W naszej kulturze od małego jesteśmy uczeni schematu zadowalania innych, często przy jednoczesnym ignorowaniu własnych odczuć. Ile to razy słyszeliśmy „nie mów tak, bo cioci będzie przykro”, „na spotkaniu nie wolno o tym rozmawiać, bo babcia nie lubi” itd. Bywa i tak, że bliscy stosują wobec nas swoistą formę szantażu, kiedy nie dostają tego czego chcą. Ile to razy słyszałem od znajomych, że chcieliby spędzić Święta Bożego Narodzenia gdzieś w ciepłych krajach, ale kiedy mówili o tym rodzinie, to matka jednego z nich się śmiertelnie obrażała lub popadła w histeryczny płacz, że dziecko jej nie szanuje.
Tak programowani jako dzieci potem niejednokrotnie trzymamy się tych schematów jako dorośli. Nie żyjemy do końca tak jakbyśmy chcieli lub nie spełniamy naszych marzeń, jednocześnie zaspokajając potrzeby i zachcianki innych.
Nie pozostaje to jednak bez wpływu na nas samych. Tłumione emocje, udawane sympatie i konieczność spędzania czasu z kimś, z kim nie mamy ochoty w ogóle się widywać powodują u nas napięcie i stres. Nadchodzące Święta często będą obfitowały w sytuacje, które będą od nas wymagały zderzenia się z tym schematem. Czy tym razem mu ulegniemy, czy też nie – zależy od nas samych.
Być może w podjęciu odpowiedniej decyzji pomoże nam jedno z podobno starożytnych błogosławieństw, zwane błogosławieństwem Uwolnienia:
„Uwalniam moich rodziców od poczucia, że mnie zawiedli.
Uwalniam moje dzieci od potrzeby dania mi dumy; aby mogły pisać swoje własne drogi według swoich serc, które szeptane są cały czas w ich duszach.
Zwalniam mojego partnera z obowiązku uzupełnienia, dopełnienia mnie. Niczego mi nie brakuje, jestem całością, uczę się od wszystkich istot przez cały czas.
Dziękuję dziadkom i przodkom, którzy zebrali się, abym mógł dzisiaj oddychać życiem. Uwalniam ich od dawnych niepowodzeń i niespełnionych pragnień, świadomych, że zrobili wszystko, co w ich mocy, aby rozwiązać swoje sytuacje w świadomości, którą mieli w tym momencie. Szanuję Was, kocham Was i uznaję Was za niewinnych.
Jestem przezroczysty w Twoich oczach, więc wiesz, że nie ukrywam się, ani nie jestem winien niczego poza byciem wiernym sobie i mojemu istnieniu, że czynię z mądrością serca, mam świadomość, że wypełniam swój życiowy projekt, wolny z niewidzialnej i widocznej lojalności rodzinnej, która mogłaby zakłócić mój Pokój i Szczęście, które są moimi jedynymi obowiązkami.
Wyrzekam się roli zbawiciela, bycia osobą, która jednoczy lub spełnia oczekiwania innych. Ucząc się przez i tylko poprzez miłość, błogosławię moją esencję, mój sposób wyrażania, nawet jeśli ktoś może mnie nie zrozumieć.
Rozumiem siebie, ponieważ tylko ja przeżyłem i doświadczyłem swojej historii; ponieważ znam siebie, wiem Kim jestem, co czuję, co robię i dlaczego to robię.
Szanuję i akceptuję siebie. Czczę Boskość we mnie i w Tobie.
Drzewa mają różna strategię przetrwania. Jedne są potężne i twarde, tak że praktycznie nic nie jest w stanie ich złamać. Inne są cienkie i giętkie, tak aby swobodnie poddawać się działaniu wiatru i innych czynników atmosferycznych. Kiedy postawić pytanie: które z nich są najsłabsze? Odpowiedź zawsze będzie jedna: te najsłabiej ukorzenione.
Tak więc to nie strategia wzrostu i rozwoju jest decydującą, ale podstawa na której się opierają. W tej kwestii ludzie są jak drzewa. Muszą mieć dobrą podstawę, aby dobrze się rozwijać.
W dzisiejszych czasach liczba możliwości realizacji siebie, wielość kursów i szkoleń oraz szerokie spektrum dostępnych informacji powodują u nas pewną dezorientację. Do tego co rusz widzimy w social mediach albo telewizyjnych audycjach osoby, które miały jakiś nietypowy pomysł na swoje życie i teraz świecą medialne triumfy. Oczywiście, my też byśmy tak chcieli i tylko musimy zdecydować, którą z prezentowanych dróg chcemy obrać.
Tym właśnie sposobem, często naprzeciw mnie siedzą na sesjach coachingowych klienci z kilkunastoma rozpoczętymi projektami, na które nie starcza im już czasu i energii. Czasami „przynoszą” na te sesje wizje świetnego życie, gdyby w coś się zaangażowali. Problem jednak w tym, że często te potencjalne aktywności przeczą sobie nawzajem i nie wiadomo, którą wybrać. Tym bardziej, że żadna z nich nie daje gwarancji sukcesu.
To co często zaskakuje moich klientów, to fakt, że zamiast słuchać ich wyobrażeń o „wizjach” lub dalszym rozwoju prowadzonych wszystkich projektów. Ja wpierw chcę się dowiedzieć trochę o nich samych. Chcę też wiedzieć czemu zajęli się danym projektem lub czemu chcieliby podążyć daną drogą. Na co liczą lub liczyli, jaką ich wewnętrzną potrzebę zaspokaja dana aktywność. Co im daje, a co zabiera.
Często jest to pierwszy raz kiedy muszą spojrzeć na dany projekt lub wizję przez pryzmat swojego udziału w tym działaniu. Zamiast koncentrować się na tym co one mają im przynieść, stawiają sobie pytanie na ile dobrze się czują z daną aktywnością.
