W ludziach, których spotykamy możemy przeglądać się jak w lustrze. To co nam w nich przeszkadza, co się podoba i co irytuje, wypływa z naszego wnętrza a nie z tego jacy oni są.

W ludziach, których spotykamy możemy przeglądać się jak w lustrze. To co nam w nich przeszkadza, co się podoba i co irytuje, wypływa z naszego wnętrza a nie z tego jacy oni są.

To odwieczny dylemat rozwiniętych społeczeństw, w których jedna grupa osób koncentruje się na zarabianiu pieniędzy i dobrach materialnych, kosztem wolnego czasu, zaniku relacji z innymi ludźmi i zaprzestania odkrywania przyjemnych doświadczeń. Podczas, gdy grupa druga stawia właśnie na wolny czas, relacje z ludźmi i przyjemne doświadczenia godząc się z tym, że z tego powodu ma mniej pieniędzy.

Zespół psychologów z University of British Colambia w Kanadzie postanowił się przyjrzeć obu podejściom do życia i sprawdzić co jest lepsze dla naszego dobrostanu. W badaniu uczestniczyło ponad 4000 osób, które zadeklarowały: czy wolą pracować krócej, mieć mniej pieniędzy, ale więcej czasu dla siebie, czy też pracować więcej godzin i dysponować większymi pieniędzmi. Oprócz złożonej deklaracji, wszyscy uczestnicy badania wypełnili jeszcze kwestionariusz obecnego stanu.
Wyniki pokazały, że Ci nastawieni na większe pieniądze są mniej szczęśliwi od tych, którzy stawiają na więcej wolnego czasu. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że Ci mniej zapracowani mają czas na cieszenie się życiem i czerpanie radości z podejmowanych działań.
Przeczytawszy powyższe, można by sądzić, że nie zostaje nic innego jak rzucić robotę i oddać się przyjemnemu spędzaniu czasu. Pamiętaj jednak, że aby ten wolny czas spędzać przyjemnie jakieś pieniądze musisz zarabiać. Nie odczujesz bowiem przyjemności z życia, jeśli nie będziesz miał co jeść lub gdzie mieszkać. Warto zatem usiąść i obliczyć potrzebne minimum zarobków, które pozwolą Ci żyć na akceptowalnym dla Ciebie poziomie. Może się okazać, że będziesz mógł przejść na ¾ etatu albo zmienić obecną pracę na taką, w której nikt nie będzie od Ciebie wymagał pracy po godzinach lub zarywania weekendów.

Pod żadnym pozorem nie porzucaj jednak pracy całkowicie. Wolny czas dla siebie jest bardzo przyjemny, tak samo jak spotkania z przyjaciółmi, ale wcześniej czy później poczujesz potrzebę bycia użytecznym i przydatnym a to właśnie zapewnia praca, którą wykonujesz.
Nie obawiaj się też okresów, kiedy pracujesz intensywniej i w dodatkowych godzinach, jeśli tylko to służy określonemu celowi i będzie jasno ograniczone w czasie. Kiedy zarabiasz na wkład własny do kredytu na mieszkanie, albo zbierasz na wymarzony wyjazd w dalekie kraje to czas poświęcony na wytężoną pracę możesz potraktować jako czasową inwestycję, którą potem odbierzesz z nawiązką rozkoszując się czasem wolnym we własnym lokum lub eksplorując dalekie kraje.
Nikt bowiem nie powiedział, że musisz zachowywać odpowiednią równowagę między pracą a czasem wolnym każdego dnia, lub w ramach tygodnia. Może być i tak, że bilans ten wyrównasz dopiero w ciągu kilku miesięcy. Jeśli jednak wyrównanie to planujesz w latach, powinna rozbłysnąć w Twojej głowie ostrzegawcza lampka, bo inaczej skończysz jak wielu tych, którzy chcieli odpocząć i rozkoszować się życiem na emeryturze. Problem jednak w tym, że albo jej nie dożyli, albo na radość życia nie pozwolił im zły stan zdrowia.
Pieniądze potrafią dawać poczucie władzy, bezpieczeństwa i beztroskiego życia. Poczuciem dumy napawają wielkie domy, wypasione samochody i wystawne kolacje w drogich restauracjach. Czystą przyjemnością bywają wizyty w drogich centrach odnowy, gdzie kilka osób zajmuje się specjalnie nami dbając o nasze dobre samopoczucie i doskonały wygląd.
Zanurzając się w tym świecie luksusu i przepychu łatwo zagubić perspektywę i zapomnieć, że te wszystkie dobra materialne z czasem ulegają degradacji i że trzeba o nie nieustannie dbać. Remont wielkiej willi jest znacznie droższy niż mieszkania, serwis wypasionych samochodów kosztuje znacznie więcej niż tańszych modeli. Jakby tego było mało, ktoś musi zadbać o ogród wokół willi i wysprzątać wielkie przestrzenie jej wnętrz. Potrzebujemy zatem ogrodnika, sprzątaczki i jeszcze wielu innych fachowców, którzy zajmą się naszymi dobrami materialnymi. Pewnie część prac moglibyśmy wykonać sami, ale nie mamy na to czasu, bo musimy dużo pracować, aby na to wszystko zarobić.

