Rafał Markiewicz

Blog

Zerwany kontakt

Wiele nieprzyjemnych sytuacji, które nam się w życiu przytrafiają, często jest poprzedzone sygnałami ostrzegawczymi. Co jednak zaskakujące, mamy niebywałą zdolność do ich ignorowania i niezauważania. Sprzyja temu wszechobecna technologia, koncentracja na doraźnych rozwiązaniach oraz nieświadomość swojej intuicji.

Rafał Markiewicz - coach -zerwany kontakt

Zegary zamiast Chmur

Austriacki filozof Karl Popper stworzył rozróżnienie na Chmury i Zegary.  Zegary to systemy maksymalnie uporządkowane, stabilne, które można rozłożyć na poszczególne części aby zbadać, jak tworzą całość. Chmury natomiast są nieregularne, dynamiczne i dziwne. Cały czas ulegają przemianom, zmieniają kształt, wielkość i kolor. Trudno nad nimi zapanować. Współczesna kultura pędu i pośpiechu uparła się, aby każde zjawisko, z naszym życiem włącznie, spróbować naciągnąć do struktury zegara i na siłę uporządkować.

Efektem takiego podejścia są kalendarze, harmonogramy i aplikacje, które wszystko kontrolują i o wszystkim przypominają. Nie pamiętamy już dat imienin i urodzin najbliższych, bo przypomną nam o tym stosowne przypominacze. Nie pamiętamy numerów najbliższych, bo wszystko mamy w komórkach. Słyszałem o przypadku kobiety, która miała wypadek samochodowy, podczas którego uszkodzeniu uległ m.in. jej telefon. Z rodziną udało się skontaktować dopiero po dwóch dniach, bo nie potrafiła z głowy podać telefonu do najbliższych. Biegamy pod dyktando pulsometru lub dla pobicia wczorajszego rekordu: odległości, średniego tempa lub liczby kroków. Wszystko to mierzą w czasie rzeczywistym nasze smartfony. Problem jednak w tym, że skupieni na tych danych ignorujemy ból w kolanie, kolkę w lewym boku i biegniemy dalej przeciążając ciało na tyle, aż wreszcie zamanifestuje swoje potrzeby poważną kontuzją lub urazem. Przypominamy roboty, a może zegary, podłączone do centralnego układu sterowania. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem kogoś z tradycyjną mapą w ręku, za to już w niejednej toalecie zdarzyło mi się słyszeć wydobywający się nagle z jakiejś kabiny mechaniczny głos „skręć w lewo” lub  „sygnał został utracony”. Uzależniamy się od elektronicznych map i GPS’u. Tak to prawda, dzięki nim szybciej trafiamy do celu i skuteczniej omijamy korki. Ja jednak pamiętam, ile razy zabłądzenie podczas zwiedzania jakiegoś miasta pozwoliło mi odkryć fantastyczne miejsca, budowle i magiczne skwery lub poznać ciekawych ludzi. Z tego też powodu, czasami bardzo świadomie wyłączam GPS, gubię precyzyjnie wyznaczone ścieżki i pozwalam sobie niczym swobodna chmura krążyć po nieznanych ulicach i placach, nieznanego miasta.

Natychmiastowe działanie

Budzisz się rano i masz zaledwie kilkadziesiąt minut na wyjście do pracy. Czujesz jednak, że coś niedobrego dzieje się z Twoim żołądkiem. Czy zatrzymasz się i zastanowisz co może być tego przyczyną, czy postarasz się wyczuć na ile to może być stan poważny? Raczej nie, bo interesuje Cię natychmiastowe rozwiązanie problemu. Zatem jedna tabletka przeciwbólowa, jedna rozkurczająca i już po problemie. Podobnie w przypadku bólu głowy, kręgosłupa czy też innych problemów zdrowotnych. Jeśli trafi się mocno stresujący dzień to po co się wyciszać, wychodzić na spacer aby odreagować i wyczyniać takie tam podobne „fanaberie”. Szybciej jest wziąć jakąś tabletkę uspokajającą, może psychotrop na poprawę nastroju lub wychylić kilka drinków na zapomnienie i odprężenie. To, że środki te nie rozwiążą żadnych problemów a kolejnego dnia mogą doprowadzić do jeszcze większego napięcia, to też nie jakiś szczególny problem – najwyżej zażyjemy podwójną dawkę naszych uspokajaczy. Kiedy trafi się nam jakiś dzień, w który od samego rana nie mamy siły i energii, to też nie będziemy nagle myśleć o zaplanowaniu popołudniowej drzemki, rozważać czy osłabiło nas całodniowe żywienie oparte na niezdrowych fast foodach czy zalana alkoholem wątrobą. Wystarczy jeden energetyk i już jesteśmy nakręceni nową siłą i prawie jak nowi. Pewnie dopiero za parę lat, niespodziewany zawał, wylew, miażdżyca czy rak dość brutalnie uświadomią nam, że te doraźne rozwiązania działają jednak na krótką metę a organizm z nawiązką odpłaci nam za takie traktowanie.

Intuicjo, gdzie się podziałaś?

Intuicja, bywa nazywana wewnętrznym głosem mądrości. Mamy ją wszyscy i odbieramy od niej sygnały praktycznie cały czas. Problem jedynie w tym, że bardzo często nie potrafimy ich zauważyć a nawet jak je dostrzeżemy, brakuje nam odwagi aby im w pełni zaufać. W dużym stopniu to efekt zachodniej cywilizacji, która stawia na inteligencję i logikę, które mieszkają w lewej półkuli naszego mózgu. Mają one charakter linearny i opierają się na słowach oraz liczbach. Tymczasem intuicja – objawiająca się w postaci nagłego przebłysku myślowego, który dostarcza nam myśl, obraz, rozwiązanie problemu, odpowiedź na nurtujące pytanie lub ostrzeżenie – pochodzi z półkuli prawej.

Często słyszę stwierdzenie: „ ja już nie ufam intuicji, bo się na niej zawiodłem/zawiodłam”. Zwykłem wtedy pytać, ile razy daną osobę zawiodło myślenie racjonalne, wynikające z logiki i inteligencji. Sam zresztą, przez długie lata wybierałem to, co pochodziło z głowy a nie mojego wnętrza. Do dzisiaj doskonale pamiętam rozmowę rekrutacyjną, na której moja intuicja wręcz wrzeszczała wewnątrz mnie, abym nie przyjmował tej oferty. Jednak racjonalna głowa kalkulowała prestiż stanowiska, wysokość wynagrodzenia i ambicjonalne dopieszczenie faktem, że kupił mnie z rynku headhunter. Postawiłem na głowę i zapłaciłem za to wysoką cenę zdrowiem. Prawdopodobnie podświadomie, obserwując sposób komunikacji między osobami z tej firmy, moja intuicja odkryła bardzo niezdrowe relacje, których z racji mojego wyboru, z czasem stałem się uczestnikiem. Od tamtej pory, to co podpowiada mi intuicja traktuję co najmniej na równi z podpowiedziami z głowy. Jeśli jednak sygnał intuicji jest na tyle silny, że bardzo mocno reaguje na nie moje ciało (nagłe silne spięcie brzucha, napięcie ramion i karku lub silne zaciśnięcie szczęki), wtedy bez wahania idę za głosem intuicji.

