Rafał Markiewicz

Blog

Awizo się zgubiło

Kilka dni temu, kiedy byłem na poczcie stałem się mimowolnym słuchaczem rozmowy przy pocztowym okienku, podczas załatwiania sprawy jednego z klientów. Było to na oko 45-letni mężczyzna, który przyszedł odebrać przesyłkę, nie miał jednak przy sobie awiza. Nie była to jakaś nadzwyczajna sytuacja, ale sposób w jaki wyjaśnił jego brak mnie zaskoczył. Według niego „Awizo się zgubiło”.  Zabrzmiało to tak jakby awizo wyszło z domu i już nigdy nie potrafiło do niego wrócić.

coaching - odpowiedzialność

Na pozór śmieszne tłumaczenie, odkrywało tak naprawdę niezbyt śmieszny fakt braku poczucia odpowiedzialności za własne życie u tego mężczyzny. „Awizo się zgubiło”, „Zupa się wylała”, „Szyba się stłukła” – przedmioty martwe nagle nabierają siły sprawczej i same ze sobą coś robią. Z jednej strony niedorzeczne, z drugiej wygodne przez pryzmat tego, że jakby nie ma sprawcy czy osoby odpowiedzialnej za dane zdarzenie. Często tego typu zachowanie możemy obserwować u małych dzieci. Siedzi tak brzdąc i tłucze lalką lub inną zabawką o podłogę z całej siły, gdy ta się łamie lub rozpada bierze ją w ręce niesie do rodziców i z żalem w głosie mówi „zepsuło się”.

Rodzice najczęściej w takiej sytuacji odpowiadają, że „samo nic się nie robi i to Ty zepsułeś tę zabawkę”.  Powstaje jednak pytanie, kto ma to powiedzieć dorosłemu mężczyźnie czy kobiecie. W zakresie zawodowym z pewnością zrobi to przełożony, a w życiu prywatnym przyjaciel lub ewentualnie członek rodziny, jeżeli jest gotów narazić się na gniew lub niezadowolenie swojego słuchacza. Z całą pewnością uwagę na to zwróci również coach, słuchający opowieści swojego klienta. My ludzie już tak mamy, że wiele spraw w nas samych oddziaływuje na siebie zwrotnie, czyli dwukierunkowo. Mówimy tak jak myślimy, ale również zaczynamy myśleć tak jak mówimy. Jeżeli ktoś od lat mówił, że „książka zalała się sokiem”, „klucze się zgubiły” a „szklanka się stłukła” to jego mózg może naprawdę uwierzyć w to, że nie ma wpływu na otaczającą go rzeczywistość. Co więcej, nawet nie przyjdzie mu do głowy myśli, aby podjąć jakąkolwiek próbę uzyskania kontroli w tym zakresie.

Myślenie takie choć w określonych sytuacjach wygodne, prowadzi na do utraty wpływu na nasze życie. Stajemy się bierni, czujemy że jesteśmy w pełni uzależnieni od świata i nieprzewidywalnego losu. W związku z czym nie jesteśmy za nic odpowiedzialni, nie planujemy pewnych rzeczy w przyszłości i nie przygotowujemy się do nadchodzących zdarzeń.  Kiedy te się zdarzają jesteśmy zaskoczeni, że nie toczą się po naszej myśli i czujemy się pokrzywdzeni tym, że świat i los nas nie wspierają.

Nie jest łatwo samemu wyrwać się z takiego sposobu myślenia i przejąć kontrolę nad własnym życiem. Jest to jednak sytuacja, w której świetnie sprawdzi się coach, który z życzliwością i wiarą w Ciebie, ale zarazem brakiem akceptacji dla Twoich wymówek pomoże Ci dojść do stanu, w którym weźmiesz na siebie odpowiedzialność za swoje życie a tym samym zaczniesz je kształtować zgodnie z własnymi oczekiwaniami.

Jak budujemy własną samotność…

Samotność to straszny stan, którego zazwyczaj nie dostrzegamy przez sporą część naszego życia. Pęd dnia codziennego, spotkania ze współpracownikami oraz jeszcze inne nasze aktywności skutecznie maskują prawdę o naszej rzeczywistej samotności. Do tego dochodzi złudne przekonanie, że mamy jeszcze czas na to, aby odezwać się do dawnych znajomych oraz przyjaciół i odbudować nadwątlone relacja, albo rozejrzeć się za jakimiś nowymi. Niestety, czas ma natrętną cechę ciągłego ubywania i często nie zauważamy, że to co odkładaliśmy na za tydzień, czy miesiąc nagle de facto zostało odłożone na kilka lub kilkanaście lat. Dopiero, gdy w biegu przez życie zatrzyma nas choroba, utrata pracy, jakieś inne traumatyczne wydarzenie, czy też czas emerytury nagle zaczynamy dostrzegać pustkę wokół nas i brak możliwości podzielenia się z innymi naszymi troskami, czy też zwykłą, banalną potrzebą rozmowy.

coaching - samotnosc

Według prof. Katarzyny Popiołek samotność nie bierze się znikąd, ale ma pewne etapy rozwoju. Na pierwszych dwóch możemy sobie poradzić z nią jeszcze sami, ale już na trzecim potrzebujemy pomocy innych:

I etap – coś się wydarzyło w naszym życiu, że nie mamy czasu dla innych. Jeżeli nawet się z nimi spotkamy, to coś innego skupia naszą uwagę na tyle, że nie starcza nam jej na zadbanie o relacje z innymi.

II etap – brak zaufania do innych, ale też do swoich umiejętności kontaktowania się z innymi. Czy ja to w ogóle potrafię? Czy mi to jeszcze wychodzi?  – te umiejętności nie ćwiczone zanikają, podobnie jak nieużywane mięśnie.

III etap – nasze interpersonalne umiejętności przestają istnieć.

Problem w tym, że możemy nie zauważyć tych etapów oraz ubożejących relacji, a pamiętać należy, że samotność może być chorobą śmiertelną. Więcej informacji o samotności i jej przyczynach znajdziecie w poniższym wykładzie, który Wam polecam.

