Rafał Markiewicz

Blog

Na swoim – odkrycia i pułapki własnej działalności.

Tak samo jak w moje 40 urodziny, w dniu 1 marca 2018 nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie rozstąpiło się niebo, nie zatrzęsła się ziemia i nawet wody nie wystąpiły z brzegów. Mimo to, dla mnie ta data była znamienna. Dzień wcześniej skończyłem pracę w firmie, w której spędziłem na nieźle opłacanym stanowisku niemal 8 ostatnich lat.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - własna działalność

Photo by Domenico Loia on Unsplash

Teraz przyszedł czas na realizację ważnego dla mnie projektu, w którym chciałem powiedzieć „sprawdzam” odnośnie tego jak postrzega mnie rynek i zakosztować smaku życia tylko i wyłącznie z własnej działalności.

Przemyślany „krok” na własne, zamiast skoku na głęboką wodę

Lubię podejmować przemyślane decyzje i ta o założeniu własnej firmy, do takich właśnie należała. Działalność założyłem jeszcze pracując na etacie i dbając o  unikanie przypadkowego konfliktu interesów. Byłem świadomy tego, że w tej sytuacji nie włożę w nią 100% energii, ale uzyskałem całkiem bezpieczną perspektywę eksperymentowania. Wydzieliłem dwa obszary: prowadzenie sklepu internetowego oraz usługi coachingowe. W pierwszym obszarze miałem partnera, który przejął na siebie większość pracy, ja jednak aktywnie w niej współuczestniczyłem. W drugim dopiero zaczynałem certyfikowany kurs coachingu. W tej sytuacji stałe źródło dochodów zdejmowało z mojej głowy problem utrzymania, a zgromadzone wcześniej oszczędności stanowiły kapitał początkowy dla działań firmy.

Kiedy cztery lata później odchodziłem z firmy, sklep internetowy miał szeroki asortyment, sprawdzonych dostawców i stałych klientów. Ja jako coach miałem już spore doświadczenie i liczne grono klientów, którym pomogłem. Najważniejsze jednak, że miałem też swoją stronę WWW, sporą liczbę wpisów na blogu i bardzo pozytywne opinie w kilku miejscach w internecie. To był mocny i silny fundament, który zaważył na późniejszym sukcesie. Dodatkowo zadbałem o to, aby o mojej decyzji dowiedziało się jak najwięcej moich znajomych i klientów.

Nim skończyłem pracę, już otrzymałem propozycję wystąpienia jako prelegent na jednej z branżowych konferencji. Jeden z moich klientów z coachingu biznesowego poprosił mnie o pomoc w swojej firmie i już 10 marca byłem na wstępnej rozmowie w sprawie współpracy, którą potem nawiązaliśmy. Kilka miesięcy później, na dzień przed wakacyjnym wyjazdem, dostałem telefon od dużej firmy, lidera w swojej branży, z propozycją współpracy. Kontakt wziął się stąd, że szukali fachowca od obsługi klienta i rozpuścili wici. Niezależnie od siebie dwóch specjalistów których znali podało moje nazwisko. Po prostu pracowałem z nimi już wcześniej, a oni wiedzieli, że jestem do wynajęcia.

Taka droga przejścia na swoje jest moim zdaniem jednym z najbezpieczniejszych wariantów. Dodatkowo nie startuje się w nim od zera. Jak dobrze zatroszczysz się wcześniej o swój biznes, to wskoczysz do już rozpędzonej machiny. Ma ona jednak i swoją cenę. Jest nią czas i energia, których ciągle brakuje i którymi trzeba mądrze zarządzać. Półtorej roku przed przejściem na swoje większość popołudni i wieczorów od poniedziałku do piątku spędzałem pracując we własnej firmie.

