Praca stanowi istotną część naszego życia. Chcielibyśmy czuć się w niej spełnieni i mieć poczucie satysfakcji z tego co robimy. Najczęściej jednak nie doświadczamy tego stanu w wystarczającym wymiarze, a bywa i tak, że nie doświadczamy go w ogóle. Mimo to tkwimy w dotychczasowym miejscu nie podejmując żadnego działania. Na co liczymy, czego się spodziewamy, jak sobie wyobrażamy zmianę tej sytuacji?
Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć. Mogę natomiast pokazać trzy główne przyczyny naszego niezadowolenia z pracy oraz trzy możliwe drogi działania, które sprowadzić można do hasła: zaakceptuj, zmień albo rzuć.
Więcej na ten temat przeczytacie w moim wpisie na zaprzyjaźnionym portalu: Zmiany w życiu
Prawie wszyscy chcemy żyć wygodnie i bezpiecznie w poczuciu komfortu. Wyobrażamy sobie, że w ten sposób osiągniemy poczucie spełnienia i błogiego spokoju. Nic bardziej błędnego!
Niemała grupa moich klientów to biznesmeni, którzy mają firmy „samograje”. Praktycznie nic nie trzeba przy nich robić, bo wszystko jest świetnie poustawiane i samo się kręci. Są też klienci, którzy mają wszystko w życiu czego potrzebują: mieszkanie, samochód i nienajgorszą pracę. Jednak żadna z tych rzeczy nie jest ich zasługą, bo o wszystko zadbali rodzice. Wszyscy oni pojawiają się u mnie z jedną potrzebą – odkrycia sensu życia, który utracili.
Czemu tak się dzieje oraz czemu życzenie „spełnienia wszystkich marzeń” może być tak naprawdę przekleństwem, przeczytacie w moim wpisie na zaprzyjaźnionym portalu: Zmiany w życiu
Jedno ze słownikowych znaczeń słowa „huragan” to: „gwałtowna, niszcząca siła jakiś wydarzeń lub zjawisk”. W tym też znaczeniu będę się odnosił do tego terminu w niniejszym artykule. Chcę bowiem nawiązać do takich zdarzeń z naszego życia, które najczęściej są niespodziewane i całkowicie wywracają nasze życie lub jego istotną część. Ewentualnie, przynajmniej tak postrzegamy ich działanie zaraz po tym jak się zadzieją.
Moment uderzenia w nas potężnej siły, najczęściej powoduje poczucie przeszywającego strachu, dezorientacji i totalnego braku wpływu na daną sytuację. To, co jako tę siłę potraktujemy i to jak dalece destrukcyjne będzie jej działanie zależy od indywidualnej konstrukcji psychicznej każdego z nas. Dla jednych będzie to śmierć najbliższej osoby, dla innych informacja o śmiertelnej chorobie, która nam dolega. Jeszcze inni zostaną „ścięci z nóg” informacją o utracie pracy, pożarze mieszkania lub porzuceniu przez partnera/partnerkę.
To co jest kluczowe dla zetknięcia z huraganem to efekt jego działania. Jedna z definicji „huraganu” rozpoczyna się od zdania „Huragan to wiatr o tak dużej sile i porywistości, że powoduje zniszczenia na powierzchni, nad którą przechodzi”. Czemu to takie ważne, bo wskazuje pewną prawidłowość. Zniszczenie następuje tylko nad powierzchnią, nad którą przechodzi. Tymczasem wielu z nas przyjmuje, że zniszczenie dotknęło wszystkiego i wszędzie, przez co jesteśmy jeszcze bardziej przytłoczeni całą sytuacją i zwykliśmy mówić „całe moje życie legło w gruzach”. Czy naprawdę całe?
Lokowanie strat
Nasze życie można podzielić na kilka najważniejszych obszarów. Przy czym metodologie tego podziału, bywają bardzo różne. Jedna z nich obrazowo mówi, że w życiu cały czas żonglujemy trzema kulami: zdrowie, rodzina i praca. Przy czym dwie kule są szklane, a jedna z nich jest z kauczuku. Upuszczenie tej ostatniej je nie niszczy, bo po upadku się odbije i możemy ją znowu chwycić. Jeśli wypuścimy z rąk, którąś ze szklanych z dużym prawdopodobieństwem roztrzaska się o podłogę, choć nie zawsze. Według tej teorii kauczuk jest przypisany do kuli „praca”.
