Rafał Markiewicz

Blog

Czerwone znaczy „stop”

Kiedy w dzieciństwie uczymy się oznaczeń świateł drogowych są one proste. Zielone znaczy „idź”, czerwone znaczy „stop”.  Nic więcej, nic mniej – żadnego „zatrzymaj się”, „poczekaj” itd.  Wtedy wierzymy, że te kolory nas chronią, mówiąc nam jak się mamy zachować.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - pośpiech

Świetlny wyścig

Z wiekiem, nagle tym prostym świetlnym komunikatom zaczynamy nadawać emocjonalne znaczenie. Czerwone światło przestaje znaczyć „stop”.  Zaczyna być czymś co nas ogranicza, spowalnia i zatrzymuje. Staje się irytującą przeszkodą w naszym codziennym pośpiechu. Z nieznanych mi przyczyn zaczyna się tajemniczy konkurs na przechytrzenie czerwonego światła. Choć zielone już mruga lub rozbłyska żółte, my jeszcze przebiegamy przez przejście lub próbujemy śmignąć samochodem przez skrzyżowanie. Najdziwniejsze, że robimy tak nawet wtedy, kiedy nic nam to nie daje, bo np. za skrzyżowaniem i tak stoi korek, który nas zatrzyma lub nie ma w ogóle racjonalnego powodu, żeby się spieszyć.

Nieracjonalność działań

Sam złapałem się na tym, że idąc na autobus i dochodząc do skrzyżowania zaczynałem biec, aby załapać się jeszcze na zielone. Tylko po co, skoro żadnego autobusu na horyzoncie nie było widać? Podobnie miałem idąc na popołudniowy spacer.  Podbiegałem aby przebiec na zielonym a przecież las, park, czy plaża nigdzie nie uciekną, nie są otwarte do którejś godziny – spokojnie czekają na mnie cały czas.

Równie nieracjonalne zachowania są u tych co na zielone nie zdążyli. Nerwowe przestępowanie z nogi na nogę, irytacja, wykrzywianie twarzy lub natrętne naciskanie przycisk w celu szybszego wymuszenia zmiany świateł. Co ciekawe, często na tych przyciskach właśnie pojawia się napis „czekaj”, tak bardzo ignorowany przez naciskających. Jeszcze bardziej dziwne jest to, że kiedy tylko rozbłyśnie zielone, osoby te jakby spuszczały parę i napięcie a następnie powolnym krokiem idą przez biało-czarne pasy.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - pośpiech

Czerwony znaczy „życie”

Proponuje Tobie totalną zmianę podejścia i założenie, że czerwone światło znaczy „życie”.  Przyjmij, że chroni Cię ono nie tylko przed tym, abyś nie wpadł pod samochód, ale zarazem wyrywa Cię z bezrefleksyjnego pędu dnia.

Ile razy pojawi się ono na Twojej drodze zatrzymaj się i wsłuchaj się w swój oddech. Nie zwalniaj go, ani nie przyśpieszaj- tylko obserwuj. Zwróć uwagę czy jest płytki czy głęboki, szybki czy wolny, płynny czy rwany, łapczywy czy spokojny, czy oddychasz lekko czy ciężko.

Następnie w sposób świadomy zacznij zwalniać i pogłębiać swój oddech. Poczuj jak powietrze wpływa do Twoich płuc i wypływa z nich. Zwalniaj, aż do momentu gdy poczujesz opanowujący Cię spokój.

Wówczas zadaj sobie pytanie, co jest w Tobie prawdziwe w tym momencie. Zauważ jakie masz myśli, emocje i nastrój. Jakie chęci Tobą kierują i jakie opory wyczuwasz. Poczuj to co płynie z Twojego wnętrza i powiedz temu „tak”. Bez ocen i bez rozważania co jest właściwe a co nie.

Kiedy zapali się zielone, po prostu rusz z miejsca i zacznij od nowa kolejną część dnia. W taki sposób, jak masz ochotę.

Na początku może nie być łatwo i będziesz się dziwnie czuć. Spokojnie, nikt nie wie o czym myślisz i raczej niż zauważy co robisz ze swoim oddechem. Za to, za jakiś czas może tak się zdarzyć, że wręcz będziesz zwalniać przed skrzyżowaniem aby tylko się zatrzymać i chwilę zrelaksować na czerwonym.

„Był taki czas, gdy ciągle się spieszyłam. Na przykład jechałam tramwajem i chciałam, żeby on jechał jeszcze szybciej. Miałam ten pośpiech w sobie. I nagle pomyślałam: „Zaraz, dokąd ja się tak śpieszę? Przecież na końcu czeka na mnie trumna”. Pozbądź się tego wewnętrznego biegu.” – Danuta Szaflarska

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small  W pisaniu towarzyszyła mi herbata YOGI TEA®Ÿ – Swobodny oddech – BREATHE DEEP

Life Factory - projekt

Własna Góra Dantego

„Góra Dantego” to film katastroficzny, opowiadający o tytułowej górze będącej nieczynnym wulkanem, który pewnego dnia budzi się doprowadzając do zagłady pobliskie miasteczko. To z pewnością niezbyt przyjemna wizja. Jednak jeszcze mniej przyjemne jest to, że spora część z nas ma prywatną Górę Dantego, której przebudzenie jest tylko kwestią czasu.

Rafał Markiewicz-coach problem

Naiwne dzieciństwo

Uwielbiam ten okres w życiu dziecka, kiedy na hasło „schowaj się” zakrywa oczy dłońmi i mówi „już”. Jest przekonane, że skoro ono nic nie widzi, to i cały świat go nie dostrzega.

