Rafał Markiewicz

Blog

Sympatyczność – zagubiona moc ludzi

Zrobiłem ostatnio pewien eksperyment. Wybrałem kilka osób, które funkcjonują w świadomości społecznej – czasami dość szerokiej, a czasami nieco węższej – które mnie z jakiś powodów przyciągają do siebie. Czasami mnie ciekawią, czasami inspirują, a już z pewnością obcowanie z ich aktywnością powoduje u mnie pozytywne wibracje. Następnie postawiłem pytanie, co jest cechą je łączącą, która powoduje tak pozytywne nastawienia z mojej strony. Odpowiedź była tak oczywista, że wręcz niedostrzegalna. Szukałem cechy wyjątkowej, a tymczasem…

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - sympatyczność – być sympatycznym – bycie sympatycznym
Photo by Nick Page on Unsplash

1. Autentyczność

Dla jasności wśród wybranych osób nie było celebrytów, aktorów czy polityków (choć jeden, miałby duże szanse się załapać). Chciałem z definicji uniknąć ludzi zakładających na co dzień nierzeczywiste maski, grających pod kamerę i publikę. Zrozumiałem więc, że z pewnością jednym z istotnych czynników jest autentyczność. Niemniej jednak znam sporo autentycznych osób, z którymi mimo wszystko mi nie po drodze.

2. Pasja – ale taka wręcz organiczna, która wibruje w człowieku

Kolejne czego się chwyciłem to pasja, ale lepszym sformułowaniem byłoby chyba autentyczne zaangażowanie połączone z chęcią dzielenia się tym co robią. Jednak warunkiem dodatkowym był tutaj brak nachalności w tym dzieleniu, a już warunkiem koniecznym brak napuszenia i mesjanizmu w przekazie. Znowu jednak znalazłem parę osób, które przejawiały tę cechę, a mimo wszystko jakoś nie czułem tych dobrych wibracji płynących z ich strony.

3. Dystans do siebie – czyli brak przysłowiowego kija w wiadomym miejscu

Kiedy już myślałem, że jestem blisko odkrycia zagadki i niemal z triumfem chciałem obwieszczać, iż kluczem jest dystans do samego siebie. Czyli traktowanie siebie bez zbędnej powagi i namaszczenia oraz bez strachliwego oglądania się na to co ludzie powiedzą. Skojarzyłem jedną osobę, która jest i autentyczna, i ma pasje do tego co robi oraz spory dystans do oceny innych ludzi a mimo wszystko w naszych relacjach coś zgrzyta.

4. Sympatyczność – ukryta moc

Czasami, kiedy długo nad czymś myślę i mam wrażenie, że mogłem zgubić odpowiedni dystans do sprawy lubię się poradzić innych. Tak też zrobiłem i tym razem. Kiedy w temat wtajemniczyłem moją „drugą połowę” i wymieniłem krótką listę osób, o których myślę odpowiedź była natychmiastowa: „Przecież to oczywiste – oni wszyscy są sympatyczni!” i to był strzał w dziesiątkę.

Tak więc przepis na przyciąganie innych dobrymi wibracjami i pozytywnością to moim zdaniem mix co najmniej powyższych cech. Jednak tym czynnikiem koniecznym – niemal mitycznym „faktorem X” – jest bycie sympatycznym.

W tej sytuacji nie byłbym sobą, gdybym nie zadał Ci pytania: „Jak sądzisz na ile Ty jesteś sympatyczną osobą i na podstawie czego formułujesz tę ocenę?”

Prze_myślnik #46 – pesymizm i malkontenctwo

Jedną z najtrudniejszych rzeczy w relacjach ze znajomymi bywa gloryfikowanie przez nich beznadziejności swojej sytuacji, kiedy Ty w tej sytuacji widzisz jeszcze wiele potencjału do zmiany. Czym bardziej chcesz tę możliwość im unaocznić, na tym większy opór z ich strony trafiasz.

Najpierw usłyszysz, że Ty ich nie rozumiesz i nie potrafisz się postawić w ich sytuacji. Potem od innych znajomych możesz usłyszeć, że Ci pierwsi twierdzą, że chyba ich nie lubisz, bo podobno ciągle ich atakujesz.

Tak naprawdę zaburzasz ich „święty świat niemocy”. Rozgościli się w nim i zadomowili. Dzięki niemu mogą ciągle narzekać i zyskiwać w ten sposób uwagę innych. Ty ze swoimi pomysłami na zmianę jesteś dla nich zagrożeniem.

Jeszcze w trakcie kursu coachingowego uczono mnie, abym zwracał uwagę na motywację klientów. Uczulano mnie na to, że trafią się tacy, którzy mówiąc o zmianie nie będą jej chcieli. Przyjdą tylko po to, abym był kolejnym specjalistą, który nie poradzi sobie z ich „trudną” sytuacją i stanie się żywym dowodem na beznadziejność ich żywota.

Choć początkowo myślałem, że to przesadna ostrożność, dziś mam kilka takich przykładów ze swojej praktyki. Zawsze wtedy po pierwszy spotkaniu mówię im, że nie czuję u nich chęci zmiany, ale być może się mylę. Nie umawiam się na kolejne spotkanie, tylko proszę, aby wrócili do domu i na spokojnie przemyśleli tę kwestię. Jeżeli faktycznie poczują, że chcą zmiany proszę by zadzwonili i wtedy z chęcią się z nimi umówię na kolejne spotkanie. Żaden z nich, już więcej nie zadzwonił…

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - pesymizm i malkontenctwo

Na tropach życiowej satysfakcji

Ludzie szukają w życiu różnych rzeczy: szczęścia, bogactwa i co szczególnie częste poczucia bezpieczeństwa. Bywają też tacy, którzy marzą o sukcesie lub rozglądają się tęsknie za uczuciem życiowej satysfakcji.

