Żyjemy w czasach, w których wszystko pędzi. Otacza nas ogrom możliwości i informacji, który momentami wprost na przytłacza. Do tego wszystkiego chcemy tak wiele poznać, przeczytać, znaleźć czas dla znajomych i odkryć swoją indywidualną drogę rozwoju i szczęścia. Niestety, pomimo rozwoju technologii i przyśpieszenia życia, doba nadal ma tylko 24 godziny.
Możemy używać różnych aplikacji pomagających organizować życie i załatwiać wszystko on-line, a i tak braknie nam czasu i energii. Gdy do tego jesteśmy perfekcjonistami, którzy muszą doprowadzić swoje dzieło niemal do idealnego stanu, jesteśmy zgubieni. Poniższa rada Tomka Michniewicza może pomóc nam odnaleźć się w dzisiejszych czasach. Choć z pewnością dla perfekcjonistów nie będzie łatwa do zaakceptowania. Wiem coś o tym, bo sam do perfekcjonistów należę.
Ta rada może też pomóc wielu ludziom, którzy mają świetne pomysły na siebie, na życie, biznes lub karierę. Jednak ciągle ich nie realizują, uważając że jeszcze nie są wystarczająco do nich przygotowani. Prawda jest jednak tak, że większość z nich nigdy nie poczuje się wystarczająco gotowa i tym samym nigdy ich nie zrealizuje.
Wrzućcie więc na luz i działajcie pomimo braku idealności.
Będzie udoskonalać siebie i swoje produkty na bieżąco w trakcie działania. Ostatecznie, na tym bazuje też jedna z zasad tak dziś popularnego zwinnego zarządzania.
Dla wielu osób stan szczęścia to zarazem stan życiowej harmonii. Poszukują więc w różnych poradnikach i na różnych kursach „magicznej” recepty na jej osiągnięcie. Tymczasem znaczna część tych poszukiwań jest skazana na niepowodzenie, ponieważ recepty na harmonię nie można znaleźć na zewnątrz.
Jedyna droga, która do niej prowadzi wiedzie przez własne wnętrze, zrozumienie siebie i otwarcie na zmiany. Wymaga też ona decyzji o braku stagnacji w naszym życiu. Nie znajdziemy jej w lenistwie i błogim stanie nicnierobiena. Harmonia wypływa bowiem z ruchu i zmienności.
W artykule na zaprzyjaźnionym portalu nie opisuję jakiś czterech super tricków i dróg na skróty. Mówię za to o czterech kluczowych filarach harmonii. Zapraszam do lektury.
Mówi się dziś wiele o tym, że menedżerowie powinni szczególnie rozwijać u siebie kompetencje miękkie i komunikacyjne, bo są one konieczne do skutecznego zarządzania pracownikami z pokoleń Y i Z. Trzeba przyznać, że również pracownicy z pokolenia X zainspirowani postawami młodszych, oczekują dziś większej elastyczności i relacyjności od swoich szefów lub project managerów.
Zarządzanie oparte na relacjach doskonale też wpisuje się w nowoczesne kultury organizacyjne, które nie są już jedynie przypisane do małych firm lub start-up’ów. Dziś na elastyczność, zespołowość, przyjazne otoczenie i swobodną atmosferę stawia też wiele dużych korporacji. Można się nawet spotkać się z szumnymi hasłami, że „Firma to nie budynek. To społeczność”.
Trend relacyjności = trend miękkości?
Trwając w powyższym trendzie wybieramy więc dziś na menedżerów osoby dobrze budujące relacje, towarzyskie, wręcz social’owe. Czasami jednak zapędzimy się w tych kryteriach nazbyt daleko i zamiast sprawnych menedżerów, skutecznych team liderów, czy zaradnych project managerów mamy jedynie Kaowców*. Świetnie zorganizują oni wspólne śniadania teamu. Utworzą tablice chwały, na których członkowie zespołu będą sobie wzajemnie składali podziękowania za świetną współpracę lub udzieloną pomoc. Doskonale sprawdzą się również przy organizacji wspólnych wyjść po pracy.
Jeśli jednak w zespole pojawi się osoba wykorzystująca innych członków, unikająca pracy lub obniżająca wydajność całego teamu nie będą potrafili tym skutecznie zarządzić. Identycznie sytuacja będzie wyglądać w przypadku kryzysów, w którym konieczne będzie zmobilizowanie zespołu, chwilowa akceptacja pogorszenia atmosfery i maksymalizacja wydajności. Ten miły i lubiany menedżer nie będzie potrafił pokazać prawdziwego menedżerskiego „pazura”. Nie zarządzi strategicznie. Nie będzie potrafił swoim ludziom wytłumaczyć tej sytuacji i pokazać konsekwencji braku reakcji na nią, a jedynie dołączy do wspólnego chóru narzekających na to jak to teraz jest źle. No bo przecież do tej pory zawsze był fajnym menadżerem stojącym po stronie swoich ludzi.