Co odkryłem będąc już tylko na własnej działalności

  • Uciekając od jednego szefa trafiasz w ręce szefów wielu, bo są od teraz nimi Twoi klienci – to jednak całe szczęście wiedziałem wcześniej, więc tylko potwierdziłem ten fakt empirycznie.
  • Będziesz mieć więcej czasu dla siebie – może za parę lat, bo na początku będzie Ci go ciągle brakowało. Tego też się spodziewałem, ale nie w takim wymiarze. Nie ma jasnego sygnału, że praca się kończy (wyjście do domu), więc z pracy nie wychodzisz. A dokładnie nie wstajesz od pracy przy komputerze. Ciężko mi w to uwierzyć, ale na biurku leżą do przeczytania zaległe gazety jeszcze z wakacji .
  • Super jest pracować w domu – czasami faktycznie jest super.  Przez większość czasu walczysz jednak z efektywnością i koncentracją na zadaniach. Dom to królestwo niezliczonych pułapek i rozpraszaczy. Jestem wyjątkowo zdyscyplinowany, ale kiedy w pewnym momencie z łazienki do lodówki szedłem 30 minut, a nie mieszkam w willi lub rozległym apartamencie, zorientowałem się, że coś tu jednak jest nie tak.
  • Kiedy pracujesz samodzielnie brakuje Ci kontaktu z ludźmi – są dni kiedy tego kontaktu mam w nadmiarze, np. szkoląc przez 8 godzin. Bywają dni wyważone, kiedy mam 2-3 spotkania z klientami. Są jednak i takie dni, kiedy pracuję koncepcyjnie i z nikim się nie spotykam. Po trzech dniach takiej pracy zaczynam łapać doła. Szczególnie jak za oknem szaro i buro. Ratuję się wtedy spacerami i zagadywaniem ekspedientek w sklepach. Trudno uwierzyć, że to wszystko przytrafia się mi -introwertykowi, który świetnie czuje się sam ze sobą 😉
  • Być może schudniesz – w pracy miałem przerwy między spotkaniami i przynosiłem jedzenie ze sobą. Głupio było więc z nim wracać do domu. Tymczasem w domu, tak się momentami zapracuje, że zapominam jeść.
  • Będziesz miał uporządkowany i stabilny kalendarz. Nie to co w korpo – jedna z najboleśniejszych iluzji. Praca coacha polega na spotkaniach z klientami i to jest naprawdę wyzwanie. Grafik spotkań na najbliższy tydzień z niedzielnego wieczoru, często jest w totalnej dekompozycji już w poniedziałek o godzinie 10:00 rano.
  • Przestaniesz być zapracowany, bo możesz odmówić zleceń – no możesz, ale dziwnym trafem tego nie robisz. Zasuwasz za to potem na pełnej petardzie i nie wiesz w co ręce włożyć. Dziś już wiem, że moje zapracowanie jest moje i nie pochodzi z zewnątrz od szefów, projektów i różnych inicjatyw. Ja lubię być zapracowany, więc gdzie nie pójdę i czego nie będę robił, to to zapracowanie będzie ze mną.
  • Freelancer wiedzie kawiarniane życie – może na filmach. No dobra, w ciągu roku byłem kilka razy na dopołudniowej kawie i relaksacyjnym spacerze. Były to jednak naprawdę wyjątkowe wydarzenia, bo szkoda mi czasu. Kawy mogę przecież napić się w domu przy laptopie. Podjąłem kilka prób pracy w kawiarniach, ale nie dałem rady. Nie mogę się skupić na pracy, kiedy emerytki obok przechwalają się między sobą swoimi schorzeniami, młode matki obgadują inne matki, a małolaty udające dorosłych roztrząsają swoje młodociane problemy. Mam dobry słuch, wiec słuchawki nie pomagają, bo musiałbym łupać muzyką na pół kawiarni. Ostatnio rozważam opcję jakiejś cichej biblioteki z małym miejscem do przycupnięcia 😉
  • Masz poduszkę finansową, będzie spoko – przez pierwsze dwa miesiące kiedy ją nadszarpujesz jest spoko. Od miesiąc trzeciego znikające pieniądze zaczynają cię już wkurzać, mimo że po to były. Łapiesz stresa i bijesz się z pytaniem „Czy sobie poradzę?”. Ten moment zawsze jest wyzwaniem. Potem bywa różnie, w moim przypadku całkiem nieźle, ale każdemu gwarancji dać nie mogę.
  • Wyimaginowana przeszłość – wcześniej, czy później złapie Cię myśl, że przejście na swoje to był błąd. Zresztą taka sama myśl złapie Cię jak zmienisz pracę. To fenomenalne zjawisko dotknęło mnie, ale znam je również z relacji moich coachingowych klientów. Jak źle by we wcześniejszej pracy nie było, nagle o tym zapominasz i zaczynasz dostrzegać mnóstwo jej pozytywów. To perfidna pułapka, bo wybiela przeszłość i zabiera Ci energię z teraźniejszości.
  • Brak korporacyjnej biurokracji – nic się nie martw, dopadnie cię biurokracja księgowa.
  • Największe wyzwanie – utrzymać dystans 10 000 kroków robionych codziennie. To jedynie niewiele ponad godzinę intensywnego spaceru. Jednak kiedy nie musisz wychodzić z domu i czeka na ciebie lista spraw do zrobienia, decyzja „wyjdę i się przejdę” urasta do rangi heroicznej.  Mi pomaga to, że w czasie spacerów po pobliskim lesie pracuję koncepcyjnie nad projektami.

Czy żałuję swojej decyzji?

Zdecydowanie nie i jest ku temu kilka powodów:

  • Chciałem zobaczyć jak to jest żyć na swoim i zobaczyłem – kolejny z życiowych celów odhaczony.
  • Chciałem się sprawdzić i się sprawdziłem – podbudowało to moje poczucie wartości.
  • Postawiłem sobie cel, przeżyć tak jeden rok – i go zrealizowałem. To kolejny sukces na moim koncie. Tymczasem, leci mi już następny miesiąc.
  • W ciągu roku, nauczyłem się więcej niż przez ostatnie 5 lat – poznałem kilka nowych branż, zetknąłem się z różnymi kulturami organizacyjnymi i mnóstwem ciekawych ludzi oraz projektów. Przy okazji odarłem rzeczywistość z marzeń. Już wiem, że nie ma firmy idealnej. Nawet jak jakaś na taką wygląda, po bliższym poznaniu zauważasz jej pewne minusy.
  • Doświadczyłem różnorodności – i to jest największa wartość mojego freelancerstwa. Bywały takie tygodnie, że jednego dnia miałem warsztat dla zarządu z wizji i strategii, kolejnego u innego klienta siedziałem na sali z konsultantami infolinii, a trzeciego pomagałem przeanalizować procesy inżynierom.
  • Bardzo pobudziłem swoją kreatywność – do coacha raczej nie zgłaszasz się, gdy wszystko idzie dobrze. Wyzwania moich klientów, to dla mnie nierzadko fascynujące łamigłówki.
  • Odzyskałem sny i marzenia – jeżeli w swojej pracy jesteś wypalony, musisz „skamienieć” aby przetrwać. Stajesz się mocno obojętny, żeby za bardzo nie czuć marazmu. Zarazem, nie czujesz też często ekscytacji. Dziś jestem często podekscytowany i od 10 miesięcy znowu mam sny i powróciły moje marzenia.
  • Odkryłem jedną szczególną wartość mojej pracy na menedżerskich stanowiskach w dużych firmach – jest nią sprawczość. Dziś brakuje mi tego, że moje decyzje przekładają się na dziesiątki lub setki podwładnych, albo tysiące klientów.