Z dzieciństwa pamiętam jeszcze jedną sytuację, kiedy wyjście na dwór było uwarunkowane zrobieniem wpierw porządku w pokoju.  Ponieważ zwykle mi się spieszyło, wybierałem sobie jedno miejsce lub jedną szafkę, do której na siłę upychałem bez ładu i składu wszystkie porozrzucane rzeczy i tym sposobem w ekspresowym tempie uzyskiwałem na pierwszy rzut oka uporządkowany pokój.

Choć oba zachowanie można uznać za dziecinne i naiwne, to zadziwiające jest jak wielu dorosłych postępuje identycznie ze swoimi problemami. Zamiast stawić im czoła i podjąć jakieś działanie wolą ich nie dostrzegać lub upchnąć do jakiejś wyimaginowanej szafy i żyć tak jakby ich nie było.

To co dokarmiasz rośnie

Niestety problemy nie są biodegradowalne i nie znikają wraz z upływem czasu. Co prawda z czasem ulegają zmianom i mutacjom, ale raczej nie stają się z tego powodu mniej uciążliwe. Czasami wręcz skażają sobą coraz większy obszar naszego życia.

My też mamy tę cechę, że gdy już nauczyliśmy się odkładać problemy „na potem”,  z czasem do tej sterty dokładamy kolejne. Oczywiście robimy to z poczuciem winy, zatem staramy się to zrobić szybko i trochę tak, aby nie dostrzegać całokształtu już zgromadzonych spraw do załatwienia. Te zaś kitwaszą się w coraz większym ścisku. Nawzajem przeplatają i na skutek panującej w tej stercie wysokiej temperatury ulegają fermentacji puchnąc do coraz większych rozmiarów i wydzielając przykry zapach, który ciężko ukryć pod warstwą rozpylanych odświeżaczy powietrza.

Rafał Markiewicz-coach problem

Piramida problemów albo węzeł gordyjski

Kiedy mamy 90 lat i dopiero wtedy zaczniemy sobie szykować składowisko problemów to mamy sporą szansę, że możemy skończyć swój żywot szybciej, niż one nas przytłoczą. Natomiast w każdym innym przypadku, tylko kwestią czasu jest kiedy góra problemów nie wytrzyma nacisku i runie na nas lawiną niezałatwionych spraw.

Część moich klientów po takim doświadczeniu nie może się pozbierać i w uporządkowany sposób zająć się rozwiązywaniem nabrzmiałych spraw. Chwytają się wszystkiego na raz, przez co nie doprowadzają do finału żadnego rozwiązania. Ich frustracja tylko rośnie a problemów nie ubywa. Choć to nie proste, w takim momencie wymagana jest żelazna konsekwencja w działaniu i zajmowanie się jednym, góra dwoma problemami jednocześnie.

Inną kwestią, z którą w podobnych sytuacjach zgłaszają się do mnie klienci jest splątanie problemów upychanych „na później” od dłuższego czasu. Momentami stanowią one istny węzeł gordyjski  i nie wiadomo, od którego z nich zacząć. Tym bardziej, że gdy chcesz pociągnąć za jeden ze sznurków, to ten poprzez swe splątanie, jednocześnie pociąga za sobą dwa inne. Z tego względu ważne jest , żeby oprócz konsekwencji w działaniu mieć również harmonogram działań i wiedzieć, które z nich czasowo zawiesić, aby doprowadzić do końca pozostałe. Niestety natura węzła jest też taka, że nie wszystkie splątania są widoczne od razu, stąd wymagana jest spora elastyczność w przyjętym harmonogramie.

Działaj, zanim góra się przebudzi

Jeżeli masz takie składowisko problemów w swoim życiu, nie czekaj aż runie Ci na głowę. Zaciśnij zęby, załóż gumowe rękawice, fartuch ochronny i zacznij robić porządek – krok po kroku. Na początku może być trudno i nie do końca miło, ale każdy kto ma za sobą takie wielkie porządki, wie jak wielka satysfakcję i ulgę daje to, kiedy patrzysz na puste miejsce po własnej Górze Dantego.

Zanurz się w życie

Każdemu z nas zdarzyło się wracać po schodach, aby sprawdzić czy na pewno zamknęliśmy drzwi, albo czy wyłączyliśmy światło. Często żyjąc w biegu i zamyśleniu nie odnotowujemy w pamięci czynności, które wykonaliśmy. Do napisania tego artykułu zainspirował mnie zresztą znajomy, który szukając swojego telefonu, chwycił pierwszą lepszą komórkę w domu i wybrał swój numer, aby zlokalizować dzwoniący aparat. Zdziwił się trochę, kiedy usłyszał sygnał zajętości. Cóż…, tak się zdarza kiedy dzwonisz ze swojego telefonu sam do siebie.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - życie

W kleszczach impulsów

Zazwyczaj, kiedy tylko się budzimy, myślimy o tym co musimy załatwić danego dnia, pamiętamy o zaplanowanych spotkaniach i wściekamy się kiedy jakieś dodatkowe rzeczy do załatwienia zaburzają nam ten misternie utkany plan. Są też tacy, co żyją bez planu i robią to na co akurat mają ochotę, ale kiedy nadchodzi północ lub ostateczny termin realizacji jakiegoś zadania, żyją w mega stresie i biegu. Żyjąc w ten sposób mamy też potrzebę ciągłej zajętości umysłu, czy to jakimś zadaniem, rozmową, filmem czy szperaniem w smartfonie. Powstaje zatem pytanie: co się z nami stało? Czy staliśmy się tak ważni, że świat nas ciągle potrzebuje i wzywa? Czy też przyzwyczajeni  do ciągłych impulsów z zewnątrz, nie potrafimy usiąść, uspokoić się i spędzić trochę czasu z samym sobą?