Efektem takiej biernej lub niezaradnej reakcji może być w niedługim czasie likwidacja całego teamu. Zastąpi go sprawniejszy i mniej kosztowny outsourcing lub automatyzacja obsługiwanych procesorów. Może być i tak, że firma znajdzie po prostu innego, bardziej skutecznego menedżera.
Trzy Światy i trzy poziomy zarządzania
Adam Dębowski w książce „Ściana. Jak pokonać opór i dokonać zmian” mówi o trzech biznesowych światach, które różnią się swoim podejściem do prowadzenia biznesów. Świat 1.0 skupiony jest na sprycie, szybkości i często ociera się o biznesowe cwaniactwo. Tu nie liczy się zarządzanie, rozwój i relacje biznesowe. Tu ważne jest tylko, aby iść do przodu. Świat 2.0 to obszar bardziej świadomych menedżerów. Posiadają oni umiejętności zarządcze, stawiają cele, budują struktury i stale aktualizują strategię. Wreszcie Świat 3.0, w którym nie myśli się już tylko o liczbach i poziomach efektywności lub organizacji pracy i udoskonalaniu procesów. W tym Świecie dostrzega się również potrzebę elastyczności i nieustającej transformacji.
Według mnie każdy z tych Światów tworzy również swoich menedżerów różniących się istotnie poziomem kompetencji i umiejętności menedżerskich:
Menedżer 1.0 – można powiedzieć, że to odzwierciedlanie dziewiętnastowiecznego zarządzania. Główne założenie to dociskanie pracowników, ciągłe podnoszenie wymagań i wytwarzanie atmosfery współzawodnictwo pomiędzy ludźmi i zespołami. Głównym przesłaniem takiego menedżera jest hasło: „Jeśli nie dajesz rady, to odpadasz. Nie ma tu miejsca dla słabych”. Ta technika sprawdza się na krótkim dystansie. Podnosi efektywność zespołów i łamie opornych. Jednak w dłuższej perspektywie prowadzi do wypalenia i zwiększonej rotacji. Przy czym Ci najlepsi z pracowników, znikają najszybciej z szeregów firmy.
Menedżer 2.0 – zamiast siły strachu i zastraszania używa argumentacji. Wyjaśnia, podaje powody, tłumaczy przyczyny jak i konsekwencje braku działania. Często poszukuje też innowacyjnych rozwiązań, usprawnień procesowych i informatycznych. Komunikuje się z zespołem, lecz w tej komunikacji jest zachowany pewien dystans. Jest bowiem świadomy, że zawsze natrafi na niezadowolonych lub tych którzy będą stawiali opór przed wprowadzeniem czegoś nowego. Jeżeli uzna, że przedstawił racjonalne argumenty i dobrze zakomunikował powody. Niezwłocznie przystąpi do skutecznego wdrożenia zmiany i egzekwowania odpowiednich zachowań u członków zespołu. Jednocześnie będzie otwarty, na różne propozycje modyfikacji usprawniających wdrażane zmiany.
Menedżer 3.0 – skupia się na człowieku, jako najważniejszym aspekcie sukcesu. Na jego nastroju, komforcie, dobrym samopoczuciu w pracy oraz świadomości wspólnoty z pozostałymi członkami zespołu. Wychodzi on bowiem z założenia, że zadowolony i nie rozliczany co do minuty pracownik będzie w konsekwencji bardziej efektywny i zaangażowany. Dzięki czemu łatwiej poradzi sobie z zachodzącymi transformacjami w strukturach organizacji, jak i procesów. Taki menedżer dopuszcza też słabsze okresy w życiu pracownika. Próbuje zrozumieć ich przyczyny i w razie potrzeby udzielić odpowiedniego wsparcia. Obniża w ten sposób poziom stresu i obaw przed wprowadzaniem nowości, ale też zachęca do przedstawiania swoich własnych koncepcji na usprawnienie pracy lub rozwiązanie problemu. Często uzyskując w zamian nieszablonowe pomysły, które usprawniają pracę wszystkich i są przez wszystkich akceptowane, ponieważ są ich wspólny pomysłem.
Dlaczego 3.0 nie wystarczy?
Dziś często młodzi menedżerowie posiadają jedynie kompetencje z poziomu 3.0. Nie radzą sobie w sytuacjach kryzysu oraz istotnych zmian w organizacji, które wynikają ze strategii działania i nie zawsze są w pełni akceptowane przez zespoły. Często też, w takich sytuacjach nie potrafią dać zespołowi poczucia bezpieczeństwa. Nie potrafią zapewnić, że przetrwamy ten kryzys oraz nie pokazują hartu ducha i wiary w to że się uda. Dodatkowo członkowie zespołu często sądzą, że skoro taki menedżer jest miękki w relacjach z nimi, to tak samo miękki będzie w relacji z szefostwem i nie będzie potrafił odpowiednio zawalczyć o zespół.