Obecnie stoję na lekkim rozdrożu. Dobrze mi na swoim, ale nie wiem czy to do końca moja droga. Otwieram się zatem na to co przyniesie los. Ciekawe projekty od moich klientów lub ciekawego pracodawcę z fajną kulturą organizacyjną i ciekawym stanowiskiem. Jedno wiem na pewno. Cochem będę jeszcze długo, nawet gdybym miał to robić w swoim wolnym czasie po pracy.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - Biznes Fokus - projekt

Dyskomfort i jego dwa oblicza. Poznaj je!

Dyskomfort, to pojawiające się w życiu prywatnym lub zawodowym doznanie, które kojarzymy zazwyczaj z czymś negatywnym. Odbiera nam pewność siebie, wywołuje uczucie niepokoju, obawy i zwątpienia. Bywa, że prowadzi też do strachu lub frustracji. Z tego powodu zwykliśmy unikać go za wszelką ceną, tymczasem takie postępowanie jest nieuświadomioną pułapką.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - dyskomfort

Cena rozwoju

Dyskomfort jest nieodłącznym elementem zmian jakie wprowadzamy w naszym życiu. Zaś siła dyskomfortu jest często wprost proporcjonalna do wielkości zmiany z jaką się mierzymy.

Wchodząc w nowy obszar działań, nowe środowisko, nową pracę lub przeprowadzając się do innego miasta stykamy z się z nieznanym. Tymczasem, to co nieznane i niepowtarzalne nie jest lubiane przez nasz mózg. Aktywuje jego najbardziej prymitywną część, która ogłasza alarm. „Nieznane” jest bowiem dla niej równoznaczne z „niebezpieczne”. Tak oto, nasz mózg dostrzega w zmianie zagrożenie i wpada w panikę.

Wraz z naszym dojrzewaniem, wzrostem poziomu życia, awansami zawodowymi czy rozwojem firmy zmiany stają się coraz bardziej wymagające. Zwiększa to też dyskomfort, który w związku z nimi odczuwamy. Z tego powodu tak ważnym jest, aby mierzyć się z dyskomfortem świadomie i nauczyć się nim zarządzać. Należy uświadomić sobie, że dyskomfort jest naturalną częścią procesu zmiany i jego pojawianie się, nie oznacza od razu, że coś idzie źle.

Dwa rodzaje niewygody

Mało kto zwraca uwagę na fakt, że dyskomfort jaki odczuwamy może wynikać z dwóch rożnych przyczyn. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że są dwa jego rodzaje: transformacyjny i destrukcyjny. Pierwszy z nich popycha nas do przodu i tworzy wzrost. Sprawia, że się uczymy i stajemy się coraz silniejsi. Drugi, działa dokładnie odwrotnie. Blokuje nas, a nawet cofa w rozwoju. Wbija nas w ziemie i nie pozwala się podnieść. Tracimy pewność siebie i zaufanie do nas samych.

Tutaj pojawia się właśnie pułapka. To dyskomfort transformacyjny jest tym, który towarzyszy wprowadzaniu zmian w życie i tym, z którym powinniśmy się nauczyć pracować oraz nim zarządzać. Tymczasem dyskomfortu destrukcyjnego powinniśmy się jak najszybciej pozbyć. Zniwelować go, a najlepiej z góry się na niego przygotować i mieć zdefiniowane działania zapobiegawcze. Problem w tym, że kiedy nie jesteśmy świadomi tych dwóch rodzajów dyskomfortu, działamy intuicyjnie. Wtedy, działania te są odwrotne od tych jakie powinny być. Eliminujemy dyskomfort transformacyjny, nie wprowadzając zmian w naszym życiu lub się z nich wycofując. Zaczynamy się za to przyzwyczajać i akceptować w naszym otoczeniu ten rodzaj dyskomfortu, który podcina nam skrzydła.

Jeżeli chcemy dowiedzieć się z jakim rodzajem dyskomfortu mamy do czynienia, wystarczy zadać sobie jedno proste pytanie: „Dlaczego nie czuję się dobrze?”.

Jeśli odpowiedzi jakie pojawiają się w naszej głowie to: nie jestem w tym dobry, nie dam sobie z tym rady, nigdy nie będę w stanie tego zrobić. Mamy do czynienia z dyskomfortem, który nam nie służy. Powinniśmy jak najszybciej usiąść i zastanowić się nad tym w co wierzymy i co chcemy z tym zrobić. Inaczej ten rodzaj dyskomfortu będzie nas ograniczał i odsuwał od odniesienie sukcesu.

Jeśli odpowiedzi brzmią: bo robię lub zamierzam zrobić coś do czego nie jestem przyzwyczajony, bo odkrywam coś nowego, bo stawiam się w nieznanych mi sytuacjach. Mamy do czynienia z dyskomfortem transformacyjnym. To ten rodzaj dyskomfortu, który jest naturalnym elementem procesu rozwoju. Nie powinniśmy go zwalczać, ani go unikać. Ważne jest, aby w jego przypadku pamiętać o celu, do którego zmierzamy. Powinniśmy też wdrożyć rozwiązania, które pozwolą nam obserwować postępy w naszym działaniu. Dzięki temu zaufamy sobie, a może nawet zaczniemy czerpać satysfakcję z procesu własnego rozwoju.

Niebezpieczna ucieczka w komfort

Przeciwieństwem dyskomfortu jest komfort, który miło otula nas poczuciem bezpieczeństwa i rozkoszą bezpiecznej stabilności. Problem jednak w tym, że nie przygotowuje nas na przyszłość, nie wzbogaca nas, ani nie rozwija. Często w tej sytuacji dla zabicia pustki naszego postępu, przeżywamy przygody i wyzwania serialowych bohaterów. Kiedy jednak w naszym życiu nadejdą prawdziwe i realne wyzwania, my nie będziemy na nie gotowi. Z tego powodu być może wciąż będziemy tkwili w związku, który nas niszczy i emocjonalnie wyczerpuje, ale jest znany. Będziemy gasnąć i wypalać się w pracy, której nienawidzimy, ale boimy się ją zmienić, bo nie wiemy czy inna na pewno będzie lepsza.