Szybki wzrost, dynamiczny rozwój
Są w naturze takie sytuacje, gdy nagle w gęstym i ciemnym lesie tworzy się plama światła. Np. jedno z potężnych drzew łamie się ze starości i upadając ścina również wszystkie okoliczne drzewa. Wtedy światło dociera do poszycia i następuję szybki rozwój roślin tym światłem zasilonych. Można by powiedzieć, że to rośliny „urodzone pod szczęśliwą gwiazdą”. Tymczasem prawda nierzadko jest inna, bo spora część z nich, szczególnie drzew, jest skazana na zagładę.
Zasilone ożywczym światłem rosną szybko i dynamicznie, koncentrując się na jak najszybszym wzroście i poszerzeniu korony, której liście zaabsorbują jeszcze więcej odżywczego światła. Po kilu latach mamy wysokie, strzeliste drzewo z bujną koroną. Zarazem z cienkim pniem i bardzo ubogim systemem korzeniowym. W efekcie drzewo z trudem utrzymuje się w pionie. W tej sytuacji, albo przetrwa opierając się o inne drzewo i będąc od niego zależnym, albo runie na ziemię, bo płytkie korzenie nie utrzymają tak wysokiej konstrukcji.
Nierzadko podobnie bywa z ludźmi. Mkną przez karierę z prędkością światła. Odpalają nowe biznesy lub projekty. Kończą niezliczone kursy i nagle pewnego dnia pojawia się pytanie „po co to robię?”. To jest właśnie ten moment, w którym moi klienci niczym wspomniane wyżej drzewo tracą równowagę. Dodatkowy dramat polega na tym, że najczęściej nie mają się też na kim oprzeć. Ich szybki i dynamiczny wzrost spowodował, że nie zadbali o najbliższe otoczenie.
Bywają bardzo zaskoczeni, kiedy pytam ich o to co jest dla nich w życiu tak naprawdę ważne. Jednak tak nie na pokaz, nie dla poklasku ale dla nich wewnętrznie. Z trudem potrafią opisać emocje jakie czują, bo nie wystarcza mi pobieżna odpowiedź „czuję pustkę” lub „czuję bezsens”. Ja chcę wiedzieć jaka jest ta pustka. Co czują kiedy czują pustkę. Gdzie w ciele czują to co czują. To często pierwsze kroki do tego, aby odbudować kontakt ze sobą, ze swoim wnętrzem. Z takim naszym ludzkim systemem korzeniowym.
Skoncentruj się na korzeniach
Teraz mamy czas w roku, w którym sporo ciemności jest w naszym otoczeniu. Do tego często jesteśmy przemęczeni i zestresowani przygotowaniami do Świąt. Jakby tego było mało nadchodzi Nowy Rok. Czyli dla sporej części z nas czas podsumowań i pytań o przyszłość.
To wszystko w zderzeniu z naszym zmęczeniem i brakiem ożywczego słońca ciągnie nas w dół. Nie podoba nam się ten stan i szukamy z niego szybkiej ucieczki. Wybieramy więc na chybił trafił jakiś popularny cel na kolejny rok (będę chudsza, będę jadł zdrowiej, będę więcej się ruszać, poszukam nowej pracy) lub odpalamy jakiś nowy projekt i już czujemy się spełnieni. Pytanie jednak na jak długo?
Nowy projekt zabierze nam energię, a często ciągną się za nami jeszcze te stare. Zapału do odchudzania lub zdrowego jedzenia pewnie starczy nam maksymalnie na kilka tygodni. Wszystko dlatego, że nie zastanowiliśmy się po co to robimy i pomyliliśmy działanie z celem.
Tymczasem kiedy czujemy dyskomfort lub zagubienie to najlepszy moment żeby się zatrzymać i zadać pytanie: co sprawiłoby, że poczuję się wewnętrznie szczęśliwy? Czym dla mnie jest szczęście? Po czym poznam, że je czuję? Kiedy ostatni raz poczułem się szczęśliwy i co wtedy robiłem? Kiedy robiąc coś zanurzyłem się w tym tak głęboko, że straciłem poczucie czasu?
Znajomość samego siebie, otwartość na wewnętrzne odczucia i spójność z samym sobą stanowią nasz system korzeniowy. Świadomość tego jaka emocja napędzała nasze dotychczasowe działania i czy chcemy, aby to ona była nadal motorem naszych działań. Wreszcie wiedza o tym jakie są trzy najważniejsze wartości w naszym życiu i na ile to co robimy jest z nimi spójne. To wszystko powoduje, że mamy dostęp do odżywczych zasobów z naszego wnętrza i uzyskujemy lepszą spójność z naszym prawdziwym „Ja”.
To właśnie w tym miejscu powinniśmy też szukać odpowiedzi na to czego chcę w życiu i dokąd zmierzam. To stąd pochodzi też wiedza po co budzimy się każdego dnia. I dla jasności, odpowiedź „żeby go przetrwać”, nie jest tą której szukamy.
W naszych domach mamy wiele systemów, które umożliwiają im sprawne funkcjonowanie. Wśród nich znajduje się instalacja elektryczna, dzięki której prąd dociera do wszystkich potrzebnych nam urządzeń. Prąd płynie kablami do gniazdek i wszystkich lamp oświetlających nasze mieszkanie. Kable jednak mają swoją wytrzymałość i jeżeli podłączymy do nich za dużo urządzeń, które pobierają dużo prądu, to instalacja elektryczna ulegnie uszkodzeniu. Być może zadziała system zabezpieczeń i bezpieczniki odłącza prąd. Jeśli jednak okażą się nieskuteczne to same kable mogą ulec przepaleniu.
Podobnie jest z systemem ogrzewania. Ciepła woda przechodzi rurami do naszych kaloryferów i daje nam ciepło w mieszkaniu. Jeśli jednak za mocno podgrzejemy wodę w piecu i wytworzymy zbyt duże ciśnienie, to system ogrzewania może nie wytrzymać. Jego najsłabszy element ulegnie rozerwaniu i woda zaleje nam mieszkanie.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że podobne systemy istnieją w każdym z nas…
Końcówka roku to dla naszego układu nerwowego istny koszmar. Do wyzwań dnia codziennego dochodzi presja Świąt, gonitwa za prezentami, tłumy w sklepach i centrach handlowych. Nieustające kroki na drogach i wiecznie spieszący się kierowcy. Trzeba zadbać o świąteczny wystrój mieszkań, kupić produkty do świątecznych potraw i w tym wszystkim jeszcze znaleźć pomysł i pieniądze na jakiś wystrzałowy prezent dla najbliższych.