 

Działam, więc jestem

Kartezjusz powiedziała „myślę, więc jestem”, jednak patrząc na to co obecnie dzieje się z naszym społeczeństwem właściwsze współczesności było by chyba stwierdzenie „działam, więc jestem”.  Efektywność i wydajność stały się bowiem bożkami obecnej kultury a my hołdując im na co dzień nawet nie zauważamy jak gubimy kontakt z naturą i samym sobą. W pracy staramy się wyrobić normy i wskaźniki. Wiele reklam zachęca nas do tego, aby być fit i activ, nawet jeśli dopada nas choroba podobno ma nam wystarczyć jedna tabletka aby pokonać grypę i beztrosko śmigać na narciarskich stokach, albo brać udział w rajdach samochodowych. Jakby tego było mało, w życiu prywatnym sami sobie równie często nakładamy kaganiec efektywności.  Wystarczy tylko spojrzeć na te wszystkie smartfonowe aplikacje, które mierzą, ważą i oceniają każdą naszą aktywność w ciągu dnia i pilnują abyśmy zbytnio się nie lenili. Wcześniej, nigdy w życiu nie wiedziałem ile dziennie zrobiłem kroków, ile metrów przebiegłem i jak dużo kalorii spaliłem. Tymczasem teraz mija połowa dnia a w mojej komórce już pojawia się komunikat „zwiększ swoją aktywność, zrealizowałeś 70% swojego planu”. Kończy się miesiąc a kolejna aplikacja podsyła mi raport mojej aktywności miesięcznej i porównuje ja z aktywnością grupy znajomych.  Porównaniom, raportom i wynikom nie ma końca.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - działam

Ostatnio dopadła mnie grypa i ścięła z nóg wysoką gorączką na kilka dni. Jak to zazwyczaj zwykłem czynić, postanowiłem fakt choroby potraktować jako nowe ciekawe doświadczenie i czegoś się z niego nauczyć. Po pierwsze uświadomiłem sobie, że wirus który mnie zaatakował mógł zdobyć kontrole nad moim ciałem tylko dlatego, że w poprzednich dniach byłem tak aktywny, że aż przemęczony i chronicznie niedospany. Co oczywiście istotnie wpłynęło na obniżenie odporności mojego organizmu. Po drugie, doświadczyłem uczucia prawie nic nie robienia. Nie zadziałały cudowne tabletki, po których to miały mi jak ręka odjął zniknąć objawy grypy, a brak energii i osłabienie spowodowały to, że po wykonaniu najprostszej czynności musiałem się zdrzemnąć na pół godziny, aby odzyskać siły. Każdy z początkowych dni choroby był wyjątkowo mało efektywny i wydajny, a mój mózg w reakcji na ten fakt zaczął wariować i odpalać katastroficzne filmy o przyszłych wydarzeniach. Czułem się winny, że nic nie robię i nie działam. Miałem wrażenie, że coś mi umyka, że coś tracę a tym samym wzrastał poziom stresu, który raczej nie wspierał mnie w dochodzeniu do zdrowia. Spirala poczucia winy i stresu, narastała przez kilka dni, aż do momentu kiedy zdałem sobie z tego sprawę i świadomie zdecydowałem, że choroba oznacza czas na odpoczynek i regenerację.

Powstaje teraz pytanie, jak wielu z nas i jak często w dniu codziennym przystaje i zadaje sobie pytanie za czym i dlaczego pędzę. Czy faktycznie odhaczenie kilku dodatkowych załatwionych spraw jest warte zarwanie np. dwóch godzin snu. Czy życie w biegu i nieustającym pośpiechu nie zwracając uwagi na sygnały z naszego ciała o przemęczeniu i konieczność chwilowego przystopowania ma sens.  Czy faktycznie bardziej wartościowe jest zrobienie dodatkowych 2 tys. kroków, czy może lepiej się zdrzemnąć na pół godziny w ciągu dnia. Czy rzeczywiście ma sens ciągłe porównywanie się z innymi. Czy tylko fizyczna wydajność się liczy, czy równie ważny jest psychiczny relaks. Za każdym razem kiedy mam nerwowy czas, wspominam sobie jedną z wczesnojesiennych weekendowych wycieczek na Kaszuby i moment kiedy razem z moją drugą połową leżeliśmy przez półgodziny na lekko kołyszącym się pomoście w promieniach słońca, wsłuchując się w plusk wody i śpiew ptaków. Według mojej smartfonowej aplikacji do mierzenia aktywności był to czas nieefektywny i zmarnowany,  natomiast według mnie jeden z lepiej wykorzystanych…

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small tekst pisałem popijając magiczną herbatę Mango Tango

Life Factory - projekt

Dziura w całym

Zawsze, gdy mamy do wykonania jakieś zadanie możemy wybierać dwie drogi postępowania. Pierwszą, która prowadzi nas do jego rozwiązania pomimo trudności i przeszkód jakie napotykamy lub drugą, nastawioną na znalezienie pierwszego lepszego powodu/trudności , na które możemy zwalić przyczynę jego niezrealizowania.

coaching - dziura z całym

Oczywistym jest, że pierwsza z dróg jest tą trudniejszą i wymagającą od nas więcej wysiłku. Jednak podążanie nią daje więcej satysfakcji oraz pozwala zdobywać nowe doświadczenia. Niejednokrotnie uczy nas również kompromisów oraz elastycznego podejścia do zadania. Droga druga, oznacza skoncentrowanie się na poszukiwaniu dziury w całym i gdy tylko ją znajdziemy przejściu w stan całkowitej bierności.  Może ona mówić o tym, że danej osobie nie zależy na realizacji tego zadania lub o tym, że z jakiegoś względu dana osoba świadomie, lub nie, torpeduje szanse na osiągnięcie zamierzonego celu. Coach w czasie pracy ze swoim klientem, zawsze dąży do poznania faktycznego nastawienia klienta do danej sprawy. Stąd często pyta o to:

  •  jak ważna dla klienta jest dana sprawa w skali od 1 do 10?
  •  ile mam energii na jej rozwiązanie w skali od 1 do 10?
  • czego już próbował w tej sprawie?

To ostatnie z pytań bywa, dla niektórych bardzo kłopotliwe. O ile wcześniej byli spokojni poprzez fakt, że napotkali na jakąś trudność w realizacji zadania, którą tłumaczyli brak postępów, to teraz muszą wprost zadeklarować czy podejmowali w ogóle jakiekolwiek próby pokonania tej trudności.