Nie pamiętam już gdzie i od kogo usłyszałem następujące zdanie „Pragnienie bezpieczeństwa i poczucie zagrożenia – to jedno i to samo”. Wbiło mnie ono w ziemie, bo z całą mocą uświadomiło, że za każdym z nich stoi strach.

Mam jednak na tę sytuację swoje rozwiązanie. Za każdy razem, gdy dopada mnie strach idę do swojego biurka i czytam wiersz, który nad nim zawiesiłem. Zaczyna się on, od słów:
„Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi…”


Dokładnie rok i 2 dni temu, obudziłem się rano podekscytowany, ale zarazem pełen ogromnego dyskomfortu. Dzień wcześniej pożegnałem wszystkich swoich kolegów z pracy i współpracowników. 1 marca 2018 pierwszy raz w swoim zawodowym życiu i to na skutek własnej decyzji , nie byłem już na etacie. Zostałem za to z własną firmą, swoją wiedzą i umiejętnościami oraz towarzyszącym mi strachem. Tak zacząłem się oswajać z dwoma rodzajami dyskomfortu i swoim nowy wyznaniem.

Prze_myślnik #37- świadomość siebie

Świadomość swoich odczuć i reakcji na nie, jest istotnym krokiem we własnym rozwoju. Tylko w ten sposób możemy zmienić nasze schematy zachowań i doprowadzić do zmian w naszym życiu. Nierzadko wymaga to od nas sporo odwagi, zaprzestania ucieczki w pozorowane działania i odważnego wypowiedzenia tego co się czuje.

Spotkałem już wielu menedżerów, którzy pod impulsywnym działaniem skrywali strach i obawy, że nie są wystarczająco dobrzy. Miałem okazję pracować z klientami, którzy zaciekle zwalczali w innych pewne zachowania, które uznawali za słabość. Jednak kiedy padały kolejne pytanie z mojej strony, okazywało się, że zwalczają w innych to czego nie znoszą w sobie….

Rafał-Markiewicz-coach-coaching-rozwój-osobisty - świadomość siebie

Ty możesz szybciej, ja mogę wszędzie

To hasło zobaczyłem na lekko ubłoconym i poobijanym terenowym jeepie w środku willowego osiedla, pełnego szybkich i wymuskanych samochodów. Strasznie mnie zaintrygował, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że nie pasuje on do tego miejsca. To była jednak bardzo krótka myśl, bo nagle dotarło do mnie, że dzięki niemu to nijakie, lekko „plastikowe” osiedle prężących się obok siebie willi nagle nabrało charakteru. Poprzez kontrast i poprzez świadomość, że mieszka tu ktoś, kto choć wpasował się w estetykę otoczenia, nie zabił jednocześnie w sobie swojego prawdziwego charakteru i tkwiącego w nim lub niej zewu przygody.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - ja mogę

Photo by Marko Horvat on Unsplash

Bądź sobą

Uwielbiam spotykać takich ludzi jak ten jeep. Wyróżniających się spośród otaczającego ich tłumu, który tworzy bezimienną masę. Wyróżniających się nie krzykliwym wyglądem lub zachowaniem, ale poprzez spokojny i spójny sposób bycia. Jasno wyrażających swoją filozofię życia bez potrzeby narzucania jej komukolwiek. Gdybym zauważył tego jeepa, w trakcie szaleńczej jazdy po osiedlu pomyślałbym raczej, że jego właściciel podbudowuje swoje nadwątlone ego. Ten fakt z pewnością nie wzbudziłby mojego zainteresowania, a co najwyżej dezaprobatę. Tymczasem siłą naszego spotkania był fakt, że jeep stał grzecznie zaparkowany na swoim miejscu, jakby nie chciał epatować swoją odmiennością. Jednak ślady błota i nie wyklepane wgniecenia pokazywały jasno, że lubi on poruszać się swoimi drogami i doświadczył niejednej przygody. No i jeszcze ta naklejka, będąca deklaracją świadomości siebie i poczucia własnej wartości: „Ty możesz szybciej, ja mogę wszędzie”.

Siła równowagi

Czasami mam w głowie obraz tego jeepa, kiedy pracuję z moimi klientami. Niektórzy z nich jakby na siłę próbują  wpasować się w otoczenie rezygnując z bycia sobą i swoich wartości. Inni już dawno to zrobili, a teraz przychodzą do mnie z pytaniem „kim jestem?” i „jaki jest sens mojego życia?”. Trafiają też do mnie buntownicy, spalający całą swoją energię na walkę z tym co ich otacza i tymi, którzy ich otaczają. Momentami jednak w tej walce już tak się zapalili, że nie pamiętają o co walczą. Pytanie „po czym poznasz, że to już jest ten moment, kiedy nie musisz walczyć?” jest jak strzała przebijająca ich serce. Po pierwsze, nie wiedzą po czym poznać ten moment, po drugie czują przerażający strach na myśl, że nie będą musieli już walczyć, a walka to przecież cały sens ich życia.

Jednym i drugim potrzebny jest balans. Odpuszczenie skrajnych postaw uległości lub buntu w swoim życiu. Nie każdy jednak jest na to gotowy, czasami okres skrajności jest potrzebny, bo stanowi lekcję od życia. Bez niego nie można dojść do zdefiniowania siebie i własnej wartości. Bez niego nie stworzysz swojej własnej naklejki będącej odpowiednikiem „Ty możesz szybciej, ja mogę wszędzie”.