Rafał Markiewicz - coach - herbata

Wewnętrzne podłączenie

Opisane powyżej sytuacje, są efektem zerwania kontaktu z naszym wnętrzem lub zagłuszania go przez bardzo silne elementy z zewnątrz. To czego potrzebujemy, aby usłyszeć samych siebie, to chwilowego zatrzymania i wygaszenia zewnętrznego hałasu. Czasami wystarczy usiąść na chwilę gdzieś w domu, wyłączyć telewizor, wyciszyć telefon i nie puszczać żadnej muzyki. Brak pośpiechu i cisza wokół, pozwalają usłyszeć siebie. Doskonałym wyborem może być też spacer po lesie, plaży, górach lub łąkach. To właśnie wtedy, kiedy nasz spokojny mózg chłonie piękno natury, może dojść do głosu lewa półkula i z poziomu intuicji podszepnąć jakieś rozwiązanie.

Polecam również medytację. Pozwala ona na bardzo mocne nawiązanie kontaktu ze swoim wnętrzem i odczuciami z ciała. Praktykowana regularnie, sukcesywnie tę więź pogłębia. Jeśli jednak brak Ci czasu lub cierpliwości, dam Ci moją prywatną radę. Kup kilka dobrych gatunkowo herbat liściastych i każdego dnia zaparzają inną z nich, stosując się ściśle do zaleceń zaparzania: temperatury wody, czasu parzenia. Obserwuj przy okazji, jak zmieniają się w tym procesie zasuszone liście pod wpływem gorącej wody, jak woda nabiera barwy a następnie pij herbatę powoli, ciesząc się jej smakiem. Jeśli wybierzesz zieloną, możesz ją zaparzyć trzykrotnie i zdradzę Ci jedynie, że najsmaczniejsze nie jest wcale to pierwsze parzenie 😉

„Ma to sens” i łatwiej żyć

Kilkanaście miesięcy temu postanowiłem dokonać ciekawego eksperymentu. Założyłem, że wszystko co mnie spotyka ma swój sens, niezależnie od tego czy jest zgodne z tym co planowałem, czy też nie. Nie będę ukrywał, że dla mnie, urodzonego perfekcjonisty, było to początkowo niezłym wyzwaniem. Dzisiaj natomiast, nie potrafię już żyć inaczej.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - sens

  1. Mam plan, czyli iluzja kontroli

Wielu z nas, a szczególnie dotyczy to menadżerów, lubi mieć listę spraw do załatwienia, terminarze z umówionymi spotkaniami oraz wszelkiego rodzaju harmonogramy projektów i innych działań. Mniej zorganizowani, choć wszystkiego nie listują i nie harmonogramują, to też w swoim życiu niejednokrotnie stawiają na plany. Kto z nas, nie sprawdzał  w Google maps lub na zwykłym rozkładzie jazdy autobusów ile czasu zajmie mu dojazd z miejsca A do B. Kto z nas się nie wkurzał, kiedy nagle okazywało się, że czas tej drogi jest jednak dłuższy. No właśnie, dłuższy od czego? Najczęściej, od potencjalnego czasu, w sytuacji gdyby wszystko na drodze przebiegało idealnie, a jak wiadomo rzadko się to zdarza.

W takich sytuacjach, jak powyższa, najczęściej zaczynamy kalkulować straty. Czego nie zdążę zrobić, na ile źle wypadnie to, że przyjdę spóźniony itp. itd.  Czy te kalkulacje coś zmieniają, poza podkręcaniem naszej złości – nie! Czy stojąc w korku, bo jest tak duży ruch na drodze, albo jakiś wypadek możemy jakoś wpłynąć na tę sytuację – raczej nie! Czy wyrzucając sobie, że znowu „daliśmy ciała”, „jesteśmy do niczego” itp. coś poprawiamy, ulepszamy – nie!

Jeśli przyjmiemy, że zmieniać możemy to na co mamy wpływ, a na powyższą sytuację wpływu nie mamy i zamiast kalkulowania start uruchomimy ciekawość zysków, cała sytuacja może nam się jawić w zupełnie nowej odsłonie. Może ten korek, to sygnał od losu, aby trochę wyluzować i spowolnić – właśnie zyskaliśmy parę minut dla samych siebie. Może to czas na refleksję odnośnie rutyny w życiu, np. skoro się już spóźnię to jakoś to mojej drugiej połowie wynagrodzę – niespodziewane kwiaty, nieplanowane wcześniej wieczorne wyjście na kolacje. Może to czas, aby zadzwonić do rodziców lub przyjaciół, z którymi dawno nie mieliśmy kontaktu. Tylko błagam nie róbcie tego w środkach komunikacji miejskiej. Współpasażerowie nie chcą wiedzieć kogo kochacie, kto z kim się zdradza, która znajoma jest głupia, który kumpel się upił i że dziecko sąsiadki ma półpaśca.

  1. Sens, którego nie widać

W powyższej sytuacji łatwo było znaleźć potencjalne zyski a co w sytuacji, kiedy coś sobie łamiemy, dopada nas jakaś choroba, mamy wypadek, tracimy pracę, rozpadają nam się związki lub umiera ktoś bliski. Ciężko wtedy uruchamiać ciekawość, a gdyby nawet się udało, to jaki tu znaleźć sens, że o pozytywach nie wspomnę.

Współczesna kultura i wszechobecna cyfryzacja przyzwyczaiły nas do natychmiastowej gratyfikacji. Tymczasem w życiu, efekty są niejednokrotnie odsunięte w czasie. My natomiast nie lubimy czekać i natychmiast odpalamy film „A mogło być tak wspaniale” i liczyć straty. Interesujące jest to, że prawie nigdy nie włącza nam się film „ A mogło być tak źle”, chociaż oba są tak samo prawdopodobne.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - sens

Ja lubię wierzyć w to, że jeżeli nawet teraz nie dostrzegam sensu danej sytuacji, to pewnie stanie się on dla mnie widoczny za jakiś czas. Tak było z kursem StartUP Coaching. Kolejne terminy jego uruchomienia przesuwały się w czasie. Kiedy stało się to już trzeci raz byłem wściekły. Dwa zjazdy w ramach tego kursu idealnie wpasowywały mi się w wolne weekendy. Kiedy jednak za dwa miesiące nadszedł jeden z nich, moja druga połowa (chorująca już prawie rok) poczuła się na tyle dobrze, że kilka dni wcześniej została wypisana ze szpitala. Szczęśliwi spędziliśmy ten weekend razem, spacerując i robiąc wspólne zakupy. Poniedziałek, który po nim przyszedł… przyniósł śmierć. Do tej pory, nie potrafię sobie wyobrazić, jak bym się czuł, gdyby się okazało, że zamiast tego wspólnego weekendu, spędziłbym cały ten czas na szkoleniu w innym mieście. To zresztą chyba był ten moment, w którym postanowiłem już więcej nie przeklinać losu. Zrozumiałem bowiem, że coś co mnie dziś wkurza i czego nie rozumiem, może mi się przysłużyć w przyszłości.

Skoro o śmierci wspomniałem, to powstać może pytanie o to jaki ona może mieć sens w danym momencie. Czemu mogła się zdarzyć teraz, a nie później. Czasami po to, aby ulżyć w męce choremu, ile to już razy słyszałem „już się nie męczy”. Czasami po to, aby ulżyć bliskim, bo opieka nad chorym potrafi zabrać całą energię życiową innych osób i nie łudźmy się, często chory jest również świadomy jakim bywa obciążeniem dla bliskich. Czasami po to, aby już nikt się nie męczył. Pierwszym moim odruchem, na śmierć drugiej połowy, była wściekłość i żal do losu, że tym razem nie udało się jej zapobiec. W głowie odpalił się film „A mogło być tak wspaniale” – no bo przecież wyniki się poprawiały, sił przybywało i szpital już nie był konieczny. Dopiero po kilku dniach odważyłem się uruchomić film „A mogło być tak źle”. Wizja sparaliżowanej najbliższej osoby, zawieszonej gdzieś między życiem a śmiercią, skazanej na podłączenie do aparatury do końca życia i całkowicie uzależnionej od innych pomogła mi zrozumieć, że śmierć nie była tym najgorszym co mogło nas spotkać.