W ten sposób ujawnia się „magia pieniądza”, która mamiąc nas poczuciem władzy zarazem czyni nas swoimi niewolnikami. Wielkie pieniądze wymagają bowiem jeszcze większych pieniędzy, aby utrzymać swoją pozycję. Zasadniczo nie różnią się niczym od narkotyków – uzależniają i z czasem potrzeba ich więcej i więcej, aby odczuć skutek ich działania.
Którą drogę przez życie wybierzesz jest Twoją decyzją. Każda z nich ma swoje dobre i złe oblicza. To, z którymi z nich będziesz miał do czynienia zależy od Twoich wyborów i decyzji. Pamiętaj jednak, że zawsze możesz zmieniać swoje priorytety i wybory. Jednocześnie możesz iść tylko jedną drogą, ale nikt nie powiedział, że ciągle musisz trzymać się tej samej 😉

Energii do pisania dodawała mi wzmacniająca, stymulująca i inspirująca herbata YOGI TEA® – Radość Życia – HEARTWARMING
Wstydzimy się swej wrażliwości, bo odczytujemy ją jako słabość. Tymczasem Brené Brown udowadnia nam, że bycie wrażliwym wcale nie oznacza bycia słabym. Co więcej, przekonuje nas, że nie można żyć pełnią życia nie będąc wrażliwym. Kiedy uczymy się jak wyłączyć wrażliwość na to co nas boli i sprawia przykrość, wyłączamy jednocześnie wrażliwość na to co daje nam radość i poczucie szczęścia.
Mówi też o czymś, chyba jeszcze ważniejszym. Przekonuje nas, że pomimo swojej niedoskonałości jesteśmy „wystarczający”…
Często wierzymy w pewne „prawdy” przekazane nam przez rodziców, nauczycieli lub otoczenie. Zapominamy jednak, powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować czy one nam służą. Napinamy się więc i stresujemy, tym że coś nie idzie według schematu, gdy tymczasem życie to nie schemat, ale nieustająca zmiana…

Wielu z nas przeżywa swoje życie czekając na jakąś wyjątkową szansę, która niespodziewanie nam się przytrafi lub „spadnie z nieba”. Niestety, w tym stanie biernego oczekiwania można dotrzeć do kresu swoich dni i żegnać ten świat z grymasem rozczarowania na twarzy oraz poczuciem wielkiej niesprawiedliwości. Pozostaje jednak pytanie, czy powinniśmy być rozczarowani życiem czy samymi sobą.