Ja wolę podział na trzy życiowe wyspy: związek, karierę (w której mieści się praca) oraz wyspę Ja (na, której z pewnością znalazłoby się również zdrowie). Huragan najczęściej szaleje tylko nad jedną z nich, a pozostałe mogą nam udzielić schronienia. Kiedy zostawia nas życiowy partner/partnerka, chwilowo większe zaangażowanie się w pracę może być sposobem na odskocznię od problemów prywatnych. Kiedy tracimy pracę możemy dostać wsparcie ze strony najbliższej osoby, z którą jesteśmy w związku lub też od rodziny. Jednocześnie, jeśli mamy jakieś hobby, większe zaangażowanie w jego realizację może na jakiś czas osłabić odczuwaną stratę po zwolnieniu z pracy.
Gorzej już nie będzie
Często efektem działania huraganu jest totalna destrukcja w danym obszarze. Wbrew pozorom ma to jeden pozytywny aspekt. Nie ma już co naprawiać, łatać i podpierać na różne sposoby. Mówiąc inaczej, nie ma miejsca na prowizorkę. Nie za bardzo można też pogorszyć sytuację, zatem możemy zacząć odbudowę danego obszaru inaczej, lepiej i całkowicie zgodnie ze sobą.
Co więcej możemy zadbać o to, aby ta nowa konstrukcja danego obszaru była bardziej odporna na ewentualne kolejne huragany. Cała ta sytuacja otwiera przed nami pole do odważnego i twórczego działania. Warto jednak uważać, aby nie wpaść w pułapkę bezrefleksyjnego odtwarzania starych schematów.
Przebudzenie Feniksa
Pobojowisko i chaos po huraganie, niejako przypominają zgliszcza po wielkim pożarze. Skąd te porównanie, bo chcę nawiązać do Feniksa. Legendarnego ptaka z Etiopii, który pod koniec swojego długiego życia spala się tylko po to, aby odrodzić się z popiołów na nowo.
Znam wiele osób, dla których życiowy huragan był doświadczeniem granicznym, po którym przebudzili się niczym Feniksy. Często dokonując zmian nie tylko w obszarze huraganem dotkniętym, ale w całym swoim życiu.
Porzucona kobieta, będąca do tej pory jedynie szarą myszką, kupiła Harleya, wytatuowała skrzydła na ramionach i zmieniła pracę na nową, w której nie znano jej wcześniejszego wizerunku. Doświadczony i lojalny wieloletni menedżer z korporacji, który jednego dnia usłyszał bezceremonialne „dziękuję”, wyprowadził się z miasta z całą rodziną i zajął agroturystką. Jego nowym hobby stały się pszczele pasieki. Dziś jego dawni koledzy, czasami wpadają na kilka dni po regenerację i opowiadają jak bardzo zazdroszczą mu tej życiowej zmiany.
Na zakończenie chciałbym jasno zaznaczyć, że nie trywializuję destrukcyjnej mocy życiowych huraganów oraz ich efektów. Wiem, że czasami ich siła jest tak wielka, że niektórych na długi czas przytłacza i bywa, że ta destrukcja nie dotyczy tylko wybranego obszaru życia. Wiem jednak też z doświadczenia, że ogrom zniszczeń często nie jest tak rozległy jak w pierwszej chwili to postrzegamy i że czym dalej od danego zdarzenia tym jego znaczenie dla całego naszego życia staje się mniejsze.
Nauczyłem się również, jak istotne jest to jakie działania i decyzje podejmiemy po jego przejściu, bo to jest klucz do odzyskania kontroli nad swoim dalszym losem. Lepiej zrozumiałem też sens prostych słów „wszystko mija”, bo dziś wiem, że dotyczy to także tych trudnych chwil w naszym życiu.
To była szczera i bardzo otwarta rozmowa o coachingu i menedżerach oraz wyzwaniach z jakimi Ci drudzy zmagają się na swoich stanowiskach. Polecam!
Co naszej rozmowie napisał Maciej Buś, autor tego podcastu:
W ciągu ostatnich dziesięciu lat „wyhodowałem” dziesiątki projektów. Ponad rok temu zrobiłem ćwiczenie – każdy projekt (jego nazwę) zapisałem na oddzielnej kartce formatu A4 i rozłożyłem je na podłodze. Powstał biały dywan, który pokrył niemal cały pokój. Pół roku później na tej samej podłodze zostały tylko trzy kartki – trzy projekty. O tym jak doszło do tego doszło, co się wydarzyło rozmawiam z Rafałem Markiewiczem – osobą, która kazała mi to ćwiczenie wykonać.