Choć to może dziwnie brzmieć, jestem też wdzięczny losowi za mój wypadek samochodowy na autostradzie. Samochód był do kasacji, a ja wyszedłem z tej sytuacji bez najmniejszego draśnięcia. Od tamtej pory jednak, już nigdy nie usiadłem za kierownicą samochodu, aż tak zmęczony jak wtedy. Całe zdarzenie jednak mogło by wyglądać inaczej, gdybym zamiast w autostradową barierkę, wjechał w przystanek pełen ludzi. Wierzę w to, że los zadbał w ten sposób o to,  abym stał się bardziej świadomym i odpowiedzialnym kierowcą.

  1. Nie trać energii – strategia kota

Powyższe nie jest nawoływaniem do „ślepego” hurraoptymizmu. Powiem więcej, wręcz zachęcam Was, aby w pierwszym odruchu na sytuację która Was wkurza, siarczyście sobie zakląć lub nawet się wywrzeszczeć (tylko nie na kogoś). Czasami dobrą opcją będzie również wypłakanie. Każde z tych działań, pozwoli nam się pozbyć z organizmu nagromadzonej złości i stresu. Gdyby w nas zostały, będą nas spalać od środka.

Kiedy już się emocjonalnie rozładujemy i stwierdzimy, że i tak nie mamy istotnego wpływu na daną sytuację . Wtedy proponuję zastosować strategię kota, o której na jednym ze swoich szkoleń opowiadał Wojciech Eichelberger:

„Jak kot nie złapie myszy, to się nie stresuje, że jest do dupy kotem. Nie idzie do kąta i nie zastanawia się co pomyślą sobie inne koty, albo myszy. Tylko myśli: nie udało się, głodny jestem – to się zdrzemnę i zregeneruję, aby potem być skutecznym łowcą.”

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small Tekst napisany w towarzystwie subtelnej mieszanki białej i zielonej herbaty Soczyste Winogrona

Life Factory - projekt

Stres – najpierw odreaguj, potem się regeneruj

Wśród moich znajomych sporo jest ludzi spiętych i zestresowanych. Wielu z nich ma ten problem, że choć starają się jakoś odpocząć i rozluźnić po pracy, która jest największym generatorem stresu, zupełnie im to nie wychodzi. Główną przyczynę takiego stanu Wojciech Eichelberger upatruje w tym, że próbujemy się zregenerować bez wcześniejszego odreagowania stresu.

Rafał Markiewicz - coach - stres

 

Niedźwiedź w górach – zdrowy stres

Stres to reakcja, która generalnie służy ratowaniu życia. Ciało w stresie, w mgnieniu oka przygotowane jest do walki lub ucieczki. Nasz organizm próbuje ochronić najważniejsze organy w naszym ciele, natychmiast napinając mięśnie brzucha i wypychając powietrze z przepony. To właśnie ten odruch jest przyczyną, przez którą czasami czymś mocno przestraszeni tracimy oddech. Powietrza mogą nabierać wtedy tylko górne przestrzenie naszych płuc.

Kiedy w górach, nagle na szlaku napotkamy niedźwiedzia, reakcja jest natychmiastowa. Reaguje przysadka, nadnercza (włącza się szybkie chłodzenie, zaczynamy się pocić), otrzymujemy zastrzyk adrenaliny, glikogen jest spalany przez mięśnie, w trzustce następuje zwiększona produkcja insuliny, zwiększa się ilość płytek krwi, przez co zwiększa się jej krzepliwość, znieczuleniu ulegają receptory bólu w skórze i mięśniach. Jeśli teraz rzucimy się do ucieczki, to nasze osiągi na setkę mogą być doprawdy imponujące. W czasie tej ucieczki zużyjemy wszystko to, co organizm wyprodukował w związku z sytuacją stresową.

„Stres zdrowy, to stres, który nas mobilizuje i który nie jest przeżywany na siedząco”

Wojciech Eichelberger

 

Niedźwiedź w pracy – stres niebezpieczny

Jeśli jednak, w pracy dostaniemy maila „od niedźwiedzia”, nasz organizm zareaguje tak samo jak na tego spotkanego w górach. Problem jednak w tym, że my nie rzucimy się wtedy do ucieczki gnając przez biuro. Co najwyżej walniemy pięścią w biurko lub przeklniemy siarczyście. Wszystkie produkty reakcji stresowej nie zostaną spożytkowane i będą zalegać w naszym ciele. Co więcej, eksplozja emocji i energii dodająca nam siły, zamieni się w tej sytuacji, w implozję niszczącą nas od środka. Takich mail lub równie stresujących spotkań, każdy z nas może mieć kilka a nawet kilkanaście w ciągu dnia. Każda taka sytuacja powoduje wyrzut insuliny i dochodzi w naszym organizmie do hiperglikemii. Zaczynamy się czuć ospali i senni. Kiedy w takim stanie docieramy z pracy do domu, jedyne o czym marzymy to, aby zalec na kanapie lub chwilę się zdrzemnąć – i tym sposobem popełniamy największy błąd. W czasie snu lub leżenia na kanapie nadal nie spalamy produktów stresu a organizm pozostaje w stanie gotowości.

Choćby nie wiem jak nam się nie chciało, musimy się ruszyć i spalić „toksyny stresu”. Nie jest ważne, czy będzie to intensywny marsz, spacer, pływanie czy jazda na rowerze. Powinniśmy jednak porządnie dać sobie w kość. Dopiero po takim wysiłku, odpoczynek na kanapie, krótka drzemka czy relaksująca kąpiel mają sens.

Zające reagują tak, że kiedy myśliwy minie je ukryte w krzakach, mają one w swoim ciele tak duże  nagromadzenie stresu, że biegają potem wkoło, aby go wybiegać – ucz się od nich!

Zerwij grzechotkę, czyli uaktywnij mózg

Kiedy się rodzimy jesteśmy zupełnie nieporadni. Nasze ruchy są nieskoordynowane a próba zapanowania nad jakąkolwiek częścią ciała jest w pierwszym okresie naszego życia skazana na porażkę. Jako jedyny z gatunków rodzimy się bez genetycznie zapisanych wzorców ruchowych. Z jednej strony to problem, bo np. na opanowanie chodzenia potrzebujemy wielu miesięcy (młode antylopy Gnu potrzebuje jedynie kilku minut aby zaczęło chodzić i tylko dwóch godzin aby zaczęło biegać), z drugiej strony daje nam to potężne możliwości rozwojowe. Możemy nauczyć się praktycznie dowolnego ruchu i dowolnych sposobów przemieszczania.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - mózg

Nowy ruch, lepszy mózg

Nauka koordynacji ruchowej i panowania nad ciałem to idealne bodziec dla rozwoju naszego mózgu. Wyobraź sobie niemowlę leżące w łóżeczku, nad którego głową wisi grzechotka.

Po pierwsze – są spore szanse na to, że ma już duży problem tylko ze skupieniem wzroku na grzechotce. U wielu niemowląt występuje zez i nie jest to niczym nadzwyczajnym. Po prostu mięsnie gałek ocznych bywają jeszcze słabe i nie koordynują ruchów oczu.

