Prawie każdy, kto odniósł sukces, czy to w życiu prywatnym czy zawodowym, jest świadomy istnienia drabiny, po której cierpliwie należy wspinać się do sukcesu. Najczęściej jako finał tej wspinaczki widzimy jej zwieńczenie. Jednocześnie uznając, że początki zawsze są najtrudniejsze. Tymczasem okazuje się, że największa pułapka czeka na nas dosłownie kilka szczebli przed finałem i bywa nazywana „paradoksem sukcesu”.
Na samym początku drogi dużo czasu poświęcamy na naukę oraz popełnianie błędów, które z czasem nazywamy doświadczeniem. Na tym etapie najważniejszy jest jasno sprecyzowany cel, konsekwencja w dążeniu do niego i podtrzymywanie motywacji. Jest to w dużej mierze etap inwestycji. Inwestujemy nasz czas, energię, a nierzadko też pieniądze. Wszystko to bez gwarancji sukcesu.
Początkowo pomaga nam rozpęd wynikający z fascynacji naszym celem. Potem, szczególnie po napotkaniu pierwszych przeciwności bywa trudniej. Z tego powodu tak istotnym jest udzielenie sobie na samym początku odpowiedzi po co chcę osiągnąć ten cel. Co mi da i co stracę jeśli go nie osiągnę. Dzięki temu, mamy się do czego odwołać w chwilach zwątpienia.
Umacnianie się na pozycji
Pierwsze sukcesy cieszą i dają wiele satysfakcji. Ważne jest jednak aby nie były chwilowe, tylko by stanowiły stały element naszego działania i stale się powiększały. To tutaj zaczynamy doceniać swoją wartość i wzmacniać pewność siebie. Sporo już umiemy, ale często potrzebujemy jeszcze wsparcia oraz przestrzeni i czasu na eksperymenty i doskonalenie swojego warsztatu. Potrzebujemy też zadbać o to, aby nasze umiejętności zauważyli inni i docenili je korzystając z naszej pomocy.
Budowanie strefy wpływów
Kolejny etap to tworzenie strefy wpływu i budowanie swojej marki. To właśnie tutaj powinniśmy powszechnie dzielić się naszą wiedzą i umiejętnościami. Ochoczo wspierać innych i budować układy barterowe w ramach których za nasze przysługi, inni odwzajemniają się swoimi przysługami. Tak budujemy środowisko, w którym jesteśmy znani i cenieni.
Płacimy za to jednak określoną cenę. Uzyskując coraz więcej okazji i możliwości do dzielenia się swoimi zasobami, jednocześnie generujemy coraz większą liczbę żądań/oczekiwań udostępnienia naszego czasu i energii ze strony innych. W efekcie jesteśmy w swoich działaniach mocno rozporoszeni i starając się sprostać tym oczekiwaniom nie dbamy o własne interesy.
Ograniczanie dostępności
To faza kluczowa dla sukcesu, ale bardzo często nieuświadomiona przez tych, którzy do niego dążą. Działając na pewnym kontinuum poprzedniego etapu, wciąż jesteśmy łatwo dostępni dla innych, ale jednocześnie zaczynamy zaniedbywać to na czym powinno nam zależeć, aby osiągnąć nasz własny sukces. Pomału i niepostrzeżenie tracimy z pola widzenia nasz klarowny cel, a to przecież skoncentrowanie na nim zaprowadziło nas tak wysoko na drabinie sukcesu.
„Uwielbienie tłumu” i wyrazy wdzięczności ze strony innych karmią nasze ego. Do tego dochodzi wewnętrzne poczucie obowiązku zadowolenia wszystkich oraz brak odwagi w postawieniu granic. Nie stawiamy ich, bo obawiamy się reakcji tych, którzy będą rozczarowani ale też dlatego, że to działanie wymaga od nas wysiłku i zmierzenia się z poczuciem dyskomfortu.
Tym właśnie sposobem wielu menedżerów i specjalistów utyka w rozwoju swojej kariery. Wiele osób nie finalizuje swoich marzeń, bo jednocześnie rozczarowaliby by część przyjaciół lub kogoś z rodziny. Podobnie wielu dorosłych nie może zacząć się spełniać po odchowaniu dzieci, bo nie postawili granic i dorosłe pociechy wciąż wiszą na ich garnuszku, albo wykorzystują do załatwiania wielu spraw z własnego życia.
Nie miły to widok, kiedy dostrzega się tak wielu ludzi prawie u szczytu swoich drabin sukcesu, którzy utknęli w tym jednym miejscu. Są za wysoko, żeby się cofnąć i zejść na dół, a jednocześnie brak im odwagi lub świadomości tego co należy zrobić, aby wejść szczebel wyżej. Najczęściej zatracają się w wielości aktywności, których się podejmują. Biegną więc coraz szybciej w „chomikowym kołowrotku” licząc na to, że kiedy przyśpieszą uda się im osiągnąć coś więcej…
Zapewne każdy słyszał o wampirach energetycznych, czyli osobach, z którymi kontakt powoduje, że tracimy naszą życiową energię i optymizm. Istnieje kilka wskazówek, jak się przed ich działaniem bronić. Jednak zawsze jako najskuteczniejszy sposób jest wskazywane urwanie takiego kontaktu. Co jednak w sytuacji, kiedy taki energetyczny wampir pojawi się wewnątrz nas?
Są takie sytuacje i doświadczenia, które powodują, że w środku nas pojawia się pewnego rodzaju energetyczne zapadlisko. Coś na kształt kosmicznej „czarnej dziury”, która pochłania wszystko to co znajduje się w jej pobliżu.
Czarna dziura – obszar czasoprzestrzeni, którego z uwagi na wpływ grawitacji, nic (łącznie ze światłem) nie może opuścić… Czarną dziurę otacza matematycznie zdefiniowana powierzchnia nazywana horyzontem zdarzeń, która wyznacza granicę bez powrotu.
