Rafał Markiewicz

Blog

Różni kandydaci, różne ścieżki – rynek pracy oczami 30-, 40- i 50-latków

Pracując z klientami coachingowymi nad tematami związanymi z karierą, zauważam, że choć na ogólnym poziomie schemat przygotowania do zmiany pracy lub jej poszukiwania bywa powtarzalny, to na głębszym poziomie każdorazowo zależy od konkretnego kandydata.

To stwierdzenie może nie wydaje się szczególnie odkrywcze, ale jest istotne – zwłaszcza w kontekście wielu poradników, które prezentują uniwersalne recepty na poruszanie się po rynku pracy. Tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej. Nasze ścieżki zawodowe są pełne zakrętów, przystanków oraz zwrotów i różnią się znacząco w zależności od wieku, etapu życia oraz wcześniejszych doświadczeń.

Pokazuję to na przykładzie tego, jak odmiennie rynek pracy postrzegają osoby w wieku 30+, 40+ i 50+. Z jakimi wyzwaniami się mierzą i jakich różnic warto być świadomym.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - praca - kariera - rekrutacja - szukanie pracy

Osoby w wieku 30 +

Sytuacja na rynku pracy:

  • Pokolenie trzydziestolatków (oraz części czterdziestolatków) w dużej mierze budowało swoje poczucie sensu na karierze, pieniądzach i statusie, traktując pracę jako naczelną wartość.
  • Okres około 30-35 roku życia jest czasem, gdy osobowość się stabilizuje, a wiele osób ma już dzieci i spore doświadczenie.
  • Wielu trzydziestolatków z kilkuletnim doświadczeniem zawodowym znajduje się w okresie tzw. „kryzysu 30-latka”.
  • Jest to moment, gdy kończy się „okres próbny” i pojawia się potrzeba wyznaczenia celów na dorosłe życie, ale jednocześnie trudność w określeniu, czego właściwie się chce.
  • Trzydziestolatkowie mogą odczuwać chaos organizacyjny lub poczucie niezrozumienia w pracy.
  • Osoby młode (25-34 lata) częściej zmieniają miejsce pracy (22% w grupie 25-34 lat vs 14% w grupie 45-54 lata), traktując to jako szansę na nowe doświadczenia, poznanie branży, awans i wyższe wynagrodzenie.
  • Rynek pracy stał się bardziej dynamiczny, a pracownicy częściej zmieniają stanowiska w poszukiwaniu lepszych warunków lub wyzwań.

Liczące się kompetencje:

  • Szczegółowa analiza obecnych kompetencji jest kluczowa w tym okresie.

Sposób szukania pracy:

  • „Kryzys 30-latka” może być szansą na przegląd i ustalenie celów oraz priorytetów życiowych.
  • Warto skorzystać z pomocy doradców kariery lub coachów, którzy analizują predyspozycje, kompetencje i realia rynku, aby pomóc stworzyć plany rozwoju.
  • Czasem potrzebna jest inspiracja i motywacja do działania.
  • Zmiana pracy co dwa lata może być różnie interpretowana przez pracodawców; jeśli wiąże się z awansem i doskonaleniem umiejętności, jest postrzegana pozytywnie, świadcząc o aktywności i poszukiwaniu rozwoju. Jeśli nie wiąże się z awansem, pracodawca może pytać o przyczyny częstych zmian.
  • Częściej poprawę sytuacji finansowej odczuwają osoby, które zmieniły pracę.

Problemy przy szukaniu pracy:

  • Brak jasnego planu na przyszłość.
  • Zbyt bogate CV ze stanowiskami niemającymi wyraźnej ścieżki.
  • Trudność w określeniu, czego się chce i co wybrać na tym etapie życia.
  • Problem z rezygnacją z nielubianej pracy z powodu kredytów czy wysokich zarobków, które utrudniają zmianę.
  • Niektórzy pracodawcy mogą obawiać się szybkiego opuszczenia firmy przez kandydata, który często zmieniał pracę.

