Rafał Markiewicz

Blog

Punkt „przegięcia” – czyli o tym jak sami się zajeżdżamy

Uwielbiam historię jednego ze start-up’ów, w którym naprawdę panowała luźna atmosfera pracy i tak samo luźny szef. Był on bardzo zaskoczonym kiedy od jednego ze swoich programistów usłyszał, że: „ta presja pracy jest nie do wytrzymania i on już nie daje rady”. Powstaje zatem pytanie skąd ta presja pochodziła?

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - punkt przegięcia - przeproacowanie - pracoholizm

Gdy brak twardych oczekiwań i terminów

Wielu z nas marzy o idyllicznym życiu, w którym nie ma presji, wymagań i wyśrubowanych oczekiwań. Nikt nas nie ocenia, nie pogadania i nie rozlicza. Wyobrażamy sobie ogarniający nas błogi relaks, wszech obecny chillout i dogłębną szczęśliwość.

Nie wiemy tylko tego, że dla większości z nas to fałszywa wizja. Przyzwyczajeni do ciągłego oceniania, regularnych rozliczeń i weryfikacji nie potrafimy się odnaleźć w świecie ich pozbawionym. Nagle może się okazać, że nie tylko kształtują presję, która na nas wpływa, ale także są punktami granicznymi, po których osiągnięciu możemy sobie wreszcie z czystym sumieniem odpuścić.

Bez nich, zajeździmy się i zapracujemy na śmierć lub do momentu całkowitej destrukcji naszego zdrowia. Co więcej, będzie nas zżerać bezustanny stres, bo nie będziemy nawet wiedzieć jak blisko jesteśmy tego, czego się od nas oczekuje.

Przekleństwo przedsiębiorców i samozatrudnionych

Powyższe zjawisko często dotyka tych, którzy prowadzą własne biznesy. Sami są sobie szefem i sami definiują oczekiwania. Przynajmniej tak im się wydaje, bo często podświadomie starają się sprostać oczekiwaniom otoczenia, dorównać ogólnoprzyjętym kanonom sukcesu, czy też komuś zaimponować.

No i jeszcze ta presja na wynik i zarobki. Nierzadko łączona z tym, że jak nie mamy na tym polu sukcesów, to jesteśmy do niczego. Jak zaś mamy, to wydaje nam się, że powinny być one jeszcze lepsze.

Co wyjątkowo przewrotne, często wpadają w ten wir zapracowania ci, którzy uciekali z korporacji przed przepracowaniem.

„Bezgraniczna” zwinność

W ostatnich latach w wielu firmach i korporacjach zaszły ogromne przemiany pod względem podejścia do pracowników. Stały się one bardziej „ludzkie” i propracownicze. Dbają o atmosferę, komfort pracy i odchodzą od bezrefleksyjnego challeng’u. Do tego wprowadzają zwinne metody zarządzania projektami, dzięki którym pracownicy mają większe pole do samodecydowania o sobie oraz zadaniach, których się podejmują w ramach zespołów, w których działają.

Okazuje się jednak, że mimo to niektórzy wciąż wierzą, że jak zrobią więcej i szybciej to będzie lepiej. Szczerze powiedziawszy to mają rację, jednak pod warunkiem, że z tym nie przesadzą.

U niektórych jednak, przyzwyczajonych do wcześniejszych twardych i jednakowych miar dla wszystkich, wyzwala to lęk i obawy, że chyba jednak robią za mało. Robią więc więcej i jeszcze więcej, i tak bez końca. Sypią im się związki, relacje ze znajomymi i są ciągle przemęczeni. Zarazem są niewrażliwi na sygnały z otoczenia, które chce dla nich dobrze i zwraca im uwagę na fakt przepracowania.

Punkt „przegięcia”

Tymczasem prawda jest taka, że nasza wydajność i efektywność w jakimkolwiek działaniu może być podnoszona do określonego momentu. Potem kiedy już ten moment osiągniemy, pomimo że pracujemy jeszcze więcej i mocniej uzyskujemy już tylko gorsze wyniki.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - punkt przegięcia - przeproacowanie - wykres

Czemu tak jest, bo nie zadbaliśmy o odpoczynek i regenerację. Bo ciągle skupieni na jednym temacie, nie dostrzegamy szerszego kontekstu i alternatywnych rozwiązań. Co więcej, czasami nie widzimy w ogóle innych rozwiązań. Niczym zamknięci w wąskim i ciemnym tunelu, choć już nie mamy siły nie widzimy możliwości zawrócenia. Przemy więc do przodu bliscy wycieńczenia. Ten tunel stał się naszym więzieniem.

Sęk w tym, że on nie istnieje. Stworzyliśmy go w naszej głowie, z wykreowanych przez nas oczekiwań i ograniczeń. Jako jego twórcy, też często tylko my możemy go zburzyć. Choć w pierwszej chwili wydaje się to niemożliwe do realizacji – wystarczy tylko zaakceptować lęk i odpuścić.

Zaskakujące jest jak wtedy nagle wiele spraw zaczyna lepiej i szybciej płynąć. Skąd to wiem, sam w nim kiedyś byłem…

Zabójcy sukcesów są wokół nas

Mateusz Kusznierewicz na swoich wystąpieniach promuje mądrą definicję sukcesu: „Sukces jest wtedy, kiedy zdobywamy postawione przed sobą cele”. Uważam że jest mądra, bo jeśli o niej pamiętamy odbieramy oręż zabójcom naszych sukcesów.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - sukces
Photo by Norbert Kundrak on Unsplash

Sukces według naszej miary

Często słyszę powiedzenie: to jest sukces na miarę naszych możliwości. Fakt jest jednak taki, że nie zawsze musi taki być. Czasami wystarczy jak jest to sukces na miarę naszych oczekiwań. Sukces na 100% możliwości jest czasami najzwyczajniej w świecie nieopłacalny, poprzez fakt niewspółmiernego wysiłku czy pieniędzy jaki należałoby zainwestować, aby go osiągnąć.

To właśnie ten bilans jest wskazówką do wyznaczenia sobie odpowiednio zdefiniowanego celu. Celu, którego bez względu na oczekiwania innych powinniśmy się trzymać i o którym powinniśmy pamiętać mierząc swój sukces.

