To była szczera i bardzo otwarta rozmowa o coachingu i menedżerach oraz wyzwaniach z jakimi Ci drudzy zmagają się na swoich stanowiskach. Polecam!
Co naszej rozmowie napisał Maciej Buś, autor tego podcastu:
W ciągu ostatnich dziesięciu lat „wyhodowałem” dziesiątki projektów. Ponad rok temu zrobiłem ćwiczenie – każdy projekt (jego nazwę) zapisałem na oddzielnej kartce formatu A4 i rozłożyłem je na podłodze. Powstał biały dywan, który pokrył niemal cały pokój. Pół roku później na tej samej podłodze zostały tylko trzy kartki – trzy projekty. O tym jak doszło do tego doszło, co się wydarzyło rozmawiam z Rafałem Markiewiczem – osobą, która kazała mi to ćwiczenie wykonać.
KLM #69: Nie możesz wszystkiego – rozmowa z Rafałem Markiewiczem
Rozmawiamy o: Jak to się stało, że Rafał został coachem O modzie na coaching i czy każdy może być coachem (coaching paznokci, ewangeliści) O moich powodach rozpoczęcia pracy z Rafałem O sytuacji managerów w codziennej pracy – o wypaleniu, frustracji, Czy coach musi znać się na biznesie ludzi, którym pomaga? O odwadze, otwartości, szczerości O osamotnieniu szefa (szczególnie w kontekście obsługi klienta) Do kogo w pracy manager może się zgłosić kiedy czegoś nie wie, O podejmowaniu decyzji managerskich O stresie O awansach na stanowiska managerske Jak radzić sobie z samotności – coaching to tylko jedna z dróg O uzależnieniu od zewnętrznej pomocy O kryzysie autorytetów O źródłach rozwoju managerskiego Do kogo pójść – do coacha czy mentora? Jak odważyłem się zostać mentorem? Jak wygląda nasza praca – Rafała jako coacha, moja jako mentora
Moje tegoroczne wakacje właśnie dobiegły końca. Dla mnie to szczególny moment, bo zwykłem kolejne lata liczyć od wakacji do wakacji, a nie od 1 stycznia do 31 grudnia. Wynika to z tego faktu, że każde wakacje staram się organizować tak, aby dostarczyły mi nowych doświadczeń, wyrwały mnie z rutyny „strefy komfortu” i dały kilka spokojnych chwil na refleksje i odpowiedź na pytanie: „Czy moje życie jest takie jakbym chciał, aby było?”.
Zasadniczo nie ma więc możliwości, abym z takiego wakacyjnego wyjazdu wrócił dokładnie taki sam, jak byłem przed nim. Nowe przeżycia i przemyślenia weryfikują część poglądów i przekonań. Otwierają na kolejne nowe doświadczenia i aktywności. Zdarza się i tak, że dokonują twardej weryfikacji wyobrażeń na swój własny temat.
Co roku kiedy wracam wypoczęty i pełen energii staję też przed dylematem – co dalej?
Co zmienić, a co zostawić takie jak było. Może potraktować to wszystko jako chwilową wakacyjną fanaberię i bezpiecznie umościć się w tym co znane. Ta ostatnia opcja dla mnie, człowieka skupionego na przyszłości, ale zarazem mistrza wykrywania zagrożeń i nieścisłości w planach, jest szczególnie kusząca. Przecież tak wiele może się nie udać, istnieje sporo niewiadomych a na dodatek każda nowość to co najmniej chwilowy dyskomfort i potrzeba zainwestowania dodatkowej energii. Kiedy tylko zaczynam tak myśleć, już wiem że nie jestem sam… Na moim ramieniu przysiada strach.
Na moje szczęście, kilka wakacji temu podjąłem jedną kluczową decyzję – nie chcę się bać życia. Chcę je smakować, doświadczać i w tym wszystkim ufać sobie i wierzyć w siebie. Strach stracił swoją „wielką moc” i choć potrafi czasami nieźle namieszać, ja ciągle się rozwijam i prę przed siebie.
Dziś chciałby zaprosić i Ciebie do takiej wspólnej drogi, aby się jednak ona zaczęła musisz dokonać wyboru, o którym doskonale opowiada Jim Carrey
Wybierz, to co kochasz. Ile razy dokonywałaś praktycznego wyboru? Ile razy przekładałaś dobro swojego dziecka, partnera nad siebie? Może TERAZ jest dobry czas, aby odzyskać siebie. Zacząć myśleć o swoich potrzebach. Zacząć siebie stawiać na pierwszym miejscu. Pozwól swojej kreatywności wybrzmieć.Daj się zauważyć. Idż przed siebie. Dumna. A Ty, wybrałaś już co kochasz?—Jeśli masz pytania, pytaj – głupie są tylko pytania niezadane.Jeśli chcesz przekazać to światu – udostępnij, ludzie lubią inspiracje. Nieś im Światło#purityofenergy #puresoul #pureart #pureakasza #konradhojan #katarzynahojan #energia #medytacja #love #medycynaalternatywna #reiki #miłość #samorozwój #medycynaholistyczna #mindfulness #dlamężczyzny #bioenergoterapia #dlakobiety #rozwójduchowy #szczęście #happy
Zadaniowcy to harty wyścigowe wielu korporacji, ale także fascynaci własnej efektywności. Uwielbiają zaczynać dzień od listy zadań do zrealizowania i jeśli nie ma ich odpowiednio dużo czują się taka listą rozczarowani. Często więc dla czystej ambicji dorzucają jeszcze kilka, aby dzień stał się wystarczająco ekscytujący.