Po drugie – niemowlak musi nabrać świadomości ściskania i otwierania dłoni. Jednak jak wiemy panowanie tylko nad dłońmi,  to jeszcze daleka droga do tego aby skoordynować je z unoszeniem przedramienia, obracaniem ręki itd. Kontrola nad ciałem i mięśniami bierze się stąd, że przez nasz układ nerwowy płyną impulsy, które są odbierane przez mózg i tam łączone w pewne sekwencje, które zamieniają się w określony ruch. Niemniej jednak, aby taki sygnał przepłyną przez układ nerwowy, umiejscowione w naszym ciele neurony muszą zbudować siatkę połączeń między nimi. Mega upraszczając można powiedzieć, że neurony ze wszystkich palców muszą się połączyć z neuronami w dłoni, te następnie zbudować połączenie z neuronami znajdującymi się nadgarstku, przedramieniu, łokciu, ramieniu, barku itd. Wraz z rozwojem siatki neuronów rozwija się również nasz mózg.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - mózg

Po trzecie – kiedy niemowlak będzie potrafił skupić wzrok na grzechotce i jako tako panować nad swoją ręką musi teraz jeszcze dokonać nie lada wyczynu. Połączyć sygnały z oczu i ręki a następnie zlokalizować grzechotkę w przestrzeni, tak aby ręka wiedziała jak ma się poruszać, aby trafić w punkt (grzechotka), na którym skupiony jest wzrok. Przypomina to trochę dokowanie rakiety transportowej do stacji kosmicznej w ogromnej przestrzeni bezkresnego kosmosu.

Oczywistym jest, że wszystkie powyższe czynności wymagają wielu prób i nie dzieją się w ciągu jednego dnia. Każdy, kto ma dzieci pewnie niejednokrotnie obserwował jak jego potomstwo nieustępliwie podejmowało dziesiątki, albo i steki prób w celu opanowania jakiegoś ruchu. Kiedy mu się to już udało, powtarzało go w nieskończoność. Znajoma, której syn pierwszy raz trzymając się barierki wspiął się na stopień naliczyła, że powtórzył ten ruch wchodzenia i schodzenia 79 razy. Czemu to robił, bo mózg i neurony musiały utrwalić ten ruch i dopracować koordynację.

Wiem i umiem, znaczy się NIE rozwijam

Wraz z nastaniem w naszym życiu dorosłości, bardzo często przestajemy uczyć się nowych rzeczy a tym bardziej ruchów. Zasadniczo wystarcza nam wachlarz ruchowy, którym już dysponujemy. Łącząc znane nam ruchy, w różnych konfiguracjach potrafimy sobie poradzić z większością sytuacji spotykanych w życiu. Przestajemy uczyć się czegoś nowego, a tym samym nie rozbudowujemy naszych połączeń nerwowych. Często nie będąc świadomymi, że dotychczasowe zaczynają zanikać. Mówiąc obrazowo, nie staramy się już zerwać nowej grzechotki.

Częsty obrazek z życia dorosłych, to te same powtarzalne czynności w pracy, powrót z pracy do domu i odpalenie telewizora, w który wpatrujemy się aż do snu. Ciało leży na kanapie lub zapadło się w fotelu, nie otrzymując żadnych impulsów. Nasz mózg również nie angażuje się zbytnio w obrazy na ekranie telewizora, jedynie chłonąc je bezrefleksyjnie. Zostajemy pochłonięci iluzją życia, bo zamiast samemu żyć, zaczynamy się identyfikować z bohaterami seriali lub telenowel. To oni wciąż mierzą się z czymś w życiu, co rusz zrywając kolejną przysłowiową grzechotkę znad głowy. My w tym czasie, wciąż tkwimy prawie nieruchomo na swoich „legowiskach”.

Rusz się i pobudź mózg

Jeżeli chcesz opóźnić symptomy starości oraz odwlec w czasie niezbyt miły kontakt z chorobą Alzheimera lub Parkinsona pobudzaj swój mózg. Możesz uczyć się nowych rzeczy, znajdować nowe hobby – to też go rozwija.

Najbardziej efektywna będzie jednak stymulacja mózgu za pomocą nauki nowych ruchów. Nie musi to być nic wielkiego, np. nauka mycia zębów lewą ręka dla osób praworęcznych. Można jednak połączyć tę stymulację z dobrą dla naszego zdrowia aktywnością fizyczną. Ostatnio na alejce parkowej minęła mnie para rozbawionych pięćdziesięciolatków na rolkach. Ewidentnie było widać, że to ich pierwsze kroki.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - mózg

Jeżeli dla Ciebie rolki to ekstremum, zapraszam na jogę. Kiedyś byłem przekonany o swojej dobre koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej – zajęcia jogi bardzo szybko wyprowadziły mnie z błędu. Kiedy moje ciało musiało ustawić się w nieznanych pozycjach a mój mózg nauczyć się koordynować jednocześnie np. dociskanie stopy przedniej nogi do maty z napięciem uda w tylnej nodze i do tego odpowiednio oddychać bywało „gorąco”.  Zresztą bardzo często kiedy uczymy się nowej pozycji, najpierw próbujemy ją jakoś niezdarnie wykonać a następnie nasza nauczycielka mówi, abyśmy dali moment naszemu mózgowi na przetworzenie wszystkich informacji i wyobrażenie sobie układu ciała w danej pozycji. Czasami aby nam wyszło, musimy podjąć wiele nieudanych prób, niczym leżący w łóżeczku niemowlak, który szykuje się do zerwania dyndającej nad jego głową grzechotki.

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small Ten tekst pisałem popijając, nasypaną do kubka lewą ręką,  pyszną herbatę Lahidżan z Iranu

Life Factory - projekt

Johari – czyli okno do spojrzenia na samego siebie

Przeważnie mamy przekonanie, że świetnie siebie znamy, wiemy wszystko o sobie i jesteśmy świadomi tego jak nas postrzegają inni. Tymczasem jest to jedynie iluzja i wytwór naszego umysły.

coaching - osobowość

Jesteś różny w różnych rolach

Wystarczy zastanowić się w jakie relacje wchodzimy w swoim życiu i zadać sobie pytanie, jacy w nich jesteśmy, aby dostrzec jak wiele naszych obrazów mogą mieć inni. Oto kilka potencjalnych ról do przemyślenia

  • Jakim ojcem/matką jesteś dla swoich dzieci?
  • Jakim synem/córką jesteś dla swoich rodziców?
  • Jakim partnerem jesteś dla swojej drugiej połowy w związku?
  • Jakim kolegą/koleżanką jesteś dla swoich znajomych?

Już na tym etapie może się okazać, że czuły, pobłażający dzieciom i kochający ojciec, jest wyrodnym synem swoich rodziców, o których zupełnie nie pamięta a dodatkowo jest bardzo krytycznym i zupełnie nieczułym mężem swojej żony.  Natomiast dla przystojnej koleżanki jest szarmanckim, wrażliwym i bardzo otwartym na kontakty z innymi znajomym, co zupełnie stoi w sprzeczności z obrazem stadionowego „wikinga”, jaki mają na jego temat kumplei od piwa.

I jak tu teraz odpowiedzieć na pytanie: jaki jest ten mężczyzna? Czy on sam będzie potrafił obiektywnie odpowiedzieć na to pytanie? A przecież nie zaczęliśmy jeszcze analizować chociażby relacji zawodowych i pytać jakim jest pracownikiem dla swojego szefa, szefem dla swoich podwładnych i kumplem dla kolegi z pokoju…

Sam dla siebie też jesteś skomplikowany

Jednak nie tylko same relacje z innymi mnożą komplikacje. Nasze własne postrzeganie nas samych i świadomość siebie również potrafią zastawić nie lada pułapki. Oto przykład: Jaka jest naprawdę – szczupła według mnie kobieta, która mówi o sobie, że jest gruba?