Nierzadko jednak o tym zapominamy i dajemy się wciągnąć w ocenę naszego sukcesu poprzez pryzmat oczekiwania innych. Tych, którzy nie byli zaangażowani w samo działanie. Tych, którzy próbują nas wtłoczyć we własne ambicje i zrealizować je naszymi rękami.

Lepszych nie było?

Są takie pytania, które nazywam jadowitymi. Niby nie skierowane przeciw nam. Niby nas nie negujące. Jednak niczym jad rozchodzący się po ciele ukąszonego, siejące w naszej głowie destrukcję i podkopujące wiarę w nasz sukces.  Często zadają je najbliżsi, koledzy z pracy lub dobrzy znajomi, którzy nie mają odwagi wprost wyrazić swojego niezadowolenia.

Robią to oczywiście pod płaszczykiem troski o nas lub ogólnie przyjętej dyplomacji. Prawda jest jednak taka, że i tak chcą nam „przywalić”, ale w białych rękawiczkach.

Wyobraź sobie, że jako dziecko włożyłeś sporo wysiłku w to, aby ocenę z jakiegoś przedmiotu na koniec roku wyciągnąć z czwórki na piątkę i udało Ci się to. Rozpromieniony w domu chwalisz się, że z danego przedmiotu będziesz miał pięć…, a w odpowiedzi słyszysz zadane przez matkę pytanie „A ktoś będzie miał szóstkę?”

Wyobraź sobie, że po intensywnej pracy i zamknięciu z sukcesem ważnego projektu dostajesz awans na specjalistę. W domu obwieszczasz z radością, że cię doceniono i awansowano na stanowisko specjalisty…, a w odpowiedzi słyszysz od najbliższej osoby pytanie „Teraz to były tylko awanse na specjalistów, czy też obsadzono jakieś menedżerskie stanowiska?”

Niby nie słyszysz „to nic wielkiego”. Jednak tak zadane pytania jasno pokazują, że oczekiwania drugiej osoby były większe lub że nie docenia Twojego sukcesu. Jeżeli zapomnisz jaki był twój cel i nie docenisz faktu, że go osiągnąłeś „jad” zawarty w tym pytaniu sparaliżuje Twoje poczucie sukcesu.

No tak, ale…

Kiedy podejmujesz się jakiegoś działania najczęściej dobrze wiesz co ma być jego efektem końcowym. Często nawet starasz się, aby ten efekt był jak najwyższej jakości. Po wykonanej pracy prezentujesz go z dumą i zamiast pochwały słyszysz „no tak, ale…”.

Po „ale” zazwyczaj pada jakieś oczekiwanie, które nie zostało spełnione lub słyszysz o wyobrażeniu na temat twojej pracy, które jest odmienne od tego co przygotowałeś. Pytanie jednak, czy zostały one wcześniej wyartykułowane przez zlecającego. Jeżeli nie, zlecający powinien mieć pretensje do siebie. Zarazem jednak ta opinia nie powinna obniżać wartości twojego dzieła w twojej własnej ocenie. Cel został zrealizowany z sukcesem.

Mój klient został poproszony przez przełożoną o weryfikację i przygotowanie na kolejne spotkanie podsumowania nowej wersji cyklicznego dokumentu, który opisywał postęp prac w jednym z projektów. Przejrzał go wnikliwie i przygotował syntetyczne podsumowanie. Mówiło ono o tym, że nie stwierdził żadnych istotnych zmian w przebiegu projektu od ostatniego raportu. Nie pojawiły się nowe ryzyka, jak również nie stwierdził nowych lub zwiększonych odchyleń od pierwotnego harmonogramu prac. Co więcej zidentyfikował jeden błąd w informacjach, który dodatkowo zweryfikował i poprosił o wprowadzenie poprawki w dokumencie. W rekomendacji wyszedł poza zlecony mu zakres weryfikacji i zasugerowałem obserwację jednego dodatkowego parametru. Naprawdę był zadowolony ze swojej w pracy.

W odpowiedzi usłyszał „No super, super ale ja liczyłam na jakieś zestawienie liczbowe. Wiesz, ja potrzebuje takie menedżerskie informacje.”

W pierwszej chwili poczuł rozczarowanie i złość. Szybko jednak przypomniał sobie, że w prośbie o podsumowanie nie było mowy o liczbach. Co więcej uznawał swoje syntetyczne podsumowanie za przygotowane właśnie na poziomie menedżerskim, bez wnikania w operacyjne szczegóły.

Później okazało się, że jego szefowa potrzebuje po prostu wsadu do raportu dla swojego szefa.

Cel z „kosmosu”

Czasami nie wyznaczamy sami celu swojego działania, ale dostajemy go od innych. Zawsze warto, przepuścić go przez sito racjonalności i jeżeli ten cel z góry jest nierealny postarać się go przenegocjować. Życie jest jednak, życiem i nie zawsze się da.

Jedna z moich klientek miała szefa, który za wszelką cenę starał się wykazać i zostać członkiem zarządu firmy. Zasadniczo postawa godna pochwały, ale jego ambicje co do realizacji pewnych celów operacyjnych były całkowicie oderwane od rzeczywistości i na dodatek definiowane akademicko na poziomie 100%.

Moja klientka od momentu ich otrzymania wiedziała, że są nierealne i nawet nie podejmowała próby ich realizacji. Zamiast jednak odpuścić i całkowicie wyzbyć się motywacji do pracy wpadaliśmy na pomysł wyznaczania przez nią własnych „celów roboczych”. Takich, których realizacja w sytuacji zmiany pracy pokaże ją przyszłemu pracodawcy jako zaradną menedżerkę z sukcesami. Była to gwarancja tego, że tak definiowane są wystarczająco ambitne i były, bo dzisiaj już pracuje gdzie indziej.

Najważniejsze jednak, że w tej poprzedniej sytuacji nie straciła wiary w siebie. Nie popadła w marazm i wypalenie zawodowe. Dzięki własnym realnym i zarazem ambitnym „celom roboczym” pracowała cały czas nad wynikami oraz rozwijała swój dział. Dostrzegł to rynek i headhunterzy.