Udany dzień z punktu widzenia zadaniowca to ten z dużą listą zrealizowanych zadań. Najlepiej wszystkich na ten dzień zaplanowanych. Średnio dobry będzie taki, gdy część zadań z listy trzeba przenieść na kolejny dzień. Fatalny zaś zakończy się dłuższą listą zadań niż ta, którą się zaczynał.
Zadaniowiec często dąży do realizacji wszystkich możliwych zadań, tak aby lista zadań oczekujących była całkowicie pusta. Wierzy w to, że wtedy osiągnie wreszcie upragniony spokój i poczucie spełnienia. Dążenie to jednak ma dwie pułapki.
Pierwsza to fakt, że we współczesnych czasach nieograniczonego potencjału informacji i możliwych zadań, te drugie mogą się nigdy nie skończyć. Czeluści internetu bowiem kierowane różnorodnymi algorytmami wciąż będą nam podpowiadać kolejne fascynujące możliwości czy to w postaci wydarzeń, kursów on-line, ciekawych filmów na YouTube, najnowszych informacji z danego zakresu, czy też wreszcie kolejnych stron godnych głębszej ich penetracji. Kiedy świat on-line to za mało, z pewnością trafią do nas jeszcze propozycje książek, które koniecznie powinniśmy przeczytać. Tym bardziej, że mają takie świetne opinie czytelników lub rekomendację jakiegoś influencera.
Dodatkowy problem z zadaniowcami, to ich nastawienie do zadań. Są niczym zadaniowy pies Pawłowa. Każe nowe zadania to rozbłyskująca lampka, która powoduje natychmiastowe wydzielenie endorfin i nim włączy się logika (porównanie wolnego czasu w kalendarzu z ilością czasu jaki trzeba poświęcić na realizację danego działania), już krzyczą „biorę”. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy są mocno obciążeni, a nawet przeciążeni realizacją obecnych zadań.
Druga pułapka to zapętlenie logiczne. Bo jeśli zadaniowiec faktycznie zrealizowałby wszystkie działania, to i tak nie odczuje on szczęścia. Napędza go działanie i realizacja zadań, a nie bierność i spokojne oczekiwanie na kolejne wyzwanie. Już prędzej ogarnie go poczucie pustki i zagubienia.
Jest to tym bardziej niebezpieczne, że choć zadaniowcy się do tego raczej nie przyznają, to realizacja zadań jest tym co podbudowuje ich poczucie własnej wartości. Dzięki zadaniom czują się tacy ważni i niezastąpieni, a każde odhaczone zadanie = kolejny sukces w życiu. Brak zadań i brak sukcesów często oznacza z ich punktu widzenia, że są bezwartościowi. Nie uznają bowiem oni jako wystarczającej wartości tego, że prostu są. Realizacja zadań, to ich sposób na radzenie sobie ze strachem przed tym, że świat i inni odkryją prawdę o ich braku wartości. To też jeden z powodów, dla którego zadaniowcy są często perfekcjonistami.
Cena zdrowia
Nadmiar realizacji zadań, mało odpoczynku i wyczerpanie psychiczne wynikające z próby zapanowania na wielością wszystkich możliwości i potencjalnych zadań, wcześniej czy później odbija się na zdrowiu. Problem w tym, że zadaniowiec napędzany swoim ukrytym strachem bywa naprawdę twardy i potrafi wiele znieść. Tak wiele, że organizm musi użyć naprawdę radykalnych form interwencji, żeby go zatrzymać. Przyznać trzeba, że ma on całkiem spore spektrum możliwości: zawał, udar, rak lub lżejsza artyleria w postaci: chwilowej utraty przytomności, różnych nerwobóli, krwotoków z nosa, chronicznych bólów głowy, wypalenia i depresji. Oczywiście to tylko przykłady, bo potencjalnych możliwości jest jeszcze więcej.
Czasami zainterweniuje też bliski zadaniowca i przekona go do zmiany trybu życia. Choć przyznać trzeba, że nie często to się udaje. Bliscy bowiem, próbują przemówić do logiki zadaniowców, nie uwzględniając tego, że tak naprawdę kieruje nimi emocja, którą jest strach.
Łatwiej, sprawniej itd.
Zadaniowiec czasami podejmuje próbę zapanowania nad natłokiem zadań i zaczyna testować różne rozwiązania. Najczęściej zaczyna używać aplikacji, które mierzą i weryfikują jego efektywność. Pomagają też pozbyć się wszystkiego co może go rozpraszać. Problem w tym, że najczęściej te aplikacje zawierają jednocześnie mechanizmy motywujące do jeszcze większej i bardziej efektywnej aktywności. I tutaj pętla się zamyka, zadaniowiec grzęźnie w kolejnej pułapce. Pomijając już fakt, że nierzadko chce być tak efektywny, że używa kilku tego typu aplikacji na raz.