Moim zdaniem, zdecydowanie to drugie. Całymi dniami nasz mózg jest wręcz naćpany od mnogości impulsów a kiedy ich liczba spada zachowujemy się jak na jakimś narkotycznym głodzie. Czujemy lęk, niepokój, nerwowe rozedrganie i dopada nas poczucie niewytłumaczalnej straty, jakby uciekało nam życie. Spokojnie…, to tylko iluzja.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - życie

Filiżanka wyciszenia

Na przekór temu wszystkiemu zachęcam do małego i przyjemnego detoksu. Wybierzcie się do jakiejś kawiarni z dobrym widokiem na ulicę, ale zróbcie to koniecznie sami. Bez znajomych, czy rodziny. Nie zabierajcie też żadnych książek czy czasopism. Jeżeli musicie zabrać komórkę, wyciszcie ją i nie wyciągajcie z torby lub plecaka. Zajmijcie miejsce i zamówcie sobie filiżankę dobrej kawy lub herbaty. Weźcie łyk pysznego płynu i pomyślcie, że życie to nie jest coś co biegnie i ucieka ale jest czymś co was otacza. Trochę tak jakbyście zanurzyli się w ocenie i teraz woda jest wszędzie wokół was. Spójrzcie na to co Was otacza na ulicy, na ludzi, samochody i wszystko co zauważycie.  Spróbujcie zaciekawić się tym, czemu dany budynek czy przystanek ma taki kształt, co Wam mówią kolory przemykających samochodów, przyjrzyjcie się z ciekawością przechodzącym ludziom. Czy są szczęśliwi, źli, zamyśleni, rozbawieni a może jeszcze inni. Nie oceniajcie, patrzcie i starajcie się zrozumieć co nimi kieruje, kim mogą być. Jeśli tylko Wasz umysł zacznie uciekać myślami do innych spraw, weźcie kolejny łyk kawy lub herbaty. Poczujcie uważnie jej smak, poczujcie jak płynie przez Wasz organizmy, dodajcie do tego kilka spokojnych oddechów i wróćcie pełni ciekawości do obserwacji, tego co jest „tu i teraz” tuż przed Wami.

Taka chwila poprzebywania samemu ze sobą i spokojnego poobserwowania otoczenia potrafi zdziałać cuda. Pozwala złapać odpowiedni dystans do pędu życia, dostrzec to co było do tej pory niedostrzegalne i co ważne pozwala się zupełnie wyciszyć. Miłego obserwowania życia!

 

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - życie - siła spokoju - peaceful Warrior

 

Tekst pisałem z filiżanką pysznej białej herbaty Perła Karaibów i cudownym widokiem za oknem

Life Factory - projekt

Przetrwać – to za mało!

Już wiele lat temu zauważyłem, że jeśli chodzi o życie, najtrudniej odpowiada się na najprostsze pytania go dotyczące. Jednym z moich ulubionych jest „Po co żyjesz?”. Ci którym je zadaje, najczęściej są zszokowani, moim oczekiwaniem umotywowania przez nich swojego życia. Przecież ktoś ich urodził, szczęśliwie przeżyli aż do teraz i są… co tu tłumaczyć lub wyjaśniać. W zupełności wystarcza im strategia przetrwania od dnia narodzin do jak najdalszego dnia śmierci.

Rafał Markiewicz - coach: przetrwanie

Dziecięca ciekawość świata

Dzieciom z reguły się pytań o życie nie zadaje, sądzę jednak, że sporo z nich nie miałoby problemu z odpowiedzią na to „po co żyją”. Po to, żeby: zobaczyć słonia, pojechać do Legolandu, odwiedzić Disneyland lub polecieć w kosmos. Czy to odpowiedzi naiwne, zdecydowanie tak. Jednak naiwność oraz ufność do świata i ludzi są typowe dla dzieciństwa. Charakterystyczne dla tego okresu życia jest też niedostrzeganie barier i ograniczeń oraz niezachwiana wiara w marzenia. Jest jeszcze jedna szczególna cecha wyróżniająca maluczkich. Jeśli taki maluch, który żyje po to aby zobaczyć słonia wreszcie go ujrzy, nie utarci wiary w sens życia, tylko z miejsca wykreuje kolejny cel dla swojej życiowej egzystencji. Może będzie to spotkanie ze strusiem, lot samolotem albo kąpiel w morzu z dużymi falami. Czasami od nadmiaru możliwości, aż zakręci mu się w głowie.

Przetrwanie, jako sposób na życie

Życie dorosłych, mocno się różni od tego z czasu dzieciństwa. Najczęściej zdążyło nam już ono porządnie dokopać, jakieś zdarzenie podcięło nam skrzydła a ktoś komu ufaliśmy zdążył nas już zawieść lub oszukać. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się przetrwać trudne sytuacje i wyjść obronną ręką z niebezpiecznych zdarzeń.

Problem jednak w tym, że ta duma nam wystarcza! Mamy poczucie zdania egzaminu z życia i osiadamy na laurach. Za przetrwanie trudnej sytuacji, czy wyjście obronną ręką z niebezpiecznego zdarzenia należą się gratulacje, ale dotyczą one tylko tych krótkich momentów naszego życia. Tymczasem ono trwa dalej, a my zamiast z niego korzystać, jedynie martwimy się o to, żeby nie było gorzej. To nic innego, jak czystej wody strategia przegranych.