Strach nie znika – zacznij działać

Wielu z nas ma wiele pomysłów i planów na siebie oraz swoją przyszłość. Niektóre z nich są już porządnie przemyślane i tylko czekają na odpowiedni moment. Czasami jest nim uzbieranie odpowiedniej kwoty. Czasami to odpowiednia pora roku lub jakieś inne wydarzenie w czasie.

Bywa jednak i tak, że ten moment definiujemy poprzez nabranie odpowiedniej pewności siebie lub wystarczającej odwagi do działania. W takiej sytuacji, możemy już nigdy tych planów nie zrealizować.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty -  strach - działanie
Image by Lars_Nissen from Pixabay

Lęk przed nowym i nieznanym

Ten lęk wbrew pozorom towarzyszy każdemu, kto rozpoczyna jakieś nowe działanie. Jest on nieuchronnym odczuciem, które generuje nasz umysł w odpowiedzi na nieznane.

Dla niego, wszystko co nowe jest groźne lub co najmniej ryzykowne. W trosce więc o nas samych uruchamia system alarmowy mający nas przestrzec przed takim działaniem, a najlepiej do niego zniechęcić.

Takie postępowanie jest wynikiem naszej ewolucji i pozwoliło nam dotrwać do dzisiejszych czasów. Sęk w tym, że są one istotnie różne od tych, w którym ewoluował nasz mózg. Dziś często obowiązują inne reguły i zasady. Zagrożenie zaś nie oznacza już tak często realnego ryzyka utraty życia jak kiedyś.

Nasz umysł tego nie wie i na przysłowiowego maila z ochrzanem od szefa reaguje z taką samą zapalczywością jak na szablozębnego tygrysa wyskakującego z za krzaków. Co więcej dzisiejsze czasy ze swoją zmiennością, szybkim tempem życia i nieprzewidywalnością wystawiają na niezły test nasze mechanizmy obronne oraz umiejętność zapanowania nad nimi i racjonalizacji sytuacji

Nie czekaj na wystarczającą pewność siebie

Wiele osób planuje zacząć realizację swoich planów, jak tylko nabędą odpowiednią wiedzę dotyczącą tematyki z nimi związanej. Brzmi pięknie, ale jest strasznie zwodnicze – bo co to oznacza „odpowiednią”?

Po pierwsze, wiele osób nigdy nie zdefiniowało dokładnie tego stwierdzenia, zatem nigdy nie będą potrafiły powiedzieć, że dany poziom wiedzy jest odpowiedni. Dzięki czemu mają doskonałą wymówkę do tego, aby odkładać realizację swoich planów do końca życie lub do momentu, w którym stracą całkowicie ochotę na ich realizację.

Po drugie, jak nawet zdefiniują „odpowiedni” poziom wiedzy, to wraz z jej pogłębianiem odkryją nowe obszary czy wątki, których wcześniej nie uwzględniły. Będą zatem miały ogromną pokusę, aby podnieść poprzeczkę dla „odpowiedniej” wiedzy i znowu trochę pozwlekać.

Zaakceptuj lęk

Jak długo i intensywnie byś się nie przygotowywał. Jak dużo byś nie ćwiczył lub jak wiele wiedzy byś nie zgromadził i tak lęku się nie pozbędziesz. Zawsze gdzieś pomiędzy neuronami w naszym mózgu przeciśnie się myśli: „A co jeśli nie wyjdzie?”

Ta sytuacja jest np. bardzo dobrze widoczna w przypadku menedżerów wysokiego szczebla. To, że zajmują tak wysokie stanowiska jest najlepszym dowodem na to, że są dobrzy w tym co robią. Ich awanse nie wzięły się znikąd, a ich przełożeni to bardzo często mądrzy i doświadczeni ludzie w biznesie. Na pewno nie wypłacaliby tak wysokich pensji komuś, kto na nie nie zasługuje. Mimo to, jak pokazują badania, największym lękiem tych osób jest właśnie to, iż ktoś odkryje, że się na to stanowisko nie nadają.

Pamiętając o powyższym przykładzie zaakceptuj fakt, iż nigdy nie będzie wystarczająco pewnie i bezpiecznie. Ci którzy realizują swoje plany też odczuwają lęk, ale nie czekają aż zniknie, tylko działają pomimo niego.

Zastanów się teraz dobrze od czego uzależniłeś realizację swoich planów i jeśli się okaże, że od jednego z powyższych powodów to zamień go jak najszybciej na konkretny termin w kalendarzu. Jak nie wiesz jaki wyznaczyć – strzelaj. Jak mawiał jeden z moich szefów, jak nawet wtedy nie zaczniemy, to chociaż konkretnie sprawdzimy czego nam jeszcze brakuje i wyznaczymy kolejny, tym razem już ten właściwy termin.

Powodzenia!

Siła woli – jest silna czy słaba, a może po prostu zmienna…

Jeszcze do niedawna czytałem wiele badań które mówiły, że siła woli spada wraz z upływem dnia. Ostatnio jednak Evan Carter z Uniwersytetu Miami podważył to twierdzenie robiąc przegląd eksperymentów dotyczących tego zjawiska. Wyszło mu na to, że publikowane stronniczo były tylko te, które potwierdzały to twierdzenie.

Szczerze, jest mi obojętne czy spada mi siła woli, energia życiowa, czy też koncentracja. Wiem jedno – na koniec dnia realizacja zadań, które są dla nas wyzwaniem, jest znacznie trudniejsza niż na jego początku.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - siła woli
Photo by Frame Kings on Unsplash

Czemu pod wieczór jest trudniej?

Z jednej strony to oczywiste, bo jesteśmy bardziej zmęczeni po całym dniu. Mamy mniej energii i zapału. Jeżeli jeszcze do tego mieliśmy nie najlepszy dzień, łatwo nam uznać, że zalicza się on do tych kiepskich. Przekreślamy więc w myślach jego drugą cześć. No bo jak jest do „du.y”, to tak jest – i nie warto się starać.