Bywają i tacy co zaczynają bardzo dbać o swoją kondycję i aktywność sportową. W pierwszym odruchu można by pomyśleć – na szczęście. Byłaby to jednak zwykła naiwność. Zadaniowiec nie jest aktywny sportowo, bo chce być zdrowy. On jest aktywny sportowo, bo chce być jeszcze szybszy i efektywny w realizacji zadań. Po cichu liczy nawet, że ich jeszcze więcej udźwignie.
Zawsze mnie zaskakuje fakt, że zadniowiec prawie nigdy nie widzi rozwiązania swojej sytuacji w wyeliminowaniu części zadań, które nie są konieczne.
Od tego właśnie zaczynam moją pracę z zadaniowcami. Potem dodajemy umiejętne nadawanie priorytetów, delegowanie zadań na innych, wzmacniamy umiejętność asertywnej odmowy i wreszcie wprowadzamy świadome zarządzanie energią życiową.
Zwykliśmy działać, kiedy sprawy zaszły już za daleko. Kiedy to co nadchodzi jest nieuchronne, bo jest efektem wcześniejszych zaniedbań lub braku przygotowań. Jesteśmy zszokowani, że to już, że jednak się stało. Co prawda, zdarzało nam się nad tym wcześniej zastanawiać, ale przecież było to tak odległe.
Kilka dni temu mój smartfon zaczął nieco szwankować. Przestał m.in pokazywać powiadomienia o nowych wiadomościach jakie dostałem na WhatsAppie. Podobnie było też z wiadomościami na Messengerze. Nieświadomy całej sytuacji pominąłem kilka informacji od znajomych lub odpowiadałem im z opóźnieniem. Dość długo szukałem przyczyny usterki i ciężko było coś ustalić. Dopiero znajomy zapytał mnie kiedy ostatnio wyłączyłem telefon. Było to chyba miesiąc temu. Poradził więc jego wyłączenie, aby wyczyścić dobrze pamięć podręczną. Po wyłączeniu telefonu i jego ponownym uruchomieniu wszystkie problemy zniknęły. Ja zaś zacząłem się zastanawiać jak dobrze wyczyścić „pamięć podręczną” w mojej głowie.
Ludzie od zawsze dzieli się na tych co są wiecznie zabiegani i mają mnóstwo zajęć do ogarnięcia oraz tych którzy dysponują wolnym czasem. Ci drudzy, jeszcze jakiś czas temu na pytanie co robisz zwykli odpowiadać „nic, nudzę się.” Współczesne tempo życia nie pozostawiło bez wpływu obu tych grup.
Zapracowani i wiecznie zajęci
Mogłoby się zdawać że świat cyfrowych technologii, dostępności online oraz automatyzacji niektórych procesów powinien dać im trochę wytchnienia.
Nic bardziej mylnego. Faktycznie pewne rzeczy robią szybciej i sprawniej załatwiają niektóre sprawy. Współczesny świat dostarczył jednak również mnóstwo nowych możliwości. Dostępnym sprawił to co kiedyś było nieosiągalne. Liczba nowych informacji i bodźców stała się tak wielka, że aż niemożliwa do przetworzenia. Ci wiecznie zajęci wpadli w nową pułapkę. Robią coś szybciej i sprawniej zyskując wolny czas. Nim się jednak obejrzą natychmiast przeznaczają go na spożytkowanie dla nowo nabytych możliwości. Tak więc każda nowa luka czasowa jest natychmiast wypełniana jakimś nowym działaniem.
Nudzący się
Dziś już się nie nudzą. Każda wolna chwila, którą kiedyś mieli i nie wiedzieli co z nią zrobić jest natychmiast wypełniana surfowanie w social mediach. Te natomiast tak sprytnie potrafią wciągnąć użytkownika, że spędza on w nich nie tylko swój wolny czas ale również i czas przeznaczony na inne rzeczy. Tym sposobem ci z wolnym czasem nagle zaczynają dołączać do tych zapracowanych i wiecznie zajętych. Muszą bowiem jakoś nadgonić czas stracony na bezmyślnym serwowaniu.
„Współczesny człowiek dał sobie narzucić skojarzenie satysfakcji z ilością realizowanych celów i wartości. Na każdym kroku jesteśmy bombardowani wizjami satysfakcji, jaką da nam to bądź inne przedsięwzięcie, wobec czego czujemy się zmuszeni włączyć je jakoś do repertuaru naszych celów. Czasy współczesne pod wieloma względami pozostają bez precedensu – jednym z nich jest bezprecedensowa ilość dostępnych człowiekowi form samorealizacji”
Jak radzisz sobie ze szczęściem? Tomasz Mazur, Benefit 03(83)/2019
Zapełniony bufor „pamięci podręcznej”
Żyjąc w ten sposób zapełniamy naszą „pamięć podręczną” po sam sufit. Analizuje ona i przetwarza wszystko z czym się stykamy w ciągu dnia. Aby uzmysłowić sobie jak spore jest to wyzwanie wystarczy tylko zastanowić się na tym jak dużą liczbę postów lub zdjęć przeglądamy w czasie 10 minutowego surfowania w social mediach. Jak wiele źródeł informacji, jak wieloma różnymi kanałami dociera do nas ze swoimi newsami.
Czy tego chcemy czy nie, wcześniej czy później, tak samo jak mój smartfon zaczniemy przeoczać istotne rzeczy. Początkowo to mogą być czyjeś urodziny, terminy płatności naszych zobowiązań czy spotkań biznesowych. Potem inne sprawy i rzeczy których nawet nie będziemy świadomi.
