacji jest możliwość wyjścia z codziennych ról i spojrzenia na swoje życie z innego miejsca. Dosłownie i psychicznie.
Zmiana miejsca czasami zmienia sposób myślenia
Ta myśl zainteresowała mnie właśnie dlatego, że jest bardzo zwyczajna. Do refleksji nad życiem nie zawsze potrzebna jest kolejna metoda, aplikacja, książka z ćwiczeniami albo tygodniowy retreat w miejscu, gdzie o szóstej rano ktoś uderza w gong. Czasami potrzebne jest inne „krzesło”.
Miejsce wpływa na role, które uruchamiamy. Przy biurku łatwo zostać pracownikiem, nawet jeśli formalnie dzień pracy skończył się dwie godziny wcześniej. W kuchni wystarczy spojrzeć na zmywarkę, żeby przypomniała się lista domowych spraw. Sam widok laptopa potrafi uruchomić ciąg skojarzeń związanych z pracą. Człowiek miał przeczytać kilka stron książki, a piętnaście minut później odpowiada już na wiadomość, której przecież wcale nie zamierzał otwierać.
Fizyczne wyjście z jednego środowiska czasami przerywa ten automat. Zmienia się otoczenie, znika część bodźców i część ról przestaje domagać się natychmiastowej uwagi. Powstaje możliwość zobaczenia własnej codzienności z pewnego oddalenia.
W rozmowie z Shettym Madonna idzie jeszcze o krok dalej. Zauważa, że wraz z osłabieniem takich przestrzeni człowiek został głównie z domem i pracą. Pandemia w przypadku wielu osób połączyła te dwa miejsca, ponieważ praca weszła do mieszkania. Potem pojawił się telefon. Ciało nadal siedzi na kanapie, ale uwaga znajduje się gdzieś w komunikatorach, serwisach informacyjnych, mediach społecznościowych albo filmach. W pewnym momencie pada pytanie: „So, like, where are you?”. Odpowiedź Madonny jest krótka: „You’re nowhere”.
Trochę brutalne. I całkiem celne.
Trzecie miejsce i trzecia przestrzeń
Tutaj potrzebne jest uporządkowanie pojęć, ponieważ „trzecia przestrzeń” brzmi naukowo, ale Shetty używa tego określenia dość swobodnie.
Znacznie starsza jest koncepcja „third place”, czyli trzeciego miejsca, opisana przez amerykańskiego socjologa Raya Oldenburga. Termin pojawił się w jego pracach w latach osiemdziesiątych, a szerzej został rozwinięty w książce „The Great Good Place” z 1989 roku. Dla Oldenburga pierwszym miejscem był dom, drugim praca, a trzecim nieformalna przestrzeń spotkań z innymi ludźmi. Kawiarnia, pub, bar, salon fryzjerski, biblioteka albo inne miejsce, do którego można regularnie przychodzić i spotykać znajome twarze. Rozmowa i swobodny kontakt z ludźmi były tam ważniejsze niż realizowanie określonego zadania.
To trochę inna historia niż ta opowiedziana przez Shetty’ego. Oldenburg interesował się przede wszystkim nieformalnym życiem społecznym. Shetty wykorzystuje podobny podział przestrzeni, aby mówić o autorefleksji i życiu duchowym.
Te dwa pomysły jednak dobrze się spotykają. W obu przypadkach pojawia się miejsce poza codziennymi obowiązkami, w którym człowiek może na chwilę wyjść z dobrze znanego zestawu ról. Nie musi być wtedy pracownikiem, menedżerem, partnerem, rodzicem ani człowiekiem odpowiedzialnym za wymianę filtra w ekspresie. Może przez chwilę po prostu być.
I właśnie tego rodzaju przestrzeni zaczyna mi brakować w opowieściach wielu osób, z którymi pracuję.
Kawiarnia może być biurem z droższą kawą
Samo wyjście z mieszkania jeszcze niewiele załatwia.
Kawiarnia z otwartym laptopem łatwo staje się filią biura, tyle że rachunek za cappuccino płaci pracownik. Siłownia może być kolejnym miejscem realizowania planu, poprawiania wyniku i kontrolowania postępów. Spacer z podcastem daje ruch i zmianę otoczenia, ale ciszę natychmiast zajmuje cudzy głos. Nawet medytacja potrafi zmienić się w projekt, jeżeli pojawia się seria dni do utrzymania, aplikacja mierząca regularność i lekkie poczucie winy po opuszczeniu jednej medytacji.