Mała zmiana, duży efekt

W coachingu czasami używamy techniki zmiany perspektywy. Chodzi o to, aby klient zobaczył daną sytuację, czy zdarzenie z innej niż zazwyczaj strony. Czasami prosimy, aby wszedł „w skórę” drugiego uczestnika konfliktu lub spojrzał na całą sytuację z boku, z pewnego dystansu, z góry lub siedząc na ziemi. Oczywiście coach wspiera w tej sytuacji klienta pytaniami. Jednak to sam klient zmieniając miejsce i kąt oglądu sytuacji często dociera do zupełnie nowych wniosków.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - zmiana

Photo by Jonathan Crews on Unsplash

Zmień pytanie

Podobne działanie każdy z nas może zastosować sam odnośnie zmiany podejścia do utrudnień i nieprzyjemnych sytuacji jakie przydarzają nam się nieomal każdego dnia. Zmiana jest banalnie prosta, ale nie oznacza to, że łatwa do wprowadzenia w życie. Polega ona na zmianie pytań, jakie pojawiają nam się w głowie, kiedy coś nie fajnego  nam się przytrafia. W wielu przypadkach, nie musisz nawet zmieniać całego pytania, wystarczy podmienić jeden wyraz, a dokładnie zamienić „dlaczego” na „po co”. Dzięki temu kierujemy naszą uwagę w przyszłość, zamiast odwoływać się do przeszłości. Całkowicie zmieniamy też postawę wobec sytuacji, która nam się przytrafiła i często uzyskujemy zupełnie inne odpowiedzi. Poniżej parę przykładów:

Dlaczego szef znowu zawala mnie zadaniami?
– bo mnie nie lubi, – bo jestem frajerem, – bo jest zwyczajnym obibokiem, – bo nie umie zarządzać zadaniami, – bo tylko ja potrafię to załatwić.


Po co szef znowu zawala mnie zadaniami?
– po to żebym mógł się wykazać, – po to żebym doszedł do granic możliwości i wreszcie jasno powiedział „stop”, – po to żebym miał dobry powód do pójścia po podwyżkę, – po to, żebym wreszcie zrozumiał, że pracuję w złym miejscu i czas na jego zmianę

Dlaczego znowu nie wyrobiłem się ze wszystkim dzisiaj?
– bo niewystarczająco się starałem, – bo wypadły nieprzewidziane sprawy, – bo jestem kiepski w organizacji pracy, – bo mi inni przeszkadzali, – bo ciągle się rozpraszałem


Po co znowu nie wyrobiłem się ze wszystkim dzisiaj?
– po to żebym zrozumiał, że planuję za dużo na jeden dzień, – po to żebym wreszcie zrezygnował z tego co jest nieważna lub niepotrzebne, – po to żebym zrozumiał, że bez dobrego planowania nie dam rady, – po to żebym zobaczył, że jak czasami czegoś nie zrobię to świat się nie zawali

Dlaczego mnie to znowu spotyka?
– bo taki już mój los, – bo mam pecha, – bo życie się na mnie uwzięło, – bo biednemu wiatr zawsze w oczy.

Po co mnie to znowu spotyka?
– po to żebym wreszcie wyciągnął z tego lekcje, – po to żebym zwolnił i stał się bardziej uważny w życiu, – po to żebym zrozumiał co jest w życiu ważne, – po to żebym uwierzył w siebie pokonując trudności, – po to żebym odkrył coś nowego.

Poczuj luz

Sam ćwiczę się w tej podmianie pytań od prawie dwóch lat i jestem bardzo zadowolony z jej efektów. Choć muszę przyznać, że niełatwo mi zupełnie wyłączyć naturalny odruch pytania „dlaczego”. Łapię się na tym szczególnie w korkach. Najpierw się wkurzam, potem rzucam w myślach „dlaczego znowu”, aby po chwili się zreflektować i zadać pytanie „po co mi ten korek”. Odpowiedzi przychodzą niemal natychmiast „po to, aby na spokojnie wziąć trzy oddechy i się trochę zrelaksować”, „po to, aby nie przebiec dnia na autopilocie”. Wraz z odpowiedziami przychodzi rozluźnienie i brak napięcia.

Podobnie jest z kontuzjami, które uświadamiają mi, że ćwiczę nieuważnie lub z chorobami, które przytrafiają mi się po to, żebym zwolnił i lepiej zadbał o swoje zdrowie. Mówiąc krótko, podejście „po co” powoduje u mnie mniej oporu i niepotrzebnego napinania. Wciąż mnie rozwija i poszerza horyzonty. Nie walczę z pewnymi sytuacjami, ale je akceptuję i wykorzystuję na swoją korzyść. Czasami w bonusie odkrywając coś nowego w moim życiu.

Zachęcam i Ciebie do wypróbowania tej metody. Nic nie kosztuje, nie wymaga żadnych inwestycji, a może znaczącą zmienić Twoje życie. Bądź jedynie wyrozumiały dla siebie, bo nie łatwo zmienić przyzwyczajenie kultywowane od tylu lat.

Czy można wygrać z życiem, lub je sobie ułożyć?

Wielu z nas próbuje przejąć kontrolę nad swoim życiem, nadać mu ścisły kierunek lub zbudować w nim swoją bezpieczną przystań. Lubimy wierzyć w to, że po osiągnięciu jakiegoś celu np. znalezieniu męża, zdobyciu dobrze płatnej pracy, posiadaniu miliona złotych oszczędności na koncie będziemy… No właśnie: kim będziemy, jacy będziemy, co tak naprawdę osiągniemy?

