Rafał Markiewicz

Blog

Syndrom oszusta – sprawdź, czy Ty też oszukujesz!

„Nie jestem tak dobry, jak myślą o mnie inni i zaraz to się wyda”. To obawa osób, których dotyka „syndrom oszusta” lub chwilowa utrata pewności siebie.

Boją się wstydu jaki na nich spadnie oraz poczucia zawodu jakiego doznają Ci, którzy im zaufali. Choć z tą sytuacją mierzą się we wszystkich obszarach swojego życia, najczęściej proszą o wsparcie w kwestiach zawodowych i tych związanych z karierą. To wyzwanie szczególnie dotyka dyrektorów, menedżerów, project managerów oraz tych, którzy właśnie awansowali lub dostali nowa pracę.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - syndrom oszusta

Photo by Aziz Acharki on Unsplash

Szczęście, przypadek lub tak się zdarzyło

Poczucie oszustwa pojawia się wtedy, kiedy czujemy, że nie zasłużyliśmy na sukces który nas dotyka lub stanowisko, które piastujemy. Nie wierzymy, że są one wynikiem naszej pracy, wiedzy i kompetencji. Przypisujemy je raczej szczęściu, przypadkowi, czyjejś pomyłce lub innym sytuacjom nie do końca od nas zależnym.

Syn znajomego z powodzeniem przeszedł prze sito rekrutacyjne znanej międzynarodowej korporacji i zaliczył rozmowę telefoniczną w języku włoskim. Następnie spędził we Włoszech miesiąc na szkoleniach. Po trzech miesiącach pracy poszedł do swojego szefa z wnioskiem o obniżenie dodatku językowego z tego powodu, że włada nim na niższym poziomie niż to oceniono podczas rekrutacji.

Jego szef, Włoch musiał go przekonywać, że to nie rekruter ale on się myli. Nie obniżył mu tego dodatku, ale on i tak się obawia, że w końcu ktoś jednak pozna się na jego niekompetencji językowej.

Poczucie to wynika z irracjonalnej oceny naszych umiejętności. Mówiąc krotko, nie doceniamy ich odpowiednio i z tego powodu ciężko nam zaakceptować fakt, że to co osiągnęliśmy jest ich efektem. Wrażenie to nasila się szczególnie w sytuacji pewnych trudności w realizacji zadań lub wtedy kiedy zaczynamy się zajmować czymś nowym bądź przechodzimy na wyższym poziom zarządzania, na którym oczekuje się od nas nieco innych kompetencji niż wcześniej.

Z tego powodu niektórzy uważają, że występowanie „syndromu oszusta” nasila się wraz osiąganiem coraz większych sukcesów. Czym dalej i wyżej zajdziesz w karierze zawodowej tym większa szansa, że go doświadczysz. 

Syndrom czy utrata pewności siebie?

Ostatnio modnym stało się chodzenie na terapie i posiadanie jakiejś dysfunkcji, szczególnie gdy brzmi ona tak seksi jak omawiany „syndrom oszusta”. Tymczasem w mojej ocenie, wewnętrzne poczucie oszustwa nie zawsze jest wynikiem syndromu, a często bywa jedynie efektem chwilowej utraty poczucia pewności siebie w reakcji na określone zdarzenia, bodźce lub trudności.

Nazwa „syndrom oszusta” po raz pierwszy została użyta w 1978 roku przez zajmujące się psychologią kliniczną Pauline Clance i Susanne Imes, które prowadziły badaniach nad kobietami w nauce. Początkowo zresztą uważano, że syndrom ten występuje powszechnie wśród kobiet zajmujących wysokie stanowiska. Dziś jednak wiemy, że występuję on niezależnie od płci. Jedyna różnica polega na tym, że mężczyźni rzadziej mówią o nim otwarcie.

Według badań psychologicznych z początku lat 80-tych dwóch na pięciu ludzi sukcesu uważa się za nieuczciwych. Inne badania wykazały natomiast, że aż 70% wszystkich ludzi czuje się oszustami w pewnych momentach życia. Moje doświadczenia pokazują, że jak tylko komuś opowiadam o „syndromie oszusta” to niemal w 100% przypadków słyszę „osobiście też kiedyś miałem z nim do czynienia”.  W sumie sam także mógłbym się pod tym stwierdzeniem podpisać. Z tą różnicą tylko, że powiedziałbym raczej o czasowej utracie pewności siebie w określonych sytuacjach.

Mam zresztą na to wypracowane pewne antidotum. Wybrałem sobie jedną z najtrudniejszych sytuacji z jaką miałem do czynienia w swoim życiu, i z którą sobie skutecznie poradziłem. Teraz, kiedy dopada mnie utarta poczucia pewności siebie wypowiadam w myślach pewną mantrę; „skoro z tamtym sobie dałem radę, to i z tym sobie poradzę”.

„Syndrom oszusta” – jak go zniwelować

  • Odkryj co powoduje Twój dyskomfort   

Czy to np. nazwa nowego stanowiska, czy też pozycja lub stanowisko osoby, z którą masz się spotkać lub współpracować. Może przyczyną jest fakt, że prowadzisz projekt, który jest jednym z kluczowych dla firmy lub będziesz musiał poprowadzić ważną prezentację. Bez względu na przyczynę spróbuj określić z jakim rodzajem dyskomfortu masz do czynienia: transformacyjnym, czy destrukcyjnym (więcej informacji na ten temat znajdziesz w artykule Dyskomfort i jego dwa oblicza. Poznaj je!).

  • Znajdź obiektywny punkty odniesienia

Tego zadania raczej nie wykonasz samodzielnie. Podziel się swoimi wątpliwościami i obawami z kimś komu ufasz. Tylko niech to nie będzie ktoś bliski lub z rodziny, bo jego argumenty uznasz za mało wiarygodne. Jeżeli utrata pewności siebie dotyczy kwestii zawodowej lepiej nie omawiać jej z kolegą z pracy. Jeśli nie jesteś pewien z kim porozmawiać lub nie masz takiej osoby skorzystaj z pomocy coacha. 

  • Jak na tę sytuację spojrzysz za trzy lata

Być może dzisiaj dane zdarzenie wydaje Ci się przytłaczające. Pomyśl jednak gdzie będziesz za trzy lata w swoim życiu. Gdzie np. będą twoje dzieci lub najbliżsi. Postaraj się to sobie wyobrazić i z tej perspektywy spojrzeć na to czego dziś doświadczasz. Czy nadal jest to tak przerażające?

  • Uwierz, że nie trafiłeś na idiotów

Rekruter, Twój szef czy inna osoba, która Cię zatrudniła lub awansowała zna się na swojej pracy. Nie zrobiła tego przez pomyłkę, z pewnością też dostrzegła ewentualne barki w Twoim CV lub w Twoich kompetencjach. Mimo to postawiła na Ciebie i z pewnością była to jej świadoma decyzja. Być może dostrzega w Tobie potencjał, którego Ty jeszcze nie zauważyłeś.