Przypomina to sytuację moich znajomych, którzy prowadzą własną firmę. Mieli trochę trudnych momentów w swoim biznesie i niejednokrotnie ciężką pracą i wyrzeczeniami go ratowali. Kiedy ostatnio omawialiśmy kondycję ich firmy, zdumiało mnie to, że tworzą plany finansowe tak aby nie dopłacać do firmy (przetrwać), zamiast tego aby coraz więcej na niej zarabiać. Kiedy zwróciłem im na to uwagę, byli zszokowani. Przecież kiedy zaczynali biznes mieli opracowane cele sprzedażowe i przygotowane plany dotyczące rozwoju firmy na najbliższe lata. Kilka trudnych momentów sprawiło jednak, że zapomnieli o planowanym zysku a zaczęli uznawać za sukces samo przetrwanie firmy przez jeszcze jeden rok.

Rafał Markiewicz - coach: przetrwanie

Wyciskaj z życia ile się da, ono nie trwa wiecznie

Strategia przetrwania, którą niejednokrotnie przyjmujemy pokazuje jedynie, że traktujemy życie jak jakąś karę, coś tak nieprzyjemnego, że jedyne o czy marzymy to, żeby w nim jakoś wytrzymać. Zgadzam się, że nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, ale przyjąłem strategię wzajemności: im bardziej mi ono dowala, tym mocniej sobie odbijam starając się czerpać radość i satysfakcję z życia kiedy tylko i jak tylko się da. Dzięki takiemu podejściu dbam o swoją kondycję i o to co jem, bo zależy ma na odpowiedniej  energii  życiowej i szybkiej regeneracji. Stresy i nerwy zwalczam ćwiczeniami z hantlami i mega rozluźniającą jogą, ciężkie tygodnie pracy odbijam sobie weekendowymi wypadami za miasto. Codziennie przed pracą urządzam sobie dwudziestominutowy spacer, codziennie staram się kogoś rozśmieszyć, powiedzieć sprzedawcom w sklepach coś przyjemnego i zjeść jakąś małą słodycz, bo jestem łasuchem 😉 Czasami zaś zalegnę w jakimś fajnym miejscu i przez godzinę albo parę czytam i słucham muzyki. Czy miewam okropne dni, czy bywam bez siły i złoszczę się na cały świat, oczywiście że tak. Przerobiłem jednak na swoje potrzeby biblijną przypowieść o 7 latach tłustych i 7 latach chudych. Dla mnie zmiany na lepsze i gorsze są nieustającym cyklem. Kiedy jest dobrze staram się nacieszyć tym czasem na zapas, a kiedy nadchodzi czas gorszy cieszę się drobnostkami i pamiętam, że za czas jakiś będzie lepiej. Pielęgnuje też w sobie proste dziecinne pragnienia: chcę jeszcze wrócić na Kretę, odwiedzić Paryż, ponownie wykąpać się w oceanie i ciągle poznawać nowe miejsca. Kiedy realizuje jedno z nich, natychmiast na jego miejsce powstają nowe. Nie chcę jedynie przetrwać życia, tylko wbiec na jego metę z impetem i kupą pomysłów, może dzięki temu nawet nie zauważę, że to już koniec…

Prze_myślnik #2 – zamartwianie

Martwienie się – niczego nie rozwiązuje i niczego nie zmienia, bo nie należy do sfery działania. Często wygodnie jest się w nie zapaść i zrobić z niego przyczynę naszych niepowodzeń. Zamartwianie się i epatowanie tym stanem, staje się dla niektórych stylem życia. Dzięki takim zachowaniom skupiają na sobie uwagę i współczucie innych.

Uważaj na takich ludzi w swoim otoczeniu! Pozbawiają Cię energii i niejednokrotnie ciągną w dół, zamiast wspierać i popychać do przodu.

Rafał Markiewicz - coach- zamartwianie

Za ile się sprzedajesz?

Pewnie zdarzyło Wam się słyszeć o ludziach, którzy w trakcie porządków na strychu, w piwnicy lub gdzieś w jakiś szpargałach znajdowali stary obraz, którego chcieli się pozbyć i sprzedawali go za niewielką cenę komuś innemu. Następnie okazywało się, że „stary obrazek” był de facto dziełem znanego malarza i ten który kupił go za parę złoty lub dolarów, w jednej chwili stawał się dzięki niemu milionerem. Ciekaw jestem, co w takiej sytuacji myślicie o tym, który go sprzedał? Pechowiec, nieudacznik, czy frajer…

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - zasoby

Choć łatwe ocenianie innych, gdy nie znamy ich całego życia, nie jest czymś pochlebnym, to jak byśmy nie postępowali i tak wszyscy postrzegamy to zdarzenie w kontekście wielkiej straty. Niejednokrotnie również współczujemy temu, którego to dotknęło. Gdyby natomiast przydarzyło się to nam, pewnie bylibyśmy wściekli i potwornie sfrustrowani.

Czy pozbywasz się za „grosze” najcenniejszych zasobów?

Często, kiedy pytamy ludzi czego chcieliby mieć więcej, niemal automatycznie odpowiadają: „pieniędzy”. Tak, jeśli tylko nie jesteś ascetą i nie zdecydowałeś się żyć gdzieś w górach Tybetu, jedynie medytując i czerpiąc siłę do życia z promieni słonecznych lub nie zaszyłeś się w dzikiej i głuchej dżungli, to pieniądze są ważne i bardzo potrzebne. Mają jednak tę dobrą właściwość, że można je zarabiać i pomnażać. Można je też oczywiście stracić, ale jak pokazują kariery biznesmenów, którzy teraz święcą tryumfy, a wcześniej zaliczyli bankructwo, można też tę stratę odrobić i to jeszcze z nawiązką.