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - życie

Jeden życiowy cel = życiowy error

Niedawno trafiłem na cytat duńskiego filozofa, poety romantycznego i teologa Sørena Kierkegaarda, który mówiąc kolokwialnie mógłby wielu ludziom rozwalić system, a mnie osobiście pomógł nazwać prosto to, co od wielu lat czułem: „Życie nie jest problemem do rozwiązania, tylko rzeczywistością do doświadczania”. Cytat ten jasno pokazuje, że w życiu mnogość doświadczeń jest ważniejsza niż jeden życiowy cel. Ułuda życiowego celu polega bowiem na tym, że kiedy go osiągniemy, to albo wyznaczymy kolejny (zatem ten pierwszy nie był jednak „życiowym celem”), albo poświęcimy całe swoje życie, aby ten jeden utrzymać. W innej sytuacji nie mamy już po co żyć, bo swoje zrobiliśmy i tylko niepotrzebnie zużywamy tlen.

Życie niczym gra

Zwykłem mawiać, że życie składa się z etapów. Przejście jednego z nich oznacza wejście w kolejny. To trochę tak jak w przygodowych grach komputerowych. Zaczynamy od pierwszego stosunkowo łatwego poziomu, aby potem przechodzić do kolejnych, często już bardziej skomplikowanych i wymagających. Nierzadko, te kolejne wymagają umiejętności lub przedmiotów zdobytych na tych wcześniejszych poziomach. Czasami te przejścia między poziomami są łagodne i łatwo nam się odnaleźć na kolejnym. Bywają jednak i takie sytuacje, gdzie przejście między jednym poziomem a drugim oznacza zmianę świata oraz reguł i zasad tymi światami rządzącymi. Póki będziemy trzymali się tych starych, nie przejdziemy kolejnego poziomu i utkniemy na tym jednym już na zawsze.

W naszym życiu oznacza to czasami rozstania z wieloletnimi przyjaciółmi, zmianę pracy i to taką dogłębną oznaczającą przejście do innej branży lub całkowitą zmianę jej charakteru. Może też wiązać się ze zmianą miejsca zamieszkania lub wywróceniem do góry nogami naszego systemu wartości i przekonań, którymi kierujemy się w życiu. To są właśnie te momenty, w których należy wykazać się odwagą odpuszczenia. Trzeba docenić dotychczasowe doświadczenia, ale nie dźwigać ich dalej jako obciążającego bagażu.

Lubię wtedy patrzeć na to, z takiej perspektywy, że dany człowiek, czy sytuacja która właśnie znika z mojego życia oznacza, że spełnili oni swoją rolę w moim życiu, albo ja moją rolę w ich. Dzięki temu możemy iść dalej, do kolejnego etapu.

Życie jak układanka z puzzli

Prawie każdy z nas ma za sobą doświadczenie układania skomplikowanego obrazka z setek, albo tysięcy drobnych kawałeczków układanki. W życiu jest podobnie, z tą jednak różnicą, że układając obrazek nie znamy jego docelowego wyglądu. Musimy się zdać na nasze doświadczenia wynikające z popełnionych błędów, testować różne strategie doboru kawałków lub ich porządkowania (np. według kształtu, czy koloru). Z czasem udaje nam się połączyć coraz więcej pasujących ze sobą elementów. Możemy np. ułożyć już całe błękitne niebo na naszym obrazku.

Ten moment jest groźną pułapką, bo istnieje pokusa, aby resztę kawałków zgarnąć pod dywan i udawać, że to niebo jest całym obrazkiem. Tak postępują Ci, którzy szukają w życiu bezpiecznej przystani. Zawierają małżeństwa i choć po kilku latach lub miesiącach okazuje się, że to jednak nie jest to czego chcieli w życiu i czują się w nich nieszczęśliwi, to jednak wciąż w nich trwają. Podobnie zachowują się Ci, którzy nienawidzą swojej pracy i się w niej męczą, ale boją się odejść, bo nowa może być gorsza lub będą mniej zarabiać.

Problem z tą sytuacją polega na tym, że ewidentnie wiedzą oni, że dół obrazka nie jest równy, że powinny tam być dodatkowe kawałki, ale robią wszystko aby tego nie widzieć lub o tym zapomnieć. Rzucają się więc w kompulsywne uprawianie sportu, niekończące się zakupy, czasami gubią w pracy lub oddają się jakiejś idei, która uszlachetnia ich męczeństwo. Inna droga to używki, które zagłuszą wyrzuty sumienia, uśpią marzenia i zatrzasną w pancernym sejfie poczucie, że jednak coś jest nie tak. W ostateczności pozostaje jeszcze strach i pytanie, a co będzie jeśli ułożę cały obrazek i okaże się, że pod tym pięknym błękitnym niebem będzie na nim jakieś złomowisko. Dziwnym trafem, prawie nigdy nie pytamy siebie, o to co zrobimy jak pod tym błękitem nieba pojawi się cudowna łąka, zachwycający las, bajeczne miasto czy urzekający lazurem wody ocean.

Cóż mogę podpowiedzieć?

Zamień życiowy cel na życiową misję. Choć brzmi to bardzo pompatycznie, pozwala trzymać się pewnego kierunku, ale nie zamyka Cię w jednym działaniu. Jeżeli masz problem ze słowem „misja” odpowiedź po prostu na pytanie: Co dobrego chcesz wnieść do świata?

Nie bój się też bezpiecznej przystani w życiu, każdy jej potrzebuje. Pamiętaj jednak, że jej nazwa to „przystań”, a nie: zostań lub utknij. To powinien być obszar w Twoim życiu, w którym odpoczywasz, regenerujesz się lub ładujesz baterie. To może być też miejsce twórczych inspiracji lub wsparcia bliskich Ci osób, które w razie czego podniosą Cię na duchu lub w potrzebie szepną „wierzę w Ciebie”.

Zautomatyzowany ANTY employer branding

W swojej karierze pracowałem w dwóch dużych firmach, które zdecydowały się na wdrożenie „elektronicznych kont klienta” i w obu miałem przyjemność współpracować z zespołami za te wdrożenia odpowiedzialnymi. Jednym z ważniejszych zadań w tych wdrożeniach było uporządkowanie danych w wewnętrznych systemach firmy zanim stanął się one dostępne dla klientów.