Paul Arden, nieżyjący już słynny dyrektor agencji Sati&Sati mawiał „Nie szukaj następnej okazji. To, co masz w rękach, to właśnie twoja okazja.”. Prawdziwość jego słów potwierdza wiele start-up’ów, które rozwijają się niejednokrotnie na bazie prostych pomysłów ułatwiających nasze życie. Czasami kiedy patrzymy na to co wymyślili, to prostota tego pomysłu nasz poraża i dziwimy się, że nikt inny nie wpadł na to wcześniej. Pamiętam np. firmę, która produkuje małe śmietniczki na gumy do żucia instalowane na słupach w jednym z miast. Co ciekawe śmietniczki te są produkowane z gum do żucia zebranych z ulic. Czyli firma pozyskuje surowiec do ich produkcji zupełnie za darmo, przy okazji czyszcząc miejskie chodniki, z czego zadowolone są władze miasta. Te same władze miasta następnie płacą tej firmie kupując od niej kolejne śmietniczki, które instalują na słupach, aby ustrzec się zaśmiecania chodników gumami i ograniczając tym samym koszty związane z czyszczeniem ulic. Biznes się kręci a każdy niewychowany mieszkaniec tego miasta wypluwający gumę na chodnik jest darmowym dostawcą surowca do produkcji. To prosty i banalny przykład biznesu, ale wiele start-up’owych firm zajmuje się znacznie bardziej skomplikowanymi i innowacyjnymi rozwiązaniami.
Nie jest zresztą ważne czy te rozwiązania są proste, czy skomplikowane. Ważny jest natomiast fakt, że ich twórcy wpadli najczęściej na swoje rozwiązania patrząc na jakiś problem w niestandardowy sposób. To właśnie wyłamanie się ze sztampowego myślenia i podejście do problemu od innej strony stanowiło o ich sukcesie. Sukcesie, który przytrafia się nielicznym, bo tylko nieliczni są gotowi pójść inna drogą niż wszyscy, myśleć wbrew ustalonym zasadom i regułom. Hołdują oni zasadzie głoszonej przez Tomasza Edisona, że problem to szansa w stroju roboczym. Szukają zatem szans, właśnie tam, gdzie jest trochę trudniej niż zazwyczaj i mniej pewnie, bo tam konkurencja jest najmniejsza.
„Sekret” to tyłu popularnej książki, ale także i filmu (link do filmu), które mają tak samo dużo zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników. Uproszczając, ich przekaz ogranicza się do „prawa przyciągania” – jeśli czegoś pragniesz, myślisz o tym i wyobrażasz to sobie, to wysyłasz do świata sygnał, na który ten wcześniej czy później pozytywnie odpowie. Jak mówi jeden z bohaterów tego filmu „myśli, stają się rzeczami”.