Kiedy dzień jest udany, bywa że wcale nie jest łatwiej. Nakręceni i podekscytowani pierwszą częścią dnia, wpadamy w drugą na wysokim poziomie endorfin. Często w tym stanie chcemy zmieniać cały świat lub chociażby zmajstrować coś równie ekscytującego w naszym życiu. Nagle chwytamy się za rzeczy nieplanowane, które dołożą nam trochę nowej ekscytacji po ich skończeniu. Czasami z ich braku oddajemy się optymistycznym marzeniom lub wymyślamy jakieś plany. Oczywiście, jedynie na tych planach kończąc. Zazwyczaj jakoś tak wychodzi, że to co ekscytujące wypiera to, co stanowi dla nas wzywanie tej ekscytacji pozbawione.

3 istotne zasady

Wbrew pozorom nie jesteśmy w tej sytuacji bezbronni. Bez względu na to co nam spada lub czego ubywa – woli, energii czy koncentracji możemy ogarnąć tę sytuację.

1. Buduj nawyk – kiedy chcemy jakąś sytuację wykonywać regularnie i nie utracić w nią zaangażowania, powinniśmy ją zamienić w nawyk. Świetnym przykładem takiego działania jest codzienne mycie zębów. Nie jest to czynność odkrywcza, ani fascynująca. Co więcej jest ona dość powtarzalna i mało ekscytująca, a mimo to większość z nas myje zęby regularnie.

Pomagają nam w trzy kwestie:

  • wiemy jakie są konsekwencje braku mycia zębów – większość z nas boi się dentysty,
  • wiemy w jakim celu to robimy – ładne zęby i uśmiech + brak interwencji specjalisty z pkt. a,
  • dostajemy natychmiastową gratyfikację – fajny świeży oddech, z którym czujemy się dobrze*

2. Uważaj na „nawyk odpuszczenia” – często, kiedy chcemy wykonywać jakieś działanie regularnie, wcześniej czy później zdarzy nam się potknięcie i sobie odpuścimy. Niby pojedyncze odstępstwo nie jest groźne, ale nasz cwany mózg szybko próbuje się go uczepić.

W naszej głowie buduje się narracja: skoro raz dane działanie pominęliśmy i nic się nie stało, możemy je pominąć jeszcze raz. Potem będzie jeszcze jedno pominięcie i jeszcze jedno i jeszcze… aż nagle ucieknie nam cały tydzień.

Konkluzja w tej sytuacji wydaje się oczywista – skoro poszedł nam cały tydzień w diabli, to już po ptakach i odpuszczamy sobie dyscyplinę w działaniu. Tak umierają wzniosłe postanowienia noworoczne. Giną diety odchudzające i znikają z pola widzenia przyszłe sylwetki wyrzeźbione na skutek regularnych ćwiczeń.

Z tego powodu pamiętaj!
Kiedy jednego dnia odpuścisz, następnego musisz być w dwójnasób czujny i zdyscyplinowany.

3. Planuj precyzyjnie czas działania  –kiedy coś ma być wykonywane regularnie i planowanie ma być skuteczne – jasno wyznacz, o której godzinie lub w jakim momencie dnia będziesz to robił.

I dla jasności – rano lub wieczorem to nie jest precyzyjne stwierdzenie. No bo o 16:00 to jeszcze nie wieczór. 18:00 to dopiero jego początek, więc czasu jeszcze dużo. 20:00 – o matko, kiedy to minęło – zaraz ogarnę temat. 22:00, o kurna koniec wieczoru, a ja nie zdążyłem. Jestem pewien, że wielu z Was doskonale zna ten wewnętrzny dialog.

Stąd, jak planujesz coś robić to planuj – np. o 19:00 i najlepiej ustaw sobie 15 minut wcześniej przypomnienie. Możesz też planować, na konkretny moment dnia – np. zaraz po śniadaniu lub tuż przed nim.

Jeżeli już nadszedł moment działania, a nie możesz się zmobilizować do niego, to użyj „reguły 5 sekund”, o której pisałem tutaj. Odkąd ją znam, już wielokrotnie mi pomogła.


* zaraz po wymyśleniu pasty do zębów nie zyskała on znaczącej popularności wśród użytkowników. Jednak dodanie do niej odrobiny olejku eukaliptusowego zdziałało cuda. Lekkie uczcie szczypania (sugerujące czyszczenie) i świeży oddech (nagroda) istotnie podniosły atrakacyjność jej używania.

Prze_myślnik #47 – ciche zabijanie przyszłości

Czasami w czasie spotkań coachingowych doświadczam niemal rozdwojenia jaźni. Zdarza się bowiem, że na mojej coachingowej kanapie siedzi, ktoś kto w moi odczuciu emanuje siłą wewnętrzną, potrafi skoncentrować się na wytrwałym dążeniu do celu i ma duży potencjał. Tymczasem ten ktoś, opowiada tylko o swoich brakach i o tym jakby chciał, aby jego życie było inne.

Kiedy proponuję „W takim razie uczyń je takim. Zakończ to co Ci nie służy. Zacznij działać w tym kierunku, którego pragniesz.”, słyszę: „To pewnie nie wyjdzie.”, albo „Raczej nie dam rady”.

Niełatwo zaakceptować fakt, że ktoś może nie dostrzegać swoich oczywistych osiągnięć i możliwości. Że tak sam podcina sobie skrzydła, które wręcz zachęcają do wzbicia się w górę. Zarazem jednak czystą przyjemnością jest pomagać takim ludziom, aby „spojrzeli w lustro” bez negatywnego filtru i lepiej poznali samych siebie. Ostatecznie sam jeszcze pamiętam jak wiele daje takie „przebudzenie” i otwarcie na nowe.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - ciche zabijanie przyszłości

Charyzma – tajemny składnik DNA, czy jednak nie?

Wielu z nas lubi sądzić, że charyzma, którą obserwujemy u innych jest darem danym im przez los. Nierzadko też, brak takiego „błogosławieństwa” jest w naszym przypadku doskonałą wymówką do braku działania. No bo po co, skoro i tak nie mam tej magnetycznej mocy porywania innych.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - charyzma
Image by Med Amine MEKHANEG from Pixabay

Wrodzona charyzma to mit

Sądzimy tak, ponieważ wiele atrakcyjnych osób, ma w sobie charyzmę. Sęk w tym, że charyzma nie zależy od atrakcyjności. Doskonałym przykładem charyzmatycznej osobowości jest np. Winston Churchill, którego atrakcyjność określiłbym jako „dyskusyjną”.