Przytoczę też pytanie mojej nauczycielki jogi, która w czasie relaksacji i pracy z oddechem, kiedy to wyobrażaliśmy sobie jak wdychane powietrze krąży w naszym ciele, zadała nagle pytanie „Kto teraz oddycha  – twój  umysł, ciało, czy jeszcze coś innego?”. Ja osobiście nie znalazłem na to prostej odpowiedzi.

coaching - okno osobowości

Okno, co prawdę odkrywa

Metoda „Okno Johari” stosowana jest aby pomóc ludziom zrozumieć siebie i swoje relacje z otoczeniem. Obrazuje ona poziom samoświadomości danej osoby oraz relacji z innymi, dzieląc je na cztery obszary.

coaching - Johari - oknoJa publiczne, zwane też „obszarem otwartym” – to część oznaczająca wszystko to co o sobie wiemy i jednocześnie inni wiedzą o nas. Znajdziemy tu nasze cechy, uczucia, zachowania, wiedzę, umiejętności i talenty, których jesteśmy świadomi i które chętnie i otwarcie komunikujemy innym.  Można by powiedzieć, że to nasz oficjalny wizerunek. W miarę, jak wzrasta nasze zaufanie do świata i ludzi oraz poszerza się wiedza o nas samych, chętnie odkrywamy się bardziej, dzięki czemu ten obszar się powiększa.

Ja ukryte, zwane też „obszarem ślepym” – to część nas, której nie jesteśmy świadomi, ale jest ona znana innym. Może to być faktycznie jeszcze nieuświadomiona jakaś cecha lub talent jak np. zdolności przywódcze albo podświadomie wyparta cześć nas, która stanowi dla nas problem np. nadmierna agresja, czy też nieuzasadnione przekonanie o jakimś talencie, którego obiektywnie nam brak.

Ja prywatne, zwane też „obszarem ukrytym” – to część nas, której jesteśmy świadomi, ale ukrywamy ją przed innymi. Często te informacje traktujemy jako wstydliwe lub obnażające nasze słabości. Ujawniamy je dopiero wtedy, gdy wzrasta w nas zaufanie do innych ludzi. Obszar ten jest dużym obciążeniem psychicznym, bo zawiera tajemnice które trzeba ukrywać i których ukrywanie pochłania mnóstwo naszej energii. Może to być np. homoseksualna orientacja, którą ktoś ukrywa przed bliskimi, rak do którego matka nie przyznaje się przed dziećmi, czy też gustowanie w gatunku muzycznym, który wśród znajomych uchodzi za kompromitujący.

Ja nieświadome, zwane też „obszarem nieznanym” – to część nas, której ani my, ani inni nie są świadomi. Informacje z tego obszaru ujawniają się w procesie poznawania siebie.  Może dojść do tego w wyniku obserwacji swoich zachowań w nowych sytuacjach, uzyskania wyników testów psychologicznych czy kompetencyjnych, czy też psychoterapii, która odkrywa przed nami to od czego próbowaliśmy uciec lub o czym nie chcieliśmy pamiętać.

 

Aby żyło nam się lżej i aby wykorzystywać w pełni swój potencjał powinniśmy dążyć do nieustannego poszerzania „ja publicznego” i pomniejszenia pozostałych części okna Johari. Życzę więc wszystkim, aby jak najszybciej wasze okno wyglądało jak na poniższym obrazku.

coaching - Johari - okno

Czas nie mieszka w zegarku

Czas, to jeden z najcenniejszych skarbów w naszym życiu, który zwykliśmy trwonić, gubić albo pozwalać mu na to, aby nam uciekał. Choć jest szczegółowo podzielony na dni, godziny, minuty i sekundy, które niezmiennie trwają tyle samo – my wierzymy, iż jest on rozciągliwy jak guma. Wciąż próbujemy upchać w tym samym czasie coraz więcej zadań , czynności i spotkań z innymi.  Doprowadzamy do sytuacji, w której nie starcza nam czasu na wszystko i tym  sposobem zamiast koncentrować się na samym życiu koncentrujemy się wyłącznie na pogoni za czasem.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - czas

Strażnicy czasu

W starej dzielnicy Gdańska o nazwie Wrzeszcz mieści się niewielki salon fryzjerski przeznaczony dla mężczyzn. Miły, klimatyczny i z fajną ekipą. Jak wiele nowo otwartych salonów ma wypasione fotele i świetny wystrój wnętrz. Ma jednak jeszcze coś specjalnego… sobotni walk-in days. W dni robocze umawiasz się na wizytę o konkretnej godzinie natomiast, kiedy masz ochotę wpaść do chłopaków w sobotę musisz nastawić się na przesiadywanie w kolejce. Jednak nie przesiaduje się w niej, dla samego przesiadywania, tylko ten czas służy temu, aby poznawać się i integrować z innymi klientami – to swoisty obyczaj tego miejsca.

„Przyjmujemy zapisy telefoniczne od poniedziałku do piątku NATOMIAST w soboty zapraszamy na walk-in days od 9:00-16:00 (lub do ostatniego klienta). Wchodzisz, siadasz, zamawiasz drinka i czekasz na swoją kolej. Liczymy na to, że klienci będą mogli się zintegrować i wymienić spostrzeżeniami lub czymkolwiek tam chcą :-)” – wpis z profilu The Barbers na Facebook’u

Z punktu widzenia zegarka, taka sobotnia wizyta w salonie to strata czasu. Zamiast wejść do fryzjera o konkretnej godzinie, usiąść na kilkanaście minut i już mieć temat z głowy (i to dosownie), będziesz musiał siedzieć i czekać. Mimo to, soboty cieszą się tam niesłabnącym wzięciem. Czy korzystają z nich „czasowi utracjusze” lub desperaci, którym nie udało się wyrwać kilkunastu minut na strzyżenie w tygodniu – zdecydowanie nie.  W soboty przychodzą Ci, którzy chcą złapać oddech w nieustannym biegu przez  życie, pozbyć się presji pośpiechu i doświadczyć przyjemności rozmowy z drugim człowiekiem, który tak samo jak oni nie będzie w tym momencie w biegu. Kiedy zwalniamy, zaczynamy zauważać innych ludzi, kiedy ich zauważymy budzi się w nas naturalna ciekawość człowieka: kim jest, co robi w życiu i jak do tego doszło, że znalazł się razem z nami w tym samym miejscu i czasie…

 Mądrość greków i tajemnica życia

Grecy zwykli często powtarzać „siga, siga” (tłum.  „powoli, powoli”) co ma oznaczać powoli, spokojnie, bez pośpiechu, bez nerwów. Jest to odzwierciedlenie ich, pozbawionego stresu i codziennego pędu, stylu życia.  Nie trzeba wybujałej wyobraźni, aby wyobrazić sobie jak wielki dysonans powstaje w sytuacji zderzenia ich kultury z zachodnim, nastawionym na tempo i wyniki, podejściem do dnia codziennego. Kiedy sfrustrowany mieszkaniec zachodniej Europy pomstuje na greckie podejście może usłyszeć najczęściej wypowiadane z przekąsem „wy macie zegarki a my mamy czas” i jest w tym wiele racji. Czas jest bowiem życiem a życie jest w sercu a nie zegarku i to miarą serca powinniśmy mierzyć jego upływ a nie minutami. Podświadomie doskonale zdajemy sobie z tego prawdę, ale robimy bardzo wiele, aby tego nie dostrzec. Czasami myślę, że nasze zegarki nie powinny odmierzać bezimiennych minut ale pokazywać czas w ciągu dnia, w którym poświęciliśmy pełną uwagę komuś innemu, czas w którym byliśmy szczęśliwi, który przeznaczyliśmy tylko dla siebie i w którym uśmiech był widoczny na naszej twarzy. Zamiast datownika powinno się znaleźć na cyferblacie miejsce na licznik dobrych słów, które powiedzieliśmy sami sobie oraz uczynków, które sprawiły przyjemność innym. To byłby doprawdy wartościowy pomiar czasu…