Przyznaję, brzmi to mocno fantastycznie i dla wielu osób może być niemożliwe do przyjęcia. Znam też wielu takich, którzy potraktowali ten przekaz zbyt dosłownie, tzn. totalnie nic nie robili tylko wyobrażali sobie że są bogaci, mieszkają w luksusowych willach, jeżdżą wypasionymi samochodami i pławią się w luksusach. Cóż, do dziś klepią biedę wysyłając w świat swoje iluzoryczne sygnały i czekając, aż prawo przyciągania zadziała.
Tymczasem, jeżeli coś w tej teorii działa, to wiara w to, że świat nam sprzyja. Jeżeli uważasz, że świat/życie jest twoim sprzymierzeńcem i nie musisz z nim walczyć każdego dnia, z łatwością otwierasz się na potencjalne szanse i możliwości. Zaczynasz dostrzegać oczywiste znaki, obok których inni przebiegają obojętnie. Udowodnił to w swoim eksperymencie brytyjski psycholog Richard Wiseman, który postanowił zbadać, dlaczego jedni w życiu mają szczęście, a drudzy są wiecznymi pechowcami.
W jednym ze swoich eksperymentów podzieli uczestników na „szczęściarzy” i „pechowców”. Przy czym nie badał jak faktycznie wygląda ich życie, tylko bazował na ich deklaracjach. Wszyscy uczestnicy otrzymali to samo zadanie – policzyć zdjęcia w otrzymanej gazecie. „Pechowcom” zajęło to średnio 2 minuty, natomiast „szczęściarze” kończyli zadanie średnio w 2 sekundy.
Na czym polegał trick? Na drugiej stronie gazety zamieszczono ogłoszenie na pół strony z literami wysokimi na 4 cm, które brzmiało „Przestań liczyć, w tej gazecie są 43 zdjęcia” – żaden z „pechowców” go nie zauważył. Czy faktycznie mieli pecha? Nie, ale testy osobowościowe wykazały, że byli bardziej spięci. Według Wisemana, to właśnie niepokój był jedną z przyczyn powodujących u „pechowców” zaburzenie zdolności spostrzegania nieoczekiwanych informacji. Osoby spięte charakteryzują się tym, że mają ograniczone pole uwagi, na skutek czego nie dostrzegają pojawiających się wokół nich szans i możliwości. „Pechowcy” byli też mocno skupieni na celu w przekonaniu, że muszą walczyć z przeciwnościami aby go zrealizować. Nie rozglądali się zatem na boki i nie dostrzegali szans, które się pojawiały. Nie zauważyli też kolejnego ogłoszenia umieszczonego w połowie gazety: „Przestań liczyć, jeśli powiesz osobie przeprowadzającej eksperyment, że właśnie to przeczytałeś, wygrasz 250 dolarów”.
Tymczasem „szczęściarze” przekonani, że los im sprzyja byli bardziej wyluzowani, otwarci i elastyczni. Dzięki czemu z łatwością wyłapywali wielkie ogłoszenie, nie będące zdjęciem ale zawierające kluczową informację o liczbie zdjęć w tej gazecie.
Uwierz zatem w to, że świat i życie Ci sprzyjają a następnie otwórz się na otaczające Cię szanse i możliwości. Jeśli je dostrzeżesz, podążaj za nimi śmiało i odważnie.
Ten tekst pisałem w towarzystwie energetyzującej Mate Beduin, aromatycznej mieszanki, w której Yerba łączy się z miętą Nana, eukaliptusem a całości dopełnia słodka nuta karmelu.
„Sukces to nie kwestia wrodzonego talentu, błyskotliwej inteligencji ani szczęścia . Sukcesy odnoszą ludzie przekonani o tym, że wciąż się mogą wiele nauczyć” – Carol Dweck.
Znam wiele osób, które są przekonane o swoim przegranym życiu, bo nie dysponują żadnym talentem, ani wybitną inteligencją. Uważają się za przeciętniaków i w taki też sposób funkcjonują i kształtują swoje życie. Jedynie od czasu do czasu zerkając na ludzi sukcesu i zazdroszcząc im daru losu, który sprawił że są tacy wybitni.
Tymczasem wbrew powszechnemu przekonaniu, udział losu, o ile zaistniał, miał raczej niewielkie znaczenie. Kluczowe dla osiągnięcia sukcesu było bowiem wewnętrzne zaangażowanie, które popychało ich do ciągłego zdobywania nowych doświadczeń, nauki i osobistego wysiłku. Nieustający rozwój zapewnił im przewagę nad pozostałymi, nawet tymi bardziej utalentowanymi.
Poczucie posiadania wyjątkowego talentu lub uzyskanie poziomu eksperckiego w jakimś temacie może zgubnie uśpić wewnętrzne zaangażowanie i chęć rozwoju. Carol Dweck opowiada, że nastawienie na nierozwój/stałość można już zauważyć nawet u małych dzieci. Kiedy badano kilkunastolatki zaobserwowano subtelną różnicę między tymi, które były przekonane „jestem mądry” a tymi, które myślały o sobie „mogę się jeszcze czegoś nauczyć”. Te pierwsze twierdziły, że „ktoś, kto urodził się mądry, nie popełnia błędów” i wybierały bezpieczniejsze zadania. Te drugie, pozbawione presji nieomylności, decydowały się na coraz trudniejsze łamigłówki, wychodząc z założenia, że będą miały niezłą frajdę, kiedy się z nimi uporają. Dzięki takiemu podejściu przekraczały swoje dotychczasowe ograniczenia i ciągle powiększały swoje doświadczenia i możliwości.
Koncepcja profesor Dweck opiera się na twierdzeniu, że niektóre osoby są przekonane o niezmienności swoich cech, a inne o tym, że mogą je cały czas rozwijać. To rozróżnienie jest kluczowe dla zrozumienia przyczyn sukcesu.
Według niej ci, którzy np. przykładają szczególną wagę do inteligencji popełniają istotny błąd, ponieważ w ten sposób utwierdzają się w niezmienności posiadanych cech. Raz wyznaczony jej poziom na stałe definiuje ich możliwości. Powstać zatem może przekonanie, że praca nad inteligencją nie ma sensu, bo została ona raz na zawsze określona w momencie narodzin. Zarazem taki, a nie inny jej poziom jest świetną wymówką do niepodejmowania trudnych zadań oraz poddawania się w momencie pierwszej porażki. Proste stwierdzenie „za głupi na to jestem” odbiera nam w takiej sytuacji całkowicie moc i chęć działania.
Znacznie skuteczniejsze nastawienie do życia i osiągania sukcesów kryje się w twierdzeniu „Moje umiejętności i cechy wrodzone to jedynie punkt wyjścia, mogę je w sobie doskonalić”. Mówi ono bowiem o tym, że pełny potencjał danego człowieka jest nieznany i nie da się przewidzieć ile każdy z nas zdoła osiągnąć przez lata dzięki swojej pracy i nauce. Potwierdzają to też naukowcy z wielu dziedzin twierdząc, że ludzie mają znacznie większe możliwości przyswajania wiedzy oraz rozwijania swojego mózgu przez całe życie niż do tej pory sądzono.
Jeżeli zatem uważasz się za przeciętniaka i zazdrościsz tym z wrodzonymi talentami i zdolnościami, przestań marnować swoją energię na zazdrość. Przekują ją w pracę nad sobą i naukę. Przyjmij swój obecny poziom danej cechy jedynie za punkt wyjścia a być może zdziwisz się za parę lat jak daleko zaszedłeś.
I pamiętaj o jeszcze jednej podpowiedzi profesor Dweck: jeżeli coś ci nie wyjdzie lub się nie uda, zamiast poddawać się pomyśl sobie po prostu „jeszcze nie teraz” i podejmij kolejną próbę, kiedy poczujesz się gotowy.
Znam człowieka, który na wszystkich imprezach, na których bywa upija się i w tym całym upiciu zastyga jakby w bezruchu. Siedzi zasępiony, ze wzrokiem wpatrzonym w jeden punkt a na pytanie zaczepiających go ludzi „Krzysztof, co Ty taki smutny?” odpowiada niezmiennie „wszystko w porządku, szaleję wewnętrznie”.