Sprawny i dojrzały menedżer powinien dysponować kompetencjami z każdego z menedżerskich poziomów oraz umieć rozpoznawać, która sytuacja wymaga zastosowania której strategii. Posiadanie danej kompetencji nie oznacza konieczności jej stosowania. Dodaje jednak poczucie pewności siebie i pozwala na bardziej odważne i skuteczne działania. Zarówno w stosunku do podwładnych, jak i w czasie negocjacji z przełożonymi, kiedy broni interesów swoich lub zespołu.
Mix kompetencji = najrozsądniejszy wybór
Z tego powodu moim zdaniem warto inwestować w rozwój menedżerskiego fachu i poznawać różne narzędzia i techniki zarządzania. Dobry menedżer to kompilacja trzech poziomów kompetencji, które używane są w nasileniu zależnym od danej sytuacji.
Mocno uogólniając, zamiast miękkiego menedżera wolałbym mieć menedżera o twardym rdzeniu otulonym miękką powierzchownością i elementami empatii. Menedżera, który będzie potrafił wyjaśnić dlaczego realizujemy dane działanie i czemu on służy. Menedżera, który w razie czego odważnie dopyta o to swoich przełożonych. Menedżera, który będzie potrafił udzielić swoim ludziom wsparcia i zrozumie przyczyny ich ewentualnych trudności. Wreszcie menedżera, który w kryzysie stanie na czele zespołu i nim pokieruje.
Jak mawia Henry Mintzberg, zarządzanie nie jest nauką, jest praktyką, która składa się z trzech podstawowych elementów: nauki, sztuki i rzemiosła. Nauka opiera się na analitycznym podejściu do zarządzania. Rzemiosło to zestaw technik i narzędzi menedżerskich, które należy dobrze poznać i stosować niemal automatycznie. Wreszcie sztuka, która do tego wszystkiego dodaje kreatywność, wizję, empatię, przyzwoitość i autentyczność.
* Kaowiec – potoczne określenie instruktora kulturalno-oświatowego zatrudnianego przez domy kultury, domy wczasowe itp. instytucje. Wraz z przemianami społecznymi niegdysiejszych Kawoców zastąpili bardziej współcześni „animatorzy”.
Z ciekawością obserwuję różnych speców od życiowej efektywności. Jednak co najmniej w kilku przypadkach mogę śmiało stwierdzić, że efektywność stała się ich celem życia, zamiast te życie wspomagać. Optymalizują każdy codzienny ruch. Na wszystko mają plan i rozpisane kroki, a wyrwane czasowi sekundy skwapliwie zliczają w bilansie na koniec dnia. Prowadzą blogi, podcasty i kanały wideo, w których pokazują jak biegają skoro świt by nie stracić za dużo dnia. Jadą lub idą gdzieś słuchając audiobook’ów, bo przecież nie wypada trwonić czasu jedynie na podróż. Dzielą się swoimi planerami, skwapliwie notują nastrój danego dnia i swoje dzienne sukcesy.
Wszystko to może brzmieć pociągająco. Kto nie chciałby być takim robocopem, co to jednocześnie pierze, sprząta, wymyśla nowe inicjatywy i na dodatek w tym samym czasie uczy się obcego języka. Był czas, że i ja też chciałem taki być. Zacząłem nawet sporo robić w tym kierunku i miałem nienajgorsze wyniki. Coś jednak zaczęło mi w tym wszystkim przeszkadzać. Czym robiłem się sprawniejszy, szybszy i lepiej zorganizowany, tym wewnątrz stawałem się bardziej płytki i jakiś taki bezbarwny. Przestałem dostrzegać barwność życia i magię jego chwil.
Zauważyłem to również w publikacjach piewców tego stylu życia. Wszystko mieli policzone, pomierzone i zamknięte w różnego rodzaju aplikacjach organizujących im życie. Jakoś tak tylko dziwnym trafem w swoich publikacjach prawie nigdy nie używali słów: przyjemność, radość i szczęście.
Zarządzanie czasem, a szansa na sukces
Piewcy efektywności najczęściej uczą nas strukturyzowania zadań i łączenia ich w tematyczne bloki. Dodając do tego dzielenie czasu na jednostki i efektywne wykorzystywanie każdej minuty je wypełniającej. Tak mniej więcej wygląda według nich droga do sukcesu.
Tymczasem są i tacy specjaliści, którzy twierdzą, że są to jedne z najgorszych rad jakie można komuś dać, biorąc pod uwagę dwa główne czynniki sukcesu, jakimi są kreatywność i pasja.