  • Koncentruj się na tym, czego się uczysz

Kiedy zaczynamy robić w życiu nowe rzeczy lub zajmować się nowym obszarem zawodowym, mamy w głowie najczęściej już jakieś wyobrażenia jak powinniśmy w nich wypadać. Problem w tym, że to wyobrażenie najczęściej dotyczy momentu, kiedy nabierzemy już stosowanych kompetencji. Zapominamy jednak o czasie potrzebnym na wdrożenie. Z tego względu jesteśmy często na początku rozczarowani. Skup się zatem lepiej na ocenie postępów jakie robisz, a nie na tym jak wypadasz.

  • Nie jesteś wyjątkowy

Kiedy tracimy poczucie własnej wartości, jesteśmy zazwyczaj przekonani o tym, że to tylko nam się przytrafia. Nic bardziej błędnego, po prostu nikt tym się nie lubi chwalić. W social mediach znajdziesz pełno wpisów o sukcesach i osiągnięciach, ale raczej nie trafisz na te, które mówią o strachu i obawach. Tymczasem badania przeprowadzone przez Vantage Hill Partners pokazują, że lęk przed byciem uznanym za niekompetentnego to lęk numer 1 w gronie wyższej kadry zarządzającej i to na całym świecie. Witaj więc w doborowym klubie.

Rutyna – wróg, czy przyjaciel?

Od zawsze pamiętam hasło, że „rutyna jest zabójcza” i raczej niewiele będzie z człowieka, a szczególnie pracownika, który w nią popadł. Zresztą moje doświadczenia życiowe, zdawały się całkowicie potwierdzać tę tezę. Z tego względu dużym zaskoczeniem był dla mnie cytat, na który trafiłem w książce Grega McKeowna „Esencjonalista. Mniej, ale lepiej.” według którego: „W przypadku inteligentnego człowieka rutyna jest przejawem ambicji.” W.H.Auden.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - rutyna

Photo by Alex Block on Unsplash

Rutynowo, czyli „bezmyślnie”…

Wiele osób sądzi, że rzeczy wielkie wymagają sporego wysiłku i maksymalnego skupienia. Tymczasem, wysiłku i skupienia nie wymagają rzeczy wielkie, tylko rzeczy nowe. Wystarczy sobie przypomnieć pierwsze lekcje nauki jazdy samochodem. Siedział człowiek za kierownicą i nie za bardzo potrafił sobie wyobrazić jak ma to wszystko ogarnąć. Wskaźniki, zmiany biegów połączone z odpowiednią sekwencją wciskania pedałów, kierunkowskazy, ruch na drodze, znaki na jezdni i te stojące tuż przy niej, a do tego ogóle zasady ruchu drogowego, które należało mieć w głowie. Dziś kiedy jadę samochodem słucham podcastów, radia albo układam w głowie tematy prezentacji lub szkoleń. Zdarza mi się też aktywnie dyskutować ze współpasażerami podróży i jakoś nie doprowadzam do wypadku. Dzieje się tak dlatego, że tysiące godzin jazdy samochodem spowodowały, iż większość czynności związanych z jego prowadzeniem wykonuję automatycznie, czyli rutynowo lub inaczej bezmyślnie.

Przez wiele lat pracy zawodowej na etacie, równie rutynowo upływał mi czas od momentu obudzenia do wyjścia z domu. Często nie potrafiłbym nawet wymienić wszystkich czynności jakie wykonałem, a tym bardziej wymienić je w kolejności. Po prostu wszystko w czasie porannego „rytuału” działo się u mnie na autopilocie i to jeszcze takim doprowadzonym do perfekcji, gdzie np. włączenie ekspresu było ściśle skorelowane z przyrządzaniem płatków owsianych i porannymi ćwiczeniami. Jakim zatem sposobem najbardziej kreatywne pomysły, przychodziły mi do głowy właśnie w tym przepełnionym rutyną stanie.

Wyjaśnienie okazuje się banalnie proste. Uwolniony od konieczności świadomego kontrolowania wszystkich czynności, mózg mógł swobodnie błądzić po różnych obszarach myślowych jednocześnie rozwiązując poważne problemy zawodowe. To pod porannym prysznicem wpadło mi do głowy rozwiązanie, które w związku ze zmianą przepisów o uldze internetowej pozwoliło mojej firmie zaoszczędzić 100 tys. PLN. To pakując pudełko z sałatką do pracy wpadłem na innowacyjny benefit dla nowych pracowników, który był nowością na rynku i wyróżnikiem naszego ogłoszenia wśród innych ogłoszeń o pracę.

Zatem rutyna w tym przypadku nie była brakiem kreatywności, ale wręcz stanem tą kreatywność uwalniającym.

„Niektórzy ludzie uważają, że rutyna oznacza śmierć kreatywności i innowacyjności. Jest traktowana jako skrajny przypadek nudy. Samo słowo „rutyna” jest synonimem bezbarwności i nijakości, jak w zdaniu „To się stało dla mnie rutyną”. Rzeczywiście, złe schematy postępowania często nabierają właśnie takiego charakteru. Jednak dobra rutyna zwiększa innowacyjność i kreatywność, zwracając nam część energii. Zamiast wydatkować ograniczone zasoby dyscypliny na ciągłe podejmowanie tych samych decyzji, możemy uczynić ich podejmowanie elementem rutyny i przeznaczyć odzyskaną dyscyplinę na realizację innych ważnych zadań.”


Greg McKeown „Esencjonalista. Mniej, ale lepiej.”

Bądź świadomy co programujesz

Kluczem do sukcesu jest świadomie zorganizowana rutyna. Tymczasem u wielu z nas czynności rutynowe, to te które stały się rutyną bez naszej świadomości i działają przeciwko nam. Jak np. odruch włączenia Facebooka wraz z odpaleniem komputera, niemal automatyczne uruchomienie telewizora po wejściu do domu, czy porcja słodkości jako nieodłączny element picia kawy. Lista takich błędnych zachowań u każdego z nas może być całkiem długa.

Często ich pojawienie się ma z pozoru szczytny cel. Tak jak np. u mnie wiele lat temu, kiedy zacząłem pracę jako konsultant na infolinii. Nie była to moja praca marzeń i w nagrodę za to, że do niej dotarłem serwowałem sobie co rano pysznego pączka. Siedzący tryb pracy i codzienny pączek połączyły siły i szybko dały znać o sobie w postaci wzrostu wagi i obwodu pasa. Nierzadko takim symbolicznym „pączkiem” dla wielu menedżerów jest drink, albo dwa co wieczór w nagrodę, za to że przetrwali dzień. To co początkowo miało być tylko nagrodą, szybko staje się zwyczajem i nawet nie zauważmy faktu, że wchodzi do kanonu naszych rutynowych zachowań, bez względu na to czy dana sytuacja faktycznie wymaga takiej „nagrody”, czy nie.