Czarne dziury o masie gwiazdowej formują się w wyniku zapadania grawitacyjnego bardzo masywnych gwiazd pod koniec ich życia. Po uformowaniu się, czarna dziura może kontynuować powiększanie swych rozmiarów absorbując masę z otoczenia.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Czarna_dziura
W życiu, tak samo jak w kosmosie, aby powstała energetyczna czarna dziura, wpierw musi istnieć masywny obiekt (gwiazda), który się zapadnie. Większość z nas nie zdaje sobie z tego sprawy, że tym „obiektem” są nasze duże oczekiwania względem jakiegoś zdarzenia w naszym życiu. Kiedy do niego dochodzi i oczekiwania w dużej mierze nie zostają spełnione, następuje efekt rozczarowania, który wywołuje zapadlisko w polu naszej życiowej energii.
Dotknięcie niemocy
Sam tego doświadczyłem w czasie ostatniego wyjazdu do Berlina. Berlin to dla mnie zawsze miejsce ładowania życiowych baterii. Chłonę rytm życia tego miasta, otwartość i optymizm jego mieszkańców, ich wyluzowanie oraz możliwość łatwego obcowania ze sztuką w przeróżnych jej formach. Na ten wyjazd czekałem niemal pół roku ze świadomością, że będzie on jednocześnie domknięciem pewnego etapu mojego życia, które mnie mocno wyczerpywało. Miałem wrócić pozytywnie nastawiony do świata i pełen energii. Wróciłem sfrustrowany i bez wiary w to, że życie może się jeszcze fajnie potoczyć. Marazm toczył niemal całe moje wnętrze, a pytanie o sens tego co robię w życiu kołatało się nieustannie w mojej głowie.
Co jednak najciekawsze, ja sam nie byłem do końca świadom mojego stanu. Było mi źle, ale uważałem, że to zmienił się świat i szukałem przyczyny tego stanu rzeczy na zewnątrz. Szybko zresztą, zbudowałem sobie do tego wszystkiego logiczne uzasadnienie. Tak było do momentu, kiedy spotkałem się ze znajomą, a ona zaczęła rozpaczliwie powtarzać: „popsułeś się”, „gdzie jest ten drugi Rafał, którego znam”, „ja chce tamtego Rafała – niech wróci!”. Długo też dyskutowaliśmy na jeden z życiowych tematów i właśnie w tym momencie dostrzegłem, że faktycznie torpeduje niemal wszystkie jej pozytywne opinie. Poczułem się dziwnie, bo to nie byłem ja. Całe szczęście moja znajoma miała swój „dzień mocy” i niemal zalała moją czarną dziurę swoim optymizmem, a i ja kiedy zorientowałem się co się dzieje, użyłem wszystkich znanych mi technik, aby uwolnić się od tej czarnej i oblepiającej mnie niemocy.
Rozczarowanie i strata
Dzięki świadomości co się dzieje, szybko poradziłem sobie ze swoim stanem emocjonalnym. Zainteresowało mnie jednak to, jak powstała we mnie ta „czarna dziura”. Kiedy przyjrzałem się całej sytuacji znalazłem jej przyczynę.
Było nią mieszkanie, które wynajęliśmy. Było w suterenie, wiec było trochę ciemne. Dodatkowo było mało ergonomiczne i brakowało w nim poczucie przestrzeni. W jednym z pionów wodociągowych nieustannie coś buczało i załączała się jakaś pompa. Do tego wszystkiego doszło jeszcze łóżko wodne. Na pozór fajne rozwiązanie, ale kiedy się położysz na czymś co przypomina ciepły, lekko ścięty budyń, to potem nie ma się ochoty z tego wstawać. Tak było też ze mną.
Niedobre emocje związane z tym miejscem przelałem na cały wyjazd, z którego wróciłem bez energii i wiary w wizję fajnego życia. Czułem się wręcz przegrany i zamiast chęci smakowania życia, miałem nadzieję, że uda mi się je jakoś przetrwać. Na całe szczęście był to jedynie stan Czarna dziura, która powstaje w nas samych to wewnętrzny stan niemocy, który wysysa z nas energię życiową i wszystko co pozytywne.chwilowy, o którym już niemal zapominałem.
Interesujące jest jednak to co go wywołało:
Po pierwsze, rozczarowanie. Wywołane olbrzymimi oczekiwaniami z mojej strony co do wyjazdu i następnie ich niespełnieniem. Kiedy nie byłoby tak dużych oczekiwań, pewnie całą sytuację z lokum w Berlinie potraktowałbym jedynie jako pewnego rodzaju niewygodę.
Po drugie, poczucie straty. Bo tak często, zwykliśmy odbierać to co leży „pomiędzy” zadowoleniem a niezadowoleniem. W tym przypadku oczekiwania były wysokie zatem i „przestrzeń pomiędzy” zrobiła się całkiem pokaźna. Strata ma to do siebie, że ma dwa oblicza:
materialne – w tym przypadku cena wynajętego mieszkania, w stosunku do jego standardu.
niematerialne – mieszkając wśród berlińczyków chciałem poczuć się lepiej, przez chwile będąc jednym z nich. To mieszkanie nie dało mi tego poczucia, zatem w moim wyobrażeniu straciłem możliwość dołączenia do tej społeczności.
Tak więc to właśnie z tych dwóch powodów napompowany „balon oczekiwań” co prawda nie wystrzelił, ale zapadł się w sobie i wywołał rozpadlisko, które wewnątrz mnie wsysało całe moje pozytywne nastawienia.
Warto pamiętać o zjawisku wewnętrznej „czarnej dziury”. Jego świadomość może ułatwić nam wyjście z takiego pesymistycznego stanu. Może się on bowiem pojawić w wielu momentach naszego życia, takich jak np.:
wakacyjny wyjazd
zmiana miejsca pracy lub awans w obecnym
włączenie się w jakąś inicjatywę społeczną
zapisanie do jakiegoś klubu
wejście w związek małżeński.
Powstaje też pytanie, czy da się temu zjawisku jakoś zapobiec zawczasu. Jest na to jeden, choć nie łatwy sposób. Zamiast tworzyć w życiu oczekiwania i wyobrażenia, trzeba nauczyć się bycia otwartym na to co ono przynosi. Zaakceptować fakt, że nie na wszystko mamy wpływ oraz nabyć umiejętność odnajdywania pozytywnych stron w tym co nam się przydarza. Ostatecznie nigdy nie wiemy, gdzie zmian z dziś, może nas doprowadzić w przyszłości.