Każde z nich dla każdego z nas może znaczyć zupełnie coś innego. Praktycznie każde z nich nie jest stałe i zarazem jest względne. Jednak poczucie satysfakcji z życia jest chyba najbardziej przewrotnym z wyżej wymienionych.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - satysfakcja z życia
Image by successdhamala from Pixabay

Satysfakcja z życia, w życiu – czy jeszcze inaczej?

Często możemy usłyszeć twierdzenia: „moje życie nie jest satysfakcjonujące” lub „szukam satysfakcji w życiu”. Pytanie jednak, czy na pewno to życie ma być satysfakcjonujące, czy też nasze działania. Czy powinniśmy szukać satysfakcji w życiu, czy w nas samych?

Po pierwsze, uczucie satysfakcji nie pochodzi z życia, tylko z naszego wnętrza. Zatem szukanie go na zewnątrz, czy też obarczanie życia za to, że nie jest nam satysfakcjonująco dobrze to zupełnie błędny kierunek. 

Po drugie, często używamy stwierdzenia „satysfakcja z życia” zupełnie nie zastanawiając się co ono faktycznie oznacza. Zatem nie wiedząc do końca czego szukamy, nie mamy szansy tego znaleźć. Chociażby z tego powodu, że jak nawet na tę mityczną satysfakcję trafimy, to jej nawet nie rozpoznamy.

Satysfakcja – czyli co?

Tutaj z dużą pomocą przychodzi nam definicja satysfakcji, o ile oczywiście wpadliśmy wcześniej na to, aby ją w ogóle sprawdzić. Ta, którą ja szczególnie polecam pochodzi z Wielkiego słownika języka polskiego i brzmi:

Satysfakcja – stan psychiczny, jakiego doznaje osoba, która osiągnęła coś, na czym jej zależało.

Prosta? No prosta, ale czy na pewno?

Z jednaj strony wprost definiuje, że to stan psychiczny doznawany przez osobę i tym samym wyklucza „życie” z udziału w satysfakcji, bo życie to nie osoba.

Z drugiej strony zawiera w sobie jedną istotną pułapkę. Spora część osób, nigdy nie zastanowiła się na czym im tak naprawdę w życiu zależy. Z tego też powodu nie mogą oni osiągną poczucia zadowolenia z osiągnięcia tego na czym im zależało, czyli nie doświadczają uczucia satysfakcji.

Na czym Ci w życiu zależy?

Idąc tropem definicji „satysfakcji” powyższe pytanie staje się pytaniem kluczowym. Można się jednak domyślać najczęstszych stwierdzeń jakie się pojawią w odpowiedzi na nie. Będą to między innymi: „szczęście”, „zdrowie”, „bezpieczeństwo”, „rodzina”, „sukces”, „sława” i „pieniądze”.

Ja jednak zarykuję tezę, że żadne z nich nie jest prawdziwe. To są z pewnością ważne cele, do których możemy dążyć. Jednak tak naprawdę, to na czym nam w życiu zależy, to na poczuciu „że żyjemy”, a doświadczamy go, kiedy doświadczamy emocji. Oczywiście, najlepiej tych pozytywnych.

Satysfakcja w zasięgu ręki

Powyższe stanowi istotną wskazówkę do poczucia naszego zadowolenia z życia. Ważnym jest, żeby tak je planować, aby zapewnić sobie odpowiednią dawkę ekscytacji. Doświadczać czegoś nowego, odkrywać niepoznane jeszcze miejsca i dziedziny życia, a także przełamywać codzienne schematy. Ostatecznie dawka niepewności także może być ekscytująca.

Najważniejszym jednak jest to, aby nie popaść w życiową stagnację, bo jak mawiają niektórzy to „śmierć jeszcze za życia”.

Ramy życia

Stosunkowo niewiele osób, kiedy patrzy na obraz ma świadomość jak istotna dla całokształtu jest jego rama. Może ona zarówno działać na korzyść jego zawartości lub wręcz przeciwnie, psuć cały efekt. Dla lepszego zobrazowania, możemy sobie wyobrazić nowoczesny, dynamiczny obraz otoczony starą, szeroką ramą. Odbierze mu ona „swoim ciężarem” dynamiki oraz pozbawi nowoczesności.

Problem w tym, że życie wielu z nas wygląda właśnie w ten sposób. Ulega ono dynamicznym przemianom, tak samo jak nasze otoczenie. Zawartość obrazu ulega wiec zmianie, ale rama pozostaje wciąż ta sama. Gruba, ciężka i niedopasowana – tylko my tego nie zauważamy.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - portfel kompetencji - ramy życia - zmiana
Image by mollyroselee from Pixabay

Przekonania i schematy zachowań – składowe naszej ramy

Skąd się biorą ramy? Składają się na nią przekonania i zasady, w których się wychowaliśmy i które nam w ramach tego procesu wychowawczego wpojono. Budują ją także nasze doświadczenia zarówno te dobre, jak i złe. To często właśnie na nich bazuje nasza wiara, że coś dział lub nie.

Rama kształtuje się intensywnie w pierwszej części naszego życia. Problem w tym, że tylko nieliczni pracują z nią świadomie również w następnych latach. Gdybyśmy się przyjrzeli większości życiowych ram będą one stare, nieco spękane i bardzo często obrosłe kurzem.