Wbrew pozorom, nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Wszystko bowiem zależy od tego, czy dany cel, czy też zadanie są tymi, z którymi identyfikuje się klient i faktycznie chce je zrealizować. Czasami kluczem do odkrycia problemu jest zrozumienie, że są one narzucone przez kogoś innego i tak naprawdę klient zupełnie nie ma ochoty się nimi zajmować.

Bywa również i tak, że dane zadanie lub cel są tym czego faktycznie pragnie klient. Niemniej jednak na jego drodze pojawiło się wcześniej jakieś duże niepowodzenie, które odebrało mu siły do dalszego działania. Klient nie ma wiary w to, że da sobie radę poradzić z kolejnymi stojącymi przed nim wyzwaniami. W takiej sytuacji, staram się zmienić optykę patrzenia klienta na problem i pytam „A co dobrego dzieje się w tej sprawie?” Pytam o to, bo bez względu na to jak beznadziejna jest sytuacja, zawsze istnieje  coś, co działa dobrze.

Czasami też opowiadam znalezioną gdzieś, kiedyś w internecie historię dziesięcioletniego chłopca, który postanowił trenować judo, mimo, że stracił lewą rękę w wypadku samochodowym.

Chłopiec rozpoczął treningi pod okiem starego Japońskiego mistrza judo. Uczeń robił szybkie postępy i bardzo się przykładał, więc trudno mu było zrozumieć dlaczego po trzech miesiącach treningów jego mistrz nauczył go tylko jednego chwytu.

„Sensei,” chłopiec w końcu postanowił spytać, „Czy nie powinienem uczyć się innych chwytów i ruchów?”

„To jest jedyny ruch jaki znasz, ale to jest również jedyny ruch jaki będziesz potrzebował znać” odpowiedział sensei.

Nie rozumiejąc za bardzo o co chodzi, jednak wierząc w swojego mistrza, chłopiec kontynuował treningi.

Parę miesięcy później, sensei wziął swojego ucznia na turniej. Zaskakując samego siebie, chłopak bez problemu wygrał pierwsze dwa mecze. Trzeci mecz okazał się o wiele trudniejszy, ale po jakimś czasie jego przeciwnik zrobił się niecierpliwy i zaatakował, chłopak niezwykle sprawnie wykonał swój wyćwiczony chwyt i wygrał mecz. Wciąż zdziwiony swoimi wynikami, młody adept judo awansował do finału.

Tym razem jego przeciwnik był większy, silniejszy i bardziej doświadczony. Przez chwilę chłopiec wydawał się nie mieć żadnych szans. Obawiając się, że judoce może stać się krzywda, sędzia poprosił o przerwę. Miał zamiar przerwać spotkanie ale sensei interweniował.

„Nie,” naciskał sensei, „Pozwól mu kontynuować.”

Zaraz po tym jak mecz został wznowiony, przeciwnik popełnił krytyczny błąd: opuścił swoją gardę. W mgnieniu oka, chłopiec użył swojego chwytu by go przygwoździć. Chłopak wygrał mecz i cały turniej. Zdobył mistrzostwo.

W drodze do domu, chłopiec i sensei omówili każdy ruch, w każdym meczu, w którym chłopak brał udział. Judoka zdobył się na odwagę aby zapytać o to co go męczyło.

„Sensei, jak to się stało, że wygrałem cały turniej tylko jednym ruchem?”

„Wygrałeś z dwóch powodów,” odpowiedział sensei. „Po pierwsze opanowałeś do perfekcji jeden z najtrudniejszych rzutów w całym judo. Po drugie, jedyną obroną przed tym ruchem jest chwyt za lewą rękę.”

Największa słabość chłopca, stała się jego największym atutem.

Rozpieprz schemat

Nie jestem zwolennikiem siłowego wprowadzania zmian w naszym życiu. Wole dłużej trwające procesy, czy też metamorfozy, pozwalające na stopniowe oswajanie się z tym co się z nami dzieje.  Uznaje jednak, że są w naszym życiu pewne tak głęboko zakorzenione schematy postępowania czy funkcjonowania, iż nie da się ich zmieniać w „pokojowy” sposób. Wymagane jest w tym przypadku jedno ostre cięcie, które wywróci wszystko do góry nogami i pozwoli zbudować nowe zasady postępowania na przyszłość.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - schemat

Nie zmieniaj, nie modyfikuj tylko rozpieprz z całym impetem to co chcesz wykorzenić lub całkowicie przebudować. Jednak zanim się do tego zabierzesz wyczekaj na odpowiedni moment. Musisz mieć wystarczająco dużo siły i energii. Nie ma chyba jakiegoś jednego sposobu, który podpowie po czym poznać ten moment, po prostu musisz to wewnętrznie poczuć.

W moim przypadku takim skostniałym schematem było przekonanie, że układ mebli w dużym pokoju jest jedynym najbardziej ergonomicznym ze wszystkich możliwych. Kiedy go meblowałem 10 lat wcześniej, moje życie było na innym etapie i także czego innego od niego oczekiwałem. Co najmniej już od pół roku chodziła za mną myśl, aby coś tu pozmieniać i poprzestawiać. Potrzebowałem tchnąć nową energie w to miejsce. Jednak ile razy o tym myślałem, w mojej głowie pojawiało się przekonanie, że inaczej nic w tym pokoju poustawiać się nie da. A jak nawet bym coś poprzesuwał, to tylko zmieni się na gorsze. Tak było do jednego piątkowego popołudnia, kiedy to zabrałem się za sprzątanie mieszkania. Kiedy wkroczyłem z odkurzaczem do dużego pokoju, nagle poczułem, że to jest moment na zmianę. Byłem pełen energii i podejścia „niech się dzieje, co chce”. Założyłem, że jak zmiany nie wypalą to najwyżej postawię wszystko tak jak wcześniej stało.  Włączyłem muzykę i zacząłem przesuwanie i przenoszenie całego wyposażenie pokoju. Nie trafiłem za pierwszym razem, ale po jakiś 30-40 minutach pojawił się nowy, mocno nowatorski układ. Wielki szklany stół, przestał być centralnym punktem pokoju i wylądował pod oknem, otworzyło to swobodny dostęp do kanapy oraz uwolniło sporo pustej przestrzeni pośrodku pokoju. Z pomieszczenia o częściowo biurowym charakterze, pokój zmienił się w bardzo przytulny i domowy. Sam byłem zaskoczony, tym jak szybko i dobrze mi poszło.  Pozostało tylko dokończyć odkurzanie.