Osoby w wieku 40 +

Sytuacja na rynku pracy:

  • Menedżerowie w wieku 40-50 lat często bazują na swoich doświadczeniach z początku kariery (wysokie bezrobocie, praca za darmo) w ocenie młodszych pracowników.
  • Brutalne zwolnienia w korporacjach często dotyczą menedżerów średniego szczebla.
  • Osoby w wieku 35-45 lat zaczynają zadawać sobie pytania o sens pracy, zwłaszcza po 10-15 latach dynamicznego rozwoju i awansów w korporacji.
  • Może pojawić się poczucie braku sensu w pracy biurowej, która nie ma szerszego znaczenia społecznego.
  • Uświadamiają sobie przemijanie, nieuchronność śmierci i dokonują podsumowań, często porównując się negatywnie do osób, które osiągnęły więcej, co wywołuje frustrację i wątpliwości egzystencjalne.
  • Mogą żyć w strachu przed tym, że młodsi koledzy ich wyprą.
  • Wiele osób w tym wieku, pracujących 15-25 lat, trafiło na swoje ścieżki zawodowe przypadkiem i teraz zastanawia się co dalej, często mając już odchowane dzieci i spłacone zobowiązania, co daje więcej opcji.
  • Kultura pracy ukształtowana w latach 90. (intensywna praca, długie godziny) wpłynęła na to pokolenie.
  • Pomimo niższej satysfakcji z pracy i poczucia przeciążenia, specjaliści i menedżerowie wciąż czują się pewnie na rynku, a ponad połowa pozytywnie ocenia swoje perspektywy.
  • Menedżerowie, którzy świadomie odpowiedzą sobie na pytania o sens i cele pracy, mogą być szczęśliwsi i bardziej efektywni w okolicach 50-60 lat niż 30-latkowie.

Liczące się kompetencje:

  • Doświadczenie.
  • Kwalifikacje często lepiej odpowiadają wymaganiom niż młodszych kandydatów.
  • Potencjał do bycia mentorami dla młodszych pracowników.
  • Odporność psychiczna i umiejętność radzenia sobie ze stresem i przeciążeniem.
  • Umiejętność budowania relacji (potrzebna w zespołach wielopokoleniowych).
  • Umiejętność pracy w zespole.
  • Świadomość wartości swoich umiejętności.
  • Dostosowanie się do zmian w zarządzaniu (np. powrót do biura).

Sposób szukania pracy:

  • Potrzebne jest racjonalne spojrzenie na dalszą ścieżkę kariery i unikanie spontanicznych, nagłych decyzji, które mogą prowadzić do strat.
  • Należy wyzbyć się przekonania, że jest to ostatni moment na znalezienie pracy, ponieważ opcje istnieją nawet po 50-tce.
  • Czas kryzysu (np. utrata pracy) to moment na głębokie zastanowienie się nad dalszą drogą.
  • Zastosowanie metodologii i systematyczności w poszukiwaniach (jak w przypadku 50+) może być pomocne.

Problemy przy szukaniu pracy:

  • Ageizm – niższa szansa na otrzymanie oferty pracy niż młodsi kandydaci, pomimo często lepszych kwalifikacji. Prawdopodobieństwo spada o połowę, gdy wiek jest znany na początku rekrutacji.
  • Stereotypy dotyczące wieku.
  • Strach przed utratą pracy, który paraliżuje.
  • Trudności w uzyskaniu podwyżek.
  • Negatywne porównania do rówieśników.
  • Chwytanie się byle jakiej pracy z przekonaniem, że nic lepszego się nie trafi.

Osoby w wieku 50 lat i więcej

Sytuacja na rynku pracy:

  • Mierzą się ze zjawiskiem ageizmu.
  • Posiadają dłuższe doświadczenie i kwalifikacje, które często lepiej odpowiadają wymaganiom pracodawców, ale statystycznie otrzymują mniej ofert pracy niż młodsi kandydaci.
  • Prawdopodobieństwo otrzymania oferty spada o połowę dla kandydatów po 50 roku życia, gdy ich wiek jest znany na początku procesu rekrutacji.
  • Niektórzy pracowali bardzo ciężko od lat 90-tych (kultura „zapierdolu”), ale nie zaobserwowali efektów w postaci kariery.
  • Mogą odczuwać, że są „na aucie”.
  • Obawiają się utraty pracy przed emeryturą.
  • Porównując się do rówieśników, którzy osiągnęli sukces, mogą przeżywać trudne uczucia, w tym reakcje depresyjne.
  • Niż demograficzny sprawia, że pracownik staje się coraz cenniejszy. Firmy wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na zwalnianie starszych pracowników tak łatwo jak kiedyś. Kompetentny pracownik jest na wagę złota.
  • W zespołach wielopokoleniowych starsi pracownicy mogą uczyć się od młodszych dbania o balans między pracą a życiem prywatnym.

Liczące się kompetencje:

  • Ekspertyza i doświadczenie.
  • Dojrzałość.
  • Kompetencje cyfrowe.
  • Kwalifikacje często lepiej dopasowane do wymagań.