Mamy jednak jeden problem, nas nie da się wyłączyć tak jak smartfonu. Sen co najwyżej pozwoli poukładać wiadomości i sprawy w naszej głowie. Jest ich jednak tak wiele, że często nie starcza już czasu na czyszczenie.
W takich momentach z pomocą przychodzi medytacja, chodź wiem że nie dla wszystkich jest ona osiągalna. Jeżeli nie chcesz lub nie możesz jej używać z pomocą może ci przejść chwila totalnej izolacji i wyciszenia. Wyłącz telefon, a najlepiej zostaw go w domu i wyjdź spędzić trochę czasu w naturze.
Mi doskonale czyści „podręczną pamięć” szum morskich fal i dotyk plażowego piasku. Równie dobrze robi górska wspinaczka i mentalne połączenie z wielką pustą przestrzenią widoczną ze szczytu góry. Nie zawsze jednak musi to być aż tak spektakularne zdarzenie. Głęboki reset przeżywam spędzając dwie godziny w lesie kiedy wsłuchuję się w jego odgłosy i cieszą oczy zielenią drzew. Podobnie dzieje się ze mną kiedy siądę na dużej łące i staram się być z nią jednością. Wsłuchuję się w całe owadzie życie które na niej trwa, dostrzegam szczegóły budowy roślin które mnie otaczają i cieszą oczy ich kolorem i różnorodnością. Świadomie i głęboko wczuwam się zapachy i aromaty które mnie otaczają.
Przypuszczam, że i u ciebie czas już na głęboki reset i wyczyszczenie „pamięci podręcznej”. To jest ten szczególny moment, kiedy przystając i zatrzymując się w „tu i teraz”, tak naprawdę przyspieszasz kroku przez życie. Zarówno te prywatne jak i zawodowe.
Wiele osób marzy o tym, aby ich praca była zarazem ich pasją. Wierzą, że dzięki temu będzie się im pracować łatwo i przyjemnie. Liczą, że niesieni siłą pasji rozwinął swoje zawodowe skrzydła i przekroczą ograniczające ich bariery. To faktycznie jeden z możliwych scenariuszy. Jednak, aby był on potencjalnie możliwy należy unikać dwóch podstawowych pułapek.
Powyższy tytuł oddaje nastawienie niektórych z moich klientów rozczarowanych swoim obecnym miejscem pracy. Wierzą w to, że pasja powinna na nich spłynąć i niecierpliwie wyglądają tego momentu. Problem jednak w tym, że pasja nie przybywa z otchłani wszechświata, tylko rodzi się wewnątrz nas.
Jedna z moich klientek stwierdziła kiedyś, że daje swojej nowej pracy jeszcze miesiąc, aby poczuć do niej pasję. Jeśli się to nie wydarzy, to nie przedłuży swojej umowy zawartej na okres próbny. Była nieco zaskoczona, kiedy podałem jej kartkę i powiedziałem, że już nawet w tej chwili może napisać oświadczenie o nieprzedłużaniu umowy.
Sęk w tym, że to nie pracy, ale co najwyżej samemu sobie, możemy dać szansę na rozbudzenie pasji do tego co robimy zawodowo. Musimy dać trochę więcej od siebie. Zaangażować się i zgłębić temat próbując dostrzec w nim ciekawostki, interesujące wątki lub dowiadując się więcej o narzędziach lub otoczeniu biznesowym związanym z daną branżą.
Pasja jest bowiem jak ogień w kominku. Z jednej strony cały czas musi być podsycana drewnem, czyli naszym działaniami, pogłębianą wiedzą, czy też inicjatywami jakich się podejmujemy. Z drugiej strony, nawet najlepsze drewno nie zapłonie jeśli nie będzie pierwszej iskry. Potraktujmy zatem nasze początkowe zaangażowanie jako inwestycję. Jako pewnego rodzaju rozpałkę do której przytykamy płomień. Zacznijmy działać i nie wyczekujmy spektakularnego przełomu pewnego dnia. Pasja, o ile będzie nam dana, będzie narastać powoli, aż pewnego dnia z zaskoczeniem stwierdzimy, że nasza praca daje nam wiele satysfakcji i gubimy poczucie czasu kiedy się w nią angażujemy.
Pułapka 2 – zamiana pasji w pracę.
Na pozór najprostsze z rozwiązań. Zamiast rozbudzać pasję, należy tą która już mamy przekuć na działania zarobkowe. O ile nam się to uda, oprócz samej przyjemności zajmowania się danym tematem będziemy mogli z tego tytułu czerpać także korzyści finansowe. W takim podejściu nie ma nic złego. Co więcej nasza pasja może sama zarabiać na siebie. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy to co robimy z pasji staje się naszym jedynym, albo głównym, źródłem utrzymania.
W tej sytuacji to co było przyjemnością, nagle staje się obowiązkiem. To czym zajmowaliśmy się z chęci działania, teraz będzie wynikało z musu, przyjętego harmonogramu lub powziętego wobec klienta zobowiązania. W pierwszych miesiącach nie zauważymy zwykle tej zmiany. Każde nowe zlecenie będzie namacalnym dowodem na potwierdzenie właściwości naszej decyzji. Brak zleceń, też będzie początkowo łatwo tłumaczyć. Przecież machina musi nabrać rozpędu, aby wszystko zaczęło się kręcić.