Zmiany się dokonały i choć byłem zadowolony z ich efektów, to zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. Na całe szczęście znajomi, którzy mnie odwiedzili w weekend potwierdzili zasadność mojego działania i bardzo chwalili nowy układ mebli. To co się jednak potem stało było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem. Zmiany w ustawieniu pokoju, wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności (jedna zmiana, pociągnęła za sobą kolejne), spojrzałem na niektóre aspekty mojego domowego życia z innej perspektywy i tutaj też dokonałem zmian. Przez kilka pierwszych poranków, nie mogłem się szykować do pracy na zasadzie automatycznych odruchów, bo wszystko teraz leżało w innym miejscu i już od pierwszych chwil przeżywałem poszczególne dni w pełni świadomie i uważnie. Miałem też niezły ubaw z samego siebie, kiedy wpadałem do domu i chciałem odruchowo coś rzucić na stół, a zamiast niego trafiałem na pustkę i musiałem zatrzymywać się w połowie ruchu. W ciągu trzech kolejnych tygodni od tego przemeblowania, uporządkowałem jeszcze parę innych domowych kwestii i z efektów całości jestem mega zadowolony.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - schemat

Jak mawia znajomy lekarz, z niektórymi sprawami w życiu trzeba postępować jak z wrzodem. Nie nakłuwać go delikatnie i zakładać sączek, bo cała sprawa będzie się ciągnąć w nieskończoność i babrać niepotrzebnie. Tylko, choćby miało na mement zaboleć, trzeba ciąć po całości i z jednym zamachem oczyścić ranę. Uczucie ulgi, które potem przychodzi jest nie do zapomnienia.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie masz jakiejś zaległej sprawy do uporządkowania, albo czy jakiś zakorzeniony w Tobie schemat postępowania nie ogranicza Twojej swobody działania. Jeżeli coś takiego Ciebie dotyczy, poczekaj na odpowiedni moment przypływu energii i działaj, ale nie delikatnie i powoli, tylko na całego.

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small  w pisaniu tego tekstu wspierała mnie zielona herbata imbirowo-cytrynowa GREEN TEA GINGER LEMON

Life Factory - projekt

„Biały” gniew

Wśród wielbicieli herbaty znane jest pojęcie białego wrzątku, które opisuje stan gotującej się wody przed mocnym wrzeniem, kiedy woda robi się mętna. Według chińskiej sztuki parzenia herbaty woda podczas wrzenia traci rozpuszczone w niej powietrze. Powinniśmy więc zwrócić uwagę, aby nie doprowadzać jej do długotrwałego wrzenia.

coaching - biały gniew

Podobnie jak z gotującą się wodą, jest z jedną często pojawiającą się wśród ludzi emocją, którą jest gniew. Według Wikipedii gniew „to reakcja emocjonalna na niepowodzenie lub wzburzenie emocjonalne, czasami z nastawieniem agresywnym (złość), będący reakcją na działanie interpretowane jako skierowana negatywnie akcja zaczepna. Podobnie jak inne emocje, gniew specyficznie zabarwia obraz postrzeganej rzeczywistości. Dzięki zniekształceniu rzeczywistości przygotowuje do działania w sposób korzystny dla osoby doznającej tego odczucia. Umiejętność kontroli gniewu zależy od możliwości intelektualnych oraz socjalizacji danego człowieka.” To samo źródło podaje, że „Gniew składa się z trzech elementów: myśli, reakcji fizjologicznej oraz zachowania. W przeciwieństwie do złości i wściekłości, gniew może być kontrolowany.”

Co ważne, mimo że „może być kontrolowany” chyba każdemu z nas zdarzyło się, chociaż raz w życiu, stracić nad nim kontrolę i wybuchnąć. Piszę o tym, bo kulturowo jesteśmy tak programowani, aby złe emocje ukrywać, wycinać z naszego życia i zwalczać na wszelkie sposoby. Tymczasem moja nauczycielka jogi uczy nas, aby kiedy przy pracy z ciałem pojawiają się w nas różne emocje spokojnie się im przyglądać. Nie zmieniać na siłę, nie zwalczać, tylko poczuć je i zaakceptować – nawet wtedy, gdy są to emocje „złe”. Dopiero w takim stanie, możemy próbować dotrzeć do ich źródła i przyczyny. Kiedy je zwalczamy i zaprzeczamy im, z jednej strony wzmacniamy je a z drugiej zamykamy sobie drogę do ich zrozumienia. Opowiadam o tym podejściu niektórym z moich klientów, którym kiedyś puściły nerwy i do tej pory wstydzą się swojego wybuchu gniewu. Zdarza się to większości ludzi, ale raczej niechętnie o tym opowiadają, bo każdy z nas woli uchodzić za osobę opanowaną i kontrolującą swoje emocje.

coaching - gniew

Jeżeli zdarzył Ci się wybuch gniewu, w trakcie którego nie zrobiłeś nikomu krzywdy to jesteś w super sytuacji. Znasz swoją potężną siłę w tym stanie, a wybuchając prawdopodobnie pozbyłeś się też sporej dawki gniewu nagromadzonej od dłuższego czasu w Twoim ciele. Pisząc o „super sytuacji” odnoszę się do cennej lekcji doświadczenia jaką zdobyliśmy. To tak, jak powszechnie uznaje się za lepszych kierowców właśnie tych, którzy kiedyś mieli wypadek, bo wiedzą co to znaczy, przeżyli go i teraz z jeszcze większą starannością starają się uniknąć powtórki z tej sytuacji. Podobnie podchodzą niektóre amerykańskie banki do osób, które zaciągają kredyt na rozpoczęcie działalności. Uznają one za bardziej wiarygodnych klientów, tych którzy kiedyś mieli firmę i zbankrutowali, niż tych którzy nie mają jeszcze żadnego doświadczenie z własną działalnością.