KLM #69: Nie możesz wszystkiego – rozmowa z Rafałem Markiewiczem
Rozmawiamy o: Jak to się stało, że Rafał został coachem O modzie na coaching i czy każdy może być coachem (coaching paznokci, ewangeliści) O moich powodach rozpoczęcia pracy z Rafałem O sytuacji managerów w codziennej pracy – o wypaleniu, frustracji, Czy coach musi znać się na biznesie ludzi, którym pomaga? O odwadze, otwartości, szczerości O osamotnieniu szefa (szczególnie w kontekście obsługi klienta) Do kogo w pracy manager może się zgłosić kiedy czegoś nie wie, O podejmowaniu decyzji managerskich O stresie O awansach na stanowiska managerske Jak radzić sobie z samotności – coaching to tylko jedna z dróg O uzależnieniu od zewnętrznej pomocy O kryzysie autorytetów O źródłach rozwoju managerskiego Do kogo pójść – do coacha czy mentora? Jak odważyłem się zostać mentorem? Jak wygląda nasza praca – Rafała jako coacha, moja jako mentora
Moje tegoroczne wakacje właśnie dobiegły końca. Dla mnie to szczególny moment, bo zwykłem kolejne lata liczyć od wakacji do wakacji, a nie od 1 stycznia do 31 grudnia. Wynika to z tego faktu, że każde wakacje staram się organizować tak, aby dostarczyły mi nowych doświadczeń, wyrwały mnie z rutyny „strefy komfortu” i dały kilka spokojnych chwil na refleksje i odpowiedź na pytanie: „Czy moje życie jest takie jakbym chciał, aby było?”.
Zasadniczo nie ma więc możliwości, abym z takiego wakacyjnego wyjazdu wrócił dokładnie taki sam, jak byłem przed nim. Nowe przeżycia i przemyślenia weryfikują część poglądów i przekonań. Otwierają na kolejne nowe doświadczenia i aktywności. Zdarza się i tak, że dokonują twardej weryfikacji wyobrażeń na swój własny temat.
Co roku kiedy wracam wypoczęty i pełen energii staję też przed dylematem – co dalej?
Co zmienić, a co zostawić takie jak było. Może potraktować to wszystko jako chwilową wakacyjną fanaberię i bezpiecznie umościć się w tym co znane. Ta ostatnia opcja dla mnie, człowieka skupionego na przyszłości, ale zarazem mistrza wykrywania zagrożeń i nieścisłości w planach, jest szczególnie kusząca. Przecież tak wiele może się nie udać, istnieje sporo niewiadomych a na dodatek każda nowość to co najmniej chwilowy dyskomfort i potrzeba zainwestowania dodatkowej energii. Kiedy tylko zaczynam tak myśleć, już wiem że nie jestem sam… Na moim ramieniu przysiada strach.
Na moje szczęście, kilka wakacji temu podjąłem jedną kluczową decyzję – nie chcę się bać życia. Chcę je smakować, doświadczać i w tym wszystkim ufać sobie i wierzyć w siebie. Strach stracił swoją „wielką moc” i choć potrafi czasami nieźle namieszać, ja ciągle się rozwijam i prę przed siebie.
Dziś chciałby zaprosić i Ciebie do takiej wspólnej drogi, aby się jednak ona zaczęła musisz dokonać wyboru, o którym doskonale opowiada Jim Carrey
Wybierz, to co kochasz. Ile razy dokonywałaś praktycznego wyboru? Ile razy przekładałaś dobro swojego dziecka, partnera nad siebie? Może TERAZ jest dobry czas, aby odzyskać siebie. Zacząć myśleć o swoich potrzebach. Zacząć siebie stawiać na pierwszym miejscu. Pozwól swojej kreatywności wybrzmieć.Daj się zauważyć. Idż przed siebie. Dumna. A Ty, wybrałaś już co kochasz?—Jeśli masz pytania, pytaj – głupie są tylko pytania niezadane.Jeśli chcesz przekazać to światu – udostępnij, ludzie lubią inspiracje. Nieś im Światło#purityofenergy #puresoul #pureart #pureakasza #konradhojan #katarzynahojan #energia #medytacja #love #medycynaalternatywna #reiki #miłość #samorozwój #medycynaholistyczna #mindfulness #dlamężczyzny #bioenergoterapia #dlakobiety #rozwójduchowy #szczęście #happy
Zadaniowcy to harty wyścigowe wielu korporacji, ale także fascynaci własnej efektywności. Uwielbiają zaczynać dzień od listy zadań do zrealizowania i jeśli nie ma ich odpowiednio dużo czują się taka listą rozczarowani. Często więc dla czystej ambicji dorzucają jeszcze kilka, aby dzień stał się wystarczająco ekscytujący.
Udany dzień z punktu widzenia zadaniowca to ten z dużą listą zrealizowanych zadań. Najlepiej wszystkich na ten dzień zaplanowanych. Średnio dobry będzie taki, gdy część zadań z listy trzeba przenieść na kolejny dzień. Fatalny zaś zakończy się dłuższą listą zadań niż ta, którą się zaczynał.