Jednak po 3, 6 a może 12 miesiącach ta sytuacja zacznie nam ciążyć. Opadnie początkowy entuzjazm, a to co dawało radość zacznie generować stres i napięcie. Oczywiście prawie każdy z nas ma pokusę, aby uwierzyć w to, że nam się taki scenariusz nie przydarzy i ja tę wiarę bardzo szanuję. Jest świetnym motorem napędowym przy wielu decyzjach. Pozwala dokonać wielu i wspaniałych rzeczy w naszym życiu. Chodzi tylko o to, aby być świadomym jak zazwyczaj taki transfer pasji w prace przebiega i w odpowiednim momencie, jeśli ta sytuacja zacznie nasz męczyć, mieć odwagę odpowiednio na nią zareagować.
Zwykło się mówić, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Jednak większość ludzi używa tego stwierdzenia błędnie, jako wyjaśnienia tego, że nie chcą czegoś robić drugi raz. Tymczasem autorowi tych słów, Heraklitowi z Efezu chodziło o to, że nawet jak coś robisz drugi raz, to nie będzie to takie samo jak za pierwszym razem. To nic, że wchodzisz drugi raz do tej same rzeki, ale woda w niej nieustannie płynie i nie jest już tą samą wodą co za pierwszym razem.
Ja dodam więcej. Po pierwszym wyjściu z rzeki ty też zdobywasz nowe doświadczenia i przez to się zmieniasz. Kiedy więc do niej ponownie wchodzisz nie tylko woda w niej jest inna, ale i ty jesteś też już kimś innym. Zderzenie tych dwóch faktów, może dać bardzo pozytywne efekty np. w obszarze kariery zawodowej.
Jak twierdzi Rick Jarow autor książki Antykariera, każdy z nas może wybrać jedną z dróg rozwoju:
„Pierwsza to samozatrudnienie, założenie własnego biznesu. To nie jest droga dla każdego. Druga to poszukiwanie ludzi i organizacji myślących podobnie jak ty, z którymi ci po drodze, z którymi chciałbyś pracować. Trzecia droga to studiowanie medycyny czy prawa, uzyskiwanie kwalifikacji – ale z własnym poczuciem misji. Tak aby zmienić otoczenie, zanim otoczenie zmieni ciebie. Czwarta droga to nie pracować. Po prostu w pewnym momencie życia przychodzi czas na zatrzymanie się, na inkubację, na podróże.”
Jest jeszcze droga piąta, choć nie nazwałbym jej drogą rozwoju. To droga pieniądza. Pracujemy u tego kto płaci, albo w ogóle (czyli chciał nas zatrudnić), albo odpowiednio dużo. Ludzie z którymi pracujemy, czy też kultura organizacyjna schodzą wtedy na plan dalszy. Choć jeśli nie są do nas dopasowane, wcześniej czy później zaczną uwierać.
Nierzadko, kiedy dokonujemy wyboru zapominamy, że to nie jest wybór na całe życie. Z czasem możemy eksperymentować z każdą z dróg i tym, jak się na niej odnajdujemy. Dzięki temu niektóre z nich ewidentnie wykluczymy, inne uznamy za dopuszczalne i być może odnajdziemy tą jedną jedyną, na której czujemy się naprawdę dobrze.
Czasami może się okazać, że ta najlepsza jest jedną z tych, na której wcześniej byliśmy. Powstają wtedy pytania:
jak najlepiej na nią wrócić?
jak ocenią to inni?
czy nie zostanie to odczytane jako moja porażka?
Jak wrócić?
W pierwszej kolejności świadomie tzn. nie uciekając od czegoś, a do czegoś dążąc. Z szerokim bagażem doświadczeń wiemy już czego możemy się spodziewać na danej drodze i jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za jej wybór. Znamy już też dobrze cenę innych dróg i teraz możemy dokonać ich świadomego porównania.
Odważnie i cierpliwie, ze zdefiniowanym zakresem oczekiwań. Skoro już kiedyś podążaliśmy daną drogą warto wrócić na nią mądrzej niż wcześniej. Aby to zrobić należy m.in. zadać sobie pytania:
Jakie zarobki mnie interesują – w tym jakie jest minimum?
Jakiego rodzaju pracy szukam i co ona ma wnieść do mojego rozwoju zawodowego?
A następnie konsekwentnie trzymać się swoich odpowiedzi i szukać do momentu, aż znajdziemy to czego szukamy. Skoro wracamy, możemy pokusić się o małą nutkę „bezczelności”. Nie idziemy tam gdzie nas chcą, to musi być jeszcze miejsce i praca, której my również chcemy.
Jak Cię ocenią?
Jak to w życiu bywa – różnie. Część negatywnie, bo się poddałeś. Części będzie to zupełnie obojętne, a jeszcze inni mogą potraktować Twoje zachowanie jako inspirację do własnych działań. Wniosek zatem z tego taki, że powinieneś mieć spory dystans do tej kwestii i się nią zbytnio nie przejmować.
To co może Ci pomóc, to wspomniana wyżej świadomość jakiej pracy szukasz i co chcesz dzięki temu wyborowi uzyskać. Przy takiej Twojej świadomości, inni będą mogli potraktować to działanie jako strategicznie przemyślane. Jednak nie czarujmy się. Wielu nawet nie zapyta, a i tak będzie miało swoją interpretację zdarzeń.