Co więcej charyzma nie jest zastrzeżona też tylko dla głośnych i pełnych energii ekstrawertyków. To cecha również dostępna dla introwertyków. Dodatkowo wbrew powszechnym poglądom nie wymaga ona od nas, abyśmy się zmieniali lub stawali kimś zupełnie innym niż jesteśmy.

Nierzadko magnetyczną siłę porywania tłumów zastępuje magnetyczna siła spokoju, którego tak wielu z nas dzisiaj brakuje.

Przepis na charyzmę

Wbrew pozorom nie będziesz musiał przygotowywać tajemnych wywarów i oblewać się nimi o północy na rozstajach dróg, spluwając dodatkowo trzy razy przez lewe ramię. Ku zaskoczeniu wielu, również ilość składników jest zaskakująco mała. Jak twierdzi Olivia Fox Cabane, autorka książki „Mit charyzmy” składa się ona z trzech elementów: obecności, wizji i ciepła.

1. Obecność

Na pozór prosty, ale ostatecznie wymagający element. Określa on osobę, która w kontakcie z drugim człowiekiem, jest cały czas obecna i skupiona na nim. Nie sprowadza się to tylko do braku tak powszechnej dziś i denerwującej zabawy swoim telefonem.

Bazuje natomiast na głębokim zanurzeniu w ten kontakt i nie uciekaniu myślami do innych spraw. Dzięki temu otwieramy się na drugiego człowieka i rodzi się w nas naturalna ciekawość drugiej osoby. Tym zachowaniem z pewnością wyróżnimy się spośród innych i zapadniemy w pamięć naszemu rozmówcy.

Często zresztą słyszę też o tym od moich klientów, którzy z zaskoczeniem stwierdzają, że już dawno nikt nie poświecił im tyle czasu i uwagi jakiej doświadczyli podczas naszego spotkania. Skupienie na kliencie jest naturalne dla coaching. Zapewniam jednak, że jest równie przydatne w życiu codziennym.

Kiedy Ty ostatnio czułeś/czułaś się tak zaopiekowany/zaopiekowana w rozmowie z drugą osobą?

2. Wizja (pewność działania)

Czasami ten element bywa określany też jako „moc”, która bije od drugiej osoby. Tymczasem jest to po prostu głęboka wiara lub przekonanie w to co dana osoba robi lub do czego dąży.

W jej języku nie znajdziesz tzw. „zwrotów chybotliwych” wskazujących na brak pewności siebie. Np. „myślę, że chciałabym”, „zastanawiam się nad tym czy…”, „może zrobię to w przyszłym roku”. Ich miejsce zajmą silne i proaktywne sformułowania typu „moim celem jest”,  „mam już plan osiągnięcia…”, „działam aktywnie w kierunku”.

Zwróć uwagę jak zupełnie inaczej słucha się takiego języka. Co więcej „energetyczność” tych słów często rzutuje też na energię bijąca z postawy ciała takiej osoby.

3. Ciepło

To nic innego jak otwartość na innych i bezinteresowna przychylność dla nich. Nie podszyte żadną zazdrością, zawiścią czy ochotą ściągnięcia innych w dół. To czystej wody życzliwość, poparta docenieniem, dobrym słowem i życzeniem udanego życia dla drugiej osoby.

Czyż nie byłoby przyjemnie spędzić kilku chwil w towarzystwie kogoś takiego?

Krótki poradnik efektywnej pracy z pomysłami

Sporo moich klientów, z którymi mam okazje współpracować ma wiele różnych pomysłów. Mówią mi o tym, ale kiedy o nie pytam, nie łatwo im je sobie przypomnieć. Inni mają je nawet spisane, ale kiedy zaczynamy o nich rozmawiać, już nie bardzo pamiętają czemu je zapisali. Pomysł to często chwilowy przebłysk, nagła inspiracja lub ulotny wytwór kreatywności. Niezaopiekowany znika w czeluściach pamięci lub rozpływa się w czasie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - pomysł - działanie - plan - realizacja
Photo by Dose Media on Unsplash

1. Zapisz nim zniknie

Z pomysłami jest jak ze snami. Budzisz się i pamiętasz co Ci się śniło, jednak po godzinie już często nie możesz sobie przypomnieć o czym był ten sen. Pomysł niezapisany potrafi wyparować z naszej głowy w oka mgnieniu.

Wystarczy, że coś Cię rozproszy, że zajmiesz się jakimś zadaniem lub odpowiesz komuś na jakieś pytanie. Chcesz wrócić do pomysłu, a tu klops – nie pamiętasz co nim było. Czasami po chwili siłowania z pamięcią go odtworzysz. Innym razem pozostaje tylko wkurzająca pustka…

Zatem ustal sobie jedno miejsce na zapisywanie swoich pomysłów. Obojętnie czy to będzie mały notes, kalendarz, dowolna aplikacja w telefonie czy jeszcze inne rozwiązanie. Ważne, aby było ono jedno i zawsze to samo. Dzięki temu nie musisz się zastanawiać gdzie go zapisać.

Jednak sam fakt zapisania nie rozwiązuje problemu. Musisz ustalić też najszybszy możliwy termin kiedy do niego wrócisz i zrobisz pierwszą, szybką weryfikację. Wbij sobie na ten termin przypomnienie.

2. Dokonaj szybkiej weryfikacji

Zawsze kiedy zapisujemy pomysł dokładnie wiemy o co nam chodzi. Kiedy jednak zerkam na jego hasłowo zapisaną wersję po jakimś czasie, istota tego pomysłu może być dla nas niezłą zagadką. Stąd istnieje potrzeba jego szybkiej weryfikacji, która w ciągu 5 minut pozwoli Ci zweryfikować jego sens i nadać mu bardziej pełne znaczenie.

Po prostu przepuść ten pomysł przez trzy podstawowe pytania:

  • co?
  • jak?
  • dla kogo?