Kilka lat temu wypełniałem Kwestionariusz marki osobistej, z którego obecnie korzystam w pracy z moimi klientami. Pytania w nim zawarte są na pozór proste, ale ponieważ dotyczą świadomości samego siebie udzielanie odpowiedzi nie jest łatwe. U mnie było podobnie, ale jedno z pytań oznaczone numerem 14 nie sprawiło mi żadnego kłopotu.
Odpowiedź znałem już w momencie, kiedy skończyłem je czytać. Podpowiedziała mi ją intuicja, czy jak niektórzy wolą podświadomość. Pytanie brzmiało “Jaka jest najważniejsza emocja, która towarzyszy Ci w życiu?”, a moją odpowiedzią był “strach”. Zareagowałem na nią złością i frustracją, bo wiedziałem, że to droga dla przegranych a ja nim nie chciałem być.
To był przełomowy moment. Dziś ówczesny strach zastąpiła ciekawość. Ja natomiast byłem świadkiem wielu podobnych przemian u moich klientów. Odpowiedź na to dlaczego były one tak ważne, znajdziesz poniżej. ⬇️⬇️⬇️
Jest takie powiedzenie, że jeśli chcesz zmieniać świat, to powinieneś zacząć od samego siebie. Ja lubię dodawać, że ta sama zasada tyczy się pomagania innym. Zachęcam więc w poniższym wpisie do dbania przede wszystkim o siebie, do zdrowej dawki pozytywnego egoizmu i budowania wewnętrznego dobrostanu.
Do nie uwieszania się w życiu na partnerze, pracodawcy albo bliskich, ale jednocześnie do niepełnienia funkcji wieszaka dla wymienionych. Obustronne partnerstwo wydaje się być najbardziej zdroworozsądkowym rozwiązaniem, które nikogo nie osłabia, ale i zarazem wzmacnia obie strony.
Pełną treść tego artykuł znajdziesz na portalu Zmiany w życiu (kliknij obrazek poniżej ⬇️)
Zawsze fascynowało mnie jak mistrzowie szachowi budują swoją strategię działania w czasie rozgrywek. Wydawało mi się, że jest tyle wariantów postępowania, że trudno jest je wszystkie objąć pamięcią i co jeszcze trudniejsze, zastosować adekwatnie do danej sytuacji.
Teraz wyobraź sobie, że figury na szachownicy ożywają. Wchodzą ze sobą w różne interakcje. Nie zawsze chcą wykonywać polecenia króla, a i królowa lubi wtrącić swoje trzy grosze lub demonstracyjnie zaprezentować swoje niezadowolenie z decyzji głównego stratega. Król ma też sporo dylematów, bo nie posyła na pole walki jedynie bezimiennych pionków lub fizycznych figur, ale żywe istoty. Część z nich lubi, zna też pewnie sytuację rodzinną niektórych podwładnych i hasło poświęcenia kogoś dla dobra zespołu, czy strategii nie brzmi już tak prosto. Oprócz logiki do głosu dochodzą także emocje oraz brak 100% pewności co do swojej decyzji. Tymczasem przeciwnik po drugiej stronie planszy nie czeka i aktywnie działa. Tak właśnie, w sporym uproszczeniu, wygląda codzienność w świecie szefa zarządzającego swoim zespołem.
„ Twórca metodologii Decision Making for Leaders Vroom na pytanie jednego z dziennikarzy, które brzmiało: „Jaki sposób angażowania zespołu jest najlepszy?”, odpowiedział: „Nie ma takiego sposobu. Każda sytuacja wymaga od lidera dostosowania siebie do kontekstu, wagi problemu i wiedzy zespołu. …”
„Szefie, angażuj zespół. Jak motywować grupę metodą Decision Making for Leaders” Robert Zych
W elastyczności siła
Nawiązując do cytatu o angażowaniu zespołu można tak samo śmiało powiedzieć o sposobie zarządzania zespołem. Ani styl dyrektywny, ani demokratyczny nie jest lepszy lub gorszy. Oba są tak samo skuteczne jeśli zostaną zastosowane w odpowiedniej sytuacji. Mogą być też tak samo destrukcyjne, jeśli ich dobór do sytuacji będzie nieadekwatny. Siłą każdego menedżera odpowiedzialnego za zespół, projekt czy całą firmę jest więc umiejętność elastycznego stosowania różnych styli. Największą słabością będzie za to trzymanie się jednego jedynego sposobu zarządzania w każdej sytuacji. Słabość ta zyskuje w ostatnich czasach na znaczeniu, bo w świecie VUCA, który jest zmienny, niepewny, złożony i niejednoznaczny elastyczność i zwinność menedżerów jest kluczem do przetrwania organizacji. Jej brak ją zabija, a taki menedżer staje się jej najsłabszym ogniwem.
Książka Roberta Zycha „Szefie, angażuj swój zespół” jest właśnie podręcznikiem takiej menedżerskiej elastyczności. Uczy doboru jednego z liderskich stylów: dyrektywnej decyzji, konsultacji indywidualnej, konsultacji grupowej, moderowania (facylitacji), delegowania do zaistniałej sytuacji. Przy czym, co szczególnie ważne, nie uczy tylko teoretycznie, ale podaje mnóstwo przykładów z menedżerskiego życia, które omawia w kontekście sytuacji i zastosowanego względem niej rozwiązania. Dodatkowo jej wartość podnosi fakt, że pokazuje też przykłady błędnych decyzji i ich konsekwencji. Jak choćby przykład menedżera, który przy relokacji siedziby firmy swoim działaniem doprowadził do utraty 37% najlepszych fachowców od marketingu, produkcji i nowych produktów.
Menedżerski przewodnik
„Szefie, angażuj swój zespół” to współczesny przewodnik po zarządzaniu zespołem uwzględniający zmianę realiów rynkowych, ale i zmian pokoleniowych z jakimi mamy do czynienia. Robert Zych wskazuje na potrzebę większego angażowania zespołu, a nie jedynie zarządzania nim. Bazując na metodzie Decision Making for Leders pomaga zbudować schematy decyzyjne pozwalające dobrać najbardziej efektywny sposób działania i współpracy z zespołem.