Sposób szukania pracy:

  • Trzeba podchodzić do poszukiwań w umiejętny, przemyślany i metodyczny sposób.
  • Należy przeciwdziałać własnym stereotypom dotyczącym ageizmu, które mogą zniechęcać do działania.
  • Ważne jest pokazanie determinacji i pewności siebie.
  • Należy przejrzeć swoją dotychczasową drogę zawodową i zdobyte kompetencje – są one atutem.
  • Trzeba pokazać swoją ekspertyzę i kompetencje cyfrowe.
  • Warto skoncentrować aplikację na konkretnym celu i idealnym pracodawcy.
  • Szukać należy pracodawców, którzy potrzebują konkretnych umiejętności i kompetencji, a także cenią różnorodność. Kultura organizacyjna firmy ma znaczenie.
  • Temat różnorodności (raportowanie ESG) może sprawić, że w przyszłości łatwiej będzie znaleźć pracę.
  • Warto korzystać z programów wsparcia oferowanych przez organizacje rządowe lub NGO (bezpłatne szkolenia, doradztwo zawodowe).
  • Poszukiwania mogą być większym wyzwaniem i trwać dłużej, dlatego ważne jest odpowiednie nastawienie, optymizm i wytrwałość.
  • Wsparcie rodziny i znajomych jest istotne.

Problemy przy szukaniu pracy:

  • Ageizm i dyskryminacja ze względu na wiek.
  • Stereotypy w myśleniu osób rekrutujących i w swoim własnym myśleniu.
  • Statystycznie niższa szansa na otrzymanie oferty pracy pomimo odpowiednich kwalifikacji.
  • Proces poszukiwania pracy może być większym wyzwaniem i zająć więcej czasu.
  • Strach przed utratą pracy.
  • Poczucie bycia „na aucie”, chociaż nie wiadomo, kiedy to nastąpiło.
  • Negatywne porównania do rówieśników.
  • Potencjalny wpływ technologii (np. tłumacze) na zapotrzebowanie na ich tradycyjne usługi.

Jak widać, każda z opisanych grup wiekowych startuje z zupełnie innej pozycji i mierzy się z odmiennymi wyzwaniami. Dlatego uniwersalne reguły i zasady prezentowane w różnego rodzaju poradnikach sprawdzają się jedynie do pewnego stopnia.

Trzydziestolatkowie koncentrują się na rozwoju i awansie, często zmieniają pracę, ale jednocześnie mogą odczuwać brak planu i sensu. W pracy coachingowej często skupiamy się na tym, dokąd chcą zmierzać w swoim życiu zawodowym oraz jak uporządkować i uzasadnić dotychczasowe doświadczenia, by wyłoniła się z nich sensowna ścieżka kariery.

Czterdziestolatkowie mierzą się z kryzysem wieku średniego, pytaniami o sens, lękiem przed utratą pozycji oraz zjawiskiem ageizmu. Często są rozdarci między pozostaniem w obecnym miejscu pracy – mimo poczucia niespełnienia – a próbą zmiany, mimo braku gwarancji, co przyniesie przyszłość. Nierzadko pojawia się także temat utraty sensu w dotychczasowej roli zawodowej, a bywa, że wspólnie rozważamy koncepcję radykalnej zmiany ścieżki kariery.

Pięćdziesięciolatkowie doświadczają najbardziej wyraźnego ageizmu i trudności w znalezieniu pracy, pomimo cennego doświadczenia. Często są zaskoczeni, że ich kompetencje i bogata przeszłość zawodowa nagle przestają być kartą przetargową. Choć deklarują, że dobrze dogadują się z młodszymi członkami zespołu, powinni również uwzględniać, że ta relacja nie zawsze działa w obie strony – co może utrudniać współpracę zespołową. Wielu z nich porównuje aktualny proces poszukiwania pracy z wcześniejszymi doświadczeniami i jest zaskoczonych, jak bardzo się on wydłużył. To często prowadzi u nich do spadku wiary w siebie.

To właśnie z powyższych powodów, tak ważne jest podejście indywidualne. Uwzględniające etap życia, osobiste zasoby i realia rynku pracy, z jakimi mierzy się dana osoba.

Nie chce nam się w pracy. Dlaczego?