Uznają oni, że czas przestojów takich jak: podróż samolotem czy pociągiem, oczekiwanie w jakiejś poczekalni lub kolejce, czy spacerowanie, to czas który powinien być wykorzystany do wszystkiego z wyjątkiem rzeczy efektywnych. To czas na marzenia, odpływanie myślami gdzieś daleko, podziwianie widoków, czytanie ekstrawaganckich książek, rozmowy z nieznajomymi a nawet wygłupy. Jak trzeba, to też czas na błogą drzemkę. Czas przestoju to czas naszej maksymalnej kreatywności, jednak trzeba dać sobie na nią wewnętrzną zgodę. Nie można jej zabijać pracą na laptopie, w czasie której staramy się nadrobić jakieś zaległości.
Czas przestoju to czas na zmianę perspektywy i kreatywne zabawy. Możesz pobawić się słomką od napoju, spróbować zgadnąć jaki jest cel podróży lub zawód twoich współtowarzyszy. Jeśli to Ci nie wystarczy, możesz za jedną z rad, którą kiedyś znalazłem w moim kreatywnym kalendarzu, kupić kolorowankę dla dzieci i kredki a następnie z pasją ją kolorować w środku transportu, którym się przemieszczasz. Miny współtowarzyszy – bezcenne.
Chodzi o to, że kiedy mózg nie jest pod presją i zajmuje się nietypowymi aktywnościami, w tle i tak analizuje sprawy do załatwienia. Często poprzez pryzmat tej nietypowości wpadając na nieschematyczne i kreatywne rozwiązania. Element zabawy i rozrywki do tego wszystkiego dołoży trochę relaksu i dobrego humoru. Tak ważnego w życiu, a tak często brakującego skoncentrowanym na efektywności specom.
I dla jasności – wiele nauczyłem się od osób promujących najwyższą efektywność w życiu. Z sukcesami stosuje w nim, niektóre z proponowanych pomysłów lub rozwiązań. Jednak z moją starą maksymą, że ortodoksja w każdym wymiarze bywa szkodliwa, czasami wyluzowuję i odpuszczam, sobie i otoczeniu.
W czasach wszechobecnego internetu i nieograniczonych możliwości odnajdywania ludzi podobnie myślących do nas samych powinno nam się żyć łatwiej i mniej wyobcowanie. Wszak skoro czujemy, że nie jesteśmy jedyni w swoich poglądach i przekonaniach, powinno nam być łatwiej mówić o tym co i jak myślimy. Ta wizja okazuje się jednak często iluzją, bo nie uwzględnia drugiej strony medalu.
Wraz z powszechnością internetu i nieograniczoną możliwością publicznego wypowiadania swoich opinii do głosu doszła też cała rzesza intelektualnych prostaków i mentalnych desperatów. Kiedyś, aby być słyszanym i mieć dostęp do szerokiego przekazu trzeba było być „kimś”. Dysponować określoną inteligencją, posiadać wykształcenie lub osiągnięcia życiowe. Dziś można to robić będąc „nikim”, a jedynym osiągnięciem życiowym takich osób może być wypisywanie pełnych agresji i inwektyw komentarzy pod wpisami innych ludzi.
Z tego powodu, Ci którzy, mają odwagę iść przez życie swoją drogą. Kreować własną rzeczywistość, mieć swoje przekonania i być im wiernym muszą się liczyć z krytyką lub wyśmiewaniem. Ci którzy postawili na określone osiągnięcia w swoim życiu, muszą się liczyć z negowaniem przez innych ich dorobku lub wiedzy.
Tak zresztą działo się zawsze. Jednak nie w tak dużym nasileniu jak dzisiaj. Stąd tak ważna jest obecnie samoświadomość, umiejętność określenia własnych życiowych wartości i dystansowania się od określonych zdarzeń. Umiejętne ignorowanie lub odcięcie się od tych, którzy próbują nas ciągnąć w dół. Powinniśmy też nabyć swoistej „antykruchości”, która da nam odporność w momentach niepewności i pozwoli odnaleźć siebie w dynamicznie zmieniającej się i często nieprzewidywalnej rzeczywistości.
Dzięki coachingowi, mam przyjemność pracować z niesamowitymi ludźmi, którzy nierzadko chcą przeżyć życie na swoich zasadach i w zgodzie z sobą. Nasze spotkania bywają bezpieczną przestrzenią, w której mogą mówić o swoich obawach i wątpliwościach oraz możemy dyskutować o możliwych rozwiązaniach czy strategiach działania. Jednak z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nic nie daje tak wielkiej siły jak świadomość samego siebie.
„Życie nie jest przedstawieniem, nie jest nawet próbą generalną. Ci, którzy grają rolę, zamiast żyć, tracą więcej, niż im się wydaje. Nic znaczącego nie zostało osiągnięte bez podjęcia ryzyka.”