„Dziś efektywny zespół jest sprawny technologicznie i zaangażowany w to, co robi. Liderzy poszukują w swoich pracowników smykałki do obsługi klienta wewnętrznego i zewnętrznego, a z drugiej strony efektywności w pracy. Coraz częściej o sprawności zespołu decyduje technologia i wspaniali ludzie, którzy potrafią ją wykorzystać. Ciekawe, że model szefa zmienia się z dyrektywnego na bardziej partnerski, angażujący. Choć oczywiście występują sytuacje, w których niezmiennie potrzeba jest dyrektywność szefa. A zatem szczególnie kiedy zarządzam zespołem młodych pracowników z pokolenia Y, staram się za nic w świecie nie oceniać ich, nie pouczać i nie dawać dobrych rad. Dzisiaj dobry szef to raczej inspirujący lider i coach. Częściej niż wydaje polecenia, motywuje pracowników do wypracowania własnych pomysłów. Coraz mniej sprawdzają się twarde metody zarządzania.”
„Szefie, angażuj zespół. Jak motywować grupę metodą Decision Making for Leaders” Robert Zych
Oprócz wskazówek, podpowiedzi i przykładów dostajemy od Roberta Zycha coś jeszcze. Dodatek zatytułowany „Ściąga dla szefa”. To taki specjalny niezbędnik (narzędziownik) do trzymania w szefowskiej szufladzie. Będzie on szczególnie przydatny dla początkujących menedżerów, ale z doświadczenia wiem, że przyda się też praktykom z wieloletnim stażem, kiedy przytłoczeni ilością zadań, komplikacjami organizacyjnymi czy też rynkowymi i przemęczeni będą musieli podjąć ważną i odpowiedzialną decyzję.
Dla mnie opisywana książka należy do tych, które z
przyjemnością mogę polecić moim klientom i innym menedżerom. Robię to tym
chętniej, że jest spójna z moim podejściem do zarządzania, które promuje szefa
o ludzkiej twarzy, który jednocześnie nie zapomina o koniecznej efektywności
swoich działań. Z tego też powodu napis na okładce „BIZNES W PRAKYCE” jest dla
mnie w 100% uzasadniony.
Po co chodzisz do pracy? To przymus, potrzeba zarobienia pieniędzy czy też chęć realizacji samego siebie? A może to sposób na ucieczkę od całej reszty życia, w którym nie układa się tak dobrze?
Kariera zawodowa ma wiele oblicz, a miara sukcesu często zmienia się w zależności od perspektywy z jakiej na nią patrzymy. Czasami bywa nią awans, a czasami odzyskanie wolnego czasu dla siebie lub rodziny. Pojęcie sukcesu zmienia się też wraz z wiekiem, zdobytym doświadczeniem i naszą obecną sytuacją życiową.
Dla mnie bezdyskusyjnym sukcesem w tym obszarze będzie zawsze życie w zgodzie z sobą i dążenie do tego co dla nas faktycznie jest ważne. Zapraszam do lektury mojego artykułu na portalu Zmiany w życiu, który o sukcesie w pracy właśnie opowiada.
Świat pędzi coraz szybciej, dociera do nas coraz więcej
informacji, zmiany w naszym otoczeniu zachodzą w błyskawicznym tempie, a do
tego otrzymaliśmy niespotykaną wcześniej liczbę możliwości. Z jednej strony to
wspaniałe, z drugiej szansa na popełnienie błędu, wybór nienajlepszej opcji,
czy przeoczenie istotnej informacji wzrosła niebotycznie. Można zatem przyjąć za pewnik, że coś takiego
nam się przydarzy. Z tego powodu dziś mit bohatera, który się „kulą nie kłania”
odchodzi do lamusa, dziś bohaterem jest ten, który po oberwaniu kulą ciągle się
podnosi.
To termin zapożyczony przez psychologię z fizyki, w której
opisywał zjawisko, w którym materiał tracił swój pierwotny kształt na skutek
uderzenia lub reakcji chemicznej, a następnie powracał do stanu wyjściowego bez
uszkodzeń. W psychologii opisuje osoby posiadające umiejętność zmierzenia się z przeciwnościami losu,
przetrwania ich lub pokonania, a następnie wyjścia z nich bez szwanku, a
czasami jako jeszcze silniejsze jednostki.
W dzisiejszym świecie VUCA (Volatility, Uncertainty,
Complexity, Ambiguity), który jest zmienny, niepewny, złożony i niejednoznaczny
umiejętność rezyliencji, może być jednym z czynników decydujących o naszym
sukcesie. Szczególnie w kontekście zawodowym, w którym będzie ona oznaczała
umiejętność radzenia sobie ze stresem, elastyczne podejście w stosunku do
zachodzących zmian, odpowiednie nastawienie do nowych i często zaskakujących
sytuacji oraz co chyba najważniejsze odporność na brak stabilności.
Cześć osób rodzi się z wysokim poziomem rezyliencji. Jednak
pozostali wcale nie są na przegranej pozycji, ponieważ tego rodzaju
„odporności”, podobnie jak radzenia sobie ze stresem, można się nauczyć. Na
dobry początek proponuję zacząć od 5 podstawowych kroków:
1. Świadomość siebie i swojej wartości
Znajomość samego siebie, swoich mocnych i słabszych stron,
swojego życiowego dekalogu i najważniejszych wartości uznałbym za podstawę w
tym obszarze. Przyjrzenie się swoim dotychczasowym doświadczeniom, zrozumienie
swojego schematu reakcji w sytuacjach kryzysowych oraz przeanalizowanie dzięki
jakim umiejętnościom do tej pory udawało nam się wychodzić z trudnych sytuacji
z całą pewnością wzmocni naszą pewność siebie i spowoduje, że poczujemy się
silniejsi.
Często nie zastanawiamy się nad naszym dotychczasowym życiem, a przez to nie dostrzegamy tego, że wiele spraw z naszej przeszłości, nad którymi przeszliśmy do porządku dziennego, dla innych byłoby sporym wyzywaniem. Kiedy sobie to uświadomimy i zaczniemy jeszcze uważniej dobierać słowa, którymi o nich opowiadamy (nie „udało się” lub „jakoś tak wyszło”, tylko „zrobiłem” lub „rozwiązałem tę kwestię”) zbudujemy ciekawą historię naszego życia, która nas dodatkowo wzmocni i doda wiary w siebie.