Obecny świat pełen szybkiego życia, mnóstwa reklam, błyskających ekranów i nieustających smartfonowych powiadomień zasypuje nas różnego rodzaju bodźcami i impulsami. Nasz mózg szaleje próbując to wszystko ogarnąć i przetworzyć. Niejednokrotnie jest tak zajęty, że nie dostrzega tego co się wokół nas dzieje. Nie zauważa zapachów i smaków, nie rejestruje sygnałów z naszego ciała. Walczy jedynie, aby nie utonąć w napływie informacji i dotrzymać kroku tempu dnia.
Nie brałem na serio tych twierdzeń o „wewnętrznym szale” dopóki nie zrozumiałem, że być może wypity alkohol osłabia jego mózg i odcina go od tych prostych zewnętrznych impulsów, jednocześnie budząc do życia rozbudzone zmysły. Teraz już mu wierzę, można „szaleć wewnętrznie” siedząc nieruchomo.
Zrozumiałem to, kiedy z moją drugą połową wpadliśmy na pomysł, aby wybrać się późnym wieczorem na plażę i zjeść tam truskawki.
Była 22:00 siedliśmy po ciemku na gołym piasku i wyciągnęliśmy pudełko truskawek. Piasek miło łechtał po nogach, na skórze czuć było cieple i wilgotne podmuchy wiatru. Było za ciemno, aby widzieć truskawki, za to cudownie było czuć ich smak. Naszej uwagi nie odciągało nic innego. Był tylko ich smak, miły w dotyku piasek i subtelny ciepły oddech morza. Zmysły w ciemnościach pracowały na trzykrotnie większych obrotach. Odczucia były intensywne, przyjemność rozchodziła się po całym ciele. Nawet nie zauważyłem kiedy spędziłem kilkanaście minut na przesypywaniu pisaku w dłoniach. Miło łaskotał przesypując się przez palce a wraz z jego ubywaniem z dłoni stawał się coraz bardziej elastyczny i bardziej sypki.
Ten moment nas zaczarował. Zgubiliśmy czas, oddaliśmy się chwili i wtedy z całą mocą dotarła do nas czysta przyjemność prostych odczuć. To był „wewnętrzny szał” przyjemności, choć dla kogoś z zewnątrz jedynie siedzieliśmy spokojnie, milcząc w ciemności.