Zadaniowiec często dąży do realizacji wszystkich możliwych zadań, tak aby lista zadań oczekujących była całkowicie pusta. Wierzy w to, że wtedy osiągnie wreszcie upragniony spokój i poczucie spełnienia. Dążenie to jednak ma dwie pułapki.
Pierwsza to fakt, że we współczesnych czasach nieograniczonego potencjału informacji i możliwych zadań, te drugie mogą się nigdy nie skończyć. Czeluści internetu bowiem kierowane różnorodnymi algorytmami wciąż będą nam podpowiadać kolejne fascynujące możliwości czy to w postaci wydarzeń, kursów on-line, ciekawych filmów na YouTube, najnowszych informacji z danego zakresu, czy też wreszcie kolejnych stron godnych głębszej ich penetracji. Kiedy świat on-line to za mało, z pewnością trafią do nas jeszcze propozycje książek, które koniecznie powinniśmy przeczytać. Tym bardziej, że mają takie świetne opinie czytelników lub rekomendację jakiegoś influencera.
Dodatkowy problem z zadaniowcami, to ich nastawienie do zadań. Są niczym zadaniowy pies Pawłowa. Każe nowe zadania to rozbłyskująca lampka, która powoduje natychmiastowe wydzielenie endorfin i nim włączy się logika (porównanie wolnego czasu w kalendarzu z ilością czasu jaki trzeba poświęcić na realizację danego działania), już krzyczą „biorę”. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy są mocno obciążeni, a nawet przeciążeni realizacją obecnych zadań.
Druga pułapka to zapętlenie logiczne. Bo jeśli zadaniowiec faktycznie zrealizowałby wszystkie działania, to i tak nie odczuje on szczęścia. Napędza go działanie i realizacja zadań, a nie bierność i spokojne oczekiwanie na kolejne wyzwanie. Już prędzej ogarnie go poczucie pustki i zagubienia.
Jest to tym bardziej niebezpieczne, że choć zadaniowcy się do tego raczej nie przyznają, to realizacja zadań jest tym co podbudowuje ich poczucie własnej wartości. Dzięki zadaniom czują się tacy ważni i niezastąpieni, a każde odhaczone zadanie = kolejny sukces w życiu. Brak zadań i brak sukcesów często oznacza z ich punktu widzenia, że są bezwartościowi. Nie uznają bowiem oni jako wystarczającej wartości tego, że prostu są. Realizacja zadań, to ich sposób na radzenie sobie ze strachem przed tym, że świat i inni odkryją prawdę o ich braku wartości. To też jeden z powodów, dla którego zadaniowcy są często perfekcjonistami.
Cena zdrowia
Nadmiar realizacji zadań, mało odpoczynku i wyczerpanie psychiczne wynikające z próby zapanowania na wielością wszystkich możliwości i potencjalnych zadań, wcześniej czy później odbija się na zdrowiu. Problem w tym, że zadaniowiec napędzany swoim ukrytym strachem bywa naprawdę twardy i potrafi wiele znieść. Tak wiele, że organizm musi użyć naprawdę radykalnych form interwencji, żeby go zatrzymać. Przyznać trzeba, że ma on całkiem spore spektrum możliwości: zawał, udar, rak lub lżejsza artyleria w postaci: chwilowej utraty przytomności, różnych nerwobóli, krwotoków z nosa, chronicznych bólów głowy, wypalenia i depresji. Oczywiście to tylko przykłady, bo potencjalnych możliwości jest jeszcze więcej.
Czasami zainterweniuje też bliski zadaniowca i przekona go do zmiany trybu życia. Choć przyznać trzeba, że nie często to się udaje. Bliscy bowiem, próbują przemówić do logiki zadaniowców, nie uwzględniając tego, że tak naprawdę kieruje nimi emocja, którą jest strach.
Łatwiej, sprawniej itd.
Zadaniowiec czasami podejmuje próbę zapanowania nad natłokiem zadań i zaczyna testować różne rozwiązania. Najczęściej zaczyna używać aplikacji, które mierzą i weryfikują jego efektywność. Pomagają też pozbyć się wszystkiego co może go rozpraszać. Problem w tym, że najczęściej te aplikacje zawierają jednocześnie mechanizmy motywujące do jeszcze większej i bardziej efektywnej aktywności. I tutaj pętla się zamyka, zadaniowiec grzęźnie w kolejnej pułapce. Pomijając już fakt, że nierzadko chce być tak efektywny, że używa kilku tego typu aplikacji na raz.
