Są ludzie, którzy od lat przygotowują się do życia. Mają plany, marzenia, całkiem rozsądne argumenty i zwykle bardzo dobre wyjaśnienie, dlaczego jeszcze nie teraz. Zmiana pracy poczeka, aż sytuacja na rynku się uspokoi. Podróż odbędzie się, kiedy będzie więcej pieniędzy. Na zadbanie o siebie przyjdzie czas, gdy dzieci dorosną. Własny biznes ruszy, kiedy gospodarka stanie się bardziej przewidywalna. A szczęśliwe życie? Cóż, ono też jest w planach, tylko na razie terminarz trochę napięty.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Człowiek pracuje, płaci rachunki, spotyka się ze znajomymi, czasami wyjeżdża na wakacje. Tymczasem gdzieś z tyłu głowy funkcjonuje przekonanie, że obecne życie jest jedynie etapem przejściowym. Prawdziwe życie zacznie się później, kiedy wreszcie uda się uporządkować wszystkie sprawy. Problem pojawia się wtedy, gdy ten etap trwa pięć, dziesięć albo dwadzieścia lat. Okoliczności się zmieniają, pojawiają się nowe powody odkładania decyzji, ale sam mechanizm pozostaje zadziwiająco stabilny.

W psychologii analitycznej funkcjonuje pojęcie provisional life, które można przetłumaczyć jako „życie prowizoryczne”. Jest ono związane z tradycją jungowską i opisuje sposób funkcjonowania, w którym człowiek traktuje teraźniejszość jak poczekalnię przed właściwym życiem. Osobiście lubię określenie „życie na potem”, bo dobrze oddaje codzienny wymiar tego zjawiska.
Kiedy teraźniejszość staje się poczekalnią
Z ludźmi, którzy odkładają swoje życie na później, spotykałem się na długo przed rozpoczęciem profesjonalnej praktyki coachingowej. Widziałem to u współpracowników, znajomych i osób zarządzających firmami. Później zacząłem dostrzegać podobne mechanizmy w rozmowach z klientami coachingowymi.
Co ciekawe, często nie brakowało im kompetencji, pieniędzy ani możliwości. Potrafili podejmować skomplikowane decyzje zawodowe, zarządzać zespołami i trafnie oceniać ryzyko. Jednak kiedy rozmowa schodziła na ich własne potrzeby, pojawiało się znajome „jeszcze nie teraz”. Ktoś od lat chciał zmienić pracę, ale zawsze trafiał na niewłaściwy moment. Ktoś inny marzył o większej niezależności, jednak najpierw musiał uporządkować sprawy zawodowe. Jeszcze ktoś odkładał zakończenie niesatysfakcjonującej relacji, bo przecież trzeba było poczekać, aż sytuacja się wyjaśni. Przy czym owo wyjaśnienie nie miało określonej daty ani konkretnych warunków.
Psychologicznie jest to całkiem zrozumiałe. Dopóki rozważamy różne możliwości, nie musimy ponosić konsekwencji wyboru. Wyobrażona przyszłość jest pod tym względem wygodniejsza od rzeczywistości. Można ją dowolnie poprawiać, rozbudowywać i zmieniać. Nie wystawia rachunków, nie popełnia błędów i nie wymaga trudnych rozmów.
Odkładanie decyzji daje też chwilową ulgę. Skoro dzisiaj nie muszę niczego rozstrzygać, mogę na moment przestać się obawiać konsekwencji. Kłopot pojawia się wtedy, gdy ta ulga staje się nawykiem, a przygotowywanie się do zmiany zastępuje samą zmianę.
Świat daje nam coraz więcej powodów do czekania
Mam wrażenie, że w ostatnich latach życie prowizoryczne zyskało wyjątkowo sprzyjające warunki. Nie twierdzę, że wcześniej ludzie rzadziej odkładali swoje decyzje. Dostrzegam jednak, że współczesny świat dostarcza wyjątkowo przekonujących argumentów za tym, żeby jeszcze trochę poczekać.
Pandemia COVID-19 pokazała, jak szybko mogą rozsypać się nasze plany. Później przyszła pełnoskalowa wojna w Ukrainie, inflacja, rosnące koszty życia i kolejne napięcia międzynarodowe. Do tego dochodzi rozwój sztucznej inteligencji, która u wielu osób wywołuje pytania o przyszłość ich zawodów i bezpieczeństwo zatrudnienia. Kiedy człowiek zaczyna oswajać się z jedną zmianą, pojawia się następna. W takich warunkach łatwo uznać, że rozsądniej będzie zaczekać, aż sytuacja się uspokoi.
Tyle że nie mamy żadnej gwarancji powrotu do świata, w którym przez długie lata będzie spokojnie i przewidywalnie. Być może przyzwyczailiśmy się traktować okresy względnej stabilności jako coś naturalnego, a kolejne kryzysy jako chwilowe zakłócenia. Historia daje jednak sporo powodów, żeby podchodzić do tego przekonania ostrożnie.
Zastanawiam się czasami, ilu ludzi odłożyło swoje osobiste plany w 2020 roku, zakładając, że wrócą do nich za kilka miesięcy. Ilu rzeczywiście wróciło, a ilu nadal czeka, tyle że dziś uzasadnia to już innymi wydarzeniami? Zewnętrzna niepewność jest realna. Może jednak stać się również wygodnym uzasadnieniem odkładania spraw, które od dawna wymagały decyzji. A rozpoznanie różnicy między tymi sytuacjami bywa znacznie trudniejsze niż przeanalizowanie kolejnych wiadomości o stanie świata.
Ile procent pewności potrzeba, żeby zacząć działać?