Są jednak w naszym życiu, trzy bardzo ważne zasoby, których strata jest nie do odrobienia. Z tego też powodu powinniśmy zwracać na nie szczególną uwagę i wysoko je cenić. Są nimi: czas, zdrowie i energia.

Czas

Choć jego upływ możemy łatwo mierzyć przy pomocy zegarków, to często mimo świadomości jego przemijania zamiast żyć „tu i teraz” uciekamy we wspomnienia i przeszłość, albo też snujemy rozmyślania o przyszłości. Kiedy wracamy wreszcie do dnia dzisiejszego jesteśmy nagle zaskoczeni, tym ile tego dnia już ubyło i jak mało zrobiliśmy.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - zasoby

Wiele spraw w swoim życiu odkładamy też na później, bo iluzorycznie wierzymy, że kiedyś nagle znajdziemy na nie czas. Bywa tak np. ze spotkaniami ze znajomymi i dopiero kiedy nadejdzie niespodziewanie  informacja, że któregoś z nich już nie ma wśród nas, wtedy najczęściej jesteśmy zszokowani i twierdzimy, że przecież tyle razy, chcieliśmy się już z nim umówić.

Zdrowie

Wielu z nas uważa, że ma jeszcze czas aby o nie zadbać. Póki co, wszelkie bóle i dolegliwości znosimy środkami przeciwbólowymi, zapominając że one nie leczą a jedynie przytłumiają sygnał ostrzegawczy z organizmu jakim jest ból. Wiemy, że alkohol jest trucizną i powinniśmy go unikać, ale przecież tak fajnie poprawia humor i chwilowo przykrywa problemy. Wiemy, że powinniśmy jeść zdrowo i dbać o dostarczanie organizmowi wszelkich witamin i mikroelementów, ale przecież łatwiej jest jeść fast food’y i dla zabicia wyrzutów sumienia łykać suplementy.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - zasoby

Dopiero kiedy organizm już nie daje rady i nagle lądujemy na pogotowiu, otrzymujemy zatrważające wyniki testów lub łapie nas tak silny ból, że polopiryna, paracetamol czy inny ibuprom nie są w stanie go uśmierzyć – orientujemy się, iż nasze zdrowie jest w ruinie. Niestety, często bywa wtedy już za późno. Dla przykładu, wątroba wystawiona na działanie różnego rodzaju toksyn oraz otłuszczenie nie jest unerwiona, zatem nie boli. Kiedy już spowoduje widoczne problemy zdrowotne, często ze względu na jej zniszczenie jedynym wyjściem jest jej przeszczep od innego dawcy.

Energia

Jakże jest to niedoceniany zasób. Co więcej, w niektórych kręgach wycieńczenie z przepracowania lub przeimprezowania uchodzi wręcz za powód do chwały. Znam też takie osoby, które mierzą swoją wartość w firmie liczbą zaległych dni urlopowych z poprzednich lat. Tymczasem Wojciech Eichelberger na swoich szkoleniach i warsztatach przekonuje, że mamy tak naprawdę dwa rodzaje energii: dobową i życiową.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - zasoby

Jeżeli danego dnia przegniemy z przepracowaniem lub inną aktywnością możemy całkowicie wyczerpać jej odnawialną, dobową porcję. Wtedy też zaczynamy korzystać z energii życiowej, która jest zasobem nieodnawialnym. Oznacza, to tylko tyle, że ile energii życiowej zużyjemy o tyle skrócimy sobie życie.  Powstaje zatem pytanie, czy nie oddajemy jej zbyt łatwo, za zbyt mało ważne sprawy i czy za parę lat nie poczujemy się jak znalazca „starego obrazka”, który pozbył się go za grosze.

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small Tekst powstał w towarzystwie bardzo aromatycznej herbaty Lawendowy Earl Grey

Life Factory - projekt

Czy znasz swój target?

Target, jest często używanym w marketingu określeniem na „grupę docelową”.  Stosuje się go najczęściej do zdefiniowania grupy klientów, do których dany produkt ma być skierowany i dla których ma być atrakcyjny. To tych klientów pyta się właśnie o zdanie i opinię, to ich się słucha i pod ich gusta dopasowuje. Oczywiście inni klienci również mogą go używać i być z niego zadowoleni, ale jeśli zgłaszają swoje propozycje na modyfikacje czy zmiany, są one pomijane. Nie wynika to z braku szacunku, ale ze świadomości, że nie można wszystkim jednocześnie dogodzić i spełnić ich oczekiwań.

Rafał Markiewicz - coach: target

To bardzo ważna świadomość, równie dobrze sprawdzająca się w biznesie, jak i życiu osobistym. Choć w tym drugim raczej nie do sprzedaży i promowania siebie, ale do zbudowania świadomości kim jesteśmy i do jakiej grupy należymy. Dzięki temu jesteśmy w stanie oddzielić, tych których opiniami powinniśmy się przejmować, od tych których opinie powinniśmy wysłuchać a następnie o nich zapomnieć. W ten sposób nie marnujemy cennej energii na rozmyślanie, czy czegoś nie zmienić, nie stać się kimś innym, czy może inaczej zacząć się zachowywać. Staniemy się też bardziej odporni na krzywdzące oceny, odmienne osądy i przestaniemy próbować dopasować się do wszystkich.