Tymczasem obraz w nie zamknięty – czyli nasze życie – praktycznie co dni będzie malowany od nowa. Teraz spróbujmy sobie wyobrazić jak będzie wyglądał całokształt. Dynamiczna zawartość, zamknięta w starym i zakurzonym obramowaniu.

Co Ci robi rama?

Życiowe ramy służą do tego, aby łatwiej było nam żyć. Pomagają unikać powtarzania błędów z przeszłości. Dzięki nim łatwiej nam też zakwalifikować dane zdarzenie, zachowanie, czy pogląd jako zgodny z nami lub nie. To ich niekwestionowane zalety.

Ramy jednak, to również pewnego rodzaju klatka. Coś co nas ogranicza i zamyka. To także ciężar, który dźwigamy przez swoje życie. Im grubsze i cięższe tym bardziej ciągnął nas w dół i trzymają przy ziemi. W tych ramach, często zagnieżdża się także nasz lęk i wewnętrzny krytyk.

Masz ochotę zrobić coś nietypowego w swoim życiu lub pozwolić sobie na kreatywność i skorzystanie ze swojego potencjału, a rama skrzypi: „nie rób tego, bo polegniesz”, „nie dasz rady”, „to dobre dla innych, a nie dla Ciebie”, „co pomyślą inni”, „a jeśli Ci nie wyjdzie”, „tak nie wolno/nie wypada” itd.

Spróbuj sobie teraz wyobrazić ciemne pomieszczenie z otwartymi drzwiami, które prowadzą na piękna świetlistą łąkę. Widzi je także znajdujący się w tym pomieszczeniu pies, który postanawia skorzystać wreszcie z wolności i wybiegać się w promieniach słońca. Chwyta swój ulubiony kij od miotły w pysk i zaczyna biec ku słońcu. Nagle „trach!”… i staje jak wryty w progu. Próbuje jeszcze raz i znowu „trach!”, próg pozostaje niepokonany. Skonsternowany, wkurza się i napiera całą siłą i znowu nic.

Mentalna blokada

Nie, w drzwiach nie było szyby, nie zatrzymała go też jakaś tajemnicza siła. Zatrzymał go kij od miotły, który trzyma w pysku. Co próbuje przejść, kij blokuje się na framudze. Nie zadziała ani siła, ani rozpęd. Nie przeskoczy też progu. Będzie tak tkwił w miejscu, aż do momentu, kiedy nie wypuści kija z pyska.

Wielu pomyśli sobie „co za durny pies”. Problem w tym, że oni zachowują się tak samo jak on. Kiedy mają przed sobą „drzwi możliwości”, próbują przez nie przejść nie wypuszczając swojej ramy z rąk. Działa ona dokładnie tak samo jak ten kij.

– Zmienił bym pracę na lepszą, bo tej nie znoszę i mało płacą.

–  To zmień!

– No, ale wiesz… nie wiem czy sobie poradzę – „trach!” rama walnęła w obrys drzwi

– Chciałabym mieć swoją działalność i być freelancerką

– No to już, czym się zajmiesz?

– No jeszcze nie wiem, bo nie lubię ryzyka – „trach!” rama wali we framugę

– Chciałabym mieć szczęśliwe życie, ale miałam trudne dzieciństwo

– Spoko, on już było. Teraz sama decydujesz jakie będzie Twoje życie.

– No ale, to moje dzieciństwo…. – „trach!” futryna trzeszczy od uderzenia, ale nie puszcza

– Mam problemy w komunikacji z ludźmi

– Jak to się zatem dzieje, że widzisz mnie pierwszy raz i rozmawiasz ze mną tak swobodnie

– No, ale z tobą to co innego – „puk” lekki stukot ramy

– Hmm, skąd to przekonanie? Ktoś Ci o tym powiedział? Masz jakieś sygnały od innych?

– No nie, ale tak czuję… – „trach!” tym razem rama z impetem uderza w obramowanie drzwi

Praca coacha, to często pokazywanie klientowi lustra, w którym może się przejrzeć. Czasami dopiero wtedy dostrzega ramę zblokowaną w drzwiach.

Czasami coach musi też pomóc klientowi wyobrazić sobie co może się stać po drugiej stronie drzwi. Tylko po to, aby miał chęć i odwagę puszczenia dotychczasowej ramy.

Często, kiedy klient przejdzie przez drzwi i czuje się zagubiony, coach pyta go z jakich składowych chce zbudować swoją nową ramę, aby była oparciem, a nie ciężarem.

To co – dostrzegasz na horyzoncie, jakieś nowe drzwi?

Portfel kompetencji zamiast jednego zawodu

Jeszcze do niedawna dostawałem sporo pytań od moich klientów, odnośnie tego jaki zawód wybrać. Oczywiście chodziło o taki, który da niezłe pieniądze i bezpieczeństwo zatrudnienia. Dziś dostaję raczej prośby o pomoc, w odnalezieniu się na rynku pracy i wytyczeniu długofalowej strategii działania.