Całe szczęście ten mechanizm ugruntowywania zachowań działa również w przypadkach pozytywnych. Powtórzony odpowiednią liczbę razy, wejdzie do kanonu naszych zachowań. Ja np. zastąpiłem poranny pączek 30 minutowym spacerem przed pracą – wystarczyło tylko wyskoczyć z tramwaju kilka przystanków wcześniej. Zwyczaj ten kultywowałem przez kolejnych 15 lat pracy na etacie, pomimo zmiany miejsc i charakteru pracy.  Dziś, kiedy często pracuję w domu, pyszna poranna kawa (mój świadomie ustalony bodziec) jest sygnałem do wyłożenia na kuchenny blat porcji warzyw do podgryzania w ciągu dnia. Spacerów także nie odpuściłem, ale stały się one moją codzienną rutyną, w ramach której staram się zrobić minimum 10 tys. kroków każdego dnia.

Obserwuj siebie, zmieniaj i usprawniaj

Ja uwielbiam przyłapywać się na różnych zgubnych rutynach i je zmieniać. Czasami jednak przyłapują mnie na nich znajomi lub najbliżsi pytając dlaczego coś robię. Z drugiej strony cały czas mocno pracuję nad świadomą automatyzacją powtarzalnych zadań. Choć nie pracuję na etacie codziennie budzę się o tej samej godzinie, nie marnując dzięki temu części dnia. Mój poranek jest zamknięty w zdefiniowanej sekwencji działań, którą kończy poranna kawa. To znak, że zaczął się roboczy dzień.

Dzięki działaniu na autopilocie, zaliczam o poranku aż trzy sukcesy. Jestem szybko gotowy do pracy i mam za sobą już odsłuchany jeden rozwojowy podcast. Dodatkowo mam pościelone i uporządkowane łóżko. Daje mi to poczucie kontroli i możliwość odhaczenia jednej załatwionej sprawy. Wypracowałem także zestaw czynności koniecznych przed każdym coachingowym spotkaniem oraz doprowadziłem do perfekcji pakowanie się na jogę.

W każdy niedzielny wieczór piekę sobie owsiane ciastka na tydzień i szykuję „półprodukty” do obiadów w tygodniu. Pozwala mi to podjadać w chwilach słabości zdrowe słodkości i dbać o regularne i zdrowe posiłki. Nie wykręcę się już brakiem czasu na przygotowanie obiadu.

Co ważne, w tych wszystkich działaniach dbam o to, aby nie popaść w hiperefektywność i nie stać się zautomatyzowanym robotem na autopilocie. Najlepsze jest jednak to, że czasami sobie odpuszczam. Zjem coś niezdrowego, zasiedzę się przy serialu lub w social mediach i wtedy z czystym sumieniem myślę sobie „olać to”. Mam w swoich codziennych zachowaniach tyle pozytywnej rutyny, że mogę sobie na to pozwolić.

Podcast – źródło wiedzy i inspiracji.

Pamiętam z młodości opowieść o wiejskiej gospodyni, która przez lata ubijała ziemniaki charakterystycznym tłuczkiem. Nikt nie pamiętał skąd się wziął, ale nikomu to nie przeszkadzało. Tak było do czasu, aż w ich domu przez przypadek pojawił się były wojskowy i zamarł ze zgrozy. Tłuczek okazał się ręcznym granatem. Moja historia nie jest, aż tak dramatyczna. Jednak ja również nie do końca „właściwie” posługiwałem się „narzędziem”, o którym będzie dzisiaj mowa.

Podcastów, czyli dźwiękowych audycji słuchałem do pewnego mementu tylko i wyłącznie na komputerze i dziwiłem się co takiego wielkiego w nich ludzie widzą. Tym bardziej, że oprócz jedynie dźwiękowego ze swej natury podcastu, można było przeważenie to nagranie obejrzeć również w wersji wideo. Dopiero rozmowa z Maćkiem Busiem autorem m.in. podcastu Klientomania otworzyła mi oczy na możliwości i potencjał tego medium.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - podcast

Photo by William Iven on Unsplash

Niezależność i wolność

Po pierwsze nie do końca zdawałem sobie sprawę z mnogości podcastów i tematyki przez nie poruszanej. Jest ogromna, a niektóre podcasty są naprawdę wysoko specjalistyczne. Ich przewaga nad radiem jest taka, że słucham tylko tego co mnie interesuje.

Po drugie zainstalowanie aplikacji do podcastów na smartfonie sprawiło, że są one ze mną wtedy kiedy jestem poza domem. Mogę je ścignąć wcześniej na domowym Wi-Fi (choć to nie konieczne) i słuchać nawet w największej głuszy, gdzie nie dochodzi zasięg sieci komórkowych. Tak więc słucham ich namiętnie w czasie spacerów, załatwiania spraw na mieście i podróży samochodem lub komunikacją miejską.

Po trzecie, fakt że jest to tylko medium dźwiękowe, pozwala mi łączyć ich odsłuchiwanie z różnymi czynnościami domowymi, bez wzajemnego zakłócania tych działań. Odpalam więc podcasty podczas porannego golenia, sprzątania, gotowania, ćwiczeń i wielu innych działań.

Dla mnie to idealna, wręcz wymarzona sytuacja. Mogę wreszcie jednocześnie wykonywać dwie rzeczy na raz, jednocześnie podnosząc efektywność mojego dnia.

Wiedza i inspiracja

Jak wspomniałem wśród podcastów, można znaleźć wiele takich, które są podcastami eksperckimi. Często ich zaletą jest to, że choć mówią o rzeczach specjalistycznych, ich autorzy starają się, mówić o nich prosto i interesująco. Czasami zapraszają gości i jednoosobowy przekaz zamienia się w ciekawy wywiad lub dyskusję.  Nauczony już kilkutygodniowym doświadczeniem, staram się jedynie mieć  gdzieś w pobliżu kartki i coś do pisania. Chodzi o to, aby łatwo było zapisać jakieś ciekawe informacje lub zanotować pomysły, które przychodzą mi do głowy w czasie słuchania.

Podobno rozmowa telefoniczna w obcym języku jest jednym z najtrudniejszych testów jego znajomości. Musisz zrozumieć co mówi twój rozmówca nie widząc tego o czym mówi oraz jego gestów i mimiki. Podcast w obcym języku to jednokierunkowa „rozmowa telefoniczna”, w której jesteś słuchaczem. Zatem trochę mniej stresu, a słuchanie potrafi wciągnąć na maksa. Szczególnie jak wybierzesz obcojęzyczny podcast w naprawdę interesującym Cię temacie. Ja osobiści wybrałem kilka, zatem nie przyzwyczajam się do tylko jednego sposobu wypowiedzi i artykułowania. 

Czego potrzebujesz?

Komputera, na którym możesz słuchać podcastów bezpośrednio ze stron WWW lub smartfona z odpowiednią aplikacją. Ja zdecydowanie polecam to drugie rozwiązanie, bo dopiero ono odkryje przed tobą potencjał tego medium. Osobiście na smartfonie z Androidem używam aplikacji Pocket Casts, która kosztowała mnie 17,99 PLN i jestem z niej bardzo zadowolony. Możesz jednak skorzystać, z którejś z darmowych aplikacji.