Kiedy wybuchłeś gniewem, pewnie pamiętasz jak do tego doszło i są spore szanse, że kojarzysz jak ten gniew w Tobie narastał i gdzie jest ta granica, przy której możesz w przyszłości eksplodować. Całkiem możliwe, że też przeraziła Cię siła jaką taki gniew może wygenerować. Ja osobiście połapałem się, że doszło u mnie do jego eksplozji w momencie kiedy rozerwał się karton z sokiem pomarańczowym, który z impetem postawiłem na stole ze szkła hartowanego. Nie pamiętam momentu zamachu ręką, nie pamiętam co czułem na ułamek sekundy przed zetknięciem kartonu ze stołem. Pamiętam za to swój gniew moment wcześniej i to jak karton pękł w pionie wzdłuż zgrzewu i jego zawartość rozprysła się po całym pokoju. Sprzątanie soku ze stołu, podłogi i mebli bardzo szybko schłodziło moje emocje. W ramach „pokuty” jeszcze przez wiele miesięcy podczas sprzątanie w różnych zakamarkach znajdowałem ślady po soku przypominające mi o tym co się stało. Jeden z moich znajomych, ślad po swoim gniewie widzi cały czas na podłodze w postaci wgniecenia na panelu podłogowym, które powstało gdy cisnął w niego szklanką. Inny, musi cały czas oglądać lekko wgniecione drzwi lodówki, w które uderzył z całej siły dłonią w przypływie gniewu.

Stało się i teraz – tak samo jak kierowcy, którzy kiedyś mieli wypadek –  z dużo większą rozwagą i świadomością konsekwencji prowadzimy swoje rydwany gniewu. Znamy jego siłę i czujemy przed nim respekt, dzięki czemu łatwiej zachowujemy spokój. To doświadczenie uczy jeszcze jednego. Daje świadomość, że kiedy ktoś kiedyś mnie zaatakuje, chcąc wyrządzić mi krzywdę, w przypływie gniewu będę w stanie uruchomić potężną siłę, aby się bronić i być może tym sposobem uratować własne życie.

Na zakończenie, warto jeszcze zapamiętać jedną zasadę. Tak jak chińska sztuka parzenia herbaty mówi, aby woda nie wrzała za długo, tak samo my musimy pilnować, aby nasz gniew za długo się nie gotował.

Kiedy puka nowe…

Jest czas kiedy mamy poukładane życie, wszystkie tematy są ogarnięte a potrzeba bezpieczeństwa jest dopieszczona w każdym obszarze. Wszystko wiemy, wszystko znamy, każde działanie weszło w określony schemat lub nawyk. Ryzyko, niczym spasiony kot wygrzewa się na piecu i nie ma ochoty na działanie. Jedynie od czas do czasu ziewnie nieznacznie wprawiając w lekkie drganie nutę niepokoju. Jest miło, ciepło i przytulnie, gdy nagle… do drzwi puka nowe.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - nowe

Ono zawsze puka, bo przychodzi z zewnątrz. Wszystko co wewnątrz, już znamy. Puka i burzy nasz rutynowy, bezpieczny porządek. Stoi u drzwi i się niecierpliwi a my rozdarci nie wiemy czy drzwi ryglować, czy też je uchylić. Intuicyjnie bowiem czujemy, że gdy wpuścimy nowe nigdy już nie będziemy tą samą osobą. Zetknąwszy się z nowym, doświadczywszy go – zawsze i na zawsze zostaniemy zmienieni. Jest to zjawisko nad wyraz ryzykowne, bo trudno przewidzieć co nowe niesie ze sobą, czy jest przyjazne, czy wrogie. Jeśli chcesz się tego dowiedzieć nie masz wyboru i musisz otworzyć drzwi. Tu nie ma miejsca na ich lekkie uchylenie, bo kiedy jedynie muśniesz nowe, to nie poznasz go do końca i nie doświadczysz prawdziwej zmiany.

Oczywiście, można zostać ze starym nie otwierając drzwi. Wrócić na kanapę i włączyć telewizor, żyjąc życiem serialowych bohaterów lub fascynując się dokonaniami uczestników kolejnych talent show’ów. Niemniej jednak, wcześniej czy później stare zacznie uwierać.  Jest bowiem jak politycy. Początkowo sporo obiecuje, ale nigdy nie spełnia wszystkich obietnic. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale szczęścia często już zapewnić nie może. To wtedy rodzą się frustraci. Nie znoszą swojej pracy, jednak nie ryzykują zmiany, bo nowa nie daje gwarancji, że będzie lepiej. Żyją w toksycznych związkach, ale nic z tym nie robią, bo nikt ich nie zapewni, że znajdą nowy. Jest też ryzyko, że jak nawet taki się trafi, to nie będzie lepszy od obecnego. Czasami nawet nachodzi ich taka myśl, że może jednak otworzyć się na coś nowego, ale kiedy to przemyślą szybko kalkulują nieopłacalność ryzyka. Umysł bowiem zawsze jest stary. Przechowuje w sobie pamięć całej twojej przeszłości i ma już wypracowane rozwiązania na wszystko co Ci się przydarzyło.  Nie lubi i boi się nowego.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - nowe

Mimo to, nie żyjemy w wyizolowanym środowisku i ono zawsze jakoś na nas wpływa. Zatem jakby nasz umysł się nie starał, nowe przychodzące z zewnątrz wciąż stuka do naszych drzwi. Stare natomiast staje się powtarzalne, nudne i monotonne a co za tym idzie pokusa zmiany staje się jeszcze silniejsza. Musimy się jednak mieć na baczności, bo umysł nie jest do końca bezbronny. Potrafi wytworzyć iluzję zmiany a wspiera go w tym powszechny konsumpcjonizm i pogoń za karierą. Tchórzymy przed zmianą siebie, ale mamy poczucie rozwoju bo nasze konto w banku się powiększa. Zaczynamy się lepiej ubierać i jeździć lepszym samochodem przez co sądzimy, że inni nas bardziej szanują. Piastujemy coraz to nowe stanowiska i nasze nazwisko staje się bardziej znane a my czujemy się potężniejsi . Jednak to tylko zwodnicza sztuczka umysłu. Nie jesteś swoim kontem, nie jesteś też swoim nazwiskiem. Wystarczy, że samotnie wybierzesz się w góry lub zapuścisz w głąb ciemnego lasu a wtedy nawiążesz kontakt z naturą i samym sobą. Zobaczysz też wtedy, jak w tej sytuacji twoje konto czy nazwisko są nieistotne.

Kiedy więc następnym do Twoich drzwi zastuka nowe, przypomnij sobie słowa „Strach nie zapobiega śmierci. Zapobiega życiu” i otwórz je szeroko.