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - czas

Ciułacze czasu

Czy naprawdę jest istotne, czy na wizytę u fryzjera poświęciliśmy 20 minut, czy godzinę. Czy też ważniejsze jest to, czy ten czas spędziliśmy w miłej atmosferze, a fryzjer poświecił nam wystarczająco dużo uwagi.  Przy czym, wizyta u fryzjera to „pikuś” w porównaniu z innymi ważniejszymi w życiu sprawami jak odpoczynek, czas dla najbliższych, spotkania z przyjaciółmi i rozwijanie swoich zainteresowań. Kiedy brakuje nam czasu na zadania zaplanowane na dany dzień zaczynamy go podbierać z tych obszarów, które w danym momencie wydają się mniej istotne. Przyjaciele ze spotkaniem muszą poczekać na weekend, albo następny tydzień. Dzieci i najbliżsi muszą się zadowolić samą naszą obecnością, bo na rozmowy z nimi nie mamy teraz czasu. Pies musi się nauczyć, że zamiast trzech dłuższych spacerów, które służyły naszemu zdrowiu, od teraz będą tylko dwa krótkie „na siku” a ewentualnie ten wieczorny może zostać lekko wydłużony, jeśli lista zadań na to pozwoli. Sen – no tak, spać trzeba ale kto powiedział, że 6-8 godzin, przecież jak się człowiek zepnie to i 5 albo 4,5 zupełnie wystarczy.

Pod koniec dnia padnięci i przemęczeni padamy do łóżka dumni z tego ile udało się nam zrobić. Jeszcze tylko zanim odpłyniemy w objęcia Morfeusza nastawiamy zegarek na poranne budzenie, aby zerwać się z samego rana i nie marnując dnia pognać naprzeciw oczekującym nas zadaniom.  Jak się dobrze postaramy, to może skrócimy czas dotarcia do pracy o 15 minut, może urwiemy z lunchu 5 minut, w czasie spotkania z innymi jednocześnie odpiszemy na trzy inne maile albo SMS’y. Ludzi tak postępujących Michael Ende w swojej książce „Momo” określa ciułaczami czasu:

Wprawdzie ciułacze czasu ubierali się lepiej niż ludzie mieszkający w okolicy starego amfiteatru. Zarabiali więcej pieniędzy i mogli ich więcej wydawać. Jednakże mieli markotne, zmęczone albo zgorzkniałe twarze i oczy, w których nie było życzliwości. […] Nie mieli nikogo, kto umiałby ich tak słuchać, że stawaliby się dzięki temu mądrzejsi, skłonniejsi do zgody, a nawet pogodni. Ale nawet gdyby znalazł się ktoś taki w pobliżu, byłoby bardzo wątpliwe, czy kiedykolwiek odwiedziliby go – chyba, że można by to było załatwić w pięć minut. Inaczej byłby to czas stracony.

 […]Marzenia uchodziły w ich kręgach niemal za przestępstwo. Najgorzej jednak znosili ciszę. Bo w ciszy ogarniał ich strach, domyślali się bowiem, co dzieje się w rzeczywistości z ich życiem. Dlatego robili hałas, ilekroć groziła im cisza. Nie był to jednak wesoły zgiełk, jak na placu zabaw dla dzieci, lecz hałas wściekły i zły, który z dnia na dzień bardziej wypełniał miasto.

Jak się wydaje, nikt nie zauważył, że oszczędzając czas w rzeczywistości oszczędza coś zupełnie innego. Nikt nie chciał sobie uświadomić, że jego życie staje się uboższe, coraz bardziej jednostajne, coraz zimniejsze. Najdotkliwiej jednak odczuwały to dzieci, bo dla nich nikt nie miał czasu.

Życzę Wam, abyście nigdy nie stali się „ciułaczami czasu” i aby w chwilach kiedy podupadniecie na zdrowiu lub będzie potrzebowali wsparcia innych, był przy Was zawsze ktoś bliski i oddany a nie jedynie zimny i precyzyjny zegarek odmierzający czas bezimiennymi minutami.

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small Tekst pisałem rozkoszując się pyszną herbatę Rukeri z afrykańskiej Rwandy i w ten sposób dodając kolejną chwilę przyjemności do czasu mierzonego sercem.

Life Factory - projekt

5 powodów, dla których warto być „Integralnym”

„Integralni”, to stosunkowo niewielka grupa naszego społeczeństwa, która jest dla mnie wyjątkowo cenna. Świetnie sprawdzają się jako znajomi i przyjaciele oraz są doskonałymi partnerami w biznesie. Sami w sobie są opanowani i spokojni a zarazem wnoszą mnóstwo światła i przestrzeni w życie innych.

coaching - Integralni

„Integralny” – to według słownika języka polskiego „nierozdzielnie związany z całością”

  1. Mają swój wewnętrzny przemyślany dekalog

„Integralni” są spójni w swoich działaniach, przekonaniach i myśleniu. Stan ten, nie jest łatwy do osiągnięcia, bo poprzedza go konieczność udzielenia sobie wielu odpowiedzi na ważne i egzystencjonalne pytania. Jednymi z najważniejszych jest to „kim jestem”, „co nadaje sens mojemu życiu”,  „jakie wartości są w nim najważniejsze” , „co dla mnie oznacza sukces” oraz to jakie granice (np. moralne,  dotyczące wartości, czy też poświęcenia się dla innych) sobie wyznaczam i nie godzę się na ich przekraczanie. Dzięki temu „Integralni” mają wewnętrzny spokój, bo każdą nową sytuację, decyzję czy zdarzenie porównują ze swoim wewnętrznym dekalogiem i wiedzą jak na nie zareagować.

  1. Są pewni siebie i swojej wartości

Naturalną konsekwencją powyższych przemyśleń i dysponowania własnym wewnętrznym dekalogiem jest danie sobie prawa do bycia wartościową istotą i docenienie samego siebie za dokonane wybory. „Integralni”, wiedzą kim są i jacy są, a są właśnie tacy jacy chcą być i dlatego trudno jest ich zdołować, wywołać poczucie zaniżonej wartości itp. Jeżeli dla któregoś „integralnego” miarą sukcesu jest dysponowanie dużą ilością czasu dla siebie i rodziny to nikt z wypasionym samochodem, domem czy wielocyfrową pensją nie zrobi na nim wrażenie, bo nie są to wartości które on ceni.

  1. Są spokojni o świat i siebie

Kiedy wiadomo jak żyć i na co stawiać w życiu otaczający świat staje się natychmiast mniej wrogi i niebezpieczny. Same zdarzenia, które nas dotykają są obiektywne, a to jedynie my wartościujemy je jako złe albo dobre.  Zresztą od samego zdarzenia ważniejsze jest to jak na nie zareagujemy, a skoro wiemy co jest dla nas ważne to i reakcja będzie adekwatna do zdarzenia i naszego systemu wartości. Zauważyłem też, że „integralni” częściej od pozostałych  rezygnują z niepotrzebnych, czy jedynie ambicjonalnych reakcji, uznając je za niewarte ich czasu i uwagi. Cenią sami siebie, więc wiedzą jak cenny jest ich czas – nie marnują go zatem na sprawy nieistotne. Jeżeli doświadczają trudnych wyzwań w życiu, oprócz uporządkowanego systemu wartości, odwołują się też do wiary w siebie, a ta niejednokrotnie daje im siłę potrzebną do podniesienia się po upadku. Jako wewnętrznie silni ludzie nie boją się też prosić o pomoc i przyjmować ją od innych, dzięki czemu w trudnych momentach wspiera ich świat i inni ludzie.

coaching - integralni

„Myśląc o swoim ciele, emocjach i duchowości , zastanów się, jak często zaglądasz do własnego serca i jak często masz z nim bezpośredni kontakt. Na ile jest wypełnione miłością i radością, a na ile zardzewiałe, zszarzałe i ciemne od zgryzot, które w nim nosisz?”

„Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą” Joanna Malinowska-Parzydło

  

  1. Trwają w nieustannym rozwoju

Wewnętrzna świadomość siebie i własny dekalog w połączeniu z wiarą w świat pomagają się otworzyć na innych i na to co nieznane. Wewnętrznie spójni „integralni” nie boją się wchodzi w interakcje z czymś nowym, bo nie obawiają się, że „to nowe” wpłynie na nich niezauważenie lub potajemnie ich zmieni. Mając jasno wyznaczone granice, także w zetknięciu z „nowym” łatwo identyfikują te sytuacje, w których nie chcą iść dalej i bez zbędnej zwłoki się z nich wycofują.  Jeśli natrafią na coś wartościowego, co jest spójne z ich systemem wartości, bez problemu biorą to dla siebie.

Nawet kiedy czasami muszą „ubierać maski” związane z pełnioną funkcją zawodową, społeczną, czy rodzinną  (szef, lider organizacji pozarządowej, rodzic) w ich przypadku nie ma obawy, że któraś z masek przyczepi się do nich na stałe i zdominuje ich osobowość. Są na tyle silni wewnętrznie, że bez problemu ściągają maskę wychodząc z danej roli. Z tego też względu podejmowanie się jakiś nowych stanowisk lub funkcji nie jest dla nich problemem.

  1. Noszą w sobie tęczę

Nie od wszystkich, ale od sporej części „integralnych” bije pozytywne światło lub energia. Przy czym użycie określenia na to, co od nich bije, zależy już tylko od percepcji odbiorcy.  Dla przykładu – moja nauczycielka angielskiego twierdzi, że są to ludzie z wewnętrzną tęczą.  Bezdyskusyjne jest natomiast to, że przeważnie wszyscy czują się dobrze w ich towarzystwie. Zapewne pomaga w tym otwartość „integralnych”. Ich skomunikowanie ze swoimi emocjami, wewnętrzny luz i zdrowy dystans do bieżących wydarzeń oraz ufność względem świata. Dzięki czemu nie są sfrustrowani i nie noszą w swoim ciele zbędnych napięć i agresji.

coaching - integralni

Jak mi się zdaje, nie każdy może być „integralnym” ale z całą pewnością przy pewnym wysiłku zainteresowanych, szeregi tej grupy mogą się znacznie poszerzyć .

„Człowiek, który potrafi budować wartościowe relacje, wnosić coś ważnego do świata innych ludzi, doświadczać, uczyć się stale, dzielić z innymi, dbać o wartości swoje oraz szanować wartości innych, to istota wolna a nie zniewolona.”

„Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą” Joanna Malinowska-Parzydło

Kiedy jest za dobrze, to jest źle…

Często marzymy o tym, aby w naszym życiu wszystko idealnie się układało. Była praca, która daje dobre pieniądze i satysfakcję. Lokum – odpowiednio duże, wygodne i w dobrej lokalizacji oraz ktoś obok, kto wesprze, pocieszy albo fajnie spędzi z nami czas. Zero stresów, zero problemów – po prostu raj. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że to najprostsza droga do tego, aby „umrzeć” za życia.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - zmiany

Króliczy raj

Do napisania tego tekstu skłonił mnie film Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego „KRÓLIK PO BERLIŃSKU”. Opowiada on historię dzikich królików, które kiedyś żyły na Placu Poczdamskim w Berlinie. Zaraz po wojnie miasto to było w ruinie, a jednym z najbardziej dokuczliwych problemów był  brak żywności. Ludzie, aby przeżyć na Placu Poczdamskim zakładali grządki i pola uprawne, które wabiły również wygłodniałe króliki z całego miasta. Oczywiście ludzie chronili swoje uprawy zabezpieczając je siatkami, które nie dopuszczały królików. Jednak pewnego dnia, w życiu królików, wydarzyło się coś niespodziewanego. Zostały one, wraz z pasem ziemi, na którym żyły odizolowane od ludzi. Początkowo zasiekami a potem grubym porządnym murem, przez który nie mógł przejść ani człowiek, ani inny niebezpieczny dla królików zwierz. Co więcej, choć po obu stronach pasa ziemi stał mur berliński, na którym aż roiło się od żołnierzy z bronią, nikt nie strzelał do królików w obawie o rozpętanie konfliktu zbrojnego. Tak oto nastał czas idylli i powstało wymarzone miejsce do króliczego żywota. Jedzenia w bród, bark niebezpiecznych drapieżników i innych zagrożeń. Z czasem efekt tego stanu stał się bardzo wyraźny: „Szczęśliwe zwierzęta nie musiały nic robić. Mając to czego pragnęły, zaczęły sprawiać wrażenie jakby otaczający świat przestał je interesować. Stopniowo popadały w bierność i apatię”. Gdyby nic się nie zmieniało, ten stan trwałby nieprzerwanie a króliki mogłyby być tylko bardziej bierne i apatyczne. Jednak natura nie znosi braku zmian i tak też było w tym przypadku. Obalenie muru, zburzyło wieloletni rozdział idealnego świata królików od rzeczywistego świata. Na ich teren wtargnęli ludzie, drapieżniki i miasto. Bierne i apatyczne króliki były zupełnie nieprzygotowane na taki obrót sprawy. Zatracony instynkt i brak umiejętności przetrwania w trudnych i niebezpiecznych sytuacjach doprowadził do zagłady króliczej populacji z poczdamskiego placu.

Szlachetne utrudnianie

Film miał być analogią do zniewolonego przez system komunistycznego społeczeństwa. Niesie jednak za sobą uniwersalne przesłanie dotyczące tego, jak niebezpieczny może być w życiu czas, gdy wszystko zbyt długo idealnie nam się układa. Najczęściej rozkoszujemy się tym stanem i zapominamy, że w życiu nic nie jest stałe a to co jest, z dużym prawdopodobieństwem ulegnie zmianie. Stąd jeżeli mamy tyle szczęścia, że trafił nam się taki czas, to po chwili należytego odpoczynku wzorem szambelana z „Iwony księżniczki Burgunda” Witold Gombrowicz powinniśmy zacząć utrudniać:

Szambelan stawia fotele do góry nogami
Król: Szambelanie, co robisz?
Szambelan: Utrudniam.
Król: Utrudniasz?
Szambelan: Siadanie na przykład. Trudniej usiąść, gdy fotel tak stoi.

Naszym utrudnianiem może być jakiś kurs, czy szkolenie. Podjęcie nowej aktywności czy to sportowej, czy intelektualnej albo podróż do nowego, nieznanego miejsca. Każda sytuacja, w której będziemy musieli sobie poradzić z trudnościami lub staniemy przed jakimś wyzwaniem wymusi nasze działanie i da impuls do aktywności. Dzięki czemu, nie popadniemy wzorem berlińskich królików w stan bierności i apatii, tylko będziemy się ciągle rozwijać.

Chris Sacca, jeden z najbardziej barwnych wiceprezesów w Dolinie Krzemowej, napisał kiedyś na Twitterze, że jedyną rzeczą, jakiej wymagał od ludzi, których miał zatrudnić, było znalezienie się w sytuacji, w której byli zagubieni, sami, w miejscu, w którym nikt nie mówił ich językiem i musieli polegać na łasce i niełasce innych. 

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small pisząc o berlińskich królikach sączyłem pyszną chińską herbatę Milk Oolong.