Oprócz słuchania, pozwalają one także na wyszukiwanie podcastów. Możesz je wyszukać również przy pomocy wyszukiwarki Google. Ja dla ułatwienia załączam najciekawsze propozycje z listy moich ulubionych:

Na swoim – odkrycia i pułapki własnej działalności.

Tak samo jak w moje 40 urodziny, w dniu 1 marca 2018 nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie rozstąpiło się niebo, nie zatrzęsła się ziemia i nawet wody nie wystąpiły z brzegów. Mimo to, dla mnie ta data była znamienna. Dzień wcześniej skończyłem pracę w firmie, w której spędziłem na nieźle opłacanym stanowisku niemal 8 ostatnich lat.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - własna działalność

Photo by Domenico Loia on Unsplash

Teraz przyszedł czas na realizację ważnego dla mnie projektu, w którym chciałem powiedzieć „sprawdzam” odnośnie tego jak postrzega mnie rynek i zakosztować smaku życia tylko i wyłącznie z własnej działalności.

Przemyślany „krok” na własne, zamiast skoku na głęboką wodę

Lubię podejmować przemyślane decyzje i ta o założeniu własnej firmy, do takich właśnie należała. Działalność założyłem jeszcze pracując na etacie i dbając o  unikanie przypadkowego konfliktu interesów. Byłem świadomy tego, że w tej sytuacji nie włożę w nią 100% energii, ale uzyskałem całkiem bezpieczną perspektywę eksperymentowania. Wydzieliłem dwa obszary: prowadzenie sklepu internetowego oraz usługi coachingowe. W pierwszym obszarze miałem partnera, który przejął na siebie większość pracy, ja jednak aktywnie w niej współuczestniczyłem. W drugim dopiero zaczynałem certyfikowany kurs coachingu. W tej sytuacji stałe źródło dochodów zdejmowało z mojej głowy problem utrzymania, a zgromadzone wcześniej oszczędności stanowiły kapitał początkowy dla działań firmy.

Kiedy cztery lata później odchodziłem z firmy, sklep internetowy miał szeroki asortyment, sprawdzonych dostawców i stałych klientów. Ja jako coach miałem już spore doświadczenie i liczne grono klientów, którym pomogłem. Najważniejsze jednak, że miałem też swoją stronę WWW, sporą liczbę wpisów na blogu i bardzo pozytywne opinie w kilku miejscach w internecie. To był mocny i silny fundament, który zaważył na późniejszym sukcesie. Dodatkowo zadbałem o to, aby o mojej decyzji dowiedziało się jak najwięcej moich znajomych i klientów.

Nim skończyłem pracę, już otrzymałem propozycję wystąpienia jako prelegent na jednej z branżowych konferencji. Jeden z moich klientów z coachingu biznesowego poprosił mnie o pomoc w swojej firmie i już 10 marca byłem na wstępnej rozmowie w sprawie współpracy, którą potem nawiązaliśmy. Kilka miesięcy później, na dzień przed wakacyjnym wyjazdem, dostałem telefon od dużej firmy, lidera w swojej branży, z propozycją współpracy. Kontakt wziął się stąd, że szukali fachowca od obsługi klienta i rozpuścili wici. Niezależnie od siebie dwóch specjalistów których znali podało moje nazwisko. Po prostu pracowałem z nimi już wcześniej, a oni wiedzieli, że jestem do wynajęcia.

Taka droga przejścia na swoje jest moim zdaniem jednym z najbezpieczniejszych wariantów. Dodatkowo nie startuje się w nim od zera. Jak dobrze zatroszczysz się wcześniej o swój biznes, to wskoczysz do już rozpędzonej machiny. Ma ona jednak i swoją cenę. Jest nią czas i energia, których ciągle brakuje i którymi trzeba mądrze zarządzać. Półtorej roku przed przejściem na swoje większość popołudni i wieczorów od poniedziałku do piątku spędzałem pracując we własnej firmie.

Co odkryłem będąc już tylko na własnej działalności

  • Uciekając od jednego szefa trafiasz w ręce szefów wielu, bo są od teraz nimi Twoi klienci – to jednak całe szczęście wiedziałem wcześniej, więc tylko potwierdziłem ten fakt empirycznie.
  • Będziesz mieć więcej czasu dla siebie – może za parę lat, bo na początku będzie Ci go ciągle brakowało. Tego też się spodziewałem, ale nie w takim wymiarze. Nie ma jasnego sygnału, że praca się kończy (wyjście do domu), więc z pracy nie wychodzisz. A dokładnie nie wstajesz od pracy przy komputerze. Ciężko mi w to uwierzyć, ale na biurku leżą do przeczytania zaległe gazety jeszcze z wakacji .
  • Super jest pracować w domu – czasami faktycznie jest super.  Przez większość czasu walczysz jednak z efektywnością i koncentracją na zadaniach. Dom to królestwo niezliczonych pułapek i rozpraszaczy. Jestem wyjątkowo zdyscyplinowany, ale kiedy w pewnym momencie z łazienki do lodówki szedłem 30 minut, a nie mieszkam w willi lub rozległym apartamencie, zorientowałem się, że coś tu jednak jest nie tak.
  • Kiedy pracujesz samodzielnie brakuje Ci kontaktu z ludźmi – są dni kiedy tego kontaktu mam w nadmiarze, np. szkoląc przez 8 godzin. Bywają dni wyważone, kiedy mam 2-3 spotkania z klientami. Są jednak i takie dni, kiedy pracuję koncepcyjnie i z nikim się nie spotykam. Po trzech dniach takiej pracy zaczynam łapać doła. Szczególnie jak za oknem szaro i buro. Ratuję się wtedy spacerami i zagadywaniem ekspedientek w sklepach. Trudno uwierzyć, że to wszystko przytrafia się mi -introwertykowi, który świetnie czuje się sam ze sobą 😉
  • Być może schudniesz – w pracy miałem przerwy między spotkaniami i przynosiłem jedzenie ze sobą. Głupio było więc z nim wracać do domu. Tymczasem w domu, tak się momentami zapracuje, że zapominam jeść.
  • Będziesz miał uporządkowany i stabilny kalendarz. Nie to co w korpo – jedna z najboleśniejszych iluzji. Praca coacha polega na spotkaniach z klientami i to jest naprawdę wyzwanie. Grafik spotkań na najbliższy tydzień z niedzielnego wieczoru, często jest w totalnej dekompozycji już w poniedziałek o godzinie 10:00 rano.
  • Przestaniesz być zapracowany, bo możesz odmówić zleceń – no możesz, ale dziwnym trafem tego nie robisz. Zasuwasz za to potem na pełnej petardzie i nie wiesz w co ręce włożyć. Dziś już wiem, że moje zapracowanie jest moje i nie pochodzi z zewnątrz od szefów, projektów i różnych inicjatyw. Ja lubię być zapracowany, więc gdzie nie pójdę i czego nie będę robił, to to zapracowanie będzie ze mną.
  • Freelancer wiedzie kawiarniane życie – może na filmach. No dobra, w ciągu roku byłem kilka razy na dopołudniowej kawie i relaksacyjnym spacerze. Były to jednak naprawdę wyjątkowe wydarzenia, bo szkoda mi czasu. Kawy mogę przecież napić się w domu przy laptopie. Podjąłem kilka prób pracy w kawiarniach, ale nie dałem rady. Nie mogę się skupić na pracy, kiedy emerytki obok przechwalają się między sobą swoimi schorzeniami, młode matki obgadują inne matki, a małolaty udające dorosłych roztrząsają swoje młodociane problemy. Mam dobry słuch, wiec słuchawki nie pomagają, bo musiałbym łupać muzyką na pół kawiarni. Ostatnio rozważam opcję jakiejś cichej biblioteki z małym miejscem do przycupnięcia 😉
  • Masz poduszkę finansową, będzie spoko – przez pierwsze dwa miesiące kiedy ją nadszarpujesz jest spoko. Od miesiąc trzeciego znikające pieniądze zaczynają cię już wkurzać, mimo że po to były. Łapiesz stresa i bijesz się z pytaniem „Czy sobie poradzę?”. Ten moment zawsze jest wyzwaniem. Potem bywa różnie, w moim przypadku całkiem nieźle, ale każdemu gwarancji dać nie mogę.
  • Wyimaginowana przeszłość – wcześniej, czy później złapie Cię myśl, że przejście na swoje to był błąd. Zresztą taka sama myśl złapie Cię jak zmienisz pracę. To fenomenalne zjawisko dotknęło mnie, ale znam je również z relacji moich coachingowych klientów. Jak źle by we wcześniejszej pracy nie było, nagle o tym zapominasz i zaczynasz dostrzegać mnóstwo jej pozytywów. To perfidna pułapka, bo wybiela przeszłość i zabiera Ci energię z teraźniejszości.
  • Brak korporacyjnej biurokracji – nic się nie martw, dopadnie cię biurokracja księgowa.
  • Największe wyzwanie – utrzymać dystans 10 000 kroków robionych codziennie. To jedynie niewiele ponad godzinę intensywnego spaceru. Jednak kiedy nie musisz wychodzić z domu i czeka na ciebie lista spraw do zrobienia, decyzja „wyjdę i się przejdę” urasta do rangi heroicznej.  Mi pomaga to, że w czasie spacerów po pobliskim lesie pracuję koncepcyjnie nad projektami.