Manifest Wikingów. Sekrety sukcesu skandynawskiego biznesu. Steve Strid i Claes Andreasson
Zazwyczaj w codziennym zabieganiu nie zwracamy zbytnio uwagi na dobór słów, którymi opisujemy otaczający nas świat i naszą rzeczywistość. Tymczasem zupełnie bezwiednie możemy sami sabotować swoje działania, zamykać się w klatkach bezmyślności lub nakładać na siebie bezrefleksyjne ograniczenia. Z drugiej strony działając świadomie, możemy istotnie zwiększyć naszą efektywność i odporność na różnego rodzaju rozpraszacze.
To na pozór najmocniejsze z dzisiejszych słów, choć de facto jest ono wyrazem naszej bezsilności. Wyrazem uzależnienia od zewnętrznych czynników lub innych sił sprawczych, które nam coś każą.
Muszę robić karierę, musze pracować po godzinach, muszę pracować w tej firmie choć jej nienawidzę. Muszę odwiedzić teściową lub spędzić Święta z rodziną, choć to o czym marzę to chwila samotnego odpoczynku. Muszę odkurzyć mieszkanie raz w tygodniu, choć bywa że padam na twarz ze zmęczenia.
„Muszenie” jest zarazem jednym z najczęściej nadużywanych słów. Łatwo bowiem oświadcza się, że coś „muszę”. Ja jednak wtedy zawsze pytam „Kto Ci każe, skoro musisz?”. Zazwyczaj następuje wtedy konsternacja, chwila ciszy i nieśmiałe stwierdzenie „Ja”. No i teraz najważniejsze: „Skoro sam sobie każesz, to kto może Cię z tego zwolnić?”. Odpowiedzi chyba można się łatwo domyślić…
Muszę – zatem jest często używane jako wymówka, która zwalnia nas z wysiłku jaki musielibyśmy włożyć w zmianę sytuacji, w której jesteśmy. Muszę – pozwala wyłączyć refleksję i myślenie oraz obciążyć innych odpowiedzialnością za nasze nie do końca udane życie i nadal nic z nim nie robić. Muszę – to wreszcie wygodne, a czasami wyrachowane, wołanie o to, aby inni poświęcili nam uwagę, pomogli albo wręcz wzięli odpowiedzialność za nasze życie. Czasami „muszę” też karmi własne ego, bo jakże wielki jestem skoro dźwigam tak ciężki krzyż życia.
Jest jednak jeszcze jedna genialna funkcja „muszę”, o ile bywa ono używane świadomie i intencjonalnie. „Muszę” nie daje pola wyboru, nie pozwala się rozczulać lub marnować czasu na rozmyślanie czy coś robić, czy nie. „Muszę” zmusza do konkretnego działania, wykręca wysoką efektywność w naszym życiu i pomaga iść do przodu nawet wtedy, kiedy nie jest nam łatwo. „Muszę” przypisane do osiągnięcia jakiegoś celu pozwala przejść przez niejedno życiowe piekło.
Mogę
W tym słowie jest znacznie więcej przestrzeni niż w „muszę”. Słysząc je lub wypowiadając nie czuje presji i napięcia. Nie mam też tego zawężonego patrzenia tylko na osiągnięcie wyniku, bez zwracania uwagi na otaczającą mnie rzeczywistość.
Kiedy „mogę” łatwo mi się oddycha. Bez problemu zatrzymuje się na moment, aby zadać sobie pytanie co chcę danym działaniem osiągnąć i czy w ogóle chcę je jeszcze realizować. „Mogę” tworzy też przestrzeń na twórcze i kreatywne działanie, bo presja wyniku nie zabija radości pracy na danym tematem. Nie działając za wszelką cenę, czasami na chwilę odpuszczam, aby poczuć moment największej energii i dobrego nastroju. To co tworzę w takim stanie, jest prawie zawsze znacznie lepsze od tego co robię na czas lub na ilość wymuszoną przez „muszę”.
Największa moc „mogę” ujawnia się wtedy, kiedy przytłoczony ilością zadań, presją terminów i oczekiwaniami innych docieram do poczucia chaosu w moim życiu. Jestem zirytowany, spięty, moja satysfakcja z życia pikuje w dół, a ja nie potrafię się odprężyć czy zrelaksować. Zaczepiany przez najbliższych powtarzam tylko „muszę zrobić to”, „muszę zrobić tamto”…
Tak jest do momentu kiedy mam wreszcie dość, a irytacja dochodzi do kulminacyjnego punktu. To właśnie wtedy, zatrzymuję się. Spisuję wszystkie rzeczy do zrobienia i świadomie zmieniam w mojej głowie i kalendarzu ich status z „muszę” na „mogę”. Ten pierwszy utrzymują tylko te spraw, bez których faktycznie zawaliłby się świat. Resztę przesuwam w czasie lub w ogóle je sobie odpuszczam. Każdorazowo temu procesowi towarzyszy odczucie spadających z moich ramion ciężarów oraz obejmującego całe ciało rozluźnienia i relaksu.