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie pysznej czarnej herbaty Żar pustyni

Life Factory - projekt

Multipotencjalność – klucz do multiciekawości…

Wiele razy w życiu byłem pytany o swoje zainteresowania. Odpowiedź na tę kwestię zawsze nastręczała mi sporo trudności. W pierwszym odruchu, na pytanie „czym się interesujesz”, miałbym ochotę odpowiedzieć „wszystkim”, ale wiem że nie jest to dobrze widziane, bo często rozumiane jest jako „niczym”. Z czasem wypracowałem sprytny trick i na pytanie „czym się interesujesz” odpowiadałem „życiem”. Miało to w moim zamierzeniu pokazywać mnogość zainteresowań niosących mnie przez życie. Zawsze jednak czułem się źle z tym, że nie mam jakiegoś jednego wybranego zainteresowania.

Poniższe wystąpienie Emilie Wapnick było dla mnie prawdziwym odkryciem, bo pozwoliło mi zrozumieć moją „multipotencjalność” i zaakceptować moją multiciekawość. Zarazem zrozumiałem, dlaczego kiedy wchodzę w jakiś nowy temat, na głowę biję tempem jego poznawania innych moich znajomych oraz dlaczego czytając np. o doszach w ajurwedzie potrafię przenieść wiedzę wyniesioną z tego obszaru na budowanie relacji biznesowych. Czemu od lat pomimo zdobywania różnych specjalizacji w różnych branżach i obszarach wciąż jestem menedżerem i zarządzam ludźmi wykorzystując do tego wiedzę z wielu dziedzin. Wreszcie, wiem też z jakiego powodu opowiadam od lat, że jestem „genetycznie zaprogramowany na rozwój”. Dzięki multipotencjalności jestem też dobrym coachem, bo trafiając na różne sytuacje i wyzwania w życiu innych ludzi, do pomocy w ich rozwiązywaniu stosuję skompilowaną wiedzę z dużej liczby obszarów, którymi interesuję się obecnie lub interesowałem w przeszłości.

Poniższe wystąpienie, może też okazać się kluczem do poukładania sobie życia przez niektórych z moich klientów, którzy za wszelką cenę i trochę na siłę próbują znaleźć jakąś jedną życiową pasję i od dawna im to nie wychodzi, bo co rusz pochłania ich nowy temat.

 

Czego uczy mnie joga cz. IV – ograniczenia w naszej głowie

Dzisiaj kolejna cześć jogowego cyklu, którą postanowiłem poświęcić mieszkającym w nas ograniczeniom. Chcąc komuś dodać otuchy i popchnąć go lekko do podjęcia jakiegoś działania i pokonania strachu lub obawy mówimy często uwierz w siebie, jesteś świetny na pewno dasz radę. Jeśli faktycznie uwierzy, może niejednokrotnie dokonać rzeczy, które uważał wcześniej za niemożliwe.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - ograniczenia

Kilka lat temu oglądałem film dokumentalny, o tym jak w ekstremalnych sytuacjach zagrażających czyjemuś lub naszemu życiu potrafimy użyć tak potężnej siły, jakiej zgodnie z naukowym podejściem do fizjologii naszych ciał nie mamy szansy osiągnąć. Zapamiętałem szczególnie dwóch mężczyzn, którzy uratowali kierowcę z zakleszczonej po wypadku kabiny pick-up’a, w której wybuchł pożar. Ni jak nie dało się otworzyć zakleszczonych drzwi a opcja wyciągnięcia kierowcy przez przednią szybę, ze względu na ustawienie samochodów po wypadku, nie wchodziła w rachubę. Jeden z tych mężczyzn pod wpływem impulsu wskoczył na boczne drzwi kabiny i chwyciwszy za ich górną część, tuż nad szybą,  zgiął je w połowie gołymi rękoma. Kiedy po jakimś czasie próbował ponownie choć na milimetr zgiąć lub odgiąć te same drzwi, przy użyciu całej swojej siły, metal nawet nie drgnął. Naukowcy badający jego ścięgna, mięśnie i stawy w rękach wyliczyli, że teoretycznie nie mógł on dysponować wystarczającą siłą do zgięcia tak grubego metalu. Sprawdzili także drzwi, które nie miały żadnej wady, która ewentualnie pomogła by w ich wygięciu. Wysnuli jedynie wniosek, że najprawdopodobniej pod wpływem tak wysokiego stresu, u tego mężczyzny pojawił jakiś impuls, który wyzwolił w jego ciele przepotężną dawkę energii.

Zajęcia jogi mają to do siebie, że są spokojne i nie mamy szansy doświadczyć na nich, aż tak ekstremalnych sytuacji jak powyższa. Zatem z jednej strony, nie mamy się co spodziewać „cudownego” impulsu przepotężnej energii ale z drugiej, działając z uważnością i w skupieniu łatwo możemy zauważyć rożne procesy i relacje zachodzące pomiędzy naszym ciałem a głową. Piszę o tym, bo na zajęciach jogi udało mi się już zrobić dwie rzeczy na pozór dla mnie niemożliwe i miałem tę możliwość, że przy zachowaniu pełnej świadomości obserwowałem co się ze mną dzieje.

Sytuacja I – stajemy na głowie

Kiedy na jednych z zajęć moja nauczycielka powiedziała, że przesuwamy maty pod ścianę i będziemy teraz ćwiczyli stanie na głowie, mój mózg oszalał. Zapaliły się w nim wszystkie lampki kontrolne, zawyły wszelkie alarmy a przez głowę przebiegła myśl „ona chce mnie zabić”. Kolejne myśli to:

  • „odpuść sobie, przecież boli Cię bark” – faktycznie, miałem bardzo lekką kontuzję, ale to była by zwykła wymówka.
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – faktycznie, stanie na głowie przy ścianie, to koszmar mojego dzieciństwa. Pomimo wielu prób, nigdy mi to nie wyszło na wf-ie.
  • „jesteś początkujący, za szybko na tą pozycję” – zaskakujące było dla mnie to, że mój mózg, który wcześniej nie miał do czynienia z jogą, teraz „ekspercko” ocenia co jest właściwe na tym etapie zaawansowania.