Czy żałuję swojej decyzji?

Zdecydowanie nie i jest ku temu kilka powodów:

  • Chciałem zobaczyć jak to jest żyć na swoim i zobaczyłem – kolejny z życiowych celów odhaczony.
  • Chciałem się sprawdzić i się sprawdziłem – podbudowało to moje poczucie wartości.
  • Postawiłem sobie cel, przeżyć tak jeden rok – i go zrealizowałem. To kolejny sukces na moim koncie. Tymczasem, leci mi już następny miesiąc.
  • W ciągu roku, nauczyłem się więcej niż przez ostatnie 5 lat – poznałem kilka nowych branż, zetknąłem się z różnymi kulturami organizacyjnymi i mnóstwem ciekawych ludzi oraz projektów. Przy okazji odarłem rzeczywistość z marzeń. Już wiem, że nie ma firmy idealnej. Nawet jak jakaś na taką wygląda, po bliższym poznaniu zauważasz jej pewne minusy.
  • Doświadczyłem różnorodności – i to jest największa wartość mojego freelancerstwa. Bywały takie tygodnie, że jednego dnia miałem warsztat dla zarządu z wizji i strategii, kolejnego u innego klienta siedziałem na sali z konsultantami infolinii, a trzeciego pomagałem przeanalizować procesy inżynierom.
  • Bardzo pobudziłem swoją kreatywność – do coacha raczej nie zgłaszasz się, gdy wszystko idzie dobrze. Wyzwania moich klientów, to dla mnie nierzadko fascynujące łamigłówki.
  • Odzyskałem sny i marzenia – jeżeli w swojej pracy jesteś wypalony, musisz „skamienieć” aby przetrwać. Stajesz się mocno obojętny, żeby za bardzo nie czuć marazmu. Zarazem, nie czujesz też często ekscytacji. Dziś jestem często podekscytowany i od 10 miesięcy znowu mam sny i powróciły moje marzenia.
  • Odkryłem jedną szczególną wartość mojej pracy na menedżerskich stanowiskach w dużych firmach – jest nią sprawczość. Dziś brakuje mi tego, że moje decyzje przekładają się na dziesiątki lub setki podwładnych, albo tysiące klientów.

Obecnie stoję na lekkim rozdrożu. Dobrze mi na swoim, ale nie wiem czy to do końca moja droga. Otwieram się zatem na to co przyniesie los. Ciekawe projekty od moich klientów lub ciekawego pracodawcę z fajną kulturą organizacyjną i ciekawym stanowiskiem. Jedno wiem na pewno. Cochem będę jeszcze długo, nawet gdybym miał to robić w swoim wolnym czasie po pracy.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - Biznes Fokus - projekt

Dyskomfort i jego dwa oblicza. Poznaj je!

Dyskomfort, to pojawiające się w życiu prywatnym lub zawodowym doznanie, które kojarzymy zazwyczaj z czymś negatywnym. Odbiera nam pewność siebie, wywołuje uczucie niepokoju, obawy i zwątpienia. Bywa, że prowadzi też do strachu lub frustracji. Z tego powodu zwykliśmy unikać go za wszelką ceną, tymczasem takie postępowanie jest nieuświadomioną pułapką.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - dyskomfort

Cena rozwoju

Dyskomfort jest nieodłącznym elementem zmian jakie wprowadzamy w naszym życiu. Zaś siła dyskomfortu jest często wprost proporcjonalna do wielkości zmiany z jaką się mierzymy.

Wchodząc w nowy obszar działań, nowe środowisko, nową pracę lub przeprowadzając się do innego miasta stykamy z się z nieznanym. Tymczasem, to co nieznane i niepowtarzalne nie jest lubiane przez nasz mózg. Aktywuje jego najbardziej prymitywną część, która ogłasza alarm. „Nieznane” jest bowiem dla niej równoznaczne z „niebezpieczne”. Tak oto, nasz mózg dostrzega w zmianie zagrożenie i wpada w panikę.

Wraz z naszym dojrzewaniem, wzrostem poziomu życia, awansami zawodowymi czy rozwojem firmy zmiany stają się coraz bardziej wymagające. Zwiększa to też dyskomfort, który w związku z nimi odczuwamy. Z tego powodu tak ważnym jest, aby mierzyć się z dyskomfortem świadomie i nauczyć się nim zarządzać. Należy uświadomić sobie, że dyskomfort jest naturalną częścią procesu zmiany i jego pojawianie się, nie oznacza od razu, że coś idzie źle.