Mamy niezwykły talent do zamieniania niemal wszystkiego w zadanie.
Dlatego przestrzeń sprzyjająca refleksji potrzebuje pewnego odklejenia od produktywności. Jeżeli każda wolna godzina ma przynieść efekt, poprawić formę, dostarczyć wiedzy albo zostać dobrze wykorzystana, refleksja od początku przegrywa konkurencję. Jej rezultat jest nieprzewidywalny. Po godzinie siedzenia na ławce może pojawić się świetny pomysł. Może też nie pojawić się nic szczególnego.
W świecie optymalizacji „nic szczególnego” wygląda podejrzanie.
A jednak właśnie podczas takich pozornie pustych momentów pojawiają się pytania, które w normalnym trybie dnia mają słabą siłę przebicia. Czy nadal chcę robić to, co robię? Dlaczego od kilku miesięcy jestem ciągle poirytowany? Kiedy ostatni raz zrobiłem coś wyłącznie dlatego, że miałem na to ochotę? Czy decyzja, którą odwlekam, naprawdę wymaga jeszcze analizy, czy zwyczajnie boję się ją podjąć?
Takie pytania są niewygodne, więc telefon ma nad nimi ogromną przewagę. Telefon zawsze ma coś łatwiejszego do zaoferowania.
Odpoczynek załatwia inną sprawę
Jest jeszcze jedna pułapka. Refleksję łatwo pomylić z odpoczynkiem.
Odpoczynek regeneruje. Można po nim mieć więcej energii, lepiej spać i odzyskać cierpliwość do świata. Refleksja służy spojrzeniu na kierunek, w którym ten wypoczęty człowiek właściwie zmierza. Człowiek może być świetnie zregenerowany i nadal żyć w sposób, który przestał mu odpowiadać.
Dwa tygodnie nad morzem mogą poprawić stan organizmu. Same z siebie raczej nie odpowiedzą na pytanie, czy praca wykonywana od pięciu lat nadal ma sens. Tym bardziej że współczesny urlop także potrafi być intensywnym przedsięwzięciem logistycznym. Trzeba zobaczyć, zwiedzić, zjeść, zrobić zdjęcie, sprawdzić opinie, znaleźć następne miejsce, a potem jeszcze odpocząć po wypoczynku.
Refleksja ma gorszy PR, ponieważ potrzebuje odrobiny bezczynności. Dobrze znosi nudę. Nie domaga się natychmiastowego efektu.
Być może dlatego łatwiej powiedzieć „potrzebuję odpocząć” niż „potrzebuję pobyć przez godzinę sam ze swoim życiem”.
Wolna godzina często wcale nie jest wolna
Często pojawia się zdanie: „mam za mało czasu dla siebie”. Bywa prawdziwe. Bywa również diagnozą postawioną trochę za szybko.
Czas czasami istnieje, ale zostaje natychmiast zajęty. Godzina w mieszkaniu rozpada się na kilka drobnych czynności. Telefon trzeba tylko sprawdzić. W pralce skończył się program. Przyszła wiadomość służbowa. Na stole leży rzecz, którą można od razu odłożyć. Skoro już włączony został komputer, można też szybko sprawdzić jedną rzecz.
Po godzinie trudno powiedzieć, co właściwie się wydarzyło.
Dlatego osobne miejsce działa również jak granica. Pozwala na chwilę ograniczyć dostęp wszystkim drobnym sprawom, które w swoim naturalnym środowisku są niezwykle przekonujące. Jeżeli coś znajduje się metr od człowieka, łatwo uznać, że trzeba zająć się tym właśnie teraz.
Telefon tę granicę zdemolował. Nosi dom i pracę razem ze sobą. Dawniej wyjście z biura oznaczało przynajmniej fizyczne oddalenie od części spraw zawodowych. Dzisiaj biuro bez większego problemu mieści się w kieszeni kurtki i odzywa się przy wejściu do lasu.
Refleksja potrzebuje rytuału bardziej niż motywacji
W rozmowie Shetty’ego z Madonną pojawia się jeszcze jeden ciekawy wątek. Miejsce zaczyna działać dzięki regularności. Madonna mówi o praktyce, o cotygodniowym czasie przeznaczonym na studiowanie i zatrzymanie. Shetty zwraca uwagę, że fizyczne przestrzenie mogą pomagać w uruchamianiu wewnętrznych procesów.