Ten moment przypadł nam tak do gustu, że postanowiliśmy go powtórzyć w najbliższy weekend. Pogoda był średnia i raczej nie plażowa, ale mimo to postanowiliśmy pojechać na jedną z jeszcze trochę dzikich plaż w Karwieńskich Błotach. Wzięliśmy ręczniki do siedzenia, cieplejsze bluzy, gdyby wiał wiatr i coś do poczytania. Umówiliśmy się, że bez zbędnych oczekiwań zaakceptujemy to miejsce, takim jakie jest i postaramy się jeszcze raz doznać „wewnętrznego szału” odczuć. Wiał wiatr i nawet przez moment trochę kropiło, a my jak jacyś wariaci siedzieliśmy na plaży zauroczeni bliskością natury. Obserwowaliśmy małego ptaszka, który przysiadłszy niedaleko od nas umilał nam czas swoim świergotem, podziwialiśmy jak mewy walczą z siłą wiatru lecąc pod wiatr, moczyliśmy nogi w morzu i przez godzinę bez słowa czytaliśmy zabrane ze sobą książki w milczeniu ciesząc się swoją bliskością. Telefony nie dzwoniły, nic nas nachalnie nie rozpraszało a my nie mogliśmy wyjść z podziwu jak natura prostymi przejawami swojej aktywności potrafi dać tak wiele przyjemności.
Zachęcam Cię do tego samego. Wyjdź z domu i znajdź swoje miejsce, w którym siądziesz w pełny spokoju i doświadczysz „wewnętrznego szału” doznań. Poczuj dotyk powietrza na skórze, wsłuchaj się w każdy najmniejszy dźwięki. Odczuj jak na to wszystko reaguje Twoje ciało, gdzie się rozluźnia a gdzie napina. Dotknij dłonią podłoża, na którym siedzisz i poczuj jakie jest: miękkie czy twarde, suche czy wilgotne, drga czy jest totalnie stabilne. Wczuj się w całą przestrzeń, która Cię otacza i zauważ jak pozorna pustka wokół Ciebie pełna jest drobnych przejawów życia i aktywności natury. Stań się na moment jej integralną częścią i doświadcz jak wiele doznań oraz aktywności możesz odbierać pozostając w bezruchu.
Tekst ten pisałem tym razem bez herbaty, ale za to w podobnym poczuciu przyjemności siedząc na plaży w Karwieńskich Błotach. Pierwszy raz od wielu lat pisałem go też ręcznie, ciesząc się chrobotem pióra przesuwającego się po papierze zamiast słuchania typowego stukotu komputerowej klawiatury.