Dwa rodzaje niewygody

Mało kto zwraca uwagę na fakt, że dyskomfort jaki odczuwamy może wynikać z dwóch rożnych przyczyn. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że są dwa jego rodzaje: transformacyjny i destrukcyjny. Pierwszy z nich popycha nas do przodu i tworzy wzrost. Sprawia, że się uczymy i stajemy się coraz silniejsi. Drugi, działa dokładnie odwrotnie. Blokuje nas, a nawet cofa w rozwoju. Wbija nas w ziemie i nie pozwala się podnieść. Tracimy pewność siebie i zaufanie do nas samych.

Tutaj pojawia się właśnie pułapka. To dyskomfort transformacyjny jest tym, który towarzyszy wprowadzaniu zmian w życie i tym, z którym powinniśmy się nauczyć pracować oraz nim zarządzać. Tymczasem dyskomfortu destrukcyjnego powinniśmy się jak najszybciej pozbyć. Zniwelować go, a najlepiej z góry się na niego przygotować i mieć zdefiniowane działania zapobiegawcze. Problem w tym, że kiedy nie jesteśmy świadomi tych dwóch rodzajów dyskomfortu, działamy intuicyjnie. Wtedy, działania te są odwrotne od tych jakie powinny być. Eliminujemy dyskomfort transformacyjny, nie wprowadzając zmian w naszym życiu lub się z nich wycofując. Zaczynamy się za to przyzwyczajać i akceptować w naszym otoczeniu ten rodzaj dyskomfortu, który podcina nam skrzydła.

Jeżeli chcemy dowiedzieć się z jakim rodzajem dyskomfortu mamy do czynienia, wystarczy zadać sobie jedno proste pytanie: „Dlaczego nie czuję się dobrze?”.

Jeśli odpowiedzi jakie pojawiają się w naszej głowie to: nie jestem w tym dobry, nie dam sobie z tym rady, nigdy nie będę w stanie tego zrobić. Mamy do czynienia z dyskomfortem, który nam nie służy. Powinniśmy jak najszybciej usiąść i zastanowić się nad tym w co wierzymy i co chcemy z tym zrobić. Inaczej ten rodzaj dyskomfortu będzie nas ograniczał i odsuwał od odniesienie sukcesu.

Jeśli odpowiedzi brzmią: bo robię lub zamierzam zrobić coś do czego nie jestem przyzwyczajony, bo odkrywam coś nowego, bo stawiam się w nieznanych mi sytuacjach. Mamy do czynienia z dyskomfortem transformacyjnym. To ten rodzaj dyskomfortu, który jest naturalnym elementem procesu rozwoju. Nie powinniśmy go zwalczać, ani go unikać. Ważne jest, aby w jego przypadku pamiętać o celu, do którego zmierzamy. Powinniśmy też wdrożyć rozwiązania, które pozwolą nam obserwować postępy w naszym działaniu. Dzięki temu zaufamy sobie, a może nawet zaczniemy czerpać satysfakcję z procesu własnego rozwoju.

Niebezpieczna ucieczka w komfort

Przeciwieństwem dyskomfortu jest komfort, który miło otula nas poczuciem bezpieczeństwa i rozkoszą bezpiecznej stabilności. Problem jednak w tym, że nie przygotowuje nas na przyszłość, nie wzbogaca nas, ani nie rozwija. Często w tej sytuacji dla zabicia pustki naszego postępu, przeżywamy przygody i wyzwania serialowych bohaterów. Kiedy jednak w naszym życiu nadejdą prawdziwe i realne wyzwania, my nie będziemy na nie gotowi. Z tego powodu być może wciąż będziemy tkwili w związku, który nas niszczy i emocjonalnie wyczerpuje, ale jest znany. Będziemy gasnąć i wypalać się w pracy, której nienawidzimy, ale boimy się ją zmienić, bo nie wiemy czy inna na pewno będzie lepsza.

Nie pamiętam już gdzie i od kogo usłyszałem następujące zdanie „Pragnienie bezpieczeństwa i poczucie zagrożenia – to jedno i to samo”. Wbiło mnie ono w ziemie, bo z całą mocą uświadomiło, że za każdym z nich stoi strach.

Mam jednak na tę sytuację swoje rozwiązanie. Za każdy razem, gdy dopada mnie strach idę do swojego biurka i czytam wiersz, który nad nim zawiesiłem. Zaczyna się on, od słów:
„Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi…”


Dokładnie rok i 2 dni temu, obudziłem się rano podekscytowany, ale zarazem pełen ogromnego dyskomfortu. Dzień wcześniej pożegnałem wszystkich swoich kolegów z pracy i współpracowników. 1 marca 2018 pierwszy raz w swoim zawodowym życiu i to na skutek własnej decyzji , nie byłem już na etacie. Zostałem za to z własną firmą, swoją wiedzą i umiejętnościami oraz towarzyszącym mi strachem. Tak zacząłem się oswajać z dwoma rodzajami dyskomfortu i swoim nowy wyznaniem.

Prze_myślnik #37- świadomość siebie

Świadomość swoich odczuć i reakcji na nie, jest istotnym krokiem we własnym rozwoju. Tylko w ten sposób możemy zmienić nasze schematy zachowań i doprowadzić do zmian w naszym życiu. Nierzadko wymaga to od nas sporo odwagi, zaprzestania ucieczki w pozorowane działania i odważnego wypowiedzenia tego co się czuje.

Spotkałem już wielu menedżerów, którzy pod impulsywnym działaniem skrywali strach i obawy, że nie są wystarczająco dobrzy. Miałem okazję pracować z klientami, którzy zaciekle zwalczali w innych pewne zachowania, które uznawali za słabość. Jednak kiedy padały kolejne pytanie z mojej strony, okazywało się, że zwalczają w innych to czego nie znoszą w sobie….