To tłumaczy, dlaczego jednorazowy samotny spacer po trudnym tygodniu ma inną funkcję niż miejsce, do którego wraca się regularnie. Powtarzalność usuwa konieczność ciągłego podejmowania decyzji. Nie trzeba co tydzień prowadzić ze sobą negocjacji, czy akurat dzisiaj refleksja jest wystarczająco pilna.
Dawne formy życia wspólnotowego miały tę przewagę, że termin często był ustalony z góry. Niedziela, konkretna godzina, konkretne miejsce. Współczesny człowiek zyskał ogromną swobodę konstruowania własnych rytuałów, a razem z nią obowiązek samodzielnego pilnowania, żeby w ogóle się wydarzyły.
Kalendarz bez litości wykorzystuje każdą przestrzeń, która nie ma właściciela.
Czy coaching jest trzecią przestrzenią?
Wracam więc do zdania z początku tego tekstu.
Sesja coachingowa formalnie nie jest trzecim miejscem Oldenburga. Nie jest też ciszą, bo podczas spotkania rozmawiają dwie osoby. Ma określony czas, intencję i strukturę.
A jednak może pełnić podobną funkcję psychologiczną. Na półtorej godziny człowiek wychodzi z bieżącej narracji i zaczyna oglądać ją z pewnego dystansu. Opowiada o pracy, związku, decyzjach czy planach komuś, kto nie uczestniczy bezpośrednio w tych wydarzeniach. Sam fakt ubrania doświadczeń w słowa potrafi zmienić perspektywę. Pytanie zadane z zewnątrz czasami przerywa sposób myślenia powtarzany od miesięcy.
Byłoby jednak trochę smutne, gdyby jedynym miejscem do takiego zatrzymania pozostał gabinet coacha, terapeuty albo płatna sesja online.
Przestrzeń do refleksji może być znacznie bardziej zwyczajna. Stała ławka nad morzem. Biblioteka, do której przychodzi się bez laptopa. Niedzielny spacer odbywany bez słuchawek. Pusta kawiarnia rano, jeżeli telefon zostaje w kieszeni. Cotygodniowa godzina spędzona z notesem. Świątynia, jeżeli komuś odpowiada taka forma. Ogród działkowy. Warsztat. Samochód zaparkowany przy lesie po zakończonej trasie.
O jakości tej przestrzeni nie decyduje instagramowy widok ani specjalny wystrój. Decyduje to, co człowiek przestaje w niej robić.
Miejsce, w którym przez chwilę nie trzeba niczego poprawiać
Mam wrażenie, że współczesny problem z refleksją zaczyna się wcześniej niż przy braku czasu. Coraz mniej sytuacji pozostawiamy bez dodatkowej treści. W kolejce pojawia się telefon. Podczas spaceru podcast. Przy gotowaniu serial. W samochodzie radio. Na siłowni muzyka. Nawet zasypianiu może towarzyszyć aplikacja opowiadająca, jak prawidłowo zasnąć.
Cisza stała się pustym miejscem, które natychmiast próbujemy czymś wypełnić.
Tymczasem życie oglądane wyłącznie z jego środka wygląda inaczej niż życie obejrzane czasem z kilku kroków. Z bliska widać przede wszystkim rzeczy pilne. Termin, wiadomość, rachunek, konflikt, spotkanie, zakup. Dopiero z dalszej perspektywy można zobaczyć, że od pół roku wszystkie dni wyglądają podobnie albo że sprawa uznawana za wielki problem wcale nim nie jest.
Może więc pytanie o trzecią przestrzeń jest bardziej praktyczne, niż na początku wygląda. Nie wymaga nowej filozofii życia ani kolejnego systemu samorozwoju. Wystarczy sprawdzić, czy w tygodniu istnieje choć jedno miejsce, w którym przez jakiś czas niczego nie trzeba produkować, konsumować, mierzyć ani poprawiać.
Jeżeli takiego miejsca nie ma, telefon z przyjemnością zagospodaruje także tę przestrzeń.
On nigdy nie ma problemu z brakiem pomysłów.
Dla zainteresowanych podaję źródła:
Jay Shetty, rozmowa z Madonną w podcaście „On Purpose”, 29 września 2025, fragment dotyczący „third space theory” i przejścia od domu oraz pracy do telefonu.
Ray Oldenburg, koncepcja „third place”, rozwinięta w książce „The Great Good Place”; opis trzeciego miejsca jako nieformalnej przestrzeni spotkań poza domem i pracą.