Według najnowszego raportu Gallupa „State of the Global Workplace 2025” zaangażowanie pracowników na świecie znowu spadło. Obecnie tylko 21% z nas jest zaangażowanych w swoją pracę. Przy czym, w Europie, ten wskaźnik wynosi zaledwie 13%. Rodzi się zatem pytanie, czy naprawdę nam się mniej chce w pracy, czy może jest to odzwierciedlenie jakiegoś większego trendu i przesunięcia istotnych akcentów w naszym życiu.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - praca - kariera - zaangażowanie - motywacja

Jednym z ciekawych wniosków płynących ze wspomnianego raportu. Jest to, że praca zdalna wcale nie pogarsza zaangażowania, a wręcz przeciwnie. Choć jeżeli spojrzymy na poczucie dobrostanu, to najlepiej pod tym względem wypada praca hybrydowa. Całkowicie stacjonarny model pracy wypada w obu tych kategoriach najgorzej.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - praca - kariera - zaangażowanie

Menedżerowie: przytłoczeni, zmęczeni, samotni

Jedynie 27% menedżerów deklaruje swoje zaangażowanie. Wśród kobiet i osób poniżej 35 roku życia liczby te są jeszcze niższe. Wpływ na te wyniki z pewnością mają poniższe przyczyny:

  • 44% menedżerów doświadcza codziennego stresu,
  • tylko 48% czuje, że ma kompetencje do rozwijania swoich ludzi,
  • muszą godzić sprzeczne oczekiwania,
  • mają być liderami, psychologami i strategami w jednym,
  • ich dobrostan spada.

Co gorsza, coraz więcej młodych ludzi nie chce być menedżerami. Widzą, jak wielka presja spoczywa na tej funkcji i nie uważają jej za wartą ryzyka.

Co może zrobić organizacja?

  • Zachęcać do partnerskiego stylu zarządzania.
  • Zmniejszyć obciążenie proceduralne i raportowe.
  • Oferować wsparcie psychologiczne, mentorskie lub coachingowe.
  • Budować bezpieczną kulturę możliwości popełniania błędów.

Pracownicy: niedocenieni, pogubieni, wypaleni

W kontekście pracowników temat zaangażowania to nie tylko kwestia motywacji, ale przede wszystkim:

  • braku jasnych oczekiwań (tylko 46% pracowników wie, czego się od nich oczekuje),
  • braku rozwoju (tylko 30% czuje, że ktoś inwestuje w ich rozwój),
  • braku uznania (tylko 39% czuje się docenianych).

Dodatkowo, świat po pandemii przestawił nasze priorytety. Więcej ludzi mówi wprost: „Nie żyję po to, by pracować”. Zatem zaangażowanie pracowników nie jest dziś tylko kwestią odpowiedniego zarządzania. Może być po prostu efektem zmiany świadomości. Praca przestaje być centrum. Zaczyna nim być zdrowie, czas prywatny i relacje.

Co może zrobić organizacja?

  • Szkolić liderów w zakresie wspierania, nie tylko egzekwowania.
  • Stworzyć środowisko pracy, które uznaje ludzi za ludzi.
  • Promować równowagę i elastyczność.

Zaangażowanie jako wspólna sprawa

Biorąc pod uwagę wyżej wymienione przyczyny niskiego zaangażowania pracowników, jak i menedżerów. A także, popandemiczne zmiany życiowych priorytetów. Warto zadać sobie pytanie, czy spadek zaangażowania to problem sam w sobie, czy raczej sygnał głębszej zmiany kulturowej i wartości.

Zamiast szukać winnych, warto zadać pytania:

  • Co powoduje, że chce mi się pracować?
  • Jakie warunki wspierają moje zaangażowanie?
  • Czy organizacja mi w tym towarzyszy?

Bo jeśli tak, to może praca może być nie tylko miejscem obowiązków, ale też miejscem, gdzie chce się być.

To nie systemy HR decydują o zaangażowaniu, tylko codzienne interakcje z liderem. Z tego powodu szkolenie menedżerów i danie im realnego wsparcia nie jest już luksusem. To obowiązek organizacji, która chce przetrwać w świecie zmienionych priorytetów po pandemii.

Z nutą optymizmu na zakończenie

Z własnego doświadczenia wiem, że może być inaczej. W pracy etatowej mam przyjemność współtworzyć zespół, w którym dobrostan nie jest tylko hasłem. Zakres zadań został dopasowany do moich talentów i predyspozycji – między innymi dlatego, że miałem szansę porozmawiać o nich szczerze z moją szefową. Taka rozmowa zmienia wiele – pokazuje, że można budować zaangażowanie nie przez presję, ale przez uważność. Przyznać jednak muszę, że w tej sytuacji i od samego pracownika oczekiwana jest samoświadomość w zakresie swoich mocnych i słabych stron oraz umiejętność poparcia tych pierwszych wynikami swojej pracy.