„Mogę” ma także swoje drugie oblicze. Spora część ludzi jak „może”, a nie „musi” to nic nie robi. Niepostrzeżenie zapada się w marazmie, odpuszcza ambicję i płynie bezwiednie z nurtem losu, tracąc kontrolę nad swoim życiem. Wybierają lenistwo zamiast aktywności, często przykrywając je modnym ostatnio słowem „prokrastynacja”. To właśnie najczęściej oni, na końcu swojego życia ze smutkiem wzdychają mówiąc: „a mogłem/mogłam tyle zrobić”.
Chcę
Mówi się, że „chcieć” to „móc” i często jest to prawda. Problem w tym, że wiele osób stawia między tymi słowami znak równości. Zapominając, że samo „chcenie” nie zamiani się magicznie w działanie. Jeśli chcę odwiedzić Nowy Jork to z tym chceniem mogę przejść przez całe życie, finalnie nigdy nie odwiedzając tego miejsca. Aby je odwiedzić muszę bowiem podjąć jakieś działania w tym kierunku. Zaplanować lot, zorganizować noclegi itd. Identyczna sytuacja dotyczy tych którzy np. chcieliby zmienić pracę na lepszą lub zrealizować jakieś marzenie.
Nasz mózg uwielbia pławić się w „chcę”. Co więcej, wspiera je wizjami tego jak to mogłoby być, gdyby dane „chcę” się zrealizowało. Oczami wyobraźni już chodzimy po ulicach Nowego Jorku lub przechadzamy się po wymarzonym miejscu pracy. Często opowiadamy o tych wizjach naszym znajomym i jakoś tak tylko dziwnym trafem robimy to już od kilku lat, nie podejmując w rzeczywistym życiu żadnego działania w tym kierunku. Tych działań nie chce też nasz mózg, bo dla niego wszystko co nowe stanowi zagrożenie lub potencjalny dyskomfort związany ze stresem. Woli więc utrzymywać nas w iluzjach i marzeniach sennych odsuwając działanie na mityczne „później”.
Wielu z nas zapomina do „chcę” dopisać planu działania. Myli wizje z rzeczywistością i przyjmuje, że kiedy „chce” coś zrobić, to już to robi. Kiedyś sportowcom zalecano wyobrażanie sobie siebie na podium po wygranych zawodach. Miało ich to zmotywować do większego wysiłku podczas treningów i samego wyścigu. Badania pokazały jednak, że taka wizualizacja osłabia ich motywację, bo mózg myli wyobraźnie z rzeczywistością i w swojej pamięci odhacza dany sukces jako już osiągnięty.
Z tego też powodu, kiedy moi coachingowi klienci mówią, że czegoś „chcą” zawsze ich pytam, co już zrobili w tym kierunku, aby to osiągnąć. Odpowiedź najczęściej bywa mocno otrzeźwiająca dla nich samych. Dla mnie natomiast stanowi podstawę propozycji rozplanowania konkretnych działań.
Ten wpis powstał m.in. na podstawie moich cotygodniowych doświadczeń z tworzeniem artykułów na tego bloga. Na początku tygodnia zawsze „chcę” napisać kolejny. Pod koniec tygodnia wciąż go nie mam i czuję, że „muszę” go jak najszybciej napisać. Kiedy czuję, że „muszę” to nic z tego pisania nie wychodzi, bo presja nie sprzyja kreatywności. W piątek wieczorem zirytowany i wkurzony, odpuszczam sobie i myślę, że jak nic tym razem nie napiszę to świat się nie zawali. Zaczynam weekend z myślą żeby odpocząć, a gdybym złapał wenę to przecież „mogę” coś w między czasie jeszcze napisać…
Chyba każdy z nas ma w życiu takie momenty, w których chciałby coś zrobić. Ba, nawet już zebrał energię potrzebną do tego działania. Już jest niby o krok od tego co zaplanował…, a jednak utyka na jakimś „magicznym” progu niedziałania i nie podejmuje zaplanowanej aktywności.
Czy to będzie zabranie głosu na spotkaniu. Realizacja jakiegoś zadania w pracy, które dziwnym trafem ciągle przesuwa się w czasie. Podjęcie jakiejś istotnej, ale nie kluczowej dla naszego życia decyzji. Czy tak banalna sprawa, jak wyjście z nudnej imprezy, czy filmu w kinie.
Co nas zatem powstrzymuje?
Odpowiedzią jest – lenistwo naszego mózgu. Dzieje się tak, jeśli koszt przetrwania danej sytuacji, czy nie podjęcia danego działania w tym momencie nie niesie za sobą istotnych konsekwencji. Co najwyżej lekko poboli nas głowa, będziemy trochę znudzeni lub w nieco gorszym humorze. Ewentualne dopiero za jakiś czas, dotknie nas konieczność nadrobienia straconego czasu.