W pracy niewiele lepiej. Jedni walczą o domknięcie przyszłorocznych budżetów. Inni próbują dociągnąć realizację miesięcznych, kwartalnych czy też rocznych celów do wymaganego poziomu. Nawet Ci, których powyższe nie dotyka muszą często stoczyć bój o świąteczne urlopy, no bo nagle wszyscy naraz chcą mieć w tym samym czasie wolne. Na dodatek trzeba docisnąć z robotą, żeby nadrobić zaległości przed zdobytym urlopem. Tymczasem, do tego wszystkiego, co rusz brakuje któregoś ze współpracowników, bo przeziębienie szaleje i dodatkowa robota spada na nasze barki.
Nasz układ nerwowy działa dzięki przebiegającym przez niego impulsom elektrycznym. W obecnym okresie ich liczba drastycznie wzrasta i niejednokrotnie w układzie powstają przepięcia, zwarcia i przeciążenia, które potrafią nam całkowicie odciąć energię na jakiś czas. Branża energetyczna ma nawet specjalny termin na taki stan, to „blackout”.
Maksymalne ciśnienie w układzie krążenia
Szalejący układ nerwowy swoimi impulsami elektrycznymi „kopie” nasze mięśnie, mobilizując nas do szybszego działania. Musimy podkręcić ciśnienie krwi, aby dotlenić mięśnie i dostarczyć im nowej energii. Jakby tego było mało, co rusz jakiś „geniusz” swoimi działaniami wywala nam do góry nogami nasze doskonałe plany i wszystko w kalendarzu nam się sypie. Każdorazowo przy takiej akcji ciśnienie skacze nam do góry, a my mało nie eksplodujemy.
Mamy wrażenie, że wszystko nam się sypie i wali na głowę. Śpimy krótko, nadmiernie forsujemy się w ciągu dnia, aby jakoś ogarnąć całokształt spraw. Nie mamy też czasu i głowy, aby myśleć o zdrowym jedzeniu. Wcinamy więc w pośpiechu jakieś fast foody lub inne gotowce. Następnie odczuwamy wyrzuty sumienia i poczucie winy co znowu podnosi nam ciśnienie i stres. Zachowujemy się jak palacz w transie, których choć widzi, że ciśnieniomierz od pieca pokazuje maksymalną wartość, a sam piec cały trzeszczy i mało nie wybuchnie, wciąż wrzuca do niego kolejne porcje węgla.
Stan przepalenia
Nasze ciało jest bliskie totalnego przeciążenia i przeciśnieniowania. Ja nazywam ten stan „przepaleniem”. Plasuje się on po przeciwnej stronie osi od „wypalenia”, ale przynosi tak samo druzgocące skutki. Mamy do wyboru udar, zawał lub może jedynie wywalenie biologicznych bezpieczników. Co pozbawi nas całkowicie energii na kila dnia i sprawi, że będziemy przysypiać w każdym miejscu i każdej pozycji, kiedy tylko zatrzymamy się na moment. To i tak jeszcze delikatny wariant. Jeden ze znajomych przy takim „przepaleniu” wylądował w szpitalu z potężnym bólem głowy i na dwa dni stracił mowę.
Nawet jeśli nam się upiecze, to i tak z pewnością ta sytuacja odbije się również na naszych najbliższych oraz współpracownikach. W tym stanie jesteśmy niejednokrotnie wściekli jak osa i skorzy do kłótni na każdym kroku.
Choć mało kto zdaje sobie sprawę to przez te parę ostatnich tygodni roku często działamy na totalnej rezerwie energetycznej i nie mamy nic w zapasie. Tymczasem przewrotny los wcale nie wywiesza białej flagi w tym czasie. Łapiemy gumę w czasie wyścigu po prezenty lub samochód w ogóle odmawia nam posłuszeństwa. Domowy zwierzak nagle choruje i do listy spraw musimy dopisać wizytę u weterynarza. Czasami choroba trafia i nas, o co przy przemęczonym i wyczerpanym organizmie nietrudno.
Powstaje jednak pytanie, czy nie może być inaczej? Czy musimy poddawać się temu nieustającymi pędowi? Czy Święta to naprawdę musi być wydarzenia na wyśrubowanym poziomie z fajerwerkami?
Może wystarczy obniżyć własne wymagania. Może wystarczy zmniejszyć napięcie i obniżyć ciśnienie. Nie robić wszystkiego i nie być wszędzie. Zrobić tylko to co naprawdę konieczne i w zamian podarować innym swój czas, spokój i ciepły uśmiech. No i najważniejsze „nie przepalać” się.
Na to pytanie jednak, każdy z nas musi już sobie odpowiedzieć indywidualnie…
Żyjemy w czasach, w których wszystko pędzi. Otacza nas ogrom możliwości i informacji, który momentami wprost na przytłacza. Do tego wszystkiego chcemy tak wiele poznać, przeczytać, znaleźć czas dla znajomych i odkryć swoją indywidualną drogę rozwoju i szczęścia. Niestety, pomimo rozwoju technologii i przyśpieszenia życia, doba nadal ma tylko 24 godziny.
Możemy używać różnych aplikacji pomagających organizować życie i załatwiać wszystko on-line, a i tak braknie nam czasu i energii. Gdy do tego jesteśmy perfekcjonistami, którzy muszą doprowadzić swoje dzieło niemal do idealnego stanu, jesteśmy zgubieni. Poniższa rada Tomka Michniewicza może pomóc nam odnaleźć się w dzisiejszych czasach. Choć z pewnością dla perfekcjonistów nie będzie łatwa do zaakceptowania. Wiem coś o tym, bo sam do perfekcjonistów należę.