Zarówno w tym pierwszym, jak i drugi przypadku zawsze odpowiadałem zapomnij o zawodzie, pomyśl o portfelu kompetencji.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - portfel kompetencji - zawód
Image by Andrew Lloyd Gordon from Pixabay

Dynamiczne tempo zmian – rynek pracy wciąż transformuje

Szacuje się że ponad połowa istniejących dziś zawodów zniknie w ciągu najbliższych 20 lat, a aż 60% zawodów, w których ludzie będą pracować w ciągu najbliższych 10 lat jeszcze nie powstało. Zresztą tempo zmian na rynku pracy najlepiej pokazały niedawne wydarzenia. W styczniu tego roku niewiele firm rozważało pracę zdalną z domu, a jeszcze mniej ją faktycznie wdrożyło. Dziś, zaledwie 4 miesiące później, spora część z nas doświadczyła pracy w trybie home office, a pokaźna liczba firmy planuje wdrożenie jej jako standardowego rozwiązania w relacjach ze swoimi pracownikami. Oznacza to, że już obecnie miejsce naszej pracy, nie musi być wcale ściśle powiązane z miejsce naszego zamieszkania.

Zaledwie kilka miesięcy temu takie zawody jak kucharz, fryzjer i kosmetyczka, może nie zawsze dobrze płatne, ale jednak wydawały się 100% pewniakami. Sytuacja wywołana koronawirusem pokazała natomiast, że choć zapotrzebowanie na te usługi nie spadło, to wdrożone ograniczenia w działalności odcięły większość osób z tych zawodów od stałych źródeł dochodu lub zarobków.

Zawodowym pewniakiem miał być zawód programisty i choć zasadniczo wyszedł on obronną ręką z konfrontacji z COVID-19, to jednak część firm informatycznych popadła w duże kłopoty lub zniknęła z rynku. Przyczyna była banalna, kłopoty zaczęli mieć ich klienci. Znam jedną firmę, która pisała programy dla branży turystycznej. Dziś większość jej pracowników musi znaleźć nową pracę, bo branża turystyczna mocno dostała po kieszeni w związku z epidemią.

Doświadczenie w danym zawodzie – może wspierać, ale nie powinno ograniczać

Niemal standardowym działaniem osób poszukujących pracy jest poszukiwanie jej w zawodzie jaki do tej pory wykonywali. Co ciekawe, robią to nawet wtedy, kiedy nie przepadają za tym zawodem. Wychodzą bowiem z założenia, że dotychczasowe doświadczenie podnosi ich szanse na zdobycie nowego, podobnego do poprzedniego zatrudnienia. Z całą pewnością mają rację.

Popełniają jednak jeden zasadniczy błąd, bo zakładają jednocześnie, że powyższa sytuacja wyklucza lub co najmniej istotnie ogranicza możliwość poszukiwania zatrudnienia w innych obszarach. Błąd polega na tym, że patrzą na wykonywany zawód, a nie umiejętności jakie są z nim związane.

Jeżeli spojrzymy na te drugie z wystarczająco otwartym umysłem, to nagle może się okazać, że podobny zestaw kompetencji jest przydatny w innych aktywnościach zawodowych. Jeśli odpowiednio je (a nie poprzedni zawód) zaakcentujemy, to możemy zostać potraktowani jako kandydat z doświadczeniem. Dodatkowe „punkty” zdobędziemy zaś za to, jeżeli będziemy potrafili wykazać, że ten nowy zawód wpisuje się w naszą strategie rozwoju i poszerzania własnych umiejętności. Zatem jest naszym świadomym i przemyślanym wyborem.

Wybieraj raczej nowe, niż znane

Z tego też względu jeżeli będziemy stali przed wyborem dwóch ofert pracy, powinniśmy zawsze postawić na tą, która jest w mniejszym stopniu podobna do poprzedniej. Wybierając w ten sposób, zapewnimy sobie gwarancję rozwoju i zdobycia nowych umiejętności.

Czemu to takie ważne? Bo czym szerszym wachlarzem umiejętności dysponujemy tym bardziej atrakcyjni jesteśmy na rynku pracy. Z jednej strony możemy dysponować większą liczbą tych kompetencji, które na danym stanowisku są potrzebne. Z drugiej jawimy się jako kandydat o dużej elastyczności poznawczej, który potrafi się dostosować do nowych sytuacji i wyzwań. Jest wszakże  jeden warunek – powinniśmy potrafić logicznie uzasadnić dobór dotychczasowych.

Wielu moich klientów jest zaskoczonych, że można znaleźć pewne powiązania w zakresie kompetencji, dość chaotycznie do tej pory dobieranych. Np. zbudowaliśmy kiedyś powiązanie między technikum krawiecki a konstruktorem sprzętu militarnego. Wykonując ten zawód mój klient uzasadniał na rozmowach o pracę, że wiedza krawiecka jest jego dodatkowym atutem, bo wykorzystuje ją często przy projektowaniu materiałowych okryć i pokrowców na elementy wyposażenia. Przy czym była to wiedza unikatowa w tym obszarze zawodowym. Wiedział on jakich technik łączenia różnych materiałów używać i jakie szwy zastosować, aby materiał się nie odkształcał i dobrze chronił określony sprzęt.

Elastyczność w działaniu – czyli, czego uczą nas Wikingowie?

Dla większości z nas sytuacja związana z koronawirusem była dużym zaskoczeniem, żeby nie powiedzieć szokiem. Znaleźliśmy się nagle w “wielkiej niewiadomej”. Bez żadnych wzorców działania, do których moglibyśmy się odwołać. Jak również bez żadnych realnych scenariuszy dotyczących tego co dalej. 