Z drugiej strony, pracując coachingowo z przedsiębiorcami, widzę, że ci, którzy prowadzą średniej wielkości firmy bez rozbudowanych działów HR, coraz częściej proszą mnie nie tylko o wsparcie dla siebie, ale i dla swoich menedżerów. Chcą, żebym pomógł im lepiej radzić sobie z codziennymi wyzwaniami, pokazał konkretne narzędzia i podejścia, które omawiam na szkoleniach menedżerskich, ale także, by stworzyć dla nich bezpieczną przestrzeń, w której mogą powiedzieć: „Nie ogarniam, potrzebuję wsparcia”. W  tym kontekście, ta deklaracja nie jest traktowana jak słabość, ale jako chęć i odwaga do zmiany.

Płynie z tego jeden ważny wniosek. W dzisiejszym zawodowym świecie: zauważenie, wysłuchanie i towarzyszenie – to najprostsze formy budowania zaangażowania. I to takie, które najdłużej zostają w ludziach. Nie wymagają wielkich budżetów, ale wymagają obecności. A to, paradoksalnie, bywa największym luksusem w dzisiejszych organizacjach.

Cztery poziomy słuchania – jak naprawdę być obecnym w rozmowie

Żyjemy w czasach, w których wszystko dzieje się szybko. Pracujemy w biegu, rozmawiamy w biegu, myślimy w biegu. Często nie zauważamy, co dzieje się dookoła, ale też nie zauważamy ludzi obok nas. A przecież każdy z nas – niezależnie od wieku, pozycji czy doświadczeń – nosi w sobie potrzebę bycia zauważonym, wysłuchanym, potraktowanym z uwagą.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - słuchanie - empatyczne słuchanie - cztery poziomy słuchania

Coraz częściej słyszę od moich klientów coś, co zostaje ze mną na długo:
„Czuję, że naprawdę mnie słuchasz.”
„Tobie mogę powiedzieć, co naprawdę myślę i nie zostanę oceniona.”
„Mam wrażenie, że pierwszy raz od dawna ktoś naprawdę jest ze mną w rozmowie.”

I wtedy wiem, że tym, co daję im bardzo ważnego, nie są jedynie pytania czy techniki, ale moja obecność, moje pełne „słyszę Cię i widzę Cię.”

Nie chodzi tylko o słyszenie – chodzi o słuchanie. O to, że zapamiętuję to, co mówią. Że wiem, co dla nich ważne. Że próbuję zrozumieć. Czasem wystarczy, że dam komuś mój czas, moją uwagę, moje milczenie i już coś się zmienia.

Właśnie dlatego postanowiłem opisać cztery poziomy słuchania, bo nie są one tylko teorią. To mapa, która pokazuje, jak od powierzchownej obecności dojść do prawdziwego kontaktu. Jak stworzyć przestrzeń, w której druga osoba może być naprawdę ważna.

Ignorowanie i udawanie słuchania – tam, gdzie relacja nie ma szansy rozkwitnąć

Bywa, że spotykam ludzi, którzy niby słuchają… ale tak naprawdę wcale ich tu nie ma. Kiwają głową, mruczą „aha”, ale wzrokiem błądzą po ekranie telefonu albo kartce na biurku. To pozór słuchania, który tak naprawdę jest brakiem obecności.

I choć może się wydawać, że „jakoś to przejdzie”, że rozmówca się nie zorientuje, to jednak w głębi serca każdy z nas wyczuwa, kiedy ktoś nas lekceważy. To zostawia ślad. Taki brak prawdziwego słuchania sprawia, że relacja nie rozwija się, a z czasem obumiera.

Nie ma tu miejsca na więź, na zaufanie, na poczucie bezpieczeństwa. Jest za to frustracja i poczucie bycia nieważnym, a z czasem dystans, który trudno pokonać.

Czasami wystarczy naprawdę drobna zmiana: odłożenie telefonu, wyłączenie powiadomienia, spojrzenie drugiej osobie w oczy i po prostu… bycie. To mała rzecz, a robi wielką różnicę. Bo nawet milczenie, jeśli jest obecne, potrafi dać więcej niż tysiąc słów.