W
naszym życiu przechodzimy przez różne etapy i fascynacje. Czasami oddajemy się
całkowicie pracy, innym razem 100% naszej uwagi skupione jest na budowaniu i
pielęgnacji naszego związku. Często z wiekiem przychodzi okres fascynacji
zdrowym odżywaniem i dbaniem o swoje zdrowie. Bywa, że pochłania nas całkowicie
jakieś hobby.
W
takim postępowaniu nie ma nic złego, a wręcz takie zachłyśnięcie się danym
obszarem życia bywa naprawdę fascynujące i dodaje mnóstwo energii. Pułapką
takiego działania jest jednak to, że gdy zapomnimy o reszcie życia, całe nasze
poczucie wartości, satysfakcję i życiowe sukcesy łączymy tylko z tym jednym obszarem.
Jeśli poniesiemy w nim jakąś porażkę, gwałtownie spadnie też nasze poczucie
wartości i satysfakcja z życia.
Z tego powodu proponuję często moim klientom patrzenie na swoje życie z perspektywy trzech obszarów: Ja, Związek i Kariera. Jak każdy z nich wygląda, czy jesteśmy z każdego z nich zadowoleni, co w którym z nich chcielibyśmy zmienić i jak często każdy z nich odwiedzamy. To podejście zamknąłem w autorskiej technice, która nazywam techniką „Trzech wysp”, pracujemy w niej nad każdym z tych obszarów z wykorzystaniem metafory. Każdy obszar naszego życia to odrębna wyspa. To jak wygląda, z czego jest zbudowana, co się na niej znajduje jest odzwierciedleniem naszej życiowej sytuacji.
Pozytywne nastawienie do życia, losu i świata daje nam potężną
dawkę energii i popycha do efektywnego działania. Zamiast odpalania „wyuczonej
bezradności”, kiedy to snujemy wizje ile to byśmy mogli gdybyśmy: wiedzieli
więcej, mieli inne umiejętności, urodzili się w bogatszej rodzinie, wygrali w
totolotka lub mieli „normalnego” szefa w pracy, dokonujemy szybkiej oceny tego na
co mamy wpływ, a co jest od nas niezależne. Dzięki temu zajmujemy się tym
pierwszym i zaczynamy planować konkretne działania lub szukamy możliwych rozwiązań
danej sytuacji.
Powyższe wymaga oczywiście wzięcia odpowiedzialności za
swoje życie, w tym również za to, że popełnimy w nim jakieś błędy. Jest to
dyskomfortowa sytuacja, która wywołuje strach u wielu osób. Jednak warto
pamiętać, że ludzie odważni to nie Ci którzy nie czują strachu, lecz Ci którzy
podejmują działania pomimo niego.
W tym kontekście warto poznać koncepcję „gier skończonych i
nieskończonych”. Mówi ona o dwóch podejściach do życia. W uproszczeniu, ci
którzy grają w gry skończona uznają każde zdarzenie w życiu za ostatecznie
rozegrane. Zatem każde z nich ma zwycięzcę i przegranego. Oczywistym jest, że
nie można zawsze wygrywać, więc czasami przegrywamy co obniża nasze morale,
wiarę w siebie i stawia pod znakiem zapytania kolejne życiowe wyzwania. To podejście,
szczególnie kiedy zdarzy nam się kilka przegranych z rzędu, potrafi odebrać życiową
energię, pogrążyć w marazmie i zdemotywować do dalszych działań. Ci natomiast, którzy
grają w gry niedokończone nie uznają żadnych zdarzeń za ostatecznie rozstrzygnięte.
Kiedy coś nie idzie po ich myśli uznają to jedynie za potknięcie lub wyzwanie i
szukają inne metody na poradzenie sobie z daną sprawą. Są bardziej elastyczni, łatwiej
akceptują zmiany sytuacji i rożne zwroty akcji. Ostatecznie nie traktują tego
jako walki na śmierć i życie. Trzymają się podejścia, że jak nawet teraz coś
nie wyjdzie, to naprawi się to w przyszłości.
Więcej informacji o grze w „gry skończone i nieskończone” znajdziesz tutaj w podcascie ze strony ‘Stacja zmiana”.
4. Miej życiowy cel lub cel jakikolwiek
Kiedy
wiesz po co się budzisz każdego dnia znacznie łatwiej jest żyć. Wyznaczenie
sobie celu zwykle aktywizuje nas do działania i przenosi naszą uwagę z
problemów na rozwiązania. Efektywniej podejmujemy decyzje i dzięki temu uzyskujemy
poczucie kontroli nad naszym życiem, a to powoduje, że wzrasta nasze poczucie
wartości.
Mnie
do przodu pcha odpowiedź jakiej kiedyś udzieliłem sobie na pytanie „Jak jest
Twoja życiowa misja i co dobrego wnosisz do świata?”. Brzmi to trochę
pompatycznie i wbrew pozorom odpowiedź na
te pytanie wcale nie jest łatwa jeśli dobrze nie znasz samego siebie. Jednak
zapewniam, że jej udzielnie da Ci potężnego motywacyjnego „kopa” i jeśli
kiedykolwiek złapiesz jakiegoś „doła” będzie jak latarnia rozświetlająca zmrok.
Nie
musisz jednak od razu wyznaczać tak wielkiego celu, aby nabrać rozpędu. Wystarczy
jakiś pomniejszy, ale konkretny cel. Kiedy po kryzysie finansowym z 2008 roku wielu
prezesów i wysoko postawionych menedżerów straciło swoje dobrze płatne posady,
spora część z nich zaczęła biegać maratony i było to bardzo dobre działanie. Często
w ich życiu runęło praktycznie wszystko: zarobki, prestiż, pozycja i wiara we
własne umiejętności. Decyzja o przebiegnięciu maratonu pozwoliła wyznaczyć cel.