Cała sytuacja stała się czystą kwintesencją tzw. świata VUCA, czyli świata który jest zmienny, niepewny, złożony i niejednoznaczny. Czy to nowe zjawisko – zdecydowanie nie. Ja mówiłem już o nim na moich wykładach i prelekcjach od 2018 roku. Zaryzykowałbym jednak twierdzenie, że w takim świecie żyli i całkiem sprawnie funkcjonowali już Wikingowie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - elastyczność - działanie
Photo by Medienstürmer on Unsplash

Większość znanych mi osób w tej nowej sytuacji reagowała w jeden z poniższych scenariuszy:

Mam “wielki plan” i się go trzymam

– problem w tym, że szczegółowo przygotowany plan nagle przestał pasować do otaczającej nas rzeczywistości. Jedni to wypierali i z zaciętością mechanicznego buldożera parli cały czas do przodu nie zważając na destrukcję jaką ten buldożer wywoływał. Inni zamarli w połowie działań i czekają cały czas w tym zastygnięciu, aż dawny świat powróci i dopasuje się ponownie do ich genialnego planu. Mam jednak dla nich niemiłą informacje, stary świat nie wróci, a jeśli już to nie w takiej formie w jakiej go znają.

Nie mam planu, ale i tak będę działać

– czyli nie ważne jak i z czym byle był szum. To typowy syndrom chomiczego kołowrotka. W sytuacji niepewności/zagrożenia wskakuję do niego i zaczynam zapierdzielać, tak że mało ducha nie wyzionę. Kiedy jest źle, po prostu jeszcze bardziej przyśpieszam. Dokąd biegnę, dokąd gnam – nieważne. Kiedy spytają o plany lub pomysł – powołam się na intuicję. O co chodzi w tym działaniu? Ano o to, że jak nie wyjdzie i polegnę, to będę mógł chociaż stwierdzić “przecież tak bardzo się starałem”. 

Skoro ja nie widzę problemu, problem nie widzi mnie

– chyba wielu z nas spotkało się z taką sytuacją, kiedy małe dziecko miało się schować. Zakryło więc swoje oczy nie ruszając się z miejsca i stwierdziło “już”. Właśnie tak część osób działa też w obecnej sytuacji. Poddaje się biernie temu co jest, zakrywa oczy i stara się jakoś po cichu przetrwać. Bez wychylania, bez specjalnych działań, jakby nic się nie zmieniło. Z cichą nadzieję, że samo się ułoży lub ktoś inny to ogarnie.

Niestety, żadna z tych strategii nie jest skutecznym rozwiązaniem na dziś. Pozostaje pytanie, jak zatem radzili sobie w takich sytuacjach tytułowi Wikingowie? 

Skuteczność Wikingów w podbojach nowych ziem i  miast sprowadzała się do dwóch rzeczy. Przemyślanego planu i strategii działania oraz gotowości do elastycznego reagowania na zmieniającą się sytuację. Mówiąc krótko, plan był ważny, ale nie był “święty”. Kiedy przestawał przystawać do okoliczności Wikingowie bez zbędnych ceregieli i lamentów zmieniali go. To właśnie było ich przewagą nad innymi ludami. 

Można by powiedzieć, że wręcz wszystkie ich działania były dostosowane do takiego trybu działania. Małe i zwinne łodzie, zamiast wielkich okrętów – możliwość szybkiego manewrowania i przemieszczania się. Ich ciało ochraniały skórzane kaftany zamiast ciężkich zbroi, które ograniczały ruchy. Ich celem nie było podbicie i poddanie sobie nowych ziem, bo to wymagało czasu i energii np. na tworzenie administracji i zarządzanie nimi. Preferowali szybki atak, zdobycie łupów i powrót do siebie. 

W pełni wykorzystywali też zasoby, którymi dysponowali. Uzależnionych od grzybków halucynogennych wojowników, zawsze ustawili na czole łodzi dobijających do brzegu. To oni, z obłędem w oczach i zaciętością na twarzy pierwsi zaskakiwali na brzeg i atakowali wrogów. Tak np. rodziły się legendy o Wikingach, którzy rzekomo są diabelskimi demonami.

Elastyczność cechowała ich nie tylko w działaniach wojennych, ale i w życiu codziennym. Niewiele osób wie, że Ci zdziczali rozbójnicy po powrocie z wypraw wojennych lubili się oddawać słuchaniu pieśni i poezji. Natomiast ludzie parający się tego typu działaniami byli w ich społecznościach szanowani i doceniani. 

Wikingowie bowiem, mieli świadomość tego, że po ciężkiej i intensywnej pracy, trzeba odpocząć i się zrelaksować. O czym zapomina dziś wielu z nas, wpadając w spiralę stresu i przemęczenia w ramach swoich home office.

Mam zatem propozycję. Kiedy dziś w swoich działaniach odczuwasz przemęczenie lub nie wiesz jak działać, zadaj sobie pytanie:  “Jak w takiej sytuacji postąpiliby Wikingowie?”

5 przeszkód w drodze do skutecznej zmiany – jak je pokonać?

Niektóre osoby, z którymi zdarza mi się pracować zanim trafią do mnie przechodzą szereg różnych ścieżek, które mają potencjalnie pomóc im rozwiązać ich problemy.  Fakt, że spotykają się ze mną najczęściej jest oznaką, że nie dały one oczekiwanego przez nich rezultatu. Czy to oznacza, że te ścieżki były złe – niekoniecznie. Często po prostu moi kliencie nie przeszli całej drogi lub nawet na nią nie weszli. Dziś opowiadam o tym jak wytrwać na ścieżce zmian.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zmiana - zmiany
Image by riyan hidayat from Pixabay

Czytać o jakiejś drodze, czy nawet słuchać o niej z ust jej autora nie jest tym samym co jej pokonanie. Znam wiele osób, których domowe biblioteki uginają się od różnego rodzaju poradników psychologicznych i motywacyjnych, ale ich życie praktycznie się nie zmienia. Kupują wciąż nowe książki i szkolenia z nadzieją, że to następne będzie właśnie tym właściwym. Tymczasem jest to zgubna iluzja.