Ta rada może też pomóc wielu ludziom, którzy mają świetne pomysły na siebie, na życie, biznes lub karierę. Jednak ciągle ich nie realizują, uważając że jeszcze nie są wystarczająco do nich przygotowani. Prawda jest jednak tak, że większość z nich nigdy nie poczuje się wystarczająco gotowa i tym samym nigdy ich nie zrealizuje.
Wrzućcie więc na luz i działajcie pomimo braku idealności.
Będzie udoskonalać siebie i swoje produkty na bieżąco w trakcie działania. Ostatecznie, na tym bazuje też jedna z zasad tak dziś popularnego zwinnego zarządzania.
Dla wielu osób stan szczęścia to zarazem stan życiowej harmonii. Poszukują więc w różnych poradnikach i na różnych kursach „magicznej” recepty na jej osiągnięcie. Tymczasem znaczna część tych poszukiwań jest skazana na niepowodzenie, ponieważ recepty na harmonię nie można znaleźć na zewnątrz.
Jedyna droga, która do niej prowadzi wiedzie przez własne wnętrze, zrozumienie siebie i otwarcie na zmiany. Wymaga też ona decyzji o braku stagnacji w naszym życiu. Nie znajdziemy jej w lenistwie i błogim stanie nicnierobiena. Harmonia wypływa bowiem z ruchu i zmienności.
W artykule na zaprzyjaźnionym portalu nie opisuję jakiś czterech super tricków i dróg na skróty. Mówię za to o czterech kluczowych filarach harmonii. Zapraszam do lektury.
Mówi się dziś wiele o tym, że menedżerowie powinni szczególnie rozwijać u siebie kompetencje miękkie i komunikacyjne, bo są one konieczne do skutecznego zarządzania pracownikami z pokoleń Y i Z. Trzeba przyznać, że również pracownicy z pokolenia X zainspirowani postawami młodszych, oczekują dziś większej elastyczności i relacyjności od swoich szefów lub project managerów.
Zarządzanie oparte na relacjach doskonale też wpisuje się w nowoczesne kultury organizacyjne, które nie są już jedynie przypisane do małych firm lub start-up’ów. Dziś na elastyczność, zespołowość, przyjazne otoczenie i swobodną atmosferę stawia też wiele dużych korporacji. Można się nawet spotkać się z szumnymi hasłami, że „Firma to nie budynek. To społeczność”.
Trend relacyjności = trend miękkości?
Trwając w powyższym trendzie wybieramy więc dziś na menedżerów osoby dobrze budujące relacje, towarzyskie, wręcz social’owe. Czasami jednak zapędzimy się w tych kryteriach nazbyt daleko i zamiast sprawnych menedżerów, skutecznych team liderów, czy zaradnych project managerów mamy jedynie Kaowców*. Świetnie zorganizują oni wspólne śniadania teamu. Utworzą tablice chwały, na których członkowie zespołu będą sobie wzajemnie składali podziękowania za świetną współpracę lub udzieloną pomoc. Doskonale sprawdzą się również przy organizacji wspólnych wyjść po pracy.
Jeśli jednak w zespole pojawi się osoba wykorzystująca innych członków, unikająca pracy lub obniżająca wydajność całego teamu nie będą potrafili tym skutecznie zarządzić. Identycznie sytuacja będzie wyglądać w przypadku kryzysów, w którym konieczne będzie zmobilizowanie zespołu, chwilowa akceptacja pogorszenia atmosfery i maksymalizacja wydajności. Ten miły i lubiany menedżer nie będzie potrafił pokazać prawdziwego menedżerskiego „pazura”. Nie zarządzi strategicznie. Nie będzie potrafił swoim ludziom wytłumaczyć tej sytuacji i pokazać konsekwencji braku reakcji na nią, a jedynie dołączy do wspólnego chóru narzekających na to jak to teraz jest źle. No bo przecież do tej pory zawsze był fajnym menadżerem stojącym po stronie swoich ludzi.
Efektem takiej biernej lub niezaradnej reakcji może być w niedługim czasie likwidacja całego teamu. Zastąpi go sprawniejszy i mniej kosztowny outsourcing lub automatyzacja obsługiwanych procesorów. Może być i tak, że firma znajdzie po prostu innego, bardziej skutecznego menedżera.
Trzy Światy i trzy poziomy zarządzania
Adam Dębowski w książce „Ściana. Jak pokonać opór i dokonać zmian” mówi o trzech biznesowych światach, które różnią się swoim podejściem do prowadzenia biznesów. Świat 1.0 skupiony jest na sprycie, szybkości i często ociera się o biznesowe cwaniactwo. Tu nie liczy się zarządzanie, rozwój i relacje biznesowe. Tu ważne jest tylko, aby iść do przodu. Świat 2.0 to obszar bardziej świadomych menedżerów. Posiadają oni umiejętności zarządcze, stawiają cele, budują struktury i stale aktualizują strategię. Wreszcie Świat 3.0, w którym nie myśli się już tylko o liczbach i poziomach efektywności lub organizacji pracy i udoskonalaniu procesów. W tym Świecie dostrzega się również potrzebę elastyczności i nieustającej transformacji.
Według mnie każdy z tych Światów tworzy również swoich menedżerów różniących się istotnie poziomem kompetencji i umiejętności menedżerskich:
Menedżer 1.0 – można powiedzieć, że to odzwierciedlanie dziewiętnastowiecznego zarządzania. Główne założenie to dociskanie pracowników, ciągłe podnoszenie wymagań i wytwarzanie atmosfery współzawodnictwo pomiędzy ludźmi i zespołami. Głównym przesłaniem takiego menedżera jest hasło: „Jeśli nie dajesz rady, to odpadasz. Nie ma tu miejsca dla słabych”. Ta technika sprawdza się na krótkim dystansie. Podnosi efektywność zespołów i łamie opornych. Jednak w dłuższej perspektywie prowadzi do wypalenia i zwiększonej rotacji. Przy czym Ci najlepsi z pracowników, znikają najszybciej z szeregów firmy.