Gdybym ja słuchał wszystkich z taką sama uwagą, już dawno porzuciłbym coaching i rozwój osobisty, bo znam wielu, którzy w niego nie wierzą.  Musiałbym pozbyć się też empatii, bo za zbędną uznają ją ekstremiści biznesowej  efektywności. Moja znajoma, która udziela się w środowisku aktywistów społecznych i właśnie jedzie na jedną z międzynarodowych konferencji jako wolontariuszka musiałaby z tego zrezygnować, bo jej koledzy nabijają się z niej, że jest frajerką, która za darmo odwala robotę. Dziewczyna chce być w centrum wydarzeń i nawiązać nowe znajomości, tymczasem niektórzy nie potrafią tego docenić, bo w ich życiu są ważne inne wartości. Zamiast się z nimi wykłócać i udowadniać swoje racje, wystarczy aby pamiętała, że grupą, z którą się mocno identyfikuje są właśnie społecznicy i to ich opinii powinna słuchać.

Nie potrafię podać niezawodnego przepisu na sukces, ale mogę podać przepis na porażkę: staraj się zawsze wszystkich zadowolić.

Herbert Bayard Swope

Spełnienia marzeń – życzenie, czy przekleństwo

„Spełnienia marzeń” – to jedno z najczęstszych życzeń jakie można usłyszeć z okazji imienin, urodzin czy jeszcze innych świątecznych okazji.  Pytanie tylko, czy ktoś z je składających faktycznie się zastanawiał, co się stanie jak wszystkie marzenia zostaną spełnione?

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - marzenia

Marzenia turystyczne

To nie koniecznie te z podróżami związane, ale do stanu podczas turystycznych wypadów mocno nawiązujące. Właśnie w ich trakcie wpadam bardzo często w stany zauroczenia danym miejscem, kulturą czy sposobem życia. Zachwyt ten jest o tyle złudny, że bywa bardzo powierzchowny i właśnie z tego powodu wszystko wydaje nam się cudowne, proste, łatwe i pozbawione problemów.  Nagle, chcemy opuścić miasto i żyć w zagubionym gdzieś wśród pól i lasów gospodarstwie, bo byliśmy na agroturtsyce i było tak cicho, spokojnie, relaksująco i jedliśmy tylko zdrowe produkt z lokalnej zagrody. Zapominamy jednak, że ktoś te warzywa i owoce musiał posadzić i pielęgnować, że pyszny rosół na tłustej kurze nie wziął się z nikąd i ktoś musiał tę kurę hodować a potem zabić. Odwiedzamy te miejsce słonecznym latem, zieloną wiosną lub wielobarwną jesienią i zapominamy, że jeszcze jest zima i wtedy trudno tu dojechać i stąd się wydostać a mieszkańcy skazani są jedynie na samych siebie. Bez możliwości wyskoczenia do kina, knajpy czy znajomych. Takie turystyczne marzenia też często dotyczą domowych zwierzaków. Kiedy marzymy o słodkim, cudownym psiaku, który będzie nas radośnie witał w progu domu. Zapominamy często, że trzeba go wyprowadzać na dwór bez względu na pogodę i weekendowe poranki.

Moim” turystycznym marzeniem” było zostać dyrektorem jakiejś dużej firmy. Marzyłem o dobrej pensji, prestiżu i zarządzaniu. Zostałem dyrektorem i jednocześnie prezesem spółki, która zatrudniała 160 osób i dopiero wtedy poznałem psychiczne obciążenia, odpowiedzialność karną i nie zawsze przyjemne spotkania z Radą Nadzorczą, które były nieodłączną częścią tego stanowiska. Dziś cieszę się, że mam realizację tego marzenia na swoim koncie, ale powtórka tego doświadczenia mi się nie marzy. Podobnie jak mojemu znajomemu, który marzył o swoim zespole i taki też założył. Zapomniał jednak, że własny zespól, to nie tylko samo granie i podbijanie nowych scen. To też dźwiganie sprzętu, podłączanie kabli, wykłócanie się o honoraria i humory członków zespołu.

Stało się, i co teraz?

Są też marzenia, które dają prawdziwą satysfakcję i radość z ich realizacji, bez żadnych ukrytych pułapek i niechcianych konsekwencji. Zatem życzenia ich spełnienia wydają się być w pełni uzasadnione i bezpieczne. Zapominamy jednak, że spełniając marzenia jednocześnie je tracimy. Tak mają często, Ci którzy długie miesiąc przygotowują się np. do zdobycia Mount Everestu. Żyją przygotowaniami a następnie wspinaczką na ten ośmiotysięcznik i kiedy wyczerpani i szczęśliwi stają na szczycie czują ogromną radość. Osiągnęli cel, udowodnili sobie że dali radę, spojrzeli na świat z najwyższego szczytu Ziemi i… marzenie prysło. Teraz  to, o co muszą się martwić to jak najszybszy i bezpieczny powrót. Cały dramatyzm tego zdarzenia polega również na fakcie, że nawet gdyby drugi raz próbowali zdobyć ten szczyt, to już nigdy nie odczują tak wielkiej ekscytacji przygotowaniami i wspinaczką, jak za pierwszym razem. Ja miałem tak z marzeniem o tym, aby znaleźć się kiedyś w hiszpańskiej Kordobie i odwiedzić Mezquitę. Byłem we wnętrzu tego olbrzymiego meczetu, zachwyciłem się tamtejszym lasem pięknych kolumn i uległem urokowi tego pięknego wnętrza. Pamiętam jednak moment wyjścia z niego i chwilę kiedy oblało mnie światło gorącego andaluzyjskiego słońca. Pomyślałem: zrobiłem to, było cudownie i co teraz….