Doskonale opowiada o tym mistrz Shi Heng Yi z Shaolin Temple Eurpoe używają metafory góry, na której szczyt chcemy wejść, aby poznać roztaczający się z niej widok. Jeżeli u jej podnóża odpytamy schodzących ze szczytu o to, którą drogą najlepiej się wspinać i co widać ze wierzchołka nie oznacza to, że już poznaliśmy tę górę. Bowiem żadne słowa i opisy nie zastąpią doświadczenia.

Każdy z nas musi odnaleźć swoją drogę na szczyt i swoimi oczami doświadczyć widoku z jej wierzchołka. To właśnie dlatego, książki i szkolenia o zmianach w życiu, które poznajemy nie są tożsame z własną praktyką i doświadczeniem.

Jak mówi mistrz Shi Heng Yi, każdy z nas w drodze na szczyt musi pokonać pięć przeszkód, które są odpowiednikiem stanów naszego umysłu:

Przeszkoda pierwsza – zmysłowe pragnienia

To moment kiedy zwracamy uwagę na coś innego niż nasza droga. Na coś, co daje szybkie i przyjemne emocje, które mogą pochodzić z takich źródeł jak nasz wzrok, słuch, zapach, smak czy odczucia.

Świetnym przykładem jest gwarna restauracja napotkana po kilometrze drogi na szczyt. Śmiech, radość, kuszące zapachy jedzenia i atmosfera sielankowego wypoczynku, aż kusi aby zejść ze szlaku i rozsiąść się przy jednym ze stołów.

W naszym codziennym życiu jej odpowiednikiem może być skrolowanie Facebooka w pogoni ze śmiesznymi filmikami lub plotkami o życiu innych. Może też być nim np. nowy serial na Netflix’ie  czy innej platformie.

Przeszkoda druga – zła wola/niechęć

Lubię ten moment nazywać „testem losu”. Sprawdza on jak bardzo zależy nam na naszym celu. Są to te chwile, w których napotykamy pierwsze przeszkody i przeciwności. Łatwo się wtedy poddać i zawrócić lub usiąść i utyskiwać nad swoim ciężkim losem.

Kiedy wspinasz się do góry taką przeszkodą może być deszcz, wyboista droga lub rzeka, którą należy pokonać. To co należy w tej sytuacji zrobić, to bez względu na powód po prostu się nie poddać.

Przeszkoda trzecia – nuda i odrętwienie

To ten moment w drodze, w którym zaczynamy odczuwać ciężar ciała, zmęczenie umysłu, senność i brak motywacji. Brakuje nam energii, popadamy w apatię czy wręcz w stany depresyjne. Pojawiają się w głowie pytania o sens naszego działania.

Znajdujemy się w sytuacji pułapki. To jak byśmy wpadli do jakiejś czarnej dziury lub zostali zamknięci w jakiejś małej komórce. W tej sytuacji ciężko jest podjąć decyzję o jakimś dodatkowym wysiłku fizycznym, czy umysłowym aby kontynuować drogę.

Jak na ironię ratunkiem z tego stanu jest kolejna przeszkoda.

Przeszkoda czwarta – niepokój

To stan, w którym nasz umysł nie jest w stanie osiedlić się w chwili obecnej. Martwi się przyszłością lub podróżuje w przeszłość i szuka wzorców, do których możemy się odwołać.

W tej sytuacji nie posuwamy się w górę na naszej drodze do celu. Zamiast tego tkwimy w rozterkach i takim wewnętrznym rozedrganiu. Jak mówi mistrz Shi Heng Yi ten stan można porównać do umysły małpy, który co chwila przeskakuje z jednej gałęzi na drugą. Problem w tym, że tym samym nie potrafi się zatrzymać i zobaczyć wyraźnie ostatniej przeszkody.

Przeszkoda piąta – sceptyczne wątpliwości

Odpowiada niezdecydowaniu, które rozgaszcza się w naszym umyśle. To właśnie tutaj pojawiają się rozmyślania o tym co będzie jeśli to niewłaściwa ścieżka, co powiedzą inni. Nasz umysł nie może się zsynchronizować z naszymi działaniami, celami i aspiracjami, które mamy.

Czym więcej wątpliwości w naszej głowie, tym częściej się zatrzymujemy i przystajemy zamiast piąć się w górę.

Jak można sobie poradzić z tym przeszkodami?

Trzeba tak ustrukturyzować swoje życie i działania, aby zapobiec ich powstawaniu. Przeszkody są niczym czarna chmura w naszej drodze na szczyt, aby ją pokonać musimy pamiętać o czterech ważnych krokach w trakcie naszej wspinaczki:

Pierwszy – rozpoznaj swój stan umysłu, w którym się znajdujesz. Której z pięciu przeszkód odpowiada w danym momencie?

Drugi – zaakceptuj i pozwól, aby sytuacja lub osoba była taka jak jest. Odrzuć swoje wcześniejsze oczekiwania – to Ty je wykreowałeś.

Trzeci – zbadaj, czemu dana sytuacja Ci się przytrafia. Czemu to przyszło właśnie teraz i jaka będzie konsekwencja, jeśli pozostaniesz w tym stanie.

Czwarty – to co się dzieje jest praktyką. Jest Twoim doświadczeniem, a nie Tobą. Nie jesteś ciałem, nie jesteś umysłem, nie jesteś emocją – po prostu dostrzegasz te trzy aspekty samego siebie.