Life Factory - projekt

Prze_myślnik #1 – zniewoleni

Bardzo często, kiedy myślimy o sukcesie i prestiżu dostrzegamy tylko ich te pozytywne strony, zapominając o kosztach, których one wymagają. Pędzimy za celami w życiu, które podpowiadają nam media, społeczeństwo i rodzina, nawet się nie zastanawiając czy faktycznie naszym celem jest prestiżowe dyrektorskie stanowisko i wysoka pensja, czy też niezależność i więcej czasu dla siebie samego i najbliższych.

Sukces i prestiż, czy warto nieustannie piąć się w górę?

„Gdy przez siedemnaście lat pracowałam w firmach i koncernach medialnych, spotykałam zarówno ludzi wolnych , jak i zniewolonych. Ci drudzy – często osoby z wynagrodzeniem zapisywanym liczbą pięciocyfrową, ewentualnie taką, którą można pomylić z numerem telefonu, posiadacze atrakcyjnych tytułów i przywilejów, jeżdżący markowymi samochodami służbowymi, niebaczący na koszty służbowych spotkań i kolacji, wizytujący siedziby międzynarodowych gigantów biznesu – byli kłębkiem nerwów. Spętani lękiem, z gardłem ściśniętym permanentnym stresem, uwikłani w korporacyjne gry nie widzieli żadnej opcji poza pracą „tu”; nie widzieli ani innego świata, ani jego licznych możliwości. Byli przekonani, że nic innego niż obecna praca nie da im takiego prestiżu, pensji i tego poczucia, że są kimś. Były to gwiazdy z telewizji, prasy, rzesze menedżerów i specjalistów od biznesu. Ludzie, którzy według innych osiągnęli największy sukces życiowy, byli zniewoleni strachem i myślą „Co się stanie, gdy będę musiał porzucić >> swoją << firmę albo kiedy ona zdecyduje się >>porzucić<< mnie?”

Jedną z zalet pracy w znanych firmach jest to, że ludzie widząc naszą wizytówkę, zaczynają poświęcać nam większą uwagę i są gotowi do współpracy. Jednak ich zainteresowanie to ułuda. Jeśli uwierzymy, że jesteśmy ważni dla innych dzięki temu, jakie logo widnieje na naszej wizytówce – a tym logotypem może być też nazwisko po znanym ojcu lub nazwisko męża np. gwiazdy palestry – to co się stanie, kiedy zostaniemy go pozbawieni? Czy warto tyrać, poświęcać swój czas, relacje z bliskimi, zaniedbując siebie, by na koniec odkryć, że jedynym naszym zyskiem jest strach przed tym, że bez marki czy rodziny będziemy nikim?”

Cytat pochodzi z książki „Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą” Joanna Malinowska-Parzydło

Wiosenny reset – zaktualizuj swoje życie

Kilka dni temu przyszła kalendarzowa wiosna, zapowiadając czas przebudzenia i generalnej odnowy. Na krzewach i drzewach pojawiają się nowe pąki, ziarna niedługo zaczną kiełkować a to, co zapadło w sen zimowy przebudzi się lub zdążyło już to uczynić. Co by się nie działo, z dużym prawdopodobieństwem zetkną się z odmienną sytuacją i warunkami niż te przed nadejściem zimy i będę musiały sobie z tym jakoś poradzić, czyli inaczej mówiąc dostosować do bieżącej sytuacji.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - reset

Do sytuacji, która ulega dynamicznym zmianom dopasowuje się nie tylko przyroda. Również nasze smartfony, komputery i wszystkie inne urządzeni podłączone do sieci co rusz wgrywają i instalują aktualizacje – a to nowy system operacyjny, a to nowa baza wirusów do systemu antywirusowego, a to aktualizacja jakiś sterowników. Przyglądając się temu wszystkiemu zadałem sobie pytanie: kiedy aktualizujemy się my – ludzie?

Z całą pewnością robimy to trafiając w życiu na jakieś traumatyczne sytuacje. Często mamy wtedy do czynienia z tak wysokim stresem, że następuje chwilowe przeciążenie naszego systemu (mózg, układ nerwowy) i nasz organizm przechodzi coś w rodzaju całkowitego resetu. Kiedy „podłącza się ponownie” do życia wiele z dotychczasowych zwyczajów, poglądów a czasami i całe podejście do świata ulega zmianie i przeobrażeniu.

Niejednokrotnie takim zwrotnym momentem bywają też dalekie podróże, kiedy dotykamy innych kultur i stylów życia, w których przez jakiś czas musimy funkcjonować. Świetnie ujęła to w swoim facebook’owym wpisie moja przyjaciółka opisując swoją „podróż życia”: „Indie mogą stanowić skuteczną terapię, Jedziesz na pół roku do Indii, albo nauczysz się uważności, akceptacji, spokoju i po prostu luzu, albo zwariujesz od hałasu, brudu, bardzo odmiennych zwyczajów.” ( polecam cały jej wpis wraz z fascynującą fotorelacją tutaj)

Co jednak zrobić, kiedy nie mamy do czynienie z traumatycznym przeżyciem, a perspektywa dalekiego wyjazdu jest odległa. Wbrew pozorom rozwiązanie jest całkiem proste – potrzebujemy się jedynie zatrzymać i pobyć sami ze sobą przez dłuższą chwilę. Warunek jest jeden, nie zagłuszajmy bycia ze sobą muzyką, włączonym telewizorem czy innymi rzeczami odciągającymi naszą uwagę. Spędzenie dłuższej chwili z samym sobą w ciszy i bez zbędnych rozpraszaczy, już dla niektórych z nas może być ekstremalnym przeżyciem. Jeśli jednak masz ochotę na nieco głębsze doświadczenie proponuję skorzystać z poniższej propozycji:

  • Usiądź albo połóż się na podłodze (możesz to zrobić na kocu aby nie było za twardo). Już samo to, że obserwujemy otoczenie z poziomu podłogi, dla większości dorosłych będzie ciekawym doświadczeniem. Sprawdź jak się czujesz będąc tak nisko .Czy to komfortowy poziom dla Ciebie? Czy siedząc lub leżąc na podłodze czujesz się nieswojo, a jeśli tak to zastanów się dlaczego?
  • Kiedy już się oswoisz z przebywaniem na podłodze zamknij oczy i weź kilka głębokich oddechów. Obserwuj oddech – jak powietrze wpływa do Twojego ciała i jak się po nim rozchodzi. Jeżeli czujesz gdzieś w ciele ból albo napięcie postaraj się w wyobraźni skierować oddech w to miejsce. Postaraj się wydłużyć swój wdech i wydech…
  • Kiedy już się wyciszysz i nawiążesz lepszy kontakt z samym sobą. Tym prawdziwym – a nie pędzącym w pośpiechu przez życie – odpowiedź sobie szczerze na cztery poniższe pytania:
  1. Kim jesteś?
  2. Co nadaje sens Twojemu życiu? Co jest w nim największą wartością?
  3. Jak w trzech zdaniach podsumowałbyś swoje dotychczasowe życie?
  4. W co najwięcej zainwestowałeś w swoim życiu (czasu, energii, uwagi, emocji) i z jakim efektem?

Ciekaw jestem jak się będziesz czuł z odpowiedziami, które uzyskałeś. Czy obudzą one w Tobie poczucie zadowolenia i satysfakcji z życia które masz, czy też popchną Cie do jakiś zmian. Jak by nie było, taka chwila refleksji bywa bardzo przydatna i wyrywa nas z codziennego działania na „autopilocie”. Niech to będzie Twój wiosenny reset, który pozwoli Ci zweryfikować czy ta drogą, która podążasz jest tą właściwą, czy też idziesz nią tylko dlatego, że kiedyś na nią wkroczyłeś…

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small pisałem ten tekst popijając aromatyczny Earl Grey Lawendowy 

Life Factory - projekt