Jednak kluczowe było przygotowanie do niego. Kiedy zaczęli trenować, znaleźli
obszar życia nad którym mieli kontrolę, a sukcesywne poprawianie wyników pozwoliło
im odzyskać wiarę w siebie.
5. Zadbaj o siebie
Prawda banalna i zdawałoby się oczywista, ale zaskakujące jest
jak wielu moich klientów dba o wszystkich dookoła poza samymi sobą. Zapominamy
o tym, że nasza kondycja psychiczna i emocjonalna jest powiązana z kondycją
naszego ciała. Słynna łacińska sentencja „Mens sana in corpore Sano” („W zdrowym
ciele zdrowy duch”) nic przez wieki nie straciła na swej aktualności.
Pamiętaj, że jeśli chcesz wspierać innych musisz mieć do
tego odpowiednią siłę i zasoby energii. Zły, zmęczony i niewsypany będzie
zawsze kiepskim wsparciem, a już na pewno nie tak efektywnym jak wtedy kiedy
jesteś wypoczęty i w dobrym humorze.
Śmiało więc daj sobie pełne prawo do zadbania o siebie. Idź
na spacer, zrób sobie popołudniową drzemkę lub pozbądź się stresu z ciała idąc
na masaż. Jedz zdrowo, ruszaj się i miej plany oraz marzenia niech napędzają
Twoje życie.
Robin Williams wypowiedział kiedyś słowa: „Myślałem, że najgorsze w życiu, to być samotnym. Tak nie jest. Najgorsze w życiu to być z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny”. Ja do tych ludzi dodałbym jeszcze okoliczności i mamy gotową receptę na sytuację wielu menedżerów.
Zwykło się mówić, że wcześniej czy później dotknie on każdego zarządzającego. Szczególnie tych na wyższych stanowiskach, na których podejmuje się kluczowe decyzje lub decyduje o być lub nie pracowników. Czasami nie musi to być nawet nasz obszar decyzyjności i możemy otrzymać polecenie z tzw. „góry”. Istotne w tym przypadku jest to, że jego wykonanie/egzekucja spada na nas.
Jeśli wszystko idzie dobrze i jako menedżer osiągamy bardzo dobre wyniki jesteśmy najczęściej lubiani przez naszych szefów i często doceniani przez podwładnych. Każdy zarządzający wie jednak doskonale o tym, że taki stan nie jest stały. Wcześniej czy później „góra” uzna, że nasz bardzo dobry wynik, jednak nie jest aż taki bardzo dobry i warto, aby był jeszcze lepszy. Wcześniej czy później, swoimi decyzjami personalnymi spowodujemy, że ktoś awansuje, ale jednocześnie ktoś inny, kto miał na ten awans ochotę, go nie dostanie. Szefostwo zacznie naciskać, a czasami i ostro „przeczołga”. Pracownicy przyjdą z pretensjami, zaczną stawiać opór lub ktoś na kogo stawialiśmy i inwestowaliśmy w jego rozwój nasz czas i energię złoży bez skrupułów wypowiedzenie i odejdzie do inne firmy.
To, że będą nas obgadywać, oceniać a czasami znacząco zamilknął kiedy wejdziemy do kuchni to norma wpisana w stanowisko menedżera. I dla jasności, dotyczy to także tych, którzy są przekonani, że mają dobre relacje z zespołem. Czasami się śmieję, że ludzie narzekają na hejt pod ich adresem w internecie. Menedżerowie znają go od lat i znali go już w czasach kiedy nie było jeszcze internetu, a hejt nie był nazywany hejtem.
Bywa, że to nie wyniki frustrują menedżera, ale trudne zmiany lub restrukturyzacje, które musi przeprowadzić. Najczęściej przy ich okazji, ktoś ucierpi lub co najmniej będzie mocno niezadowolony. Są one zazwyczaj dobre dla firmy, ale niekoniecznie dla ludzi. Pracownicy ze swojej pozycji w organizacji, albo nie potrafią dostrzec ich sensu albo nie chcą czuć dyskomfortu w imię ogółu.
Czasami menedżer jest powiernikiem informacji, której nie chciałby dźwigać na swoich barkach. Spotyka na korytarzu ludzi i uśmiecha się do nich jak zwykle, pomimo że wie, iż w tym tygodniu zostaną zwolnieni.
Najgorsze chyba jednak co się może przydarzyć, to „storpedowanie” pracy menedżera przez przełożonych. Masz wizje, plany, rozpoczęte działania i swoje wartości których się trzymasz. Nagle szef wjeżdża w nie bezceremonialnie „buldożerem” i bez pytań oraz tłumaczeń oczekuje, abyś robił coś co nie do końca jest zgodne z Tobą.
Jeśli do tych sytuacji dorzucimy przepracowanie, górę zaległych zadań i zbyt małą ilość snu, która obniża nastrój menedżera oraz obniża istotnie percepcje jego myślenia – jesteśmy ugotowani. Siedzisz wtedy w swoim przeszklonym gabinecie i patrzysz na niczego nieświadomych ludzi za szybą lub wpatrujesz się w pustą ścianę w swoim pokoju. Potem zerkasz na otwartego maila od szefa i myślisz sobie „Ku..a, co za cyrk. Co ja tu robię?”
Toniesz i znikąd pomocy
Odczuwasz stres, frustrację a czasami popadasz w apatię. Niewyrażone emocje, które zamknąłeś w ciele niszczą cię powoli od wewnątrz, niczym robak przegryzający się przez miąższ jabłka. Chciałbyś o tym z kimś porozmawiać. Skonsultować swoje przemyślenia i rozterki, przedyskutować decyzje do podjęcia ale nie masz z kim. Jesteś jak rozbitek na ocenie między dwoma wyspami. Jedna to Twoje szefostwo, druga to podwładni. Jedni i drudzy bacznie obserwują co zrobisz, ale nikt nie nadciąga z kołem ratunkowym.
Z szefem nie pogadasz, bo albo jesteście w decyzyjnym konflikcie albo obawiasz się, że uzna Cię za słabego menedżera. Z pracownikami, nawet jak to kumple z zespołu, w którym kiedyś pracowałeś też nie podyskutujesz. Po pierwsze często nie możesz ich wtajemniczyć w temat. Po drugie przecież chcesz utrzymać przed nimi wizerunek silnego i sprawnego lidera.