Mądrość Złotej Rybki i lampianego dżina

Problemu z marzeniami, była już świadoma Złota Rybka i dżin z lampy. Mało, kto zauważa, że zaproponowali oni rybakowi i temu, który potarł lampę jedynie spełnienie trzech życzeń, o marzeniach nic nie wspominając.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - marzenia

Bo życie uczy nas tego, że jesteśmy za krótko na tym świecie, aby marnować czas na użalaniem się nad niespełnionymi marzeniami. Powinniśmy się nauczyć cieszyć dniem codziennym i doceniać małe przyjemności. Nie czekać na zrządzenie losu, nie zanosić modłów do bogów i sił wyższych o nasze uszczęśliwienie. Powinniśmy szukać szczęścia w sobie, polubić siebie i wymyślić sobie takie marzenie, którego nigdy nie będzie można spełnić, ale dążenie do którego, pomimo wielu wyzwań i przeciwności sprawi nam radość. Moim takim marzeniem jest to, aby otaczali mnie dobrzy i fajni ludzie oraz abym mógł się nieustannie dzielić z nimi moją radością.

Tekst zainspirowany chwilą wspólnego siedzenia z moją drugą połową na jednym z pomostów na molo w Juracie. Świeciło na nas słońce, lekko usypiał szum morza i nawet nie wiadomo kiedy, uciekła nam godzina na wspólnym wpatrywaniu się w ryby buszujące w wodorostach przy molo. Gdyby wtedy pojawiła się Złota Rybka i zapytała o moje życzenie, poprosiłbym pewnie, aby ta chwila trwała znacznie dłużej…

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small Pisząc ten tekst popijałem pyszną zieloną herbatę Mogo Mogo o smaku mango

Life Factory - projekt

Zerwany kontakt

Wiele nieprzyjemnych sytuacji, które nam się w życiu przytrafiają, często jest poprzedzone sygnałami ostrzegawczymi. Co jednak zaskakujące, mamy niebywałą zdolność do ich ignorowania i niezauważania. Sprzyja temu wszechobecna technologia, koncentracja na doraźnych rozwiązaniach oraz nieświadomość swojej intuicji.

Rafał Markiewicz - coach -zerwany kontakt

Zegary zamiast Chmur

Austriacki filozof Karl Popper stworzył rozróżnienie na Chmury i Zegary.  Zegary to systemy maksymalnie uporządkowane, stabilne, które można rozłożyć na poszczególne części aby zbadać, jak tworzą całość. Chmury natomiast są nieregularne, dynamiczne i dziwne. Cały czas ulegają przemianom, zmieniają kształt, wielkość i kolor. Trudno nad nimi zapanować. Współczesna kultura pędu i pośpiechu uparła się, aby każde zjawisko, z naszym życiem włącznie, spróbować naciągnąć do struktury zegara i na siłę uporządkować.

Efektem takiego podejścia są kalendarze, harmonogramy i aplikacje, które wszystko kontrolują i o wszystkim przypominają. Nie pamiętamy już dat imienin i urodzin najbliższych, bo przypomną nam o tym stosowne przypominacze. Nie pamiętamy numerów najbliższych, bo wszystko mamy w komórkach. Słyszałem o przypadku kobiety, która miała wypadek samochodowy, podczas którego uszkodzeniu uległ m.in. jej telefon. Z rodziną udało się skontaktować dopiero po dwóch dniach, bo nie potrafiła z głowy podać telefonu do najbliższych. Biegamy pod dyktando pulsometru lub dla pobicia wczorajszego rekordu: odległości, średniego tempa lub liczby kroków. Wszystko to mierzą w czasie rzeczywistym nasze smartfony. Problem jednak w tym, że skupieni na tych danych ignorujemy ból w kolanie, kolkę w lewym boku i biegniemy dalej przeciążając ciało na tyle, aż wreszcie zamanifestuje swoje potrzeby poważną kontuzją lub urazem. Przypominamy roboty, a może zegary, podłączone do centralnego układu sterowania. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem kogoś z tradycyjną mapą w ręku, za to już w niejednej toalecie zdarzyło mi się słyszeć wydobywający się nagle z jakiejś kabiny mechaniczny głos „skręć w lewo” lub  „sygnał został utracony”. Uzależniamy się od elektronicznych map i GPS’u. Tak to prawda, dzięki nim szybciej trafiamy do celu i skuteczniej omijamy korki. Ja jednak pamiętam, ile razy zabłądzenie podczas zwiedzania jakiegoś miasta pozwoliło mi odkryć fantastyczne miejsca, budowle i magiczne skwery lub poznać ciekawych ludzi. Z tego też powodu, czasami bardzo świadomie wyłączam GPS, gubię precyzyjnie wyznaczone ścieżki i pozwalam sobie niczym swobodna chmura krążyć po nieznanych ulicach i placach, nieznanego miasta.