Już po nich będzie wiedział jak go lepiej zapisać lub czy go przypadkiem nie wywalić.

3. Pogłęb idę

Jeżeli pomysł się ostał nie powinieneś go w tym momencie porzucać, bo stanie się jedynie iluzją. Masz do wykonania jeszcze jeden ważny krok na etapie jego koncepcji. Możesz go zrobić od razu po odpowiedzi na trzy podstawowe pytania lub nieco później tylko nie odkładaj go na niewiadome „kiedyś”. Znowu ustal sobie jakiś termin i zapisz przypomnienie o nim.

Kiedy nadejdzie ten moment pomysł znowu powinien zostać przepuszczony przez trzy kolejne pytania:

  • po co?
  • jak to ma wyglądać?
  • co chcę z nim zrobić w przyszłości?

4. Zaplanuj realizację

Rzecz bardzo istotna, która także często unika naszej uwadze to fakt, że sam pomysł nie jest jeszcze działaniem. To, że go masz nie oznacza jeszcze, że coś osiągnąłeś.

Dopiero kiedy zaczniesz wdrażać go w życie, zweryfikujesz go ostatecznie. Przy czym co ważne, jego realizacja nie musi od razu oznaczać, że wdrażasz go w 100%. Czym większy pomysł, tym więcej przygotowań wymaga.

Masz zatem do wyboru: ustalić kiedy go wdrażasz w życie na 100% lub kiedy wykonujesz pierwszy konkretny krok w ramach przygotowań do jego wdrożenia. Obojętnie co wybierzesz potrzebujesz wyznaczenia konkretnej (jeszcze raz: KONKRETNEJ) daty w kalendarzu. Nie w przyszłym tygodniu, miesiącu lub we wrześniu. Tylko np. 6 września 2020 i pamiętaj ustaw sobie w tym terminie przypomnienie.

Na zakończenie jedna dobra rada:

Wiele osób nigdy nie zaczyna, bo nie może się zdecydować na konkretną datę. Podnoszą argument, że nie mogą jej wskazać, ponieważ nie wiedzą co się do tego czasu wydarzy lub co im jeszcze wpadnie do kalendarza. To zwykła ściema.

Taka data związana z realizacją pomysłu to nie podpisanie cyrografu, a jedynie wyznaczenie punktu w czasie. Jeżeli nie jesteś jego pewien i będzie Ci tak łatwiej umów się sam ze sobą, że to termin roboczy, który będziesz mógł przesunąć jeżeli znajdziesz ku temu uzasadnione powody 😉

Niespełnione marzenia umierają…

To niepozorne i na pozór banalne zdanie, kryje w sobie głęboki przekaz. Zazwyczaj w życiu nasze marzenia odkładamy na później. Na wtedy, kiedy będzie więcej czasu lub pieniędzy. Umyka nam jednak drobny fakt, że później będziemy też prawdopodobnie mieli mniej zdrowia, energii i co najważniejsze zachwytu życiem.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - marzenia
Image by Pexels from Pixabay

Duch przygody się wypala

Kiedy jesteśmy młodzi i lekko beztroscy planujemy swoje życie z rozmachem. Chcemy przeżyć je na pełnym gazie i w pełni intensywnie. Pragniemy odkrywać to co nowe, nieznane i pozwalać porywać się naszym fascynacjom.

Niektórzy powiedzą, że to nieroztropne i nierozważne. Być może. Jednak po latach, to właśnie wspomnienia tych przygód są najintensywniejsze i najmocniej naładowane emocjonalną życiową esencją. To właśnie też one są w stanie poderwać nas w przyszłości do „życia”. Do przebicie balonu codziennej rutyny. Do wygrzebania się z pod sterty zobowiązań. Do chwilowego odłączenia autopilota i chwycenia steru życie w swoje ręce.

Bo tak to już bywa, że jak raz kiedyś poczujemy wiatr znad morza na swojej twarzy to zawsze będziemy go pamiętać. Jak wdrapiemy się na jakiś szczyt i zobaczymy widok zapierający dech w płucach, na zawsze zapamiętamy jak to jest tego doświadczać. Jak skoczymy odważnie w przepaść nieznanego, to w przyszłości będzie nam łatwiej robić wielkie życiowe kroki, bo już wiemy, że sobie poradzimy. Że strach ma wielkie oczy, a rzeczywistość bywa dużo mniej straszna, ale zarazem fascynująca.

Czemu to takie ważne, bo z wiekiem nasz wewnętrzny duch przygody się wypala. Traci energię i zapał, aż wreszcie niepodsycany regularnie wygaśnie całkowicie. My natomiast zmienimy się w życiowe zombie, na stale podłączone do ekranów telewizorów i fascynujące się fascynującym życiem serialowych bohaterów.

Marzenia mają termin przydatności do użycia

Wielu z nas o tym nie wie i potem przeżywa rozczarowanie. Nawet gdyby w przyszłości udało nam się dysponować odpowiednią ilością czasu, pieniędzy, zdrowia i energii, może się okazać, że nasze marzenie już nas nie kręci. W sumie to nawet nie pamiętamy, czemu naszym marzeniem było.

Dziś wielu ludzi potrafi powiedzieć o tym jakie chcieliby mieć życie, ale zapytanych o 5 swoich największych marzeń milknie z zakłopotaniem. Dzieje się tak, bo „ogrody marzeń” zakładamy w młodości. Dotrwać do późnego wieku mogę jedynie wtedy, kiedy je odpowiednio pielęgnujemy i dbamy o nie.

Marzenia, niczym kwiaty kiełkują, wzrastają, rozkwitają i następnie gasną. Każdy czas w naszym życiu ma swoje własne marzenia, kiedy czas mija umierają także i one. Ważne jest zatem to, aby je pielęgnować i w odpowiednim czasie zrywać. Nie tylko dla własnej satysfakcji, ale również po to, aby zrobić miejsce na nowe. Zbyt wiele ogrodów marzeń, zbyt wielu ludzi przypomina dziś cmentarzyska zasuszonych kwiatów, na których już nic nie rośnie.