Znajomi spoza firmy, często nie zrozumieją Twoich dylematów i jeszcze uznają Cię za marudę i nudziarza. Nawet gdyby chcieli pomóc, warto aby byli co najmniej na takim poziomie menedżerskim jak ty lub wyższym. Inaczej rady jakie dostaniesz, będą radami z poziomu pracownika, a nie menedżera. Takich raczej teraz nie potrzebujesz.
Ostatecznym ratunkiem jawi się dom i rodzina. Tu jednak czyha kolejna pułapka, a nawet dwie. Pierwsza to fakt, że część menedżerów nie zdecyduje się na tę rozmowę, bo nie chce niepokoić najbliższych. Nie chce, aby poczuli się oni zagrożeni tym, że rodzina może stracić obecny poziom życia uzyskany dzięki menedżerskiej pensji. Druga z pułapek to niezrozumienie ze strony partnerki/partnera. Często nie są oni merytorycznym partnerem do takiej rozmowy i wtedy zamiast szukać z ich pomocą rozwiązania zaczynamy wylewać swoje żale i frustracje. Reagują zazwyczaj na dwa sposoby. Mówią: „Przestań marudzić, pewnie sobie poradzisz” – to naprawdę nie dodaje otuchy, a jedynie zwiększa presję. Ewentualnie, czują potrzebę licytacji z nami lub traktują to jako naszą próbę wymigania się z domowych zobowiązań i wtedy taki menedżer może usłyszeć coś w stylu „A ty myślisz, że ja tu w domu to sobie leżę brzuchem do góry i nie użeram się z dzieciakami?”.
Cztery drogi wyjścia + jedna w bonusie
Masz mentora – czyli bardziej doświadczonego menedżera niż ty, który jest Twoim przewodnikiem i wsparciem w menedżerskiej karierze. Jeżeli spotykacie się regularnie i macie określone zasady współpracy, nie będziesz miał problemu, aby zwrócic się do niego o pomoc.
Masz przyjaciółkę/przyjaciela z menedżerskim doświadczeniem – zakładam, że jest to zaufana osoba, z którą możesz skonsultować swoje rozterki lub przemyślenia. Ponieważ nie jest on/ona, zaangażowana emocjonalnie w tą konkretną sytuację, może ci służyć chłodnym menedżerskim osądem. Może też dodać Ci otuchy i wiary w siebie. Sam od wielu lat korzystam z tego rozwiązania i sprawdza się genialnie. No ale trzeba znać kogoś z bogatym doświadczeniem menedżerskim, kto na dodatek jest Twoim przyjacielem.
Idziesz do coacha – ważne jednak, aby był on jednocześnie doświadczonym menedżerem. Jeśli dobrze wybierzesz masz cztery w jednym: wiedzę menedżerską, przychylność coacha dla ciebie bo to wynika z istoty coachingu, dystans do samej sytuacji i profesjonalne wsparcie wynikające z coachingowego warsztatu.
Zwalniasz się z pracy – na pozór szybkie i definitywne rozwiązanie. Natomiast pociąga ono za sobą szereg innych niełatwych konsekwencji. Uciekając od trudnej sytuacji jednocześnie niczego się nie uczysz. Nie poznajesz siebie i nie wzmacniasz w menedżerskim fachu. To bardzo ważne, bo jeśli podejmiesz kolejną pracę jako menedżer, wcześniej czy później spotkasz się z podobną sytuacją.
Jest jeszcze droga piąta, ale na nią trzeba wejść zanim dojdzie się do tak trudnej sytuacji. Jest nią bycie świadomym menedżerem. Takim, który zna swoje wartości i granice, na przekroczenie których się nie zgodzi. Takim, który ma przemyślaną strategię swojej menedżerskiej drogi i odpowiednio dba o swoje zasoby energetyczne i czas dla siebie. To jednak już temat na odrębny artykuł.
Poznanie i zrozumienie siebie, schematów nami rządzących i przekonań, których się trzymamy jest często kluczem do właściwych zmian w naszym życiu. Bez tego pędzimy gdzieś na oślep upajając się samym pędem bez zwracania uwagi na sens danego działania. Zmęczeni, zasapani czujemy zarazem jak wielka energia przez nas przepływa i mamy poczucie realizacji życiowej misji. Problem w tym, że kiedy przyjrzymy się dokładniej faktom, a nie poczuciu, to okazuje się, że tak naprawdę zapierdzielamy jedynie w chomikowym kołowrotku.
Miewam klientów, którzy wpadają do mnie na pierwszą sesje
niczym huragan. Są cali spięci i niemal stoją już w blokach startowych.
Twierdzą, że wiedzą dokąd chcą gnać i potrzebują tylko startowego strzału oraz
paru tricków od coacha, aby jak najszybciej tam dobiec. Na pozór wszystko
wygląda przepięknie, ale już po paru pytaniach okazuje się, że jest to ich 6
cel w życiu w ciągu 2 ostatnich miesięcy. Poprzednich 5 nie zrealizowali tylko
je porzucili, teraz jednak mają przeczucie, że to ten właściwy. Inni nie
zmieniają celów, tylko podejmują kolejne próby, podobne do wcześniejszych. Czemu
akurat ta miałaby zadziałać – nie wiedzą, ale mają przeczucie, że się uda.
Patrząc z boku, szybko można dostrzec powtarzalny schemat
zachowań, który nie prowadzi do żadnych rozwiązania, choć na pozór tyle się
dzieje. W tej sytuacji zamiast motywować do biegu, trzeba zatrzymać. Spuścić
powietrze i pomoc przyjrzeć się obecnej sytuacji. Chodzi o to, aby klient nie
tylko zrozumiał gdzie jest, ale i jak tu jest. Co mu w tym co jest pasuje, a co
tak nie do końca. To pierwszy krok. Drugi to pytanie co chciałby osiągnąć i poczym
pozna, że to się stanie.
Kiedy to już wiemy wracamy do wcześniejszych bloków startowych
klienta i z obecną wiedzą przyglądamy się czy faktyczne warto rozpoczynać ten
bieg, czy jednak zaplanować nowy.