Bywają i tacy co zaczynają bardzo dbać o swoją kondycję i aktywność sportową. W pierwszym odruchu można by pomyśleć – na szczęście. Byłaby to jednak zwykła naiwność. Zadaniowiec nie jest aktywny sportowo, bo chce być zdrowy. On jest aktywny sportowo, bo chce być jeszcze szybszy i efektywny w realizacji zadań. Po cichu liczy nawet, że ich jeszcze więcej udźwignie.
Zawsze mnie zaskakuje fakt, że zadniowiec prawie nigdy nie widzi rozwiązania swojej sytuacji w wyeliminowaniu części zadań, które nie są konieczne.
Od tego właśnie zaczynam moją pracę z zadaniowcami. Potem dodajemy umiejętne nadawanie priorytetów, delegowanie zadań na innych, wzmacniamy umiejętność asertywnej odmowy i wreszcie wprowadzamy świadome zarządzanie energią życiową.
Zwykliśmy działać, kiedy sprawy zaszły już za daleko. Kiedy to co nadchodzi jest nieuchronne, bo jest efektem wcześniejszych zaniedbań lub braku przygotowań. Jesteśmy zszokowani, że to już, że jednak się stało. Co prawda, zdarzało nam się nad tym wcześniej zastanawiać, ale przecież było to tak odległe.
Kilka dni temu mój smartfon zaczął nieco szwankować. Przestał m.in pokazywać powiadomienia o nowych wiadomościach jakie dostałem na WhatsAppie. Podobnie było też z wiadomościami na Messengerze. Nieświadomy całej sytuacji pominąłem kilka informacji od znajomych lub odpowiadałem im z opóźnieniem. Dość długo szukałem przyczyny usterki i ciężko było coś ustalić. Dopiero znajomy zapytał mnie kiedy ostatnio wyłączyłem telefon. Było to chyba miesiąc temu. Poradził więc jego wyłączenie, aby wyczyścić dobrze pamięć podręczną. Po wyłączeniu telefonu i jego ponownym uruchomieniu wszystkie problemy zniknęły. Ja zaś zacząłem się zastanawiać jak dobrze wyczyścić „pamięć podręczną” w mojej głowie.
Ludzie od zawsze dzieli się na tych co są wiecznie zabiegani i mają mnóstwo zajęć do ogarnięcia oraz tych którzy dysponują wolnym czasem. Ci drudzy, jeszcze jakiś czas temu na pytanie co robisz zwykli odpowiadać „nic, nudzę się.” Współczesne tempo życia nie pozostawiło bez wpływu obu tych grup.
Zapracowani i wiecznie zajęci
Mogłoby się zdawać że świat cyfrowych technologii, dostępności online oraz automatyzacji niektórych procesów powinien dać im trochę wytchnienia.
Nic bardziej mylnego. Faktycznie pewne rzeczy robią szybciej i sprawniej załatwiają niektóre sprawy. Współczesny świat dostarczył jednak również mnóstwo nowych możliwości. Dostępnym sprawił to co kiedyś było nieosiągalne. Liczba nowych informacji i bodźców stała się tak wielka, że aż niemożliwa do przetworzenia. Ci wiecznie zajęci wpadli w nową pułapkę. Robią coś szybciej i sprawniej zyskując wolny czas. Nim się jednak obejrzą natychmiast przeznaczają go na spożytkowanie dla nowo nabytych możliwości. Tak więc każda nowa luka czasowa jest natychmiast wypełniana jakimś nowym działaniem.
Nudzący się
Dziś już się nie nudzą. Każda wolna chwila, którą kiedyś mieli i nie wiedzieli co z nią zrobić jest natychmiast wypełniana surfowanie w social mediach. Te natomiast tak sprytnie potrafią wciągnąć użytkownika, że spędza on w nich nie tylko swój wolny czas ale również i czas przeznaczony na inne rzeczy. Tym sposobem ci z wolnym czasem nagle zaczynają dołączać do tych zapracowanych i wiecznie zajętych. Muszą bowiem jakoś nadgonić czas stracony na bezmyślnym serwowaniu.
„Współczesny człowiek dał sobie narzucić skojarzenie satysfakcji z ilością realizowanych celów i wartości. Na każdym kroku jesteśmy bombardowani wizjami satysfakcji, jaką da nam to bądź inne przedsięwzięcie, wobec czego czujemy się zmuszeni włączyć je jakoś do repertuaru naszych celów. Czasy współczesne pod wieloma względami pozostają bez precedensu – jednym z nich jest bezprecedensowa ilość dostępnych człowiekowi form samorealizacji”
Jak radzisz sobie ze szczęściem? Tomasz Mazur, Benefit 03(83)/2019
Zapełniony bufor „pamięci podręcznej”
Żyjąc w ten sposób zapełniamy naszą „pamięć podręczną” po sam sufit. Analizuje ona i przetwarza wszystko z czym się stykamy w ciągu dnia. Aby uzmysłowić sobie jak spore jest to wyzwanie wystarczy tylko zastanowić się na tym jak dużą liczbę postów lub zdjęć przeglądamy w czasie 10 minutowego surfowania w social mediach. Jak wiele źródeł informacji, jak wieloma różnymi kanałami dociera do nas ze swoimi newsami.