Rafał-Markiewicz-coach-coaching-rozwój-osobisty - employer branding

Photo by rawpixel on Unsplash

Chodziło o to, aby klient miał poczucie porządku i pełnej kontroli ze strony firmy, kiedy będzie sprawdzał swoje dane, wykupione usługi, informacje o płatnościach itp. Prezentując klientowi postępy procesów, należało zadbać o jasną i prostą komunikację, ale i o zabezpieczenie się przed zdarzającymi się w życiu błędami i potknięciami. Świetnie sprawdziły się tutaj m.in. automatyczne procesy z definicji zmieniające status sprawy po wykonaniu jakiejś operacji w systemie przez pracownika firmy lub dokonujące takich zmian po określonym czasie, czy innym zdarzeniu. Szalenie ważna była też treść komunikatu jaki trafiła do klienta. Chodziło o to, aby nie wywołał on przypadkowego niepokoju lub niepotrzebnego kontaktu z jego strony.

Zostań naszym pracownikiem – razem zbudujemy świetlaną przyszłość

Mniej więcej z takim przekazem spotyka się większość osób poszukujących pracy np. w portalu pracuj.pl . Potencjalni pracodawcy, oprócz zakresu obowiązków na danym stanowisku, opisują szereg benefitów jakie czekają na przyszłego pracownika. Niejednokrotnie wspominają o świetnej atmosferze i robiących wrażenie wartościach firmy. Ci więksi tworzą nawet specjalne profile firmowe w tym portalu, albo podają linki do podstron o karierze na własnych stronach internetowych. Wszystko wygląda pięknie, obiecująco i ma spowodować to, aby kandydat wysłał swoją aplikację na dane ogłoszenie. Co zresztą jest w każdym przypadku banalnie proste, bo wystarczy kliknąć w przycisk „Aplikuj”, załączyć swoje CV i już mamy załatwioną sprawę. Automatyzacja procesu znacznie ułatwia życie i kandydatom i rekruterom.

Wysłałeś i super – my jednak mamy Cię w … (głębokim poważaniu)

Ta sama automatyzacja, która pozwala kandydatowi sprawnie wysłać swoje CV z pewnością dokonuje też wstępnej selekcji. Szczególnie, że kandydat przy zgłoszeniu jest zachęcany do padania jeszcze paru innych informacji jak np. doświadczenie w latach na podobnym stanowisku , wykształcenie i oczekiwania finansowe. Z punktu widzenia rekrutera to istny raj. Już po tych kryteriach można odrzucić część kandydatów, bez potrzeby czytania ich CV. Resztę trzeba będzie jednak przeczytać, ale oczywistym jest, że po nawet niezbyt pogłębionej analizie CV znowu pewna grupa kandydatów odpadnie. Pole poszukiwań będzie się sukcesywnie zawężać, aż wreszcie wybrane osoby zostaną zaproszone na rozmowę i jedna z nich zostanie wybrana, albo też nie zostanie wybrany nikt. Tym sposobem dotarliśmy do finału sprawy. Przynajmniej z punktu widzenia rekrutera, bo kandydat widzi to inaczej.

Kandydat widzi co firma zrobiła z jego aplikacją lub widzi, że nie zrobiła z nią zupełnie nic. Oto rozkład statusu 15 aplikacji w portalu pracuj.pl wysłanych w ciągu 12 miesięcy. Co warto dodać, wszystkie te rekrutacje są już dawno zakończone. Ostatnia 23.11.2018.

Rafał-Markiewicz-coach-coaching-rozwój-osobisty - employer branding - rozkład

Jak widać 1/3 aplikacji choć została dostarczona, nie została nawet otwarta. Kandydat doskonale wie, która z firm postąpiła tak z jego aplikacją. Nie musi jednak być świadomy tego, że najprawdopodobniej zadziała tu automatyczna wstępna selekcja. Jakby nie było, ma pełne prawo poczuć się zignorowany przez daną firmę. Co więcej może się czuć także urażony takim zachowaniem, bo poświęcił swój czas i energię odpowiadając na to ogłoszenie, a jego oferty nawet nikt nie otworzył. W efekcie może już nigdy więcej nie kandydować do tej firmy, a nawet zacząć bojkot jej produktów. To, że opowie o swoim doświadczeniu z tą firmą innym swoim znajomym jest prawie pewne.

Również tylko 1/3 procesów rekrutacji została w ogóle zakończona, bo ma status „odrzucona” lub „zamknięta”. Odnośnie pozostałych rekrutacji można mieć poczucie, że zostały nagle w połowie przerwane, albo firma w ogóle ich nie dokończyła. Przemyślenia kandydata odnośnie takiej sytuacji mogą być różne. Może pomyśleć, że w danej firmie zatrudniono kogoś po znajomości. Może też sądzić, że w danej firmie jest taki bałagan, że zaczęto rekrutację choć nikogo de facto nie potrzebowano. Jedna z moich coachingowych klientek przyjęłaby być może hipotezę, że jak w jednej z firm, w której uczestniczyła w rekrutacji, chciano kogoś zatrudnić, ale firma nie zrobiła celów sprzedażowych więc zarząd zablokował zatrudnienia z powodu barku pieniędzy. Każdy z tych domysłów nie świadczy dobrze o firmie, którą kandydata zna z pełnej nazwy.

Zła rekrutacja zabija sprzedaż

Każdy kandydat do pracy, to zarazem potencjalny klient, zatem konsekwencja złego potraktowania go przy rekrutacji może się wprost przełożyć na jego zachowania zakupowe. Sam jestem tego najlepszym przykładem.