Jeden taki incydent z reguły nie stanowi większego problemu. Jeśli jednak uzbiera się ich całkiem sporo i to szczególnie w krótkim czasie, może być to irytujące lub doprowadzić do większych kłopotów.
Mentalne turbodoładowanie
Długo szukałem jakiegoś sposobu na tę przypadłość, lecz żaden z poznanych nie okazywał się wystarczająco skuteczny. Tak było do momentu, aż trafiłem na regułę „5 sekund”. Tak banalnie prostą, że o mało jej nie zignorowałem.
Otóż za każdym razem, kiedy jesteś o krok od działania i wpadasz na „próg”, który Cię powstrzymuje – policz do pięciu. Licz jednak tak, jak przy starcie rakiety. Weź głęboki oddech… 5, 4, 3, 2, 1 i działaj.
To zaskakujące, jak nasz mózg posłusznie reaguje na to odliczanie. Jak niezauważenie przeskakuje nad tym co nas powstrzymywało, na „jeden” uwalniając całą skumulowaną energię.
W moim przypadku sprawdziło się to kiedy musiałem się przełamać i rozpocząć pewną rozmowę z nieznaną osobę. Usiąść wreszcie do przygotowania mało atrakcyjnego raportu. Czy też podnieść się energicznie po południowej drzemce. Prawdę powiedziawszy, to tylko przykłady, bo z tego sposobu, skorzystałem już wiele razy i w wielu sytuacjach. Z tego też powodu, z czystym sumieniem mogę Ci go zarekomendować.
Regułę 5 sekund w swoich wystąpieniach i książce propaguje Mel Robbins. Tutaj możesz posłuchać jej wypowiedzi na ten temat:
Praca stanowi istotną część naszego życia. Chcielibyśmy czuć się w niej spełnieni i mieć poczucie satysfakcji z tego co robimy. Najczęściej jednak nie doświadczamy tego stanu w wystarczającym wymiarze, a bywa i tak, że nie doświadczamy go w ogóle. Mimo to tkwimy w dotychczasowym miejscu nie podejmując żadnego działania. Na co liczymy, czego się spodziewamy, jak sobie wyobrażamy zmianę tej sytuacji?
Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć. Mogę natomiast pokazać trzy główne przyczyny naszego niezadowolenia z pracy oraz trzy możliwe drogi działania, które sprowadzić można do hasła: zaakceptuj, zmień albo rzuć.
Więcej na ten temat przeczytacie w moim wpisie na zaprzyjaźnionym portalu: Zmiany w życiu
Prawie wszyscy chcemy żyć wygodnie i bezpiecznie w poczuciu komfortu. Wyobrażamy sobie, że w ten sposób osiągniemy poczucie spełnienia i błogiego spokoju. Nic bardziej błędnego!
Niemała grupa moich klientów to biznesmeni, którzy mają firmy „samograje”. Praktycznie nic nie trzeba przy nich robić, bo wszystko jest świetnie poustawiane i samo się kręci. Są też klienci, którzy mają wszystko w życiu czego potrzebują: mieszkanie, samochód i nienajgorszą pracę. Jednak żadna z tych rzeczy nie jest ich zasługą, bo o wszystko zadbali rodzice. Wszyscy oni pojawiają się u mnie z jedną potrzebą – odkrycia sensu życia, który utracili.
Czemu tak się dzieje oraz czemu życzenie „spełnienia wszystkich marzeń” może być tak naprawdę przekleństwem, przeczytacie w moim wpisie na zaprzyjaźnionym portalu: Zmiany w życiu
Jedno ze słownikowych znaczeń słowa „huragan” to: „gwałtowna, niszcząca siła jakiś wydarzeń lub zjawisk”. W tym też znaczeniu będę się odnosił do tego terminu w niniejszym artykule. Chcę bowiem nawiązać do takich zdarzeń z naszego życia, które najczęściej są niespodziewane i całkowicie wywracają nasze życie lub jego istotną część. Ewentualnie, przynajmniej tak postrzegamy ich działanie zaraz po tym jak się zadzieją.
Moment uderzenia w nas potężnej siły, najczęściej powoduje poczucie przeszywającego strachu, dezorientacji i totalnego braku wpływu na daną sytuację. To, co jako tę siłę potraktujemy i to jak dalece destrukcyjne będzie jej działanie zależy od indywidualnej konstrukcji psychicznej każdego z nas. Dla jednych będzie to śmierć najbliższej osoby, dla innych informacja o śmiertelnej chorobie, która nam dolega. Jeszcze inni zostaną „ścięci z nóg” informacją o utracie pracy, pożarze mieszkania lub porzuceniu przez partnera/partnerkę.