Porażka, a może jednak sukces?
Pewnie będą tacy, którzy uznają powrót na wcześniejszą ścieżkę za ewidentny dowód porażki. Najczęściej to będą jednak Ci, którym nie starczyło odwagi na eksperymenty. Cały czas pełni obaw, kurczowo trzymają się dokonanego kiedyś wyboru. Skoro ty wracasz, to oni będą mogli żyć w iluzji poczucia lepszości, bo jednak „wyszło na ich” – nie warto było eksperymentować.
To właśnie oni najczęściej błędnie interpretują słowa Heraklita z Efezu myśląc, że nie robi się dwa razy tego samego. Nie są bowiem w stanie mentalnie ogarnąć tego, że kiedy wracasz na poprzednią ścieżkę, możesz wrócić na nią mądrzejszy i bardziej pewny siebie. Masz bowiem większy wachlarz doświadczeń i jesteś świadomy tego, że poradzisz sobie również na innej ścieżce zawodowej. Ponadto nie wybierasz jej ze strachu przed nieznanym, ale z pewności, że jest najbardziej dopasowana do Ciebie.
Ten artykuł jest pokłosiem wielu moich spotkań z klientami coachingowymi. Jest też wynikiem moich osobistych doświadczeń. Dzięki tym ostatnim wykonałem swoistą pętlę po ścieżkach rozwoju zawodowego i dziś, wiedząc co mi psuje a co nie, dokonuję bardzo świadomych wyborów.
W ich efekcie wybrałem wariant łamany. Pracę w dużej firmie, ale nie typowej korporacji, którą łączę z własną działalnością coachingową po godzinach. Wybrałem pracę na etacie, która pozwala mi na synergiczny rozwój portfela moich umiejętności i daje poczucie bezpieczeństwa. Coaching natomiast pozostaje moją pasją, której nie zabija ciągła pogoń za kolejnymi klientami i w efekcie obniżanie jakości moich usług lub wysokości cen.
Co zyskał mój pracodawca? Dobrego i doświadczonego pracownika, który wybrał go świadomie i dostrzega wartość pracy jaką wykonuje. Co więcej, czuje się doskonale w jego kulturze organizacyjnej.
Jak tak się dobrze zastanowić to chyba nie znam ani jednego człowieka, który nie chciałby wprowadzić w swoim życiu jakiejś zmiany. Znam za to wielu takich, którzy choć tych zmian chcą, to ich ciągle nie wprowadzają.
W biznesie sprawy nie wyglądają lepiej. Wielu menedżerów jest nie do końca zadowolonych z tego jak niektóre sprawy dzieją się w podległych im obszarach lub zarządzanych firmach. Jednak pomimo tego niezadowolenia i nawet nazwania tych obszarów lub spraw, zmiany ciągle nie nadchodzą.
Cała tajemnica tkwi w matematyce i szczerze powiedziawszy da
się ją zapisać dość prostym wzorem:
O < N * W * PK
w którym: O – to opór, N – to niezadowolenie, W – to wizja, PK – to pierwszy krok, a w zasadzie kroki
Przekładają to na wyjaśnienie słowne można by powiedzieć, że
pierwszym warunkiem jest to, aby Opór przed zmianą był mniejszy niż Niezadowolenie
z obecnej sytuacji. Jednak samo niezadowolenie to za mało, aby proces zmiany
był skuteczny.
Bez dwóch pozostałych składników będziemy tylko narzekać i utyskiwać.
Jednak sprawy nie ruszą z miejsca. Co najwyżej popadniemy w marazm lub
depresję. Do Niezadowolenia musimy bowiem dołożyć Wizję, czyli to
jak chcielibyśmy aby sytuacja wyglądał, gdy już wprowadzimy zmiany oraz Pierwsze
Kroki jakie planujemy podjąć, aby rozpocząć wprowadzanie zmiany.
Uczulam tylko na jedną ważna zasadę matematyki. Mnożenie
przez zero zawsze daje zero.
Zatem jeśli nie ma niezadowolenia, wizji lub planu na
pierwsze kroki to będziemy mnożyć właśnie przez zero. Zadzieje się tak nawet
wtedy, gdy tylko jeden z tych czynników nie zaistnieje. W efekcie, po prawej
stronie równania będziemy mieli zero, a trochę trudno, aby nasz opór przed
zmianą był od niego mniejszy. To właśnie tutaj kryje się cała tajemnica
nieskutecznych zmian.
Opór
To naturalna reakcja naszego mózgu, na obawę przed nadchodzącą zmianą. Mózg z jednej strony jest leniwy i lubi to co znane i już uporządkowane. Z drugiej strony to co znane traktuje jako bezpieczne, a wszystko co ze zmianą związane odczytuje jako niebezpieczeństwo. Przyznać też trzeba, że jest w tym działaniu bardzo konsekwentny i skuteczny.