Selektywne słuchanie – słyszysz to, co chcesz, nie to, co jest

Kolejny poziom to słuchanie wybiórcze. To moment, kiedy wychwytujesz tylko to, co Ci pasuje – potwierdzenia Twoich przekonań, wątki, które Cię interesują, a całą resztę filtrujesz i pomijasz.

W wielu firmach obserwuję, jak często menedżerowie czy pracownicy słuchają „na wyrywki”, koncentrując się tylko na tym, co potwierdza ich wizję sytuacji. I choć na pierwszy rzut oka wygląda to jak zaangażowanie, w rzeczywistości to zamykanie się na pełny obraz.

Rozmówca zaczyna czuć się „przesłuchiwany” albo ignorowany. Zamiast dialogu –  jest monolog z przerwami na cudze zdania. Zamiast zrozumienia – tylko częściowa prawda. I choć decyzja może zapaść szybciej, to nie jest to decyzja, którą zespół „niesie w sercu” – jest narzucona, nie współtworzona.

By zmienić ten poziom, potrzeba ciekawości. „Co ta osoba naprawdę chce mi powiedzieć? Co jest między słowami?” – to pytania, które otwierają na więcej. Bo słuchanie to nie tylko słyszenie treści, to odkrywanie znaczeń ukrytych między wersami.

Uważne słuchanie – kiedy naprawdę jesteś obecny

Kiedy wchodzimy na poziom uważnego słuchania, świat zwalnia. Nie tylko słyszysz słowa, ale zaczynasz dostrzegać emocje, ton głosu, pauzy, mowę ciała. To moment, w którym całym sobą jesteś „przy” drugiej osobie.

W mojej pracy widzę, jak to rzadki i cenny dar. Bo uważne słuchanie to nie tylko technika – to postawa. To decyzja, że na ten moment wszystko inne odkładam na bok i jestem z Tobą.

Takie słuchanie buduje zaufanie. Tworzy przestrzeń, w której rozmówca czuje się ważny, zauważony, bezpieczny. A z tej przestrzeni rodzi się prawdziwe porozumienie, gotowość do współpracy, otwartość na zmiany.

Czasami wystarczy parafraza, krótkie: „Rozumiem, że widzisz to tak…?” – i nagle rozmowa idzie głębiej, zaczyna odsłaniać ukryte potrzeby, obawy, nadzieje. To nie jest magia, to po prostu moc bycia obecnym.

Empatyczne słuchanie – słuchanie sercem, nie tylko uszami

Najwyższy poziom to słuchanie empatyczne, o którym pisał Stephen Covey. To moment, w którym przestajesz słuchać przez pryzmat własnych założeń i naprawdę wchodzisz w świat drugiego człowieka. Słyszysz nie tylko słowa – słyszysz emocje, intencje, historię.

Empatyczne słuchanie to niełatwa droga, bo wymaga odwagi, żeby odłożyć własną agendę i na chwilę „zamieszkać” w cudzej perspektywie. Ale właśnie tutaj dzieje się prawdziwa zmiana. To tutaj budują się najgłębsze relacje, tu powstaje zaufanie, które przetrwa kryzysy.

Choć statystyki mówią, że tylko niewielki procent ludzi słucha na tym poziomie, to każda chwila takiego słuchania zmienia świat. Bo daje drugiej osobie poczucie: „jestem ważny, jestem widziany, moje uczucia się liczą.”

Czasem wystarczy jedno pytanie: „Co w tym wszystkim jest dla Ciebie najważniejsze?” I nagle cała opowieść układa się w sens, a Ty słyszysz więcej, niż myślałeś, że jest do usłyszenia.

Gdy słuchanie zamienia się w presję – ukryta pułapka wygranej

Nie mogę nie wspomnieć o sytuacji, którą widuję szczególnie często w firmach: ktoś wchodzi na spotkanie nie po to, żeby słuchać, ale żeby przeforsować swoje. Oficjalnie to dyskusja, nieoficjalnie gra o wpływ.

Taka osoba pozornie „jest otwarta”, ale w praktyce czeka tylko na moment, żeby wcisnąć swoje zdanie i przekonać resztę. I choć na spotkaniu „wygrywa” – bo decyzja idzie po jej myśli – to w rzeczywistości zaczyna przegrywać relacje z zespołem

Bo ludzie czują, że nie warto się odzywać. Że ich głos i tak nic nie zmieni. I wtedy milkną, wycofują się, tracą motywację. Spotkania zamieniają się w formalność, a za kulisami rodzą się nieformalne koalicje oporu.