Menedżer 2.0 – zamiast siły strachu i zastraszania używa argumentacji. Wyjaśnia, podaje powody, tłumaczy przyczyny jak i konsekwencje braku działania. Często poszukuje też innowacyjnych rozwiązań, usprawnień procesowych i informatycznych. Komunikuje się z zespołem, lecz w tej komunikacji jest zachowany pewien dystans. Jest bowiem świadomy, że zawsze natrafi na niezadowolonych lub tych którzy będą stawiali opór przed wprowadzeniem czegoś nowego. Jeżeli uzna, że przedstawił racjonalne argumenty i dobrze zakomunikował powody. Niezwłocznie przystąpi do skutecznego wdrożenia zmiany i egzekwowania odpowiednich zachowań u członków zespołu. Jednocześnie będzie otwarty, na różne propozycje modyfikacji usprawniających wdrażane zmiany.
Menedżer 3.0 – skupia się na człowieku, jako najważniejszym aspekcie sukcesu. Na jego nastroju, komforcie, dobrym samopoczuciu w pracy oraz świadomości wspólnoty z pozostałymi członkami zespołu. Wychodzi on bowiem z założenia, że zadowolony i nie rozliczany co do minuty pracownik będzie w konsekwencji bardziej efektywny i zaangażowany. Dzięki czemu łatwiej poradzi sobie z zachodzącymi transformacjami w strukturach organizacji, jak i procesów. Taki menedżer dopuszcza też słabsze okresy w życiu pracownika. Próbuje zrozumieć ich przyczyny i w razie potrzeby udzielić odpowiedniego wsparcia. Obniża w ten sposób poziom stresu i obaw przed wprowadzaniem nowości, ale też zachęca do przedstawiania swoich własnych koncepcji na usprawnienie pracy lub rozwiązanie problemu. Często uzyskując w zamian nieszablonowe pomysły, które usprawniają pracę wszystkich i są przez wszystkich akceptowane, ponieważ są ich wspólny pomysłem.
Dlaczego 3.0 nie wystarczy?
Dziś często młodzi menedżerowie posiadają jedynie kompetencje z poziomu 3.0. Nie radzą sobie w sytuacjach kryzysu oraz istotnych zmian w organizacji, które wynikają ze strategii działania i nie zawsze są w pełni akceptowane przez zespoły. Często też, w takich sytuacjach nie potrafią dać zespołowi poczucia bezpieczeństwa. Nie potrafią zapewnić, że przetrwamy ten kryzys oraz nie pokazują hartu ducha i wiary w to że się uda. Dodatkowo członkowie zespołu często sądzą, że skoro taki menedżer jest miękki w relacjach z nimi, to tak samo miękki będzie w relacji z szefostwem i nie będzie potrafił odpowiednio zawalczyć o zespół.
Sprawny i dojrzały menedżer powinien dysponować kompetencjami z każdego z menedżerskich poziomów oraz umieć rozpoznawać, która sytuacja wymaga zastosowania której strategii. Posiadanie danej kompetencji nie oznacza konieczności jej stosowania. Dodaje jednak poczucie pewności siebie i pozwala na bardziej odważne i skuteczne działania. Zarówno w stosunku do podwładnych, jak i w czasie negocjacji z przełożonymi, kiedy broni interesów swoich lub zespołu.
Mix kompetencji = najrozsądniejszy wybór
Z tego powodu moim zdaniem warto inwestować w rozwój menedżerskiego fachu i poznawać różne narzędzia i techniki zarządzania. Dobry menedżer to kompilacja trzech poziomów kompetencji, które używane są w nasileniu zależnym od danej sytuacji.
Mocno uogólniając, zamiast miękkiego menedżera wolałbym mieć menedżera o twardym rdzeniu otulonym miękką powierzchownością i elementami empatii. Menedżera, który będzie potrafił wyjaśnić dlaczego realizujemy dane działanie i czemu on służy. Menedżera, który w razie czego odważnie dopyta o to swoich przełożonych. Menedżera, który będzie potrafił udzielić swoim ludziom wsparcia i zrozumie przyczyny ich ewentualnych trudności. Wreszcie menedżera, który w kryzysie stanie na czele zespołu i nim pokieruje.
Jak mawia Henry Mintzberg, zarządzanie nie jest nauką, jest praktyką, która składa się z trzech podstawowych elementów: nauki, sztuki i rzemiosła. Nauka opiera się na analitycznym podejściu do zarządzania. Rzemiosło to zestaw technik i narzędzi menedżerskich, które należy dobrze poznać i stosować niemal automatycznie. Wreszcie sztuka, która do tego wszystkiego dodaje kreatywność, wizję, empatię, przyzwoitość i autentyczność.
* Kaowiec – potoczne określenie instruktora kulturalno-oświatowego zatrudnianego przez domy kultury, domy wczasowe itp. instytucje. Wraz z przemianami społecznymi niegdysiejszych Kawoców zastąpili bardziej współcześni „animatorzy”.
Z ciekawością obserwuję różnych speców od życiowej efektywności. Jednak co najmniej w kilku przypadkach mogę śmiało stwierdzić, że efektywność stała się ich celem życia, zamiast te życie wspomagać. Optymalizują każdy codzienny ruch. Na wszystko mają plan i rozpisane kroki, a wyrwane czasowi sekundy skwapliwie zliczają w bilansie na koniec dnia. Prowadzą blogi, podcasty i kanały wideo, w których pokazują jak biegają skoro świt by nie stracić za dużo dnia. Jadą lub idą gdzieś słuchając audiobook’ów, bo przecież nie wypada trwonić czasu jedynie na podróż. Dzielą się swoimi planerami, skwapliwie notują nastrój danego dnia i swoje dzienne sukcesy.