Wystarczy, że przypomnimy sobie jakie „filmy w naszej głowie” odpala mózg, kiedy ma się wydarzyć coś nieznanego lub coś czego nie jesteśmy do końca pewni. Praktycznie w 100% mówią one o złej wersji scenariusza. Egzamin – o rany, mogę go oblać. Zmiana pracy – a jak ta nowa będzie jeszcze gorsza, albo w ogóle jej nie znajdę. Wyjście z toksycznego związku – co jeśli nikt inny już nie będzie mnie chciał. Nowy projekt – a jak sobie nie poradzę i wyda się, że nie jestem taki dobry.
Kiedy powyższe nie zadziała, nasz mózg może jeszcze użyć prokrastynacji, czyli odkładania zadań w czasie. Ewentualnie wyczekiwania na jakiś magiczny moment, od którego wszystko się zmieni. Tak dla jasności – takie punkty nie istnieją, są jedynie kreacją naszej wyobraźni. Kiedy do nich dochodzimy „nagle” pojawiają się jakieś nowe trudności, sytuacja się zmienia, czy też zmieniają się nasze priorytety i znowu zmiana jest odłożona w czasie.
Niezadowolenie
Najgorszą sytuacją dla zmiany jest ta, kiedy jest nam z czymś źle, ale jednak nie fatalnie. Ewentualnie, kiedy dostrzegamy w danej sytuacji pewne plusy, bez względu na to na ile są one racjonalne. Np. mamy całkowicie nudną i nierozwijającą pracę lub szefa, który nie szanuje ludzi i ciągle ich opieprza, ale dobrze nam płacą. Związek zupełnie nie daje nam satysfakcji i nic nie czujemy do partnera, ale już jakoś tak przyzwyczailiśmy się do wspólnego mieszkania i łatwiej się utrzymać dzieląc kosztami. Chcielibyśmy wprowadzić pewne zmiany w podległym nam dziale, aby zwiększyć jego efektywność, ale wtedy będziemy się musieli borykać z niezadowoleniem części osób lub będziemy musieli do tych zmian przekonać jeszcze szefa lub zarząd.
To właśnie jest ten stan, w którym chodzimy i opowiadamy, że myślimy o tym, że chcielibyśmy coś zmienić w naszym życiu prywatnym lub zawodowym. To na co zawsze uczulam w mojej pracy coachingowej to sformułowanie „myślimy o tym, że chcielibyśmy coś zmienić”. Skoro myślisz, że chciałbyś coś zmienić, to tak de facto nie chcesz jeszcze tego zmieniać. Bo gdyby tak było, to miałbyś już zaplanowaną tę zmianę.
W takim stanie marazmu i niedziałania jesteśmy czasami w stanie przetrwać wiele lat. Trwa to najczęściej do jakiegoś silnego momentu przełomu np. szef prostak obrazi na personalnie na forum publicznym lub nie dostaniemy obiecanej premii. Partner nas zdradzi lub my nagle ulegniemy zauroczeniu kimś innym i przypomnimy sobie jak to jest, kiedy są uczucia między dwojgiem ludzi. Do firmy przyjdzie nowy menedżer, który wprowadzi zmiany w swoim dziale i zostanie za to doceniony przez szefostwo, a my poczujemy, że kiepsko wypadamy na jego tle. Itd., itp…
Czasami też poważny wypadek, choroba czy inne traumatyczne zdarzenie uświadomią nam, że nie mam tak wiele czasu w życiu jak nam się zdawało i jeżeli chcemy coś w nim zmienić, to musimy zacząć działać już tu i teraz.
Wizja
Często kiedy, ktoś chce coś zmienić w swoim życiu prywatnym lub zawodowym pytam go „po co?”. Pytam, żeby zobaczyć, czy tak naprawdę od czegoś tylko ucieka (zła praca, niewłaściwy partner), czy jednak do czegoś dąży (praca, która daje satysfakcję lub pieniądze, szczęśliwy związek). To istotna kwestia, bo jeśli tylko od czegoś uciekamy, to kiedy tego zabraknie w naszym życiu, może nam się skończyć motywacja do działania i utkniemy nagle w stanie przejściowym. Nie doprowadzając całości do oczekiwanego efektu.
Jeżeli nie mamy wizji tego czego chcemy. Nasz mózg z całą pewnością wykorzysta tę lukę, aby zwiększyć opór przed zmianą. Z troską wykreuje w naszej głowie pytanie „czy jest sens tak się męczyć, aby coś zmienić?”.
Inny aspekt braku wizji, może się na nas odbić w jeszcze innym momencie zmiany. To zresztą jedna z bardzo przewrotnych pułapek zmian. Kiedy nie wiemy czego tak do końca chcemy, nie potrafimy też powiedzieć, kiedy już to osiągamy. Zatem skoro nie ma punktu docelowego, zaczynamy robić coraz więcej i coraz szybciej goniąc coś co nie jest nazwane. To właśnie tacy klienci z kilkunastoma rozpoczętymi projektami, przemęczeni, notorycznie niewyspani i zagubieni trafiają do mnie czasami z prośbą o pomoc. Wtedy też, pierwsze co robimy, to przy każdej ich aktywności/projekcie stawiamy pytania:
– po co to robię?
– do czego ma mnie to doprowadzić?
– po czym poznam, że to osiągnąłem?
Te trzy pytania i dyskusje o nich zazwyczaj pozwalają znaleźć te działania, które są mało istotne, albo realizują cele już nie tak ważne dla mojego klienta. Dzięki temu możemy się ich pozbyć i skupić na tych, które są naprawdę ważne.