2. Właściwa energia
Proces poznawania siebie, odkrywania tego jaki jestem i co jest dla mnie ważne jest jednym z moich ulubionych w pracy z klientami. Często opadają maski noszone na co dzień, wyrzucane są modne marzenia, a odkrywane te naprawdę osobiste. Wspólnie docieramy do ważnych dla klienta wartości i przez ich pryzmat patrzymy na przyszłe plany. Wielu z moich klientów zaczyna odczuwać przypływ nowej energii i rozbija mentalne klatki w których do tej pory żyli. Dokonują odważnych zwrotów w swoim życiu lub co szczególnie ważne, czasami zaczynają doceniać to co mają. To właśnie w takich momentach przychodzą do mnie na sesję i mówią: „Rafał, nikomu nie mówiłem o naszych spotkaniach, a ludzie mnie zaczepiają i mówią, że jakoś inaczej wyglądam, że mam zupełnie inną energię”.
Ja też to wiedzę. Niektórzy prostują postawę ciała, inni zamiast czerni i szarości nagle zaczynają do swojego ubioru wprowadzać kolory. Co jednak najważniejsze, częściej się uśmiechają lub nie są tak nerwowi jak wcześniej. To zupełnie normalne kiedy pozbędziesz się ze swojego życia mnóstwa zbędnego balastu, śmieci i ograniczeń, które nie pozwalają Ci rozwiną skrzydeł. Czasami za młodu wpuszczamy się w jakiś kanał i potem bezrefleksyjnie w nim trwamy. Czasami awansujemy i po kolejnych trudnościach z naszej wielkiej wizji rozwoju i wprowadzania zmian, karlejemy jedynie do próby przetrwania na danym stanowisku. Przyczyn, dróg i powodów takich życiowych zagubień jest całe mnóstwo.
3. Odpowiedni kierunek
Uporządkowanie swojego życia nie zawsze jest łatwe, nie zawsze jest też przyjemne. Czasami trzeba wyczyścić coś z przeszłości, czasami przyznać przed sobą do swoich słabości i nauczyć się je akceptować. Za każdym razem należy też właściwie skalibrować swój życiowy kompas.
Nigdy nie wiem w jaką stronę potoczy się praca z klientem, bo to on jest przewodnikiem na tej drodze. Ja jestem wsparciem, czasami lustrem pozwalającym zobaczyć swoje prawdziwe odbicie. Bywam też strażnikiem obranej drogi kiedy klient mnie o to poprosi obawiając się, że może gdzieś zbłądzić. Patrząc z boku, z większego dystansu, po prostu łatwiej pewne rzeczy zauważam.
Jakby jednak nie było, z silną świadomością siebie i zrozumieniem czemu chcę podążać tą, a nie inną drogą moi klienci dużo bardziej odważnie i efektywnie dążą do tego co sobie zaplanowali.
Kiedy powinniśmy poznać siebie?
Moja odpowiedź jest jednoznaczna – „ZAWSZE!”
Kiedy chcesz mieć lepszy związek – musisz wpierw zrozumieć, co ta „lepszość” dla Ciebie oznacza. Czy zależy od Twojego partnera, czy od Ciebie? To ważne, bo często uwielbiamy obarczać innych odpowiedzialnością, za to żebyśmy my byli szczęśliwi. Oddajemy w ten sposób swoje życie w ręce innych.
Kiedy chcesz być sprawnym i poważanym menedżerem – powinieneś wpierw zrozumieć jakim jesteś człowiekiem. Może zamiast doskonalić się w używaniu sztuczek z menedżerskiego arsenału wpierw zmień coś w sobie jako w człowieku. Może zamiast wciąż uczyć się nowy technik zrozum kim jesteś, jaki jesteś i wybieraj tylko te techniki które są spójne z Tobą.
Kiedy chcesz zmienić pracę – nie szukaj tylko odpowiedzi ile musisz zarabiać i jak dobrze wypaść na rozmowie rekrutacyjnej. Zastanów się czy Twoje działanie jest tylko ucieczką od tego co teraz masz, czy jest faktycznym dążeniem do czegoś co chcesz osiągnąć. Zrozum czego szukasz dla siebie, aby to było naprawdę Twoje, a nie dla poklasku. Działaj zgodnie z tym dążeniem i przyjrzyj się temu co możesz wyciągnąć z dotychczasowych doświadczeń. Dzięki temu zbudujesz ciekawą opowieść o swojej drodze zawodowej, którą opowiesz rekruterowi lub przyszłemu pracodawcy.
Być może będziesz jak jedna z moich klientek, która odkryła, że przez całe swoje ponad trzydziestoletnie życie koncentrowała się na tym, aby nie popełnić błędu, zamiast na tym aby osiągnąć sukces. To odkrycie było jak niezły kop i pozwoliło jej rozwinąć skrzydła. Tobie życzę podobnego mentalnego kopniaka.
Mamy wiosnę, jej nadejście to czas szczególny. Wszystko budzi się do życia lub zyskuje nową energię. To doskonały czas na wprowadzenie zmian w swoim życiu. Na zastanowienie się, czy kolejny rok chcemy zamknąć w cyklu powtarzalnych zdarzeń i zwyczajów. Czy chcemy realizować czyjeś oczekiwania wobec nas, czy też wyznaczyć swoją drogę przez życie i odnaleźć w nim ciekawość i szczęście, tak jak my je rozumiemy.
Jednak by tego dokonać, musimy zauważyć nas samych, nasze potrzeby i zadbać o odpowiednie naładowanie naszych życiowych baterii.
Niech zainspirują Cię do tego:
słowa Heatha Ledgera „Wszyscy, których spotykasz, zawsze pytają cię o pracę, czy się pobrałeś, czy masz dom – jakby życie było jakąś listą zakupów. Ale nikt nie zapyta cię, czy jesteś szczęśliwy.”
oraz dobra rada od Wojciecha Eichelbergera
Nieustająco inspiracji, podpowiedzi i dawki pozytywnej prowokacji możesz szukać również na moim blogu. Znajdziesz tu ponad 225 wpisów o zmianie, działaniu, rozwoju, wyborze własnej drogi i podejmowaniu decyzji.
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.