Wszystko to może brzmieć pociągająco. Kto nie chciałby być takim robocopem, co to jednocześnie pierze, sprząta, wymyśla nowe inicjatywy i na dodatek w tym samym czasie uczy się obcego języka. Był czas, że i ja też chciałem taki być. Zacząłem nawet sporo robić w tym kierunku i miałem nienajgorsze wyniki. Coś jednak zaczęło mi w tym wszystkim przeszkadzać. Czym robiłem się sprawniejszy, szybszy i lepiej zorganizowany, tym wewnątrz stawałem się bardziej płytki i jakiś taki bezbarwny. Przestałem dostrzegać barwność życia i magię jego chwil.
Zauważyłem to również w publikacjach piewców tego stylu życia. Wszystko mieli policzone, pomierzone i zamknięte w różnego rodzaju aplikacjach organizujących im życie. Jakoś tak tylko dziwnym trafem w swoich publikacjach prawie nigdy nie używali słów: przyjemność, radość i szczęście.
Zarządzanie czasem, a szansa na sukces
Piewcy efektywności najczęściej uczą nas strukturyzowania zadań i łączenia ich w tematyczne bloki. Dodając do tego dzielenie czasu na jednostki i efektywne wykorzystywanie każdej minuty je wypełniającej. Tak mniej więcej wygląda według nich droga do sukcesu.
Tymczasem są i tacy specjaliści, którzy twierdzą, że są to jedne z najgorszych rad jakie można komuś dać, biorąc pod uwagę dwa główne czynniki sukcesu, jakimi są kreatywność i pasja.
Uznają oni, że czas przestojów takich jak: podróż samolotem czy pociągiem, oczekiwanie w jakiejś poczekalni lub kolejce, czy spacerowanie, to czas który powinien być wykorzystany do wszystkiego z wyjątkiem rzeczy efektywnych. To czas na marzenia, odpływanie myślami gdzieś daleko, podziwianie widoków, czytanie ekstrawaganckich książek, rozmowy z nieznajomymi a nawet wygłupy. Jak trzeba, to też czas na błogą drzemkę. Czas przestoju to czas naszej maksymalnej kreatywności, jednak trzeba dać sobie na nią wewnętrzną zgodę. Nie można jej zabijać pracą na laptopie, w czasie której staramy się nadrobić jakieś zaległości.
Czas przestoju to czas na zmianę perspektywy i kreatywne zabawy. Możesz pobawić się słomką od napoju, spróbować zgadnąć jaki jest cel podróży lub zawód twoich współtowarzyszy. Jeśli to Ci nie wystarczy, możesz za jedną z rad, którą kiedyś znalazłem w moim kreatywnym kalendarzu, kupić kolorowankę dla dzieci i kredki a następnie z pasją ją kolorować w środku transportu, którym się przemieszczasz. Miny współtowarzyszy – bezcenne.
Chodzi o to, że kiedy mózg nie jest pod presją i zajmuje się nietypowymi aktywnościami, w tle i tak analizuje sprawy do załatwienia. Często poprzez pryzmat tej nietypowości wpadając na nieschematyczne i kreatywne rozwiązania. Element zabawy i rozrywki do tego wszystkiego dołoży trochę relaksu i dobrego humoru. Tak ważnego w życiu, a tak często brakującego skoncentrowanym na efektywności specom.
I dla jasności – wiele nauczyłem się od osób promujących najwyższą efektywność w życiu. Z sukcesami stosuje w nim, niektóre z proponowanych pomysłów lub rozwiązań. Jednak z moją starą maksymą, że ortodoksja w każdym wymiarze bywa szkodliwa, czasami wyluzowuję i odpuszczam, sobie i otoczeniu.
W czasach wszechobecnego internetu i nieograniczonych możliwości odnajdywania ludzi podobnie myślących do nas samych powinno nam się żyć łatwiej i mniej wyobcowanie. Wszak skoro czujemy, że nie jesteśmy jedyni w swoich poglądach i przekonaniach, powinno nam być łatwiej mówić o tym co i jak myślimy. Ta wizja okazuje się jednak często iluzją, bo nie uwzględnia drugiej strony medalu.
Wraz z powszechnością internetu i nieograniczoną możliwością publicznego wypowiadania swoich opinii do głosu doszła też cała rzesza intelektualnych prostaków i mentalnych desperatów. Kiedyś, aby być słyszanym i mieć dostęp do szerokiego przekazu trzeba było być „kimś”. Dysponować określoną inteligencją, posiadać wykształcenie lub osiągnięcia życiowe. Dziś można to robić będąc „nikim”, a jedynym osiągnięciem życiowym takich osób może być wypisywanie pełnych agresji i inwektyw komentarzy pod wpisami innych ludzi.
Z tego powodu, Ci którzy, mają odwagę iść przez życie swoją drogą. Kreować własną rzeczywistość, mieć swoje przekonania i być im wiernym muszą się liczyć z krytyką lub wyśmiewaniem. Ci którzy postawili na określone osiągnięcia w swoim życiu, muszą się liczyć z negowaniem przez innych ich dorobku lub wiedzy.
Tak zresztą działo się zawsze. Jednak nie w tak dużym nasileniu jak dzisiaj. Stąd tak ważna jest obecnie samoświadomość, umiejętność określenia własnych życiowych wartości i dystansowania się od określonych zdarzeń. Umiejętne ignorowanie lub odcięcie się od tych, którzy próbują nas ciągnąć w dół. Powinniśmy też nabyć swoistej „antykruchości”, która da nam odporność w momentach niepewności i pozwoli odnaleźć siebie w dynamicznie zmieniającej się i często nieprzewidywalnej rzeczywistości.
Dzięki coachingowi, mam przyjemność pracować z niesamowitymi ludźmi, którzy nierzadko chcą przeżyć życie na swoich zasadach i w zgodzie z sobą. Nasze spotkania bywają bezpieczną przestrzenią, w której mogą mówić o swoich obawach i wątpliwościach oraz możemy dyskutować o możliwych rozwiązaniach czy strategiach działania. Jednak z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nic nie daje tak wielkiej siły jak świadomość samego siebie.