Natychmiastowe działanie

Budzisz się rano i masz zaledwie kilkadziesiąt minut na wyjście do pracy. Czujesz jednak, że coś niedobrego dzieje się z Twoim żołądkiem. Czy zatrzymasz się i zastanowisz co może być tego przyczyną, czy postarasz się wyczuć na ile to może być stan poważny? Raczej nie, bo interesuje Cię natychmiastowe rozwiązanie problemu. Zatem jedna tabletka przeciwbólowa, jedna rozkurczająca i już po problemie. Podobnie w przypadku bólu głowy, kręgosłupa czy też innych problemów zdrowotnych. Jeśli trafi się mocno stresujący dzień to po co się wyciszać, wychodzić na spacer aby odreagować i wyczyniać takie tam podobne „fanaberie”. Szybciej jest wziąć jakąś tabletkę uspokajającą, może psychotrop na poprawę nastroju lub wychylić kilka drinków na zapomnienie i odprężenie. To, że środki te nie rozwiążą żadnych problemów a kolejnego dnia mogą doprowadzić do jeszcze większego napięcia, to też nie jakiś szczególny problem – najwyżej zażyjemy podwójną dawkę naszych uspokajaczy. Kiedy trafi się nam jakiś dzień, w który od samego rana nie mamy siły i energii, to też nie będziemy nagle myśleć o zaplanowaniu popołudniowej drzemki, rozważać czy osłabiło nas całodniowe żywienie oparte na niezdrowych fast foodach czy zalana alkoholem wątrobą. Wystarczy jeden energetyk i już jesteśmy nakręceni nową siłą i prawie jak nowi. Pewnie dopiero za parę lat, niespodziewany zawał, wylew, miażdżyca czy rak dość brutalnie uświadomią nam, że te doraźne rozwiązania działają jednak na krótką metę a organizm z nawiązką odpłaci nam za takie traktowanie.

Intuicjo, gdzie się podziałaś?

Intuicja, bywa nazywana wewnętrznym głosem mądrości. Mamy ją wszyscy i odbieramy od niej sygnały praktycznie cały czas. Problem jedynie w tym, że bardzo często nie potrafimy ich zauważyć a nawet jak je dostrzeżemy, brakuje nam odwagi aby im w pełni zaufać. W dużym stopniu to efekt zachodniej cywilizacji, która stawia na inteligencję i logikę, które mieszkają w lewej półkuli naszego mózgu. Mają one charakter linearny i opierają się na słowach oraz liczbach. Tymczasem intuicja – objawiająca się w postaci nagłego przebłysku myślowego, który dostarcza nam myśl, obraz, rozwiązanie problemu, odpowiedź na nurtujące pytanie lub ostrzeżenie – pochodzi z półkuli prawej.

Często słyszę stwierdzenie: „ ja już nie ufam intuicji, bo się na niej zawiodłem/zawiodłam”. Zwykłem wtedy pytać, ile razy daną osobę zawiodło myślenie racjonalne, wynikające z logiki i inteligencji. Sam zresztą, przez długie lata wybierałem to, co pochodziło z głowy a nie mojego wnętrza. Do dzisiaj doskonale pamiętam rozmowę rekrutacyjną, na której moja intuicja wręcz wrzeszczała wewnątrz mnie, abym nie przyjmował tej oferty. Jednak racjonalna głowa kalkulowała prestiż stanowiska, wysokość wynagrodzenia i ambicjonalne dopieszczenie faktem, że kupił mnie z rynku headhunter. Postawiłem na głowę i zapłaciłem za to wysoką cenę zdrowiem. Prawdopodobnie podświadomie, obserwując sposób komunikacji między osobami z tej firmy, moja intuicja odkryła bardzo niezdrowe relacje, których z racji mojego wyboru, z czasem stałem się uczestnikiem. Od tamtej pory, to co podpowiada mi intuicja traktuję co najmniej na równi z podpowiedziami z głowy. Jeśli jednak sygnał intuicji jest na tyle silny, że bardzo mocno reaguje na nie moje ciało (nagłe silne spięcie brzucha, napięcie ramion i karku lub silne zaciśnięcie szczęki), wtedy bez wahania idę za głosem intuicji.

Rafał Markiewicz - coach - herbata

Wewnętrzne podłączenie

Opisane powyżej sytuacje, są efektem zerwania kontaktu z naszym wnętrzem lub zagłuszania go przez bardzo silne elementy z zewnątrz. To czego potrzebujemy, aby usłyszeć samych siebie, to chwilowego zatrzymania i wygaszenia zewnętrznego hałasu. Czasami wystarczy usiąść na chwilę gdzieś w domu, wyłączyć telewizor, wyciszyć telefon i nie puszczać żadnej muzyki. Brak pośpiechu i cisza wokół, pozwalają usłyszeć siebie. Doskonałym wyborem może być też spacer po lesie, plaży, górach lub łąkach. To właśnie wtedy, kiedy nasz spokojny mózg chłonie piękno natury, może dojść do głosu lewa półkula i z poziomu intuicji podszepnąć jakieś rozwiązanie.

Polecam również medytację. Pozwala ona na bardzo mocne nawiązanie kontaktu ze swoim wnętrzem i odczuciami z ciała. Praktykowana regularnie, sukcesywnie tę więź pogłębia. Jeśli jednak brak Ci czasu lub cierpliwości, dam Ci moją prywatną radę. Kup kilka dobrych gatunkowo herbat liściastych i każdego dnia zaparzają inną z nich, stosując się ściśle do zaleceń zaparzania: temperatury wody, czasu parzenia. Obserwuj przy okazji, jak zmieniają się w tym procesie zasuszone liście pod wpływem gorącej wody, jak woda nabiera barwy a następnie pij herbatę powoli, ciesząc się jej smakiem. Jeśli wybierzesz zieloną, możesz ją zaparzyć trzykrotnie i zdradzę Ci jedynie, że najsmaczniejsze nie jest wcale to pierwsze parzenie 😉