Czy tego chcemy czy nie, wcześniej czy później, tak samo jak mój smartfon zaczniemy przeoczać istotne rzeczy. Początkowo to mogą być czyjeś urodziny, terminy płatności naszych zobowiązań czy spotkań biznesowych. Potem inne sprawy i rzeczy których nawet nie będziemy świadomi.
Mamy jednak jeden problem, nas nie da się wyłączyć tak jak smartfonu. Sen co najwyżej pozwoli poukładać wiadomości i sprawy w naszej głowie. Jest ich jednak tak wiele, że często nie starcza już czasu na czyszczenie.
W takich momentach z pomocą przychodzi medytacja, chodź wiem że nie dla wszystkich jest ona osiągalna. Jeżeli nie chcesz lub nie możesz jej używać z pomocą może ci przejść chwila totalnej izolacji i wyciszenia. Wyłącz telefon, a najlepiej zostaw go w domu i wyjdź spędzić trochę czasu w naturze.
Mi doskonale czyści „podręczną pamięć” szum morskich fal i dotyk plażowego piasku. Równie dobrze robi górska wspinaczka i mentalne połączenie z wielką pustą przestrzenią widoczną ze szczytu góry. Nie zawsze jednak musi to być aż tak spektakularne zdarzenie. Głęboki reset przeżywam spędzając dwie godziny w lesie kiedy wsłuchuję się w jego odgłosy i cieszą oczy zielenią drzew. Podobnie dzieje się ze mną kiedy siądę na dużej łące i staram się być z nią jednością. Wsłuchuję się w całe owadzie życie które na niej trwa, dostrzegam szczegóły budowy roślin które mnie otaczają i cieszą oczy ich kolorem i różnorodnością. Świadomie i głęboko wczuwam się zapachy i aromaty które mnie otaczają.
Przypuszczam, że i u ciebie czas już na głęboki reset i wyczyszczenie „pamięci podręcznej”. To jest ten szczególny moment, kiedy przystając i zatrzymując się w „tu i teraz”, tak naprawdę przyspieszasz kroku przez życie. Zarówno te prywatne jak i zawodowe.
Wiele osób marzy o tym, aby ich praca była zarazem ich pasją. Wierzą, że dzięki temu będzie się im pracować łatwo i przyjemnie. Liczą, że niesieni siłą pasji rozwinął swoje zawodowe skrzydła i przekroczą ograniczające ich bariery. To faktycznie jeden z możliwych scenariuszy. Jednak, aby był on potencjalnie możliwy należy unikać dwóch podstawowych pułapek.
Powyższy tytuł oddaje nastawienie niektórych z moich klientów rozczarowanych swoim obecnym miejscem pracy. Wierzą w to, że pasja powinna na nich spłynąć i niecierpliwie wyglądają tego momentu. Problem jednak w tym, że pasja nie przybywa z otchłani wszechświata, tylko rodzi się wewnątrz nas.
Jedna z moich klientek stwierdziła kiedyś, że daje swojej nowej pracy jeszcze miesiąc, aby poczuć do niej pasję. Jeśli się to nie wydarzy, to nie przedłuży swojej umowy zawartej na okres próbny. Była nieco zaskoczona, kiedy podałem jej kartkę i powiedziałem, że już nawet w tej chwili może napisać oświadczenie o nieprzedłużaniu umowy.
Sęk w tym, że to nie pracy, ale co najwyżej samemu sobie, możemy dać szansę na rozbudzenie pasji do tego co robimy zawodowo. Musimy dać trochę więcej od siebie. Zaangażować się i zgłębić temat próbując dostrzec w nim ciekawostki, interesujące wątki lub dowiadując się więcej o narzędziach lub otoczeniu biznesowym związanym z daną branżą.
Pasja jest bowiem jak ogień w kominku. Z jednej strony cały czas musi być podsycana drewnem, czyli naszym działaniami, pogłębianą wiedzą, czy też inicjatywami jakich się podejmujemy. Z drugiej strony, nawet najlepsze drewno nie zapłonie jeśli nie będzie pierwszej iskry. Potraktujmy zatem nasze początkowe zaangażowanie jako inwestycję. Jako pewnego rodzaju rozpałkę do której przytykamy płomień. Zacznijmy działać i nie wyczekujmy spektakularnego przełomu pewnego dnia. Pasja, o ile będzie nam dana, będzie narastać powoli, aż pewnego dnia z zaskoczeniem stwierdzimy, że nasza praca daje nam wiele satysfakcji i gubimy poczucie czasu kiedy się w nią angażujemy.