„Życie nie jest przedstawieniem, nie jest nawet próbą generalną. Ci, którzy grają rolę, zamiast żyć, tracą więcej, niż im się wydaje. Nic znaczącego nie zostało osiągnięte bez podjęcia ryzyka.”
Manifest Wikingów. Sekrety sukcesu skandynawskiego biznesu. Steve Strid i Claes Andreasson
Zazwyczaj w codziennym zabieganiu nie zwracamy zbytnio uwagi na dobór słów, którymi opisujemy otaczający nas świat i naszą rzeczywistość. Tymczasem zupełnie bezwiednie możemy sami sabotować swoje działania, zamykać się w klatkach bezmyślności lub nakładać na siebie bezrefleksyjne ograniczenia. Z drugiej strony działając świadomie, możemy istotnie zwiększyć naszą efektywność i odporność na różnego rodzaju rozpraszacze.
To na pozór najmocniejsze z dzisiejszych słów, choć de facto jest ono wyrazem naszej bezsilności. Wyrazem uzależnienia od zewnętrznych czynników lub innych sił sprawczych, które nam coś każą.
Muszę robić karierę, musze pracować po godzinach, muszę pracować w tej firmie choć jej nienawidzę. Muszę odwiedzić teściową lub spędzić Święta z rodziną, choć to o czym marzę to chwila samotnego odpoczynku. Muszę odkurzyć mieszkanie raz w tygodniu, choć bywa że padam na twarz ze zmęczenia.
„Muszenie” jest zarazem jednym z najczęściej nadużywanych słów. Łatwo bowiem oświadcza się, że coś „muszę”. Ja jednak wtedy zawsze pytam „Kto Ci każe, skoro musisz?”. Zazwyczaj następuje wtedy konsternacja, chwila ciszy i nieśmiałe stwierdzenie „Ja”. No i teraz najważniejsze: „Skoro sam sobie każesz, to kto może Cię z tego zwolnić?”. Odpowiedzi chyba można się łatwo domyślić…
Muszę – zatem jest często używane jako wymówka, która zwalnia nas z wysiłku jaki musielibyśmy włożyć w zmianę sytuacji, w której jesteśmy. Muszę – pozwala wyłączyć refleksję i myślenie oraz obciążyć innych odpowiedzialnością za nasze nie do końca udane życie i nadal nic z nim nie robić. Muszę – to wreszcie wygodne, a czasami wyrachowane, wołanie o to, aby inni poświęcili nam uwagę, pomogli albo wręcz wzięli odpowiedzialność za nasze życie. Czasami „muszę” też karmi własne ego, bo jakże wielki jestem skoro dźwigam tak ciężki krzyż życia.
Jest jednak jeszcze jedna genialna funkcja „muszę”, o ile bywa ono używane świadomie i intencjonalnie. „Muszę” nie daje pola wyboru, nie pozwala się rozczulać lub marnować czasu na rozmyślanie czy coś robić, czy nie. „Muszę” zmusza do konkretnego działania, wykręca wysoką efektywność w naszym życiu i pomaga iść do przodu nawet wtedy, kiedy nie jest nam łatwo. „Muszę” przypisane do osiągnięcia jakiegoś celu pozwala przejść przez niejedno życiowe piekło.
Mogę
W tym słowie jest znacznie więcej przestrzeni niż w „muszę”. Słysząc je lub wypowiadając nie czuje presji i napięcia. Nie mam też tego zawężonego patrzenia tylko na osiągnięcie wyniku, bez zwracania uwagi na otaczającą mnie rzeczywistość.
Kiedy „mogę” łatwo mi się oddycha. Bez problemu zatrzymuje się na moment, aby zadać sobie pytanie co chcę danym działaniem osiągnąć i czy w ogóle chcę je jeszcze realizować. „Mogę” tworzy też przestrzeń na twórcze i kreatywne działanie, bo presja wyniku nie zabija radości pracy na danym tematem. Nie działając za wszelką cenę, czasami na chwilę odpuszczam, aby poczuć moment największej energii i dobrego nastroju. To co tworzę w takim stanie, jest prawie zawsze znacznie lepsze od tego co robię na czas lub na ilość wymuszoną przez „muszę”.
Największa moc „mogę” ujawnia się wtedy, kiedy przytłoczony ilością zadań, presją terminów i oczekiwaniami innych docieram do poczucia chaosu w moim życiu. Jestem zirytowany, spięty, moja satysfakcja z życia pikuje w dół, a ja nie potrafię się odprężyć czy zrelaksować. Zaczepiany przez najbliższych powtarzam tylko „muszę zrobić to”, „muszę zrobić tamto”…
Tak jest do momentu kiedy mam wreszcie dość, a irytacja dochodzi do kulminacyjnego punktu. To właśnie wtedy, zatrzymuję się. Spisuję wszystkie rzeczy do zrobienia i świadomie zmieniam w mojej głowie i kalendarzu ich status z „muszę” na „mogę”. Ten pierwszy utrzymują tylko te spraw, bez których faktycznie zawaliłby się świat. Resztę przesuwam w czasie lub w ogóle je sobie odpuszczam. Każdorazowo temu procesowi towarzyszy odczucie spadających z moich ramion ciężarów oraz obejmującego całe ciało rozluźnienia i relaksu.
„Mogę” ma także swoje drugie oblicze. Spora część ludzi jak „może”, a nie „musi” to nic nie robi. Niepostrzeżenie zapada się w marazmie, odpuszcza ambicję i płynie bezwiednie z nurtem losu, tracąc kontrolę nad swoim życiem. Wybierają lenistwo zamiast aktywności, często przykrywając je modnym ostatnio słowem „prokrastynacja”. To właśnie najczęściej oni, na końcu swojego życia ze smutkiem wzdychają mówiąc: „a mogłem/mogłam tyle zrobić”.