Co tu pomoże coach?

Niech odpowiedzią będzie opowieść jednego z psychologów, który opowiada historię ze swojego dzieciństwa. Mieszkał na wsi i pewnego razu zobaczył konia, który ewidentnie zgubił się swojemu właścicielowi. Podszedł do niego i sprowadził go na drogę, a następnie cały czas mu towarzyszył.  W ten sposób przeszli przez prawie pół wsi.

Nagle z przeciwka nadbiegł zdyszany właściciel, a chłopiec powiedział że właśnie odprowadza konia do domu. Totalnie zaskoczony zapytał chłopaka skąd ten wiedział czyj to koń i gdzie ma go odprowadzić. Chłopiec odpowiedział, że wiedział to koń.

On tylko pilnował konia, że jak ten zbaczał z drogi żeby poskubać trawy, aby potem wrócił na drogę i szedł dalej.


Jeżeli masz ochotę, wystąpienie mistrza Shi Heng Yi znajdziesz pod tym linkiem

Prze_myślnik #45 – rezygnacja z marzeń

Często dokonując życiowych wyborów, niezauważalnie wpadamy w „pułapkę bezpieczeństwa”. Na pozór staramy się chronić przed tym co nieznane i niebezpieczne. Unikamy zachowań, które mogą zdestabilizować naszą obecną sytuację i takich, które nie dają pewnej wygranej.

Lubimy używać hasła „prokrastynacji”, aby tłumaczyć nim nasze odwlekanie działań. Ostatecznie to łatwiejsze niż przyznanie się do wewnętrznego strachu.  Nierzadko powołujemy się na nasze ustalone zasady lub reguły, których trzymamy się w życiu. Tak jakby zapominając, że ich wybór to nasza decyzja i tylko od nas zależy, czy będziemy trzymać się ich nadal, czy je zmienimy.

Niebezpieczeństwo „pułapki bezpieczeństwa” polega na tym, że chroni nas niczym solidny płot przed zewnętrznym światem. Pozwala się bezpiecznie schronić w jego obrębie. Umyka nam jednak fakt, że płot jest rodzajem klatki, w której zamykamy się na własne życzenie. Nie tylko ogranicza naszą przestrzeń życiową, ale i przysłania szeroki horyzont.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - rezygnacja z marzeń

Home Office – jak się w nim odnaleźć i po co Ci zwinne zarządzanie

Home Office to obecnie dominujący tryb pracy wśród moich klientów. Wielu z nich, choć o nim wcześniej marzyło, dziś ma go już serdecznie dość. Czują się nim zmęczeni i sfrustrowani. Nie odczuwają satysfakcji i zarazem czują lęk przed tym jak wypadają w oczach przełożonych. Ten opis dotyczy szczególnie stanowisk menedżerskich i wymagających pracy bardziej kreatywnej niż np. wbijanie prostych rekordów do bazy danych.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - home office
Image by Alexandra_Koch from Pixabay

Obecny tryb pracy wprowadza wiele zamieszania w naszych zwyczajach i ustalonych rytmach dnia. Co więcej gubi się w nim również nasza głowa, która choć chce dobrze potrafi nieźle namieszać. Z wielu moich rozmów wyłania się pewien schemat działania, którego warto być świadomym. Znalazłem też na niego sposób, który sprawdza się u wielu moich klientów i znajomych.

Skoro „home” to luz…

Kiedy nasz mózg dostaje informację, że będziemy pracować z domu bywa nieco zagubiony. No bo skoro w domu, to przecież na luzie. Skoro w domu, to prawie jak na urlopie. Skoro w domu, to frajerstwem byłoby przepracowanie 8 pełnych godzin bez załatwienia jakiejś prywaty.

Wpadamy wiec na pomysł, że budzimy się zaledwie kilkanaście minut przed rozpoczęciem pracy, no bo przecież umyć się i zjeść śniadanie możemy jak już odpalimy firmowy komputer. Obiad też się sam nie zrobi, wiec można trochę pichcić i pracować. Do tego można dołożyć krótki wyskok do sklepu, małe pranie lub przetarcie kurzy. Nie wspominając o ewentualnym ogarnięciu dzieci lub domowych zwierzaków.

Powyższe działania dają nam poczucie, że nie jesteśmy homeoffice’owym frajerem i wykorzystujemy dobrodziejstwa tej formy pracy na całego. Nasz mózg daje nam like’a w naszym mentalnym rankingu i czujemy się dobrze. Tak jest jednak tylko przez chwilę…

Jak „office” to ocena efektywności

Ledwo nasz mózg odfajkuje, że jesteśmy tacy sprytni i zaradni przechodzi do kolejnego zadania z listy. Jest nim pytanie, „czy byliśmy dziś w pracy efektywni?” i tutaj zaczyna się panika. No bo przecież było śniadanie, obiad może jakieś inne zajęcia a praca nie śmigała na 100%.

Staramy się więc w biegu odkupić nasze winy i docisnąć z robotą. Nie potrafimy jednak ocenić ile mamy do nadgonienia, więc siedzimy potem w pracy do końca dnia dzióbiąc zadania w obawie, że nas źle ocenią. Do tego dochodzi lęk przed nadchodzącym kryzysem i tym, że mogą nas zwolnić. Lepiej się więc wykazać. Tym bardziej, że koleżanka lub kolega z biura też śle swoje służbowe maile o godz. 21:00

Kiedy dzień dobiega końca i wieczór zamiast na relaksie spędziliśmy w pracy przed komputerem, czujemy się zmęczeni i sfrustrowani. Wpadamy więc na pomysł jakiejś wieczornej rozrywki, bo przecież tak rano nie musimy się zrywać, bo możemy się podnieść zaledwie kilkanaście minut przed rozpoczęciem pracy.