Zawsze powtarzam klientom: „Możesz wygrać spotkanie, ale przegrać zespół.” Krótkoterminowy sukces często kosztuje długoterminowe zaufanie. A bez zaufania nie ma współpracy, nie ma zaangażowania, nie ma prawdziwej odpowiedzialności.

Warto więc zapytać samego siebie: „Czy chcę mieć rację, czy chcę zbudować relację?” Bo jedna wygrana rozmowa nie zbuduje kultury dialogu. Ale jedno prawdziwe wysłuchanie – może być jej początkiem.

Słuchanie to decyzja, nie przypadek

Każdy z tych poziomów słuchania jest jak kolejny stopień wtajemniczenia w relację z drugim człowiekiem. Nie trzeba być mistrzem komunikacji, żeby zacząć. Wystarczy gotowość, by naprawdę być – z kimś, dla kogo obecność i uwaga znaczą więcej niż jakiekolwiek słowa.

Bo prawdziwe słuchanie to akt odwagi. To zaproszenie do spotkania. A takie spotkania potrafią zmieniać życie.

Dziennik wdzięczności – wielka lekcja codzienności

Wiele razy słyszałem, że warto prowadzić dziennik wdzięczności. Mówili mi o tym znajomi, czytałem o tym w artykułach, a nawet zachęcali do tego niektórzy psychoterapeuci. Twierdzili, że taki dziennik uwrażliwia, że pozwala zauważać małe, ale ważne rzeczy, że zatrzymuje w biegu dnia i daje chwilę refleksji.

Do pomysłu wypełniania dziennika wdzięczności podszedłem strategicznie. Ustaliłem, że będę to robił przez cztery miesiące, startując tuż przed Nowym Rokiem. Wybrałem nieprzypadkowy moment, bo styczeń i luty to szare i zimne miesiące, czasem wpędzające w doła. Chciałem więc, by ten dziennik był moim narzędziem podtrzymującym dobrostan psychiczny w tym mniej przyjazne okresie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - dziennik wdzięczności

Różowy bunt i cienkopis idealny

Niełatwo było znaleźć odpowiedni dziennik. Większość była „przesłodzona” – pełna kwiatków, sentencji i emocjonalnych ozdobników. Ja chciałem coś prostego, eleganckiego i bez nadmiaru. W końcu znalazłem – płócienna okładka, fajny papier, minimalistyczny styl. I wtedy wpadłem na przewrotny pomysł: żeby dziennik się wyróżniał i przypominał o sobie, kupiłem go… w kolorze pastelowego różu. Serio! Nie mam w domu nic różowego, więc zawsze był widoczny.

Papier okazał się strzałem w dziesiątkę. Ale moje ulubione pióro zawiodło – dopiero cienkopis pewnej marki (który od tej pory zagościł w moim piśmienniczym arsenale) dał mi przyjemność pisania. Tak, nawet takie detale potrafią cieszyć.

Co pisałem i czego nie lubiłem?

Dziennik miał rubrykę na afirmację dnia. Nie cierpię afirmacji. Pisanie ich było dla mnie sztuczne, mechaniczne, jak odhaczanie zadania. Ale za to cztery inne rubryki miały dla mnie sens: „Jak się dziś czuję?”, „Za co jestem wdzięczny?”, „Co dobrego wydarzyło się dzisiaj?”, „Czego nauczył mnie ten dzień?”. To był mój rytuał poranny i wieczorny, moje chwile tylko dla siebie w ciągu dnia. Choć muszę przyznać, że kilka razy wypełniałem go na wariata przed wskoczeniem do łóżka.

Odpowiedzi na pytanie „Jak się dziś czuję?” wymagały, abym na chwilę się zatrzymał i to zaważył. Prowadzę bardzo aktywny tryb życia i pewnie z tego powodu, wyjątkowo często pojawiał się zapis „trochę niewyspany”. Natomiast bardzo odkrywcze okazały się takie zapisy jak „jestem lekko spięty mając świadomość liczby zadań, które na mnie czekają dzisiejszego dnia”, „trochę stresuję się przed…”, „cieszę się na myśl o…”. Kiedy pisałem o tym co czuję i jak się czuję zacząłem być też bardziej wrażliwy też na to gdzie te emocje czuje w ciele i jakie mogę łatwiej rozpoznawać.