Chcę
Mówi się, że „chcieć” to „móc” i często jest to prawda. Problem w tym, że wiele osób stawia między tymi słowami znak równości. Zapominając, że samo „chcenie” nie zamiani się magicznie w działanie. Jeśli chcę odwiedzić Nowy Jork to z tym chceniem mogę przejść przez całe życie, finalnie nigdy nie odwiedzając tego miejsca. Aby je odwiedzić muszę bowiem podjąć jakieś działania w tym kierunku. Zaplanować lot, zorganizować noclegi itd. Identyczna sytuacja dotyczy tych którzy np. chcieliby zmienić pracę na lepszą lub zrealizować jakieś marzenie.
Nasz mózg uwielbia pławić się w „chcę”. Co więcej, wspiera je wizjami tego jak to mogłoby być, gdyby dane „chcę” się zrealizowało. Oczami wyobraźni już chodzimy po ulicach Nowego Jorku lub przechadzamy się po wymarzonym miejscu pracy. Często opowiadamy o tych wizjach naszym znajomym i jakoś tak tylko dziwnym trafem robimy to już od kilku lat, nie podejmując w rzeczywistym życiu żadnego działania w tym kierunku. Tych działań nie chce też nasz mózg, bo dla niego wszystko co nowe stanowi zagrożenie lub potencjalny dyskomfort związany ze stresem. Woli więc utrzymywać nas w iluzjach i marzeniach sennych odsuwając działanie na mityczne „później”.
Wielu z nas zapomina do „chcę” dopisać planu działania. Myli wizje z rzeczywistością i przyjmuje, że kiedy „chce” coś zrobić, to już to robi. Kiedyś sportowcom zalecano wyobrażanie sobie siebie na podium po wygranych zawodach. Miało ich to zmotywować do większego wysiłku podczas treningów i samego wyścigu. Badania pokazały jednak, że taka wizualizacja osłabia ich motywację, bo mózg myli wyobraźnie z rzeczywistością i w swojej pamięci odhacza dany sukces jako już osiągnięty.
Z tego też powodu, kiedy moi coachingowi klienci mówią, że czegoś „chcą” zawsze ich pytam, co już zrobili w tym kierunku, aby to osiągnąć. Odpowiedź najczęściej bywa mocno otrzeźwiająca dla nich samych. Dla mnie natomiast stanowi podstawę propozycji rozplanowania konkretnych działań.
Ten wpis powstał m.in. na podstawie moich cotygodniowych doświadczeń z tworzeniem artykułów na tego bloga. Na początku tygodnia zawsze „chcę” napisać kolejny. Pod koniec tygodnia wciąż go nie mam i czuję, że „muszę” go jak najszybciej napisać. Kiedy czuję, że „muszę” to nic z tego pisania nie wychodzi, bo presja nie sprzyja kreatywności. W piątek wieczorem zirytowany i wkurzony, odpuszczam sobie i myślę, że jak nic tym razem nie napiszę to świat się nie zawali. Zaczynam weekend z myślą żeby odpocząć, a gdybym złapał wenę to przecież „mogę” coś w między czasie jeszcze napisać…
Chyba każdy z nas ma w życiu takie momenty, w których chciałby coś zrobić. Ba, nawet już zebrał energię potrzebną do tego działania. Już jest niby o krok od tego co zaplanował…, a jednak utyka na jakimś „magicznym” progu niedziałania i nie podejmuje zaplanowanej aktywności.
Czy to będzie zabranie głosu na spotkaniu. Realizacja jakiegoś zadania w pracy, które dziwnym trafem ciągle przesuwa się w czasie. Podjęcie jakiejś istotnej, ale nie kluczowej dla naszego życia decyzji. Czy tak banalna sprawa, jak wyjście z nudnej imprezy, czy filmu w kinie.
Co nas zatem powstrzymuje?
Odpowiedzią jest – lenistwo naszego mózgu. Dzieje się tak, jeśli koszt przetrwania danej sytuacji, czy nie podjęcia danego działania w tym momencie nie niesie za sobą istotnych konsekwencji. Co najwyżej lekko poboli nas głowa, będziemy trochę znudzeni lub w nieco gorszym humorze. Ewentualne dopiero za jakiś czas, dotknie nas konieczność nadrobienia straconego czasu.
Jeden taki incydent z reguły nie stanowi większego problemu. Jeśli jednak uzbiera się ich całkiem sporo i to szczególnie w krótkim czasie, może być to irytujące lub doprowadzić do większych kłopotów.
Mentalne turbodoładowanie
Długo szukałem jakiegoś sposobu na tę przypadłość, lecz żaden z poznanych nie okazywał się wystarczająco skuteczny. Tak było do momentu, aż trafiłem na regułę „5 sekund”. Tak banalnie prostą, że o mało jej nie zignorowałem.
Otóż za każdym razem, kiedy jesteś o krok od działania i wpadasz na „próg”, który Cię powstrzymuje – policz do pięciu. Licz jednak tak, jak przy starcie rakiety. Weź głęboki oddech… 5, 4, 3, 2, 1 i działaj.
To zaskakujące, jak nasz mózg posłusznie reaguje na to odliczanie. Jak niezauważenie przeskakuje nad tym co nas powstrzymywało, na „jeden” uwalniając całą skumulowaną energię.
W moim przypadku sprawdziło się to kiedy musiałem się przełamać i rozpocząć pewną rozmowę z nieznaną osobę. Usiąść wreszcie do przygotowania mało atrakcyjnego raportu. Czy też podnieść się energicznie po południowej drzemce. Prawdę powiedziawszy, to tylko przykłady, bo z tego sposobu, skorzystałem już wiele razy i w wielu sytuacjach. Z tego też powodu, z czystym sumieniem mogę Ci go zarekomendować.
Regułę 5 sekund w swoich wystąpieniach i książce propaguje Mel Robbins. Tutaj możesz posłuchać jej wypowiedzi na ten temat:
Content not available. Please allow cookies by clicking Accept on the banner
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji
Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska.
1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies.
2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer.
3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia
4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu:
a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb;
b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości;
5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika.
6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies:
a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu;
b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu;
c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu;
d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.;
e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań.
7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej).
8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu.
9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów.
10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.