W pracy coachingowej spotykam osoby, które potrafią bardzo dokładnie opisać swoją sytuację, przedstawić zalety i wady różnych rozwiązań oraz wskazać potencjalne ryzyka. Mają odpowiedzi na niemal wszystkie pytania, poza jednym: co zamierzają z tym wszystkim zrobić?
Sam jestem zwolennikiem porządnego przygotowania, więc daleko mi do namawiania kogokolwiek do pochopnych decyzji. Problem zaczyna się wtedy, gdy oczekiwany poziom bezpieczeństwa okazuje się niemożliwy do osiągnięcia.
W takich sytuacjach zdarza mi się zadawać klientowi pytanie, które z pozoru przypomina zabawę w procenty. Pytam, ile pewności potrzebuje, zanim zdecyduje się działać. Zakładamy przy tym, że stuprocentowej pewności nie da się osiągnąć. Czy wystarczy mu 70%? A może potrzebuje 80 albo 90%? I skąd właściwie będzie wiedział, że osiągnął oczekiwany poziom?
Oczywiście nie próbuję matematycznie mierzyć czegoś tak subiektywnego jak poczucie pewności. Nie istnieje też uniwersalny procent, przy którym należy podejmować życiowe decyzje. Interesuje mnie moment, w którym klient zaczyna rozumieć, że może świadomie zaakceptować pewien poziom niepewności, zamiast bez końca próbować go wyeliminować.
Bywa, że taka rozmowa przynosi zaskakujące rezultaty. Osoba, która jeszcze chwilę wcześniej wymieniała powody uniemożliwiające jej działanie, zaczyna zauważać, że dysponuje już całkiem sporą wiedzą, ma określone zasoby i rozumie potencjalne konsekwencje swojej decyzji. Nadal czegoś nie wie i nadal odczuwa obawy, ale dopuszcza myśl, że nie musi pozbywać się ich wszystkich przed rozpoczęciem działania.
Czasami pytam również, co konkretnie musiałoby się wydarzyć, żeby poczucie pewności wzrosło z 70 do 90%. Jeśli klient potrafi wskazać informacje, które rzeczywiście wpłyną na jego decyzję, mamy nad czym pracować. Jeśli natomiast odpowiedź sprowadza się do ogólnego „musiałbym poczuć się bezpieczniej”, przyglądamy się temu, czy oczekiwanie na bezpieczeństwo nie stało się sposobem unikania odpowiedzialności za wybór.
To właśnie w takich rozmowach często pojawia się zmiana sposobu myślenia. Człowiek odkrywa, że dalsze przygotowanie niewiele już wniesie, a brak pełnej pewności wcale nie musi oznaczać braku gotowości. Może mieć wystarczające przesłanki do działania i nadal odczuwać niepewność. Jedno nie wyklucza drugiego.
Czekanie również ma swoją cenę
W rozmowach o zmianie interesuje mnie jeszcze jedna kwestia. Ludzie stosunkowo łatwo wymieniają zagrożenia związane z podjęciem decyzji. Znacznie rzadziej zastanawiają się, co tracą, kiedy przez kolejne lata niczego nie zmieniają.
Pozostawanie w miejscu także jest wyborem, choć nie zawsze podejmowanym świadomie. Może oznaczać kolejne lata pracy, która przestała dawać satysfakcję, rezygnację z ważnych potrzeb albo stopniowe przyzwyczajanie się do życia, którego kiedyś wcale nie planowaliśmy.
Wyobraźmy sobie osobę, która od pięciu lat chce zmienić pracę. Doskonale zna wszystkie ryzyka związane z odejściem z obecnej firmy. Obawia się utraty stabilności finansowej, trudności z odnalezieniem się w nowym zespole i rozczarowania nowym pracodawcą. Tymczasem rzadko uwzględnia w swoich kalkulacjach koszt pięciu lat spędzonych w miejscu, które od dawna przestało ją rozwijać.
Nie każda zwłoka jest błędem. Czasami pozostanie w dotychczasowej sytuacji jest najbardziej rozsądnym rozwiązaniem, szczególnie gdy odpowiadamy za bliskich albo mamy ograniczone zasoby. Dobrze jednak wiedzieć, że rzeczywiście podjęliśmy taką decyzję, zamiast żyć w przekonaniu, że żadnego wyboru nie mamy.
Sam miałem w życiu doświadczenia, które dość brutalnie przypomniały mi o ograniczonej przewidywalności przyszłości. Poważny wypadek samochodowy, długa choroba i śmierć bliskiej mi osoby sprawiły, że zacząłem inaczej traktować własny czas. Zrozumiałem również, że odkładanie pewnych spraw na później jest decyzją, której konsekwencje mogą okazać się nieodwracalne.
Być może właśnie dlatego, kiedy słyszę od klienta, że jeszcze trochę poczeka z czymś, co od dawna jest dla niego ważne, zastanawiam się, czy rzeczywiście potrzebuje więcej czasu, czy raczej zgody na to, że życie nigdy nie zapewni mu wszystkich gwarancji.
Niepewność nie zawsze jest powodem, żeby czekać. Czasami jest po prostu warunkiem, na który musimy się zgodzić, żeby zacząć działać. I nie musi to oznaczać życiowej rewolucji. Wystarczy konkretna decyzja, rozmowa odkładana od miesięcy albo pierwszy krok w kierunku zmiany, o której od dawna myślimy.
Bo wyobrażenie lepszego życia potrafi być naprawdę atrakcyjne. Szkoda tylko, że można spędzić całe lata, oglądając je wyłącznie w głowie.
Zostawię więc na koniec pytanie, które sam uważam za dosyć niewygodne: na co właściwie czekam, zanim pozwolę sobie uznać, że to już jest moje życie?