Rafał-Markiewicz-coach-coaching-rozwój-osobisty - świadomość siebie

Ty możesz szybciej, ja mogę wszędzie

To hasło zobaczyłem na lekko ubłoconym i poobijanym terenowym jeepie w środku willowego osiedla, pełnego szybkich i wymuskanych samochodów. Strasznie mnie zaintrygował, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że nie pasuje on do tego miejsca. To była jednak bardzo krótka myśl, bo nagle dotarło do mnie, że dzięki niemu to nijakie, lekko „plastikowe” osiedle prężących się obok siebie willi nagle nabrało charakteru. Poprzez kontrast i poprzez świadomość, że mieszka tu ktoś, kto choć wpasował się w estetykę otoczenia, nie zabił jednocześnie w sobie swojego prawdziwego charakteru i tkwiącego w nim lub niej zewu przygody.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - ja mogę

Photo by Marko Horvat on Unsplash

Bądź sobą

Uwielbiam spotykać takich ludzi jak ten jeep. Wyróżniających się spośród otaczającego ich tłumu, który tworzy bezimienną masę. Wyróżniających się nie krzykliwym wyglądem lub zachowaniem, ale poprzez spokojny i spójny sposób bycia. Jasno wyrażających swoją filozofię życia bez potrzeby narzucania jej komukolwiek. Gdybym zauważył tego jeepa, w trakcie szaleńczej jazdy po osiedlu pomyślałbym raczej, że jego właściciel podbudowuje swoje nadwątlone ego. Ten fakt z pewnością nie wzbudziłby mojego zainteresowania, a co najwyżej dezaprobatę. Tymczasem siłą naszego spotkania był fakt, że jeep stał grzecznie zaparkowany na swoim miejscu, jakby nie chciał epatować swoją odmiennością. Jednak ślady błota i nie wyklepane wgniecenia pokazywały jasno, że lubi on poruszać się swoimi drogami i doświadczył niejednej przygody. No i jeszcze ta naklejka, będąca deklaracją świadomości siebie i poczucia własnej wartości: „Ty możesz szybciej, ja mogę wszędzie”.

Siła równowagi

Czasami mam w głowie obraz tego jeepa, kiedy pracuję z moimi klientami. Niektórzy z nich jakby na siłę próbują  wpasować się w otoczenie rezygnując z bycia sobą i swoich wartości. Inni już dawno to zrobili, a teraz przychodzą do mnie z pytaniem „kim jestem?” i „jaki jest sens mojego życia?”. Trafiają też do mnie buntownicy, spalający całą swoją energię na walkę z tym co ich otacza i tymi, którzy ich otaczają. Momentami jednak w tej walce już tak się zapalili, że nie pamiętają o co walczą. Pytanie „po czym poznasz, że to już jest ten moment, kiedy nie musisz walczyć?” jest jak strzała przebijająca ich serce. Po pierwsze, nie wiedzą po czym poznać ten moment, po drugie czują przerażający strach na myśl, że nie będą musieli już walczyć, a walka to przecież cały sens ich życia.

Jednym i drugim potrzebny jest balans. Odpuszczenie skrajnych postaw uległości lub buntu w swoim życiu. Nie każdy jednak jest na to gotowy, czasami okres skrajności jest potrzebny, bo stanowi lekcję od życia. Bez niego nie można dojść do zdefiniowania siebie i własnej wartości. Bez niego nie stworzysz swojej własnej naklejki będącej odpowiednikiem „Ty możesz szybciej, ja mogę wszędzie”.

Mała zmiana, duży efekt

W coachingu czasami używamy techniki zmiany perspektywy. Chodzi o to, aby klient zobaczył daną sytuację, czy zdarzenie z innej niż zazwyczaj strony. Czasami prosimy, aby wszedł „w skórę” drugiego uczestnika konfliktu lub spojrzał na całą sytuację z boku, z pewnego dystansu, z góry lub siedząc na ziemi. Oczywiście coach wspiera w tej sytuacji klienta pytaniami. Jednak to sam klient zmieniając miejsce i kąt oglądu sytuacji często dociera do zupełnie nowych wniosków.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - zmiana

Photo by Jonathan Crews on Unsplash

Zmień pytanie

Podobne działanie każdy z nas może zastosować sam odnośnie zmiany podejścia do utrudnień i nieprzyjemnych sytuacji jakie przydarzają nam się nieomal każdego dnia. Zmiana jest banalnie prosta, ale nie oznacza to, że łatwa do wprowadzenia w życie. Polega ona na zmianie pytań, jakie pojawiają nam się w głowie, kiedy coś nie fajnego  nam się przytrafia. W wielu przypadkach, nie musisz nawet zmieniać całego pytania, wystarczy podmienić jeden wyraz, a dokładnie zamienić „dlaczego” na „po co”. Dzięki temu kierujemy naszą uwagę w przyszłość, zamiast odwoływać się do przeszłości. Całkowicie zmieniamy też postawę wobec sytuacji, która nam się przytrafiła i często uzyskujemy zupełnie inne odpowiedzi. Poniżej parę przykładów:

Dlaczego szef znowu zawala mnie zadaniami?
– bo mnie nie lubi, – bo jestem frajerem, – bo jest zwyczajnym obibokiem, – bo nie umie zarządzać zadaniami, – bo tylko ja potrafię to załatwić.


Po co szef znowu zawala mnie zadaniami?
– po to żebym mógł się wykazać, – po to żebym doszedł do granic możliwości i wreszcie jasno powiedział „stop”, – po to żebym miał dobry powód do pójścia po podwyżkę, – po to, żebym wreszcie zrozumiał, że pracuję w złym miejscu i czas na jego zmianę

Dlaczego znowu nie wyrobiłem się ze wszystkim dzisiaj?
– bo niewystarczająco się starałem, – bo wypadły nieprzewidziane sprawy, – bo jestem kiepski w organizacji pracy, – bo mi inni przeszkadzali, – bo ciągle się rozpraszałem


Po co znowu nie wyrobiłem się ze wszystkim dzisiaj?
– po to żebym zrozumiał, że planuję za dużo na jeden dzień, – po to żebym wreszcie zrezygnował z tego co jest nieważna lub niepotrzebne, – po to żebym zrozumiał, że bez dobrego planowania nie dam rady, – po to żebym zobaczył, że jak czasami czegoś nie zrobię to świat się nie zawali

Dlaczego mnie to znowu spotyka?
– bo taki już mój los, – bo mam pecha, – bo życie się na mnie uwzięło, – bo biednemu wiatr zawsze w oczy.

Po co mnie to znowu spotyka?
– po to żebym wreszcie wyciągnął z tego lekcje, – po to żebym zwolnił i stał się bardziej uważny w życiu, – po to żebym zrozumiał co jest w życiu ważne, – po to żebym uwierzył w siebie pokonując trudności, – po to żebym odkrył coś nowego.

Poczuj luz

Sam ćwiczę się w tej podmianie pytań od prawie dwóch lat i jestem bardzo zadowolony z jej efektów. Choć muszę przyznać, że niełatwo mi zupełnie wyłączyć naturalny odruch pytania „dlaczego”. Łapię się na tym szczególnie w korkach. Najpierw się wkurzam, potem rzucam w myślach „dlaczego znowu”, aby po chwili się zreflektować i zadać pytanie „po co mi ten korek”. Odpowiedzi przychodzą niemal natychmiast „po to, aby na spokojnie wziąć trzy oddechy i się trochę zrelaksować”, „po to, aby nie przebiec dnia na autopilocie”. Wraz z odpowiedziami przychodzi rozluźnienie i brak napięcia.

Podobnie jest z kontuzjami, które uświadamiają mi, że ćwiczę nieuważnie lub z chorobami, które przytrafiają mi się po to, żebym zwolnił i lepiej zadbał o swoje zdrowie. Mówiąc krótko, podejście „po co” powoduje u mnie mniej oporu i niepotrzebnego napinania. Wciąż mnie rozwija i poszerza horyzonty. Nie walczę z pewnymi sytuacjami, ale je akceptuję i wykorzystuję na swoją korzyść. Czasami w bonusie odkrywając coś nowego w moim życiu.