W tym czasie prawie wszyscy byli już z matami pod ścianą, więc było głupio siedzieć samemu na środku sali. Ruszyłem za nimi i postanowiłem spróbować, choć w mózgu ostrzegawcze lampki i alarmy pracowały na pełnych obrotach. Pojawiło się jednak dziwne uczucie, gdzieś w ramionach i górnej części pleców – tak jakby moje ciało krzyczało: ja chcę, dam radę. Więc spróbowałem; ręce i głowa odpowiednio ustawione, wybijam się nogami w górę i gdzieś tak w połowie ich drogi do ściany, jakby coś mnie ściągało w dół. Zdążyłem tylko wierzgnąć nogami i z powrotem wylądowałem na ziemi. Prób było kilka, podobnie nieudanych ale czułem się jakoś dziwnie, bo ciało mówiło „próbuj, fruwaj” a mózg syczał „siedź na macie i nie chojrakuj”. Zresztą przy każdej próbie miałem poczucie, że ciało może a to chyba mózg włącza strach i zatrzymuje mnie w połowie drogi do góry. Zaryzykowałem i postanowiłem całkowicie zaufać ciału, zakładając że najwyżej pierdyknę w ścianę z gracją nosorożca po czym osunę się na ziemie z nogami w górze rozbawiając pozostałych. Ostatecznie jest coś takiego jak „joga śmiechu” więc czemu nie mogę być jej nauczycielem. Mózg zdezorientowany moją desperacką decyzją, nie zdążył pozbierać się na czas i włączyć w odpowiednim momencie blokady/strachu. Stałem na głowie wyprostowany jak struna i czułem się wspaniale. Czułem jak przez rozgrzane wcześniej ćwiczeniami ciało płynie energia i zadowolenie.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - ograniczenia

Sytuacja II – robimy wygięcia w tył, czas na mostek

No dobra wiedziałem, że to tydzień pozycji z wygięciami do tyłu. Gnę się zatem ochoczo do tyłu i to w pionie, poziomie i na leżąco. Idzie nieźle i jest nawet przyjemnie. Ciało po wcześniejszym silnym wygięciu w tył jest rozluźnione i jakby lżejsze, kręgosłup miło rozciągnięty… Nagle, miło się kończy! Mamy położyć się na plecach i będziemy robić mostek – nauczycielka demonstruje, wyjaśniając na co zwrócić uwagę. Co napiąć i co jak ustawić, aby się dźwignąć w górę w piękny łuk. Moje oczy to widzą, ciało zachowuje pozycję zrównoważonego obserwatora a wokół niego… biega mózg z podkulonym ze strachu ogonem. Tak, tak lampki też błyskają i syreny wyją. Generator myśli daje czadu:

  • „a jak się wygniesz i potem nie złożysz” – cóż za przewrotność, ja nawet nie jestem pewien czy się w taki łuk wygnę, a ten się martwi jak z niego bezpiecznie wyjdę;
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – mój kolejny koszmar z wf-u, nawet teraz pamiętam te wszystkie stęknięcia i sapnięcia na szkolnym materacu, kiedy to z leżenia na plecach bezskutecznie próbowałem dźwignąć ciało do łuku;
  • „ona powiedziała, że to łatwiejsza pozycja z tych ZAAWANSOWANYCH ” – nie jestem zaawansowany, więc pewnie lepiej odpuścić.

Głupio jednak tak siedzieć skoro inni próbują. Jedna, druga, trzecia próba… się dźwigam, biodra w górze, ale głowa zostaje na macie. Jakaś blokada powstrzymuje mnie przed tym momentem, w którym oderwę całą siłą ramion górną część ciała, pozostawiając na ziemi jedynie dłonie i stopy. No tak, w górnej części ciała mieszka sobie mózg i nie chce wyrżnąć o ziemie jeśli mi nie wyjdzie. Ciało jednak jest ochocze do tego eksperymentu, ręce mam silne więc nie powinno być problemu. Kładę się na macie i korzystam z ostatniej deski ratunku – podstępu. Uruchamiam ciekawość, chcę zobaczyć, poczuć jak to jest tak się wygiąć, jak będzie wyglądał świat z takiej perspektywy. Ostatnia próba, napinam ręce, ściągam łopatki i z brzucha oraz ramion wypycham ciało do góry. Jest cudownie, nie znałem jeszcze takiego uczucia w kręgosłupie. To nic, że mostek jest trochę krzywy a ja się lekko kolebię. Ważne, że to zrobiłem a na dopieszczanie pozycji przyjdzie czas później.

Rafał Markiewicz- coach - coaching - lifefactory - ograniczenia

Obie te sytuacje nauczyły mnie nie ufać do końca mojej głowie. Pozwoliły także zbudować punkty kontrolne, które dadzą mi znać, że mózg mnie blokuje. Znalazłem też dwie metody na jego pokonanie:

Już kiedyś Ci nie wyszło – to ewidentny znak, że mózg żyje przeszłością. Odszukał w zakamarkach pamięci związane z tą sytuacją niepowodzenie i teraz przenosi tamte wspomnienia na teraźniejszość. Nie uwzględnił jednak faktu, że dużo się od tamtej pory zmieniło (teraz mam znacznie mocniejsze i lepiej wysportowane ciało niż za młodu). Nie wziął pod uwagę, że obecna sytuacja dzieję się w innych uwarunkowaniach (nie jestem po krótkiej rozgrzewce na wf-ie, tylko po ponad godzinie ćwiczeń i pozycji przygotowujących moje ciało do tego co mam teraz zrobić). To co trzeba zrobić, to szybko przełączyć się na bycie „tu i teraz”. Pomyśleć, że możemy ten moment w naszym życiu napisać od nowa, zupełnie ignorując przeszłość. Hasło „niech się dzieje, co chce” powinno zostać naszą sztandarową myślą tego momentu.

To nie jest odpowiedni poziom dla Ciebie – mózg odwołuje się do starego tricku. Ubiera się w strój eksperta, tak samo jak zwykli aktorzy w reklamach zakładający na siebie fartuchy lekarskie i reklamujący jakieś tam suplementy. Trzeba się na moment zatrzymać i przestać ślepo wierzyć w każdą myśl z naszej głowy. Wystarczy się zastanowić, kiedy to nasz mózg miał szansę osiągnąć poziom eksperta w danej dziedzinie, aby nam mówić co jest właściwe a co nie, na tym etapie zaawansowania. Skoro mózg stosuje tricki, to i my możemy. Musimy po prostu uruchomić autentyczną ciekawość jak to będzie, gdy coś zrobimy. Jak się będziemy czuli, co wtedy zobaczymy i jakie nowe doświadczenie zdobędziemy. Mózg jest łasy na informacje, więc pewnie ulegnie tej pokusie.