Pułapka 2 – zamiana pasji w pracę.
Na pozór najprostsze z rozwiązań. Zamiast rozbudzać pasję, należy tą która już mamy przekuć na działania zarobkowe. O ile nam się to uda, oprócz samej przyjemności zajmowania się danym tematem będziemy mogli z tego tytułu czerpać także korzyści finansowe. W takim podejściu nie ma nic złego. Co więcej nasza pasja może sama zarabiać na siebie. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy to co robimy z pasji staje się naszym jedynym, albo głównym, źródłem utrzymania.
W tej sytuacji to co było przyjemnością, nagle staje się obowiązkiem. To czym zajmowaliśmy się z chęci działania, teraz będzie wynikało z musu, przyjętego harmonogramu lub powziętego wobec klienta zobowiązania. W pierwszych miesiącach nie zauważymy zwykle tej zmiany. Każde nowe zlecenie będzie namacalnym dowodem na potwierdzenie właściwości naszej decyzji. Brak zleceń, też będzie początkowo łatwo tłumaczyć. Przecież machina musi nabrać rozpędu, aby wszystko zaczęło się kręcić.
Jednak po 3, 6 a może 12 miesiącach ta sytuacja zacznie nam ciążyć. Opadnie początkowy entuzjazm, a to co dawało radość zacznie generować stres i napięcie. Oczywiście prawie każdy z nas ma pokusę, aby uwierzyć w to, że nam się taki scenariusz nie przydarzy i ja tę wiarę bardzo szanuję. Jest świetnym motorem napędowym przy wielu decyzjach. Pozwala dokonać wielu i wspaniałych rzeczy w naszym życiu. Chodzi tylko o to, aby być świadomym jak zazwyczaj taki transfer pasji w prace przebiega i w odpowiednim momencie, jeśli ta sytuacja zacznie nasz męczyć, mieć odwagę odpowiednio na nią zareagować.
Zwykło się mówić, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Jednak większość ludzi używa tego stwierdzenia błędnie, jako wyjaśnienia tego, że nie chcą czegoś robić drugi raz. Tymczasem autorowi tych słów, Heraklitowi z Efezu chodziło o to, że nawet jak coś robisz drugi raz, to nie będzie to takie samo jak za pierwszym razem. To nic, że wchodzisz drugi raz do tej same rzeki, ale woda w niej nieustannie płynie i nie jest już tą samą wodą co za pierwszym razem.
Ja dodam więcej. Po pierwszym wyjściu z rzeki ty też zdobywasz nowe doświadczenia i przez to się zmieniasz. Kiedy więc do niej ponownie wchodzisz nie tylko woda w niej jest inna, ale i ty jesteś też już kimś innym. Zderzenie tych dwóch faktów, może dać bardzo pozytywne efekty np. w obszarze kariery zawodowej.
Jak twierdzi Rick Jarow autor książki Antykariera, każdy z nas może wybrać jedną z dróg rozwoju:
„Pierwsza to samozatrudnienie, założenie własnego biznesu. To nie jest droga dla każdego. Druga to poszukiwanie ludzi i organizacji myślących podobnie jak ty, z którymi ci po drodze, z którymi chciałbyś pracować. Trzecia droga to studiowanie medycyny czy prawa, uzyskiwanie kwalifikacji – ale z własnym poczuciem misji. Tak aby zmienić otoczenie, zanim otoczenie zmieni ciebie. Czwarta droga to nie pracować. Po prostu w pewnym momencie życia przychodzi czas na zatrzymanie się, na inkubację, na podróże.”
Jest jeszcze droga piąta, choć nie nazwałbym jej drogą rozwoju. To droga pieniądza. Pracujemy u tego kto płaci, albo w ogóle (czyli chciał nas zatrudnić), albo odpowiednio dużo. Ludzie z którymi pracujemy, czy też kultura organizacyjna schodzą wtedy na plan dalszy. Choć jeśli nie są do nas dopasowane, wcześniej czy później zaczną uwierać.
Nierzadko, kiedy dokonujemy wyboru zapominamy, że to nie jest wybór na całe życie. Z czasem możemy eksperymentować z każdą z dróg i tym, jak się na niej odnajdujemy. Dzięki temu niektóre z nich ewidentnie wykluczymy, inne uznamy za dopuszczalne i być może odnajdziemy tą jedną jedyną, na której czujemy się naprawdę dobrze.