Wielu moich klientów przychodzi do mnie po to, abym pomógł im się zmierzyć z ich problemami. Niejednokrotnie nie są to sprawy proste, które powstały z dnia na dzień, ale są one efektem szeregu decyzji i działań podjętych w przeszłości. Kiedy określimy co jest wyzwaniem i wypracujemy możliwe ścieżki postępowania przychodzi czas na działanie. Czas, który budzi wiele obaw i jest prawdziwym weryfikatorem motywacji moich klientów.

Dotychczas odsuwane problemy, kłopotliwe kwestie i nieodbyte rozmowy stają w takim momencie z moimi klientami twarzą w twarz. Przygotowujemy się niejednokrotnie do zmierzenia z nimi, czasami ćwiczymy dane sytuacje lub dyskutujemy o tym jak mogą się potoczyć trudne rozmowy. Robimy to tak długo, aż klient sam zdecyduje, że jest gotowy do działania i zmierzenia się ze swoim problemem. Jest dużo lepiej przygotowany do tego niż był na początku naszej drogi, ale zawsze ten moment budzi obawy i strach. To trochę tak jak sytuacja wytrawnego projektanta, który obserwuje budowę pięknego i potężnego statku będącego zwieńczeniem jego prac projektowych. Jest dumny z tego dzieła, ale każdorazowo kiedy nadchodzi moment wodowania jest pełen obaw i niepokoju.
Klienci obawiają się nieprzyjemnych sytuacji i zdarzeń, które spadną na ich głowę i które będą musieli udźwignąć. Często w takich momentach pojawia się pokusa zatrzymania i nic nie robienia, bo po co wystawiać się na nieprzyjemności skoro teraz ich się nie doświadcza. W takich momentach zazwyczaj proponuję im przyjęcie strategii osła i opowiadam historię o studni.
Było to daleko stąd na pewnej farmie. Któregoś dnia osioł farmera wpadł do głębokiej studni. Zwierzę krzyczało żałośnie godzinami, podczas gdy farmer zastanawiał się, co z nim zrobić. W końcu zadecydował. Zwierze było stare, a studnie i tak trzeba było zasypać, bo już dawno wyschła. Nie warto było wyciągać z niej osła. Zawołał wszystkich swoich sąsiadów do pomocy. Wzięli łopaty i zaczęli zasypywać studnie śmieciami i ziemią. Osioł zorientował się co się dzieje i zaczął krzyczeć przerażony.
Nagle, ku zdumieniu wszystkich , osioł uspokoił się. Kilka łopat później farmer zajrzał do studni. Zdumiał się tym co zobaczył. Za każdym razem, gdy kolejna porcja śmieci spadała na jego grzbiet, ten robił coś niesamowitego. Otrząsał się i wspinał o krok ku górze. W miarę jak sąsiedzi farmera sypali śmieci i ziemię na zwierzę, ono za każdym razem otrzepywało się i wspinało o kolejny krok do góry. Niebawem wszyscy ze zdumieniem zobaczyli, jak osioł przeskakuje krawędź studni i szczęśliwy oddala się truchtem.
Moment kiedy śmieci i ziemia spadały na grzbiet osła i mogły go przysypać z pewnością był niemiły, powodował wiele dyskomfortu i stresu. Świadczy o tym pierwsza reakcja osła i jego krzyk przerażenia. Kluczem do sukcesu w tej sytuacji było uspokojenie się i następnie nieustępliwe realizowanie strategii strzepywania wszystkiego z grzbietu na ziemie.
Sytuacja moich klientów jest identyczna: ich problem to studnia, oni są osłem. Każdy wyprostowana trudna sytuacja, czy odbyta trudna rozmowa to nieprzyjemne uderzenie po grzbiecie, ale zarazem nowa porcja podłoża, po której można wspinać się do szczytu studni. Ja mogę jedynie zapewnić, że moment przeskoczenia krawędzi studni i nadchodzące po nim poczucie uwolnienia się od problemu rekompensują z nawiązką cały trud i wysiłek włożony w drogę do góry.