Jest taki bank, który chwali się swoją innowacyjnością i proklienckością, a na dodatek jedną z siedzib swojej centrali ma w Gdańsku. Otrzymał trzy moje oferty, ale według widocznego statusu żadnej nawet nie otworzył. Skontaktowałem się z moją znajomą, która kiedyś tam pracowała i zapytałem, co mi może o tej firmie powiedzieć. Opowiedziałem o mojej przygodzie z rekrutacjami i moim odbiorze tej firmy jako niepoważnej. Znajoma dodała tylko, że jej znajomy informatyk z tej firmy powiedział jej, że w tym banku to wszystko działa na sznurkach i lada moment wszystko się sypnie. Czy taka opinia jest prawdziwa nie wiem, ale idealnie wpisała się w moje doświadczenia z tą firmą. Z tego powodu z góry skreślam ich ofert pracy, nie założę też u nich żadnego konta ani lokaty.

Drugi przykład to portal turystyczny, który ma swoją infolinię w Trójmieście (mają ją co najmniej dwa takie portale). Co nietypowe, moja oferta wysłana do nich ma status „odrzucona” i niby wszystko wydaje się ok. Jednak, to tylko „niby”, bo w portalu pracuj.pl mam pogłębiony pogląd na status moich aplikacji i co widzę:

Rafał-Markiewicz-coach-coaching-rozwój-osobisty - employer branding - odrzucona

Firma odrzuciła moją aplikację 7 miesięcy po zamknięciu rekrutacji. Domyślam się, że pewnie przyszedł ktoś nowy do pracy i robił porządki z aplikacjami. Sądził zapewne, że kandydaci nie będą widzieli skutków tych porządków – bardzo się mylił. Wykupiłem kiedyś w tej firmie wakacje za jakieś 8 tys. i już nigdy więcej tego nie zrobię. Widząc jaki mają bałagan, boję się że jako pośrednik wielu touroperatorów zgubią moje dokumenty, nie poinformują mnie na czas o zmianie terminu wylotu lub nie odnotują w systemie mojej wpłaty na niemałe przecież pieniądze.

Automatyzacja nie jest niczemu winna

Zaryzykowałbym twierdzenie, że winni są sami rekruterzy oraz projektant tego rozwiązania lub jego administratorzy w firmach. Jestem prawie pewien, że wielu pracowników działów HR nie sprawdziło nawet jakie informacje odnośnie aplikacji są widoczne w portalu pracuj.pl dla kandydatów.

Nie mogę też wyjść ze zdumienia nad tym, dlaczego kiedy wybija termin zakończenia rekrutacji jej status przy mojej aplikacji nie jest z automatu tego dnia lub np. 5 dni później ustawiany jako „zakończona”. Spokojnie można by było również jakoś „inteligentnie” zarządzić komunikacją, kiedy aplikacja kandydata jest przez automat odrzucana już we wstępnej selekcji. Np. status „dostarczona” mógłby po określonym czasie przechodzić w „odrzucona”.

Czemu w ogóle o tym wszystkim piszę, bo zauważam dość powszechne przekonanie, że automatyzacja procesów załatwi wszystkie problemy. Tymczasem nie jest ona antidotum na wszystko, a jest jedynie jednym z narzędzi, które źle wykorzystywane może tych problemów przysporzyć. Widzę w wielu firmach naiwną wiarę w to, że raz zaimplementowane rozwiązane lub uruchomiona aplikacja nie wymaga już dalszej opieki. Nierzadko spotykam się z sytuacjami, w których użytkownicy biznesowi oczekują od działu IT, że im wszystko poustawia i skonfiguruje, ale jednocześnie sami nie potrafią zdefiniować reguł, według jakich ten system ma działać. Nie wspomnę już o moim pytaniu „zabójcy”, o to kto jest w firmie właścicielem biznesowym danej aplikacji czy systemu.

I dla jasności – wierzę w automatyzację i doceniam jej wpływ na organizacje, ale tylko wtedy, kiedy jest wdrażana z głową i z myślą o użytkowniku końcowym.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - Biznes Fokus - projekt

Dobra marka, to skarb – musi być jednak naprawdę osobista

Od dawna wśród moich coachingowych klientów i znajomych propaguję książkę Joanny Malinowskiej-Parzydło „Jesteś marką”. Robię to dlatego, że autorka zamiast podawania TOP10 sposobów jak się wypromować, wpierw zadaje Ci pytanie „kim jesteś?” i to na nim buduje budowanie marki. Genialna lektura – polecam!

3 książki polecane przez prelegentów My Customer World
Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

Prze_myślnik #36- działanie zamiast deklaracji

Wielu ludzi popełnia ten błąd, że kiedy coś zaplanują, traktują to już jako początek działania. Tymczasem plan to plan, a działanie to działanie. W tym jednym momencie nieuwagi, wielu z nas przegrywa walkę o coś ważnego. Mózg zmęczony planowaniem, odhaczył zadanie jako wykonane i odciął nas od energii działania. Tymczasem to jest właśnie ten moment, kiedy w kalendarzu powinniśmy zaplanować termin pierwszego korku lub od razu przejść do działania. Kiedy zaczniemy działać realizując plan, łatwiej będzie potem wykonać kolejne kroki.

Dziś 27 finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i zarazem kolejne wielkie „święto” mistrza działania. Dziś widzimy efekt planów i działań Jurka Owsiaka i jego fundacji. Teraz kolej na nas – nie na plany, tylko na działanie. Ja już wpłaciłem pieniądze, a Ty?

Rafał-Markiewicz-coach-coaching-rozwój-osobisty - działanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji

Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska. 1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies. 2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer. 3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia 4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu: a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb; b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości; 5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika. 6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies: a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu; b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu; c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu; d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.; e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań. 7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej). 8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu. 9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów. 10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.

Close