Czasami może się okazać, że ta najlepsza jest jedną z tych, na której wcześniej byliśmy. Powstają wtedy pytania:
jak najlepiej na nią wrócić?
jak ocenią to inni?
czy nie zostanie to odczytane jako moja porażka?
Jak wrócić?
W pierwszej kolejności świadomie tzn. nie uciekając od czegoś, a do czegoś dążąc. Z szerokim bagażem doświadczeń wiemy już czego możemy się spodziewać na danej drodze i jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za jej wybór. Znamy już też dobrze cenę innych dróg i teraz możemy dokonać ich świadomego porównania.
Odważnie i cierpliwie, ze zdefiniowanym zakresem oczekiwań. Skoro już kiedyś podążaliśmy daną drogą warto wrócić na nią mądrzej niż wcześniej. Aby to zrobić należy m.in. zadać sobie pytania:
Jakie zarobki mnie interesują – w tym jakie jest minimum?
Jakiego rodzaju pracy szukam i co ona ma wnieść do mojego rozwoju zawodowego?
A następnie konsekwentnie trzymać się swoich odpowiedzi i szukać do momentu, aż znajdziemy to czego szukamy. Skoro wracamy, możemy pokusić się o małą nutkę „bezczelności”. Nie idziemy tam gdzie nas chcą, to musi być jeszcze miejsce i praca, której my również chcemy.
Jak Cię ocenią?
Jak to w życiu bywa – różnie. Część negatywnie, bo się poddałeś. Części będzie to zupełnie obojętne, a jeszcze inni mogą potraktować Twoje zachowanie jako inspirację do własnych działań. Wniosek zatem z tego taki, że powinieneś mieć spory dystans do tej kwestii i się nią zbytnio nie przejmować.
To co może Ci pomóc, to wspomniana wyżej świadomość jakiej pracy szukasz i co chcesz dzięki temu wyborowi uzyskać. Przy takiej Twojej świadomości, inni będą mogli potraktować to działanie jako strategicznie przemyślane. Jednak nie czarujmy się. Wielu nawet nie zapyta, a i tak będzie miało swoją interpretację zdarzeń.
Porażka, a może jednak sukces?
Pewnie będą tacy, którzy uznają powrót na wcześniejszą ścieżkę za ewidentny dowód porażki. Najczęściej to będą jednak Ci, którym nie starczyło odwagi na eksperymenty. Cały czas pełni obaw, kurczowo trzymają się dokonanego kiedyś wyboru. Skoro ty wracasz, to oni będą mogli żyć w iluzji poczucia lepszości, bo jednak „wyszło na ich” – nie warto było eksperymentować.
To właśnie oni najczęściej błędnie interpretują słowa Heraklita z Efezu myśląc, że nie robi się dwa razy tego samego. Nie są bowiem w stanie mentalnie ogarnąć tego, że kiedy wracasz na poprzednią ścieżkę, możesz wrócić na nią mądrzejszy i bardziej pewny siebie. Masz bowiem większy wachlarz doświadczeń i jesteś świadomy tego, że poradzisz sobie również na innej ścieżce zawodowej. Ponadto nie wybierasz jej ze strachu przed nieznanym, ale z pewności, że jest najbardziej dopasowana do Ciebie.
Ten artykuł jest pokłosiem wielu moich spotkań z klientami coachingowymi. Jest też wynikiem moich osobistych doświadczeń. Dzięki tym ostatnim wykonałem swoistą pętlę po ścieżkach rozwoju zawodowego i dziś, wiedząc co mi psuje a co nie, dokonuję bardzo świadomych wyborów.
W ich efekcie wybrałem wariant łamany. Pracę w dużej firmie, ale nie typowej korporacji, którą łączę z własną działalnością coachingową po godzinach. Wybrałem pracę na etacie, która pozwala mi na synergiczny rozwój portfela moich umiejętności i daje poczucie bezpieczeństwa. Coaching natomiast pozostaje moją pasją, której nie zabija ciągła pogoń za kolejnymi klientami i w efekcie obniżanie jakości moich usług lub wysokości cen.
Co zyskał mój pracodawca? Dobrego i doświadczonego pracownika, który wybrał go świadomie i dostrzega wartość pracy jaką wykonuje. Co więcej, czuje się doskonale w jego kulturze organizacyjnej.
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji
Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska.
1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies.
2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer.
3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia
4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu:
a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb;
b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości;
5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika.
6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies:
a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu;
b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu;
c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu;
d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.;
e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań.
7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej).
8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu.
9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów.
10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.