Zachęcam i Ciebie do wypróbowania tej metody. Nic nie kosztuje, nie wymaga żadnych inwestycji, a może znaczącą zmienić Twoje życie. Bądź jedynie wyrozumiały dla siebie, bo nie łatwo zmienić przyzwyczajenie kultywowane od tylu lat.

Czy można wygrać z życiem, lub je sobie ułożyć?

Wielu z nas próbuje przejąć kontrolę nad swoim życiem, nadać mu ścisły kierunek lub zbudować w nim swoją bezpieczną przystań. Lubimy wierzyć w to, że po osiągnięciu jakiegoś celu np. znalezieniu męża, zdobyciu dobrze płatnej pracy, posiadaniu miliona złotych oszczędności na koncie będziemy… No właśnie: kim będziemy, jacy będziemy, co tak naprawdę osiągniemy?

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój osobisty - życie

Jeden życiowy cel = życiowy error

Niedawno trafiłem na cytat duńskiego filozofa, poety romantycznego i teologa Sørena Kierkegaarda, który mówiąc kolokwialnie mógłby wielu ludziom rozwalić system, a mnie osobiście pomógł nazwać prosto to, co od wielu lat czułem: „Życie nie jest problemem do rozwiązania, tylko rzeczywistością do doświadczania”. Cytat ten jasno pokazuje, że w życiu mnogość doświadczeń jest ważniejsza niż jeden życiowy cel. Ułuda życiowego celu polega bowiem na tym, że kiedy go osiągniemy, to albo wyznaczymy kolejny (zatem ten pierwszy nie był jednak „życiowym celem”), albo poświęcimy całe swoje życie, aby ten jeden utrzymać. W innej sytuacji nie mamy już po co żyć, bo swoje zrobiliśmy i tylko niepotrzebnie zużywamy tlen.

Życie niczym gra

Zwykłem mawiać, że życie składa się z etapów. Przejście jednego z nich oznacza wejście w kolejny. To trochę tak jak w przygodowych grach komputerowych. Zaczynamy od pierwszego stosunkowo łatwego poziomu, aby potem przechodzić do kolejnych, często już bardziej skomplikowanych i wymagających. Nierzadko, te kolejne wymagają umiejętności lub przedmiotów zdobytych na tych wcześniejszych poziomach. Czasami te przejścia między poziomami są łagodne i łatwo nam się odnaleźć na kolejnym. Bywają jednak i takie sytuacje, gdzie przejście między jednym poziomem a drugim oznacza zmianę świata oraz reguł i zasad tymi światami rządzącymi. Póki będziemy trzymali się tych starych, nie przejdziemy kolejnego poziomu i utkniemy na tym jednym już na zawsze.

W naszym życiu oznacza to czasami rozstania z wieloletnimi przyjaciółmi, zmianę pracy i to taką dogłębną oznaczającą przejście do innej branży lub całkowitą zmianę jej charakteru. Może też wiązać się ze zmianą miejsca zamieszkania lub wywróceniem do góry nogami naszego systemu wartości i przekonań, którymi kierujemy się w życiu. To są właśnie te momenty, w których należy wykazać się odwagą odpuszczenia. Trzeba docenić dotychczasowe doświadczenia, ale nie dźwigać ich dalej jako obciążającego bagażu.

Lubię wtedy patrzeć na to, z takiej perspektywy, że dany człowiek, czy sytuacja która właśnie znika z mojego życia oznacza, że spełnili oni swoją rolę w moim życiu, albo ja moją rolę w ich. Dzięki temu możemy iść dalej, do kolejnego etapu.

Życie jak układanka z puzzli

Prawie każdy z nas ma za sobą doświadczenie układania skomplikowanego obrazka z setek, albo tysięcy drobnych kawałeczków układanki. W życiu jest podobnie, z tą jednak różnicą, że układając obrazek nie znamy jego docelowego wyglądu. Musimy się zdać na nasze doświadczenia wynikające z popełnionych błędów, testować różne strategie doboru kawałków lub ich porządkowania (np. według kształtu, czy koloru). Z czasem udaje nam się połączyć coraz więcej pasujących ze sobą elementów. Możemy np. ułożyć już całe błękitne niebo na naszym obrazku.

Ten moment jest groźną pułapką, bo istnieje pokusa, aby resztę kawałków zgarnąć pod dywan i udawać, że to niebo jest całym obrazkiem. Tak postępują Ci, którzy szukają w życiu bezpiecznej przystani. Zawierają małżeństwa i choć po kilku latach lub miesiącach okazuje się, że to jednak nie jest to czego chcieli w życiu i czują się w nich nieszczęśliwi, to jednak wciąż w nich trwają. Podobnie zachowują się Ci, którzy nienawidzą swojej pracy i się w niej męczą, ale boją się odejść, bo nowa może być gorsza lub będą mniej zarabiać.

Problem z tą sytuacją polega na tym, że ewidentnie wiedzą oni, że dół obrazka nie jest równy, że powinny tam być dodatkowe kawałki, ale robią wszystko aby tego nie widzieć lub o tym zapomnieć. Rzucają się więc w kompulsywne uprawianie sportu, niekończące się zakupy, czasami gubią w pracy lub oddają się jakiejś idei, która uszlachetnia ich męczeństwo. Inna droga to używki, które zagłuszą wyrzuty sumienia, uśpią marzenia i zatrzasną w pancernym sejfie poczucie, że jednak coś jest nie tak. W ostateczności pozostaje jeszcze strach i pytanie, a co będzie jeśli ułożę cały obrazek i okaże się, że pod tym pięknym błękitnym niebem będzie na nim jakieś złomowisko. Dziwnym trafem, prawie nigdy nie pytamy siebie, o to co zrobimy jak pod tym błękitem nieba pojawi się cudowna łąka, zachwycający las, bajeczne miasto czy urzekający lazurem wody ocean.

Cóż mogę podpowiedzieć?

Zamień życiowy cel na życiową misję. Choć brzmi to bardzo pompatycznie, pozwala trzymać się pewnego kierunku, ale nie zamyka Cię w jednym działaniu. Jeżeli masz problem ze słowem „misja” odpowiedź po prostu na pytanie: Co dobrego chcesz wnieść do świata?

Nie bój się też bezpiecznej przystani w życiu, każdy jej potrzebuje. Pamiętaj jednak, że jej nazwa to „przystań”, a nie: zostań lub utknij. To powinien być obszar w Twoim życiu, w którym odpoczywasz, regenerujesz się lub ładujesz baterie. To może być też miejsce twórczych inspiracji lub wsparcia bliskich Ci osób, które w razie czego podniosą Cię na duchu lub w potrzebie szepną „wierzę w Ciebie”.