Pierwsze Kroki
Czyli przejście od wizji i marzeń do realnego działania. Pamiętam jedno szkolenie, na którym prowadzący zapytał o nasze marzenia. Młoda kobieta powiedziała, że chciałaby pojechać do Nowego Jorku i spędzić tam tydzień. Dostała więc dwa pytania: Ile kosztuje przelot do Nowego Jorku? W jakiej cenie są tam noclegi? Nie znała odpowiedzi i z tego powodu prowadzący zapytał ją: „Czy to naprawdę jest Twoje prawdziwe marzenie, czy tylko ktoś Ci je sprzedał, a ty bezrefleksyjnie je powtarzasz?”
Jeżeli jest nam niewygodnie w jakiejś sytuacji i nawet potrafimy już snuć wizję, jak to będzie fajnie kiedy ją zmienimy, możemy wpaść w kolejną pułapkę losu. Odpłynąć w krainę marzeń i imaginacji. Mózg oczywiście będzie nas bardzo w tym wspierał, bo póki nie zaczniemy ich realizować, to marzyć możemy do woli. Z jego punktu widzenia nie jest to jeszcze niebezpieczne.
Zresztą to idealny moment, aby nasz mózg wpuścił nas w proces wiecznego odwlekania decyzji. Na zasadzie, skoro wiesz już co chcesz osiągnąć, to prawie już to masz (iluzja zmiany). Działać w tym kierunku zaczniesz wtedy, kiedy będzie ku temu dobry czas. Tymczasem, prawda jest taka, że nigdy nie będzie on dostatecznie dobry. Stąd to co trzeba zrobić, to zaplanować pierwsze konieczne kroki oraz najbliższą możliwą datę ich realizacji.
Bywa i tak, że nie wiemy do końca od czego zacząć. Jak cały proces zmian sobie poukładać. Wystarczy wtedy tylko wyznaczyć sobie czas na zebranie wszystkich potrzebnych informacji i czas kiedy na ich podstawie podejmiemy decyzję o kształcie naszego planu działania. Poszukiwanie informacji, to już pierwszy krok i to taki, który najczęściej umyka uwadze naszego podstępnego mózgu.
Największy problem ze zmianami jest taki, że często są one trudniejsze niż
wyobrażają to sobie Ci, którzy myślą, że to prosta sprawa i znacznie łatwiejsze
niż sądzą Ci, którzy myślą, że to sprawa nie do przeskoczenia.
Mnie jedynie pozostaje często być strażnikiem zmian, a w
zasadzie wzoru oraz zadbanie o to, aby w mnożeniu moich klientów nie było
nigdzie zera 😉
Jesteśmy uczeni tego, że w życiu czasami trzeba iść na kompromisy. To cenna nauka, bo dzięki niej potrafimy współpracować z innymi lub znaleźć rozwiązanie pośrednie między dwoma przeciwstawnymi stanowiskami.
Zdarza się jednak, i to całkiem nierzadko, że zamiast godzić się na te kompromisy tylko czasami, niepostrzeżenie całe nasze życie staje się jednym wielkim kompromisem. Dusimy się w jakiejś toksycznej relacji, wypalamy w nierozwijającej pracy lub przez wiele lat odgrywamy jakąś życiową rolę, która daleka jest od naszego prawdziwego ja.
Pracując z moimi klientami mam często poczucie obcowania z dzielnymi ludźmi, którzy mają odwagę zawalczyć o swoje prawdziwe życie. Nierzadko mają obawy, czasami uciekają w nierealne marzenia, które podobno kiedyś (nie do końca wiadomo z jakiego powodu) mają się ziścić.
Kiedy jednak stawiamy pytania kluczowe, kiedy wiążemy to co ma się zadziać z konkretnymi punktami w czasie powstają plany działania. Czasami nawet plan nie jest konieczny. Wystarczające jest to, że zobaczą i uwierzą w to jak wielką siłę mają w sobie.
A jak jest z Tobą? Czy czujesz, że żyjesz pełnią życia w zgodzie ze sobą?
Wakacje i urlop to świetny czas na chwilę refleksji, na przerwanie rutynowego biegu dnia. Na zatrzymanie się i spojrzenie w głąb siebie i pytanie czy to co inni widzą na zewnątrz, jest tym samym co żyje w głębi nas.
Każdego dnia, kiedy o poranku otwierasz oczy możesz zdecydować, czy ten dzień będzie kolejnym rutynowym przetrwaniem tych około 18 godzin do kolejnego snu. Czy też stanie się dniem, który zapamiętasz na długo.
Z niewiadomego mi powodu nauczyliśmy się żyć, choć ciężko nazwać to prawdziwym życiem, na autopilocie. Odłączyliśmy się od naszch ciał i nie potrafi odbierać sygnałów z nich płynących, które jasno nam pokazują co jest dla nas dobre, a co złe. Do tego niejednokrotnie zatruwamy nasz organizm kiepskiej jakości jedzeniem. Na co liczymy? Czemu jesteśmy tak zaskoczeni, kiedy dopada nas choroba lub brak poczucia sensu życia?
W moim najnowszym artykule na portalu Zmiany w życiu stawiam pewne przewrotne pytanie odnośnie tego jak dbamy o siebie i nasze życie. (kliknij obrazek poniżej ⬇️)
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.