Obudź ducha, zasiej marzenia

Rozpoczął się właśnie kolejny miesiąc wakacji. Kolejny miesiąc pełen słońca, którego promienie mogą jeszcze dotrzeć do naszego wnętrza i rozpalić w nas ducha przygody.

Nie musi być wielki i spektakularny. Wystarczy na początek, że się przebudzi i pozwoli nam zrobić coś niecodziennego. Kiedy już zrobimy pierwszy krok, przypomni nam się jak smakuje życie. Jak w naszym ciele wibruje zachwyt i przygoda. Potem już tylko będziemy chcieli tego więcej i więcej.

Nawet się nie spostrzeżemy kiedy któregoś dnia, starość zastanie nas w naszym ogrodzie marzeń i to w momencie, w którym właśnie zasadzimy nowe nasiona przygody. Takiej starości życzę sobie i wam.

Komu oddałeś władzę nad swoim życiem?

Ursula K. Le Guin znana amerykańska pisarka SF w jednej ze swoich powieści stworzyła zasadę, że ten kto zna prawdziwe imię drugiej osoby, może przejąć nad nią władzę. Stąd tak ważne było, żeby nikomu swojego prawdziwego imienia nie zdradzać. Czasami przypominam sobie tę opowieść, kiedy spotykam klientów niezadowolonych ze swojego życia lub w ogóle energii życiowej pozbawionych, za to z listą osób, które są za ten stan według nich odpowiedzialne.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wolność - odpowiedzialność - dojrzałość
Image by Лечение наркомании from Pixabay

Już dawno temu nauczyłem się, że jeśli czegoś nie cierpisz i uprzykrza lub rujnuje Ci to życie, a ciągle się tego trzymasz oznacza to, że czerpiesz z tego układy jakiś zysk. Dla wielu osób jest to zaskakujący wniosek. Co więcej, często gwałtownie przeciwko niemu oponują. Ja jednak zawsze z całkowitym spokojem odpowiadam: skoro nic nie zyskujesz, a tylko tracisz to puść tę relację, zakończ związek, wyjdź z tego przeklętego układu lub zależności. Wtedy okazuje się, że to niemożliwe bo….

To co jest, zwalnia mnie z działania

Skoro moja sytuacja jest taka trudna i skomplikowana, jestem nią przybity/przybita. Chodzę więc po świecie, szukając osoby która mnie uratuje. Szukam tych, którzy mają duże pokłady energii i mogę się pod nią podpiąć, aby na niej żerować. Nierzadko spodziewam się specjalnego/pobłażliwego traktowania, no bo przecież tak mi ciężko.

Łatwo takie osoby rozpoznać po tym z  jak z wielkim oporem, a czasami buntem lub histerią reagują na propozycje rozwiązania ich sytuacji. Mówisz zrób to lub tamto. Podejmij działanie, a ja Ci pomogę. W odpowiedzi słyszysz, że nie masz pojęcia jakie to trudne. Oczekujesz niemożliwego, a tak w ogóle to niczego nie rozumiesz, nic nie wiesz i jesteś nieempatycznym człowiekiem.

Wizja działania jest odbierana przez te osoby jako zagrożenie. Zagrożenie, że ta „straszna” sytuacja, w której tak dobrze się odnajdują, w której umościły sobie tak wygodne miejsce i na której zbudowały swoją legendę może się zmienić.

Musiałyby dorosną

Wiele razy już słyszałem, jak to ktoś sobie nie radzi, bo miał trudne dzieciństwo. Z pewnością bywają tak traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, że aby jakoś się z nich wykaraskać potrzebna jest pomoc psychoterapeuty lub innego specjalisty. Jednak często nie są to tak dotkliwe rany i można je w miarę prosto zaleczyć. Warunek główny takiego uleczenia, to przestać grzebać w ranie i dać się jej zabliźnić.

Czasami pytam trzydziestoparoletnie osoby, czy są dorosłe. To ważne pytanie, bo jako dorośli mogą sami decydować o swoim życiu. Nie zmienią swojego dzieciństwa, ale mają wpływ na swoją przyszłość. Mogą też zdecydować co ze swoim dzieciństwem zrobić. Stworzyć dla niego ołtarzyk w swoim życiu i co dnia padać przed nim na kolana rozpaczając jak ono zrujnowało ich całe życie. Mogą też spojrzeć na nie z dystansu i zatrzasnąć za nim drzwi, otwierając nowy rozdział w swoim życiu, którego będą autorem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale kiedy taka decyzja zapadnie, tworzą najczęściej niesamowite życie. Przeciwności w dzieciństwie uczą nas bowiem odporności. Czynią nas bardziej odpornymi na przeciwności i dodają determinacji w pokonywaniu przeszkód. Trzeba tylko powiedzieć: „Tak, jestem dorosły” i sam decyduje co dalej.

Konieczne byłoby uznanie, że świat nie jest idealny

A życie to nie bajka. Wbrew pozorom są takie osoby które tego nie wiedzą. Opowiadają jak strasznie jest w ich pracy, podczas gdy w innych firmach jest tak fajnie. Żalą się, że nie znają języków obcych, bo nie miały nauczycieli, którzy rozpaliliby w nich pasję do nauki. Uważają, że tylko one pracują przy projektach, które nie są realizowane na czas i zgodnie z harmonogramem, no przecież wszystkie inne są. Mają wyjątkowego pecha do partnerów życiowych pełnych niedoskonałości, podczas gdy innym trafiają się niemal ideały. No i jeszcze jedno – nigdy niczego nie wygrały w konkursach, bo tak już ich życiowy pech.

Proszę zawsze wtedy, aby podały nazwę takiej idealnej firmy, w której tak świetnie się pracuje. Wskazały imię osoby której trafił się nauczyciela, który rozbudził w niej pasję do nauki języka. Podały nazwę projektu, który zakończył się o czasie i bez problemów. Wskazały życiowego wybrańca, któremu trafił się idealny pod każdym względem życiowy partner lub partnerka. Wreszcie proszę o wymienienie imion bliskich, którzy coś wygrali w konkursach. Najczęściej w odpowiedzi na te pytania słyszę… ciszę.