Po tym wszystkim już wiem czemu w coachingu tak skutecznym jest pytanie „A gdybyś mógł, to co byś zrobił” lub „A gdybyś mógł, to jakby to wyglądało”. Zarazem jestem przerażony tym, jak wiele razy w swoim życiu mogłem ulec fałszywym podszeptom mózgu i ilu rzeczy nie zrobić, które były w zasięgu moich możliwości.

afał Markiewicz - coach - coaching - filizanka_small  przy pisaniu towarzyszyła mi zielona herbata YOGI TEA GREEN BALANCE zwana „Zieloną harmonią”

Life Factory - projekt

Dywersanci są wśród nas

Jednym ze standardowych działań w czasie spotkań coachingowych, kiedy pracujemy wspólnie z kimś nad jego celem, jest określenie tego kto będzie wspierał mojego klienta w tych działaniach a kto będzie je utrudniał.  Często kiedy mamy jakiś plan działania bierzemy pod uwagę obiektywne i merytoryczne trudności, które nas czekają ze strony danego zadania oraz badamy czy mamy wystarczająco siły, wiedzy i wiary w siebie, aby się go podjąć. Umyka nam jednak fakt, że wszystko co robimy nie dzieje się w społecznej próżni. Nasze działania i zachowania przekładają się na relacje z naszymi bliskimi i znajomymi a ich działania i reakcje wpływają również na nas.

coaching - blokada

Świetnym poligonem do odczucia tych zależności jest podjęcie decyzji, że nie pijemy alkoholu. Bez względu na fakt, czy nasza decyzja jest wynikiem stanu naszego zdrowia, czy też wynika jedynie z naszej decyzji o zdrowym odżywianiu zostaniemy poddani presji otoczenia. Po pierwsze, mało kto przyjmie naszą decyzję jako efekt naszego wolnego wyboru, do którego mamy prawo – w większości sytuacji będziemy zmuszeni tłumaczyć się z powodu tej decyzji. Po drugie, ileś tam osób będzie rozczarowanych i zawiedzionych, że nie poimprezuje z nami na całego – spodziewajmy się, że obarczą nas odpowiedzialnością  za ich nie do końca udaną zabawę. Możemy też usłyszeć, że takim co na imprezach nie piją się nie ufa, bo pewnie mają coś do ukrycia i obawiają się, iż po alkoholu się wychlapią. Wreszcie, my sami uczestnicząc w imprezie, na której wszyscy oprócz nas będą wstawieni i nad wyraz rozbawieni możemy poczuć się nieswojo.

Podobnie będzie, jak zdecydujemy się zrezygnować z bezpiecznej pracy na etacie w imię realizacji swoich marzeń lub zainteresowań jako właściciele własnej firmy lub w ramach umowy zlecenia w jakimś nowo powstałym start-up’ie.  Niewiele mniej emocji u innych pewnie wywołała również nasza decyzja, że chcemy spróbować życia gdzieś poza granicami naszego kraju. W obu tych sytuacjach pewnie będą tacy, którzy nam pogratulują i będą w pozytywny sposób zazdrościć odwagi, ale trafimy również i na innych, którzy będą przerażeni naszą decyzją (rodzina). Zasypią nas pytaniami: czy jesteśmy pewni, że sobie poradzimy lub zaczną wręcz lamentować w niebogłosy. Nie możemy też wykluczyć, że się na nas obrażą lub zaczną wymieniać znajomych, którzy mieli podobny pomysł i im nie wyszło co ma stanowić wyraźny przekaz, że już „jesteśmy zgubieni”.

Jeżeli nie będziemy przygotowani na powyższe sytuacje, to w najlepszym razie całość może się zakończyć wzajemnymi pretensjami i odebrać nam trochę motywacji do tego co chcemy robić. W innym przypadku karczemna awantura, kłótnie i zerwanie wszelkich relacji mogą być czymś czego nie zdołamy uniknąć. Natomiast jeśli nie jesteśmy silni psychicznie i wystarczająco niezależni zrezygnujemy z naszego pomysłu, niejednokrotnie potem do końca życia żałując tej decyzji.

Z tego powodu tak istotne jest, przy planowaniu realizacji jakiegoś celu, określenie zawczasu do kogo możemy się zgłosić po wsparcie lub dobre słowo, kiedy trafimy w naszym projekcie na jakieś trudności i na chwilę zgubimy energię lub wiarę w siebie. Jeszcze ważniejsze wydaje się jednak przewidzenie, kto z ważnych dla nas osób podejmie się dywersji naszych działań, dlaczego będzie to robił i jak możemy się przed tym bronić. Przy czym pytanie „dlaczego” jest kluczem do całej sprawy. Zastanówmy się bowiem, czy nasi bliscy i znajomi faktycznie chcą działać przeciwko nam… Przewrotnie, najczęściej ich reakcja wynika z troski o nas i chęci „uratowania” nas przed popadnięciem w kłopoty. To, że ta troska może wynikać tak naprawdę z ich wewnętrznych obaw lub złych doświadczeń z przeszłości, które teraz próbują przenieść na nas to inna sprawa. Często, kiedy zrozumiemy prawdziwy powód czyjegoś postępowania, znajdziemy również sposób, aby docenić jego troskę o nas jednocześnie nie rezygnując z naszego celu. Co więcej, niejednokrotnie będziemy potrafili też temu komuś pokazać, jak może nas wspierać i pomagać nam w ramach tej samej troski, która wcześniej pchnęła go do dywersji naszych działań .

Czy to o czym piszę jest proste do zrobienia – nie zawsze.  Jak to zwykle bywa, najtrudniej jest za pierwszym razem. Jednak wspólna praca z coachem, przemyślenie i przedyskutowanie powodów działań innych osób, a także przećwiczenie reakcji na słowa, których obawiamy się usłyszeć są świetnym przygotowaniem do tego co nieuniknione. Dzięki temu szansa na zrealizowanie naszego celu istotnie wzrasta.