To co jest kluczowe dla zetknięcia z huraganem to efekt jego działania. Jedna z definicji „huraganu” rozpoczyna się od zdania „Huragan to wiatr o tak dużej sile i porywistości, że powoduje zniszczenia na powierzchni, nad którą przechodzi”. Czemu to takie ważne, bo wskazuje pewną prawidłowość. Zniszczenie następuje tylko nad powierzchnią, nad którą przechodzi. Tymczasem wielu z nas przyjmuje, że zniszczenie dotknęło wszystkiego i wszędzie, przez co jesteśmy jeszcze bardziej przytłoczeni całą sytuacją i zwykliśmy mówić „całe moje życie legło w gruzach”. Czy naprawdę całe?
Lokowanie strat
Nasze życie można podzielić na kilka najważniejszych obszarów. Przy czym metodologie tego podziału, bywają bardzo różne. Jedna z nich obrazowo mówi, że w życiu cały czas żonglujemy trzema kulami: zdrowie, rodzina i praca. Przy czym dwie kule są szklane, a jedna z nich jest z kauczuku. Upuszczenie tej ostatniej je nie niszczy, bo po upadku się odbije i możemy ją znowu chwycić. Jeśli wypuścimy z rąk, którąś ze szklanych z dużym prawdopodobieństwem roztrzaska się o podłogę, choć nie zawsze. Według tej teorii kauczuk jest przypisany do kuli „praca”.
Ja wolę podział na trzy życiowe wyspy: związek, karierę (w której mieści się praca) oraz wyspę Ja (na, której z pewnością znalazłoby się również zdrowie). Huragan najczęściej szaleje tylko nad jedną z nich, a pozostałe mogą nam udzielić schronienia. Kiedy zostawia nas życiowy partner/partnerka, chwilowo większe zaangażowanie się w pracę może być sposobem na odskocznię od problemów prywatnych. Kiedy tracimy pracę możemy dostać wsparcie ze strony najbliższej osoby, z którą jesteśmy w związku lub też od rodziny. Jednocześnie, jeśli mamy jakieś hobby, większe zaangażowanie w jego realizację może na jakiś czas osłabić odczuwaną stratę po zwolnieniu z pracy.
Gorzej już nie będzie
Często efektem działania huraganu jest totalna destrukcja w danym obszarze. Wbrew pozorom ma to jeden pozytywny aspekt. Nie ma już co naprawiać, łatać i podpierać na różne sposoby. Mówiąc inaczej, nie ma miejsca na prowizorkę. Nie za bardzo można też pogorszyć sytuację, zatem możemy zacząć odbudowę danego obszaru inaczej, lepiej i całkowicie zgodnie ze sobą.
Co więcej możemy zadbać o to, aby ta nowa konstrukcja danego obszaru była bardziej odporna na ewentualne kolejne huragany. Cała ta sytuacja otwiera przed nami pole do odważnego i twórczego działania. Warto jednak uważać, aby nie wpaść w pułapkę bezrefleksyjnego odtwarzania starych schematów.
Przebudzenie Feniksa
Pobojowisko i chaos po huraganie, niejako przypominają zgliszcza po wielkim pożarze. Skąd te porównanie, bo chcę nawiązać do Feniksa. Legendarnego ptaka z Etiopii, który pod koniec swojego długiego życia spala się tylko po to, aby odrodzić się z popiołów na nowo.
Znam wiele osób, dla których życiowy huragan był doświadczeniem granicznym, po którym przebudzili się niczym Feniksy. Często dokonując zmian nie tylko w obszarze huraganem dotkniętym, ale w całym swoim życiu.
Porzucona kobieta, będąca do tej pory jedynie szarą myszką, kupiła Harleya, wytatuowała skrzydła na ramionach i zmieniła pracę na nową, w której nie znano jej wcześniejszego wizerunku. Doświadczony i lojalny wieloletni menedżer z korporacji, który jednego dnia usłyszał bezceremonialne „dziękuję”, wyprowadził się z miasta z całą rodziną i zajął agroturystką. Jego nowym hobby stały się pszczele pasieki. Dziś jego dawni koledzy, czasami wpadają na kilka dni po regenerację i opowiadają jak bardzo zazdroszczą mu tej życiowej zmiany.
Na zakończenie chciałbym jasno zaznaczyć, że nie trywializuję destrukcyjnej mocy życiowych huraganów oraz ich efektów. Wiem, że czasami ich siła jest tak wielka, że niektórych na długi czas przytłacza i bywa, że ta destrukcja nie dotyczy tylko wybranego obszaru życia. Wiem jednak też z doświadczenia, że ogrom zniszczeń często nie jest tak rozległy jak w pierwszej chwili to postrzegamy i że czym dalej od danego zdarzenia tym jego znaczenie dla całego naszego życia staje się mniejsze.
Nauczyłem się również, jak istotne jest to jakie działania i decyzje podejmiemy po jego przejściu, bo to jest klucz do odzyskania kontroli nad swoim dalszym losem. Lepiej zrozumiałem też sens prostych słów „wszystko mija”, bo dziś wiem, że dotyczy to także tych trudnych chwil w naszym życiu.
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.