I tutaj nasz codzienny cykl właśnie się zamyka.

Za mało – źle, za dużo – też nie dobrze

Powyższy schemat działania powoduje, że robimy często więcej niż normlanie. Dodatkowo rywalizując z innymi o to, kto będzie dłużej pracował danego dnia. W efekcie tego postępowania wielu pracodawców ku swojemu zaskoczeniu zauważyło większą efektywność pracy na home office niż w biurze.

Zrozumieli jednak przyczynę tego stanu i są świadomi długofalowego negatywnego wpływu takiego działania na naszą satysfakcję z pracy oraz późniejszą efektywność. Część firmy zaczęła więc edukować swoich pracowników odnośnie wagi odpoczynku w ciągu dnia. Część wprost zadeklarowała, że w trakcie pracy możesz załatwić coś prywatnego, tylko z tym nie przeginaj. Inne wprowadziły zakaz wysyłania służbowej korespondencji po godz. 18:00 oraz ustawiania spotkań on-line, które kończą się po 16:00

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zwinne zarządzanie - scrum - agille

Zapanuj nad działaniem – cel, postęp, weryfikacja i zwinne zarządzanie

Wraz z moimi klientami wypracowałem kilka przydatnych reguł, które pomagają odnaleźć się w pracy w trybie home office i zadbać o wszystkie strony tej relacji:

Ustalony rytm dnia
Wiele osób ma problem z tym, że granica między czasem prywatnym, a czasem pracy im się rozmywa. Często też trwają, gdzieś w trybie pomiędzy. Z tego powodu określ jasno w jakich godzinach pracujesz lub ile godzin max. poświęcasz na prace. Kiedy nadejdzie ten czas wyłącz firmowy komputer, a najlepiej schowaj go z pola widzenia. Po prostu wirtualnie wyjdź z pracy

Wyznacz czas na czynność
Nie od dziś wiadomo, że jak mamy za dużo czasu to dane zadanie nagle nam się „rozciąga”. Np. jak na ważnego maila mamy dwadzieścia minut to napiszemy go w tym czasie, ale jak mamy na niego godzinę, to będziemy go pisać przez cały ten czas. Pamiętając o tym ustal jasno, że np. max. 30 minut po tym jak odpalisz firmowy komputer masz być już po śniadaniu, prysznicu i siedzieć nad klawiaturą z kubkiem pysznej kawy.

Działaj zwinnie
Największy problem z pracą na home office to często brak poczucia wystarczającego postępu pracy i problem z określeniem tego, ile pracy danego dnia jest ok. Tutaj z pomocą przychodzą nam zwinne metodologie zarządzania projektami, w których dopuszczamy ciągłą zmienność, ale też musimy określić jakieś ramy naszej efektywności.  Proponuję skorzystać z dwóch elementów działania w nich stosowanych.

  • Backlog – to rodzaj „worka”, do którego wrzucamy spisane wszystkie nasze zadania jakie na nas czekają lub jakie chcemy zrealizować w najbliższym czasie. Fajnie jak będziemy potrafili nadać im od razu jeden z priorytetów: koniecznie załatwić, należy załatwić, fajnie by było załatwić, zrobić jak będzie czas. Uwaga ten „wirtualny worek” cały czas żyje i możemy do niego dorzucać kolejne zadania. Co jednak nie jest równoznaczne z tym, że się nimi od razu zajmujemy.

  • Sprint – bieg na krótkim dystansie, w czasie którego realizujemy z góry określony zestaw zadań. Zazwyczaj sprinty trwają dwa tygodnie, ale dla naszych potrzeb będzie chyba najlepszy sprint tygodniowy. Jeżeli masz zadanie, które będzie trwać dłużej niż tydzień podziel je na mniejsze części.

Jak to działa?
Na początku tygodnia, a najlepiej jeszcze pod koniec poprzedniego wybierasz z backlogu zadania do realizacji na kolejny tydzień (sprint). Dzielisz wykonanie każdego z nich na max pięć dni, tak aby w kolejny piątek na koniec dnia roboczego wszystkie mogły być skończone.

Potem bierzesz kartkę i rozpisujesz je na poszczególne dni. Weryfikując na koniec każdego dnia postęp prac. W przykładzie jest pokazany postęp prac na koniec środy. Jasno z niego wynika gdzie trzeba przyśpieszyć, gdzie jesteśmy o czasie, a gdzie nieco wyprzedzamy plan.

Home office - sprint - plan działania

Dzięki temu zabiegowi wiemy jakie mamy cele/cele na ten tydzień i jak realizujemy plany. Najważniejsze jednak jest to, że widzimy efekt i postęp prac, a tego poczucie nam właśnie brakuje najbardziej w czasie home office.

Prze_myślnik #44 – być sobą

Koronawirus zatrzymał wielu z nas na dłużej w domach. Wyhamował nasz szaleńczy bieg przez życie i sprawił, że mamy czas na przyjrzenie się samym sobie. Na takie wewnętrzne spojrzenie w lustro i postawienie sobie pytania: „Czy widzę tam tego, kogo chciałbym zobaczyć?”.

Pewnie nie zawsze. Otrzymaliśmy jednak czas na przemyślenie tej sytuacji i decyzję, czy dalej idziemy dotychczasową drogą, czy też wybieramy nową – tym razem naszą!

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - być sobą