Zadaję więc pytanie: „Skąd wiesz, że taki idealny świat, w którym wszystko samo i zawsze dobrze się dzieje w ogóle istnieje?”. Tutaj też najczęściej powietrze przenika dźwięcząca cisza.

Wszystko sprowadza się do „odpowiedzialności”

W każdym z powyższych przypadków, tego czego zabrakło to wzięcie odpowiedzialności za swoje życie we własne ręce. Decyzja taka nie jest prosta i nierzadko wzbudza w ludziach lęk, ale raz podjęta potrafi ich napędzać całe życie. Nie gwarantuje jednak, że zawsze będzie prosto i łatwo – taka jest bowiem egzystencja, a nie życie.

Nawiązując do pomysłu Ursuli K. Le Guin, skoro wychodzisz na środek miasta i wykrzykujesz na głos swoje prawdziwe imię, to nie miej pretensji do losu, że potem wszyscy mają nad Tobą kontrolę. W prawdziwym świecie Twoje „prawdziwe imię” to Twoje życie.

Prosty przepis na nieszczęście – nigdy tak nie postępuj!

Chciałbym mieć szczęśliwe życie. Szukam pracy, która daje satysfakcję. Chciałbym być dobry w danej dziedzinie. Czy to nie piękne marzenia? Może i piękne, ale też bardzo zgubne. Potrafią unieszczęśliwić na całe życie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - szczęśliwe życie - satysfakcja z pracy - spełnienie
Image by Thanks for your Like • donations welcome from Pixabay

Chaos nieprecyzyjności

Kiedy nie wiem czego tak naprawdę chcę, zawsze będzie mi mało. Zawsze będzie mi towarzyszyć uczycie niespełnienia i niedosytu. Czemu tak? Bo nie mam „punktu”, do którego dążę i który mogę osiągnąć.

Nie jestem nieszczęśliwą osobą, ale nie czuję się w pełni szczęśliwy/szczęśliwa. To nierzadkie stwierdzenie moich klientów.  Pytam wtedy, czego Ci brakuje do stanu szczęścia… i tu zaczyna się problem. Najpierw pada kilka ogólników, które potrzebują doprecyzowania. Potem jest zwykle trochę ciszy i stwierdzenie „chyba mówię chaotycznie”.

Z satysfakcjonującą pracą nie jest lepiej. Czasami zaczyna się od potrzeby fajniejszego szefa. Czasami od niedookreślonego celu pracy, a bywa i tak, że od braku rozwijających zadań. Czym bardziej doprecyzowuję, tym lista powodów i oczekiwań się zwiększa. Potem już nie wiadomo, co jest w sumie ważniejsze. Wszystko się miesza i zaczyna być chaotyczne.

„Zabójczość” prostego pytania

Skąd ten problem. Kiedy nie wiem czego konkretnie chcę, nie wiem też czego mi konkretnie brakuje. Zadaję więc sobie pytanie: „Czemu nie jestem szczęśliwy/usatysfakcjonowany/lub wystarczająco dobry?”. Skoro pytam – to mój mózg odpowiada, bo tak jest skonstruowany. Zawsze szuka prostej i szybkiej odpowiedzi, a one w tej sytuacji mogą być tylko dwie:

– bo jestem niewystarczająco dobry,

– bo oni lub świat są przeciwko mnie.

Przebiegłość tej odpowiedzi polega na tym, że ciężko ją podważyć. Jednocześnie jednak nie daj nam ona żadnej wskazówki na to co robić. Z pewnością jednak obciąża naszą psychikę i pcha nas ku niezadowoleniu.

Odpowiedź leży w doprecyzowaniu

Chociaż to nie proste zadanie, aby być szczęśliwym/usatysfakcjonowanym/lub wystarczająco dobrym należy najpierw odpowiedzieć na to, co dany termin dla mnie oznacza. Np. czego do szczęścia potrzebuję i po czym poznam, że je osiągnę. Kiedy w życiu byłem naprawdę szczęśliwy i z czym ten moment się wiązał. Co było kluczem do mojego szczęścia, w tamtej chwili.

Kiedy pytamy o przykładowe szczęście, ważne jest aby pytać o nie w tej chwili lub niedalekiej przyszłości, a nie w całym życiu. W takiej sytuacji przytłoczy nas ogrom wizji i ciężko będzie znaleźć odpowiedź. Pomijając już fakt, że nasze postrzeganie szczęścia może się zmieniać w czasie wraz z nabywaniem nowych doświadczeń życiowych i zmian zachodzących w naszym otoczeniu. Warto o tym pamiętać, bo część z nas nie daje sobie na tę zmianę przyzwolenia i próbuje budować definicje na całe życie.


Ćwiczenie na wiecznie nieosiąganie celu

Mam takie własne ćwiczenie dla klientów, którzy chcą być dobrzy w swojej pracy, ale nie wiedzą co to do końca znaczy. Proszę ich, aby poszli na długi spacer.

Nie fizycznie, ale mentalnie. Żeby wyobrazili sobie, że na niego idą z myślą, że następnego dnia odpytam ich o ten spacer i oto czy był faktycznie długi. Proszę, aby podali mi precyzyjnie moment kiedy go zakończą.

Większość z nich się obrusza i pyta co to znaczy dla mnie długi. Odpowiadam, że im nie powiem, ale moje oczekiwania nadal pozostaje takie samo. Czasami więc mówią, że długi to będzie taki godzinny. Czasami odpowiadają, że skończą np. po 5 kilometrach.

Wtedy zawsze dopytuję, czy następnego dnia bez wahania wskażesz mi ten moment jako koniec długiego spaceru. Czy jesteś tego pewien/pewna? W reakcji na to pytanie często deklarują, że jednak pójdą trochę dalej albo trochę dłużej.

Niestety tak samo dzieje się z ich karierę kiedy nie określili wcześniej co to znaczy być dobrym/dobrą w swojej pracy. Kiedy już prawie zbliżają się do tego momentu i mają stanąć w prawdzie, podejmują decyzję o przesunięciu swojego celu dalej. Potem zrobią to ponownie, ponownie i jeszcze ponownie, aż całkowicie stracą serce do pracy, w której nigdy nie mogą stać się wystarczająco dobrzy.