Dzięki wcześniejszym praktykom (m.in. medytacji sześciofazowej) łatwo przychodziło mi znajdowanie tego za co jestem wdzięczny. Ale z czasem chciałem unikać powtarzania tego samego – i wtedy mój umysł zaczął zauważać drobne rzeczy. Byłem wdzięczny za moje łóżko, które bardzo lubię, za dotyk kołdry wieczorem, za pyszne masło orzechowe do śniadania, za zielone rośliny w mieszkaniu, za słońce za oknem. A gdy w moim mieście zdarzyła się awaria magistrali ciepłowniczej i przez trzy dni nie było ciepłej wody ani ogrzewania, kilka razy zapisałem potem wdzięczność za… ciepłą wodę. Dopiero w takich chwilach uświadamiasz sobie, jak wiele „oczywistości” ma dla nas ogromną wartość.

Najbardziej wzruszały mnie jednak takie moje wpisy jak: „Jestem wdzięczny, że dziś rano się obudziłem” albo „Jestem wdzięczny, że obudziliśmy się razem i nigdzie nie musieliśmy się spieszyć”. Pogłębiały one i utrwalały znaczenie tych chwil i głębię emocji jakich doświadczałem w tych momentach.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - dziennik wdzięczności

Otwieranie oczu na małe szczęścia

Rubryka „Co dobrego wydarzyło się dziś?” na początku bywała dla mnie małym wyzwanie. Ale z czasem wieczory z dziennikiem nauczyły mnie, że zawsze znajdzie się coś dobrego – choćby mały uśmiech, miła rozmowa przy kawie, kasjerka pomagająca starszej pani przy kasie, fajny coaching z klientem, spacer z ukochaną osobą czy smaczny obiad.

Rubryka „Czego nauczył mnie ten dzień?” wymagała najwięcej refleksji. Ale też dawała najwięcej wglądu – bo nie tylko podsumowywała, ale uczyła patrzenia głębiej.

Podsumowując: dziennik nie wywrócił mojego życia do góry nogami, bo już wcześniej starałem się zauważać „małe szczęścia”. Ale dał mi codzienny rytuał zatrzymania się, docenienia, uważności. Uwrażliwił mnie jeszcze bardziej na dobro w codzienności i to była jego największa wartość.

Co dalej? Mój własny dziennik wdzięczności

Mój pierwszy dziennik się skończył. Kolejnego tak drogiego nie kupię – już nie potrzebuję „ładnego” przedmiotu, bo nawyk został. Mam notatnik za 30 zł, który świetnie spełni swoją rolę. Wiem już, że potrzebuję tylko czterech rubryk: samopoczucie, wdzięczność, dobre rzeczy i lekcja dnia. Bez afirmacji. Bez zbędnych ozdobników.

I wiem jedno: warto. Ale nie dlatego, że ktoś Ci powie „powinieneś”. Tylko dlatego, że sam to poczujesz. Tego nie zrozumiesz na etapie „wydaje mi się”, bo to trzeba przeżyć. Dopiero codzienność z dziennikiem pokazuje, co to narzędzie robi z Tobą i Twoim światem.

Czy tego chcesz, czy nie budujesz zarazem swoją uważność, tak istotną w tym przebodźcowanym i pędzącym świecie.

Dojrzała proaktywność  – czyli działać mądrze, a nie tylko szybko

Proaktywność to jedno z tych słów, które robi karierę w rozwoju osobistym, prezentacjach menedżerskich, ale również rozmowach coachingowych. Ja osobiście mam wrażenie, że proaktywność wniknęła do mojego krwiobiegu wraz z początkami pracy w korporacjach. Jest ona dla mnie na tyle zżyta z moim sposobem działania, że czasami ulegam iluzji, iż jest to coś zupełnie naturalnego i powinno cechować wszystkich innych ludzi.

Moje spotkania coachingowe ale również obserwacja środowisk zawodowych, w których miałem i mam okazję funkcjonować uświadamiają mi jednak, że proaktywna postawa jest to coś co trzeba w sobie wypracować. Lata doświadczeń zawodowych pokazały mi też, że choć proaktywność jest czymś z gruntu pozytywnym, to może ona występować w wariancie dojrzałym oraz niedojrzałym.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze dzisiejsza rzeczywistość ze swoją wielością możliwości. Niesie ona ze sobą spore ryzyko, że osoby proaktywne próbujące działać zawsze i w każdej sytuacji popadną w hiperaktywność, która z czasem może doprowadzić ich do wypalenia.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - proaktywność

Czym właściwie jest proaktywność?

Najprościej mówiąc, to zdolność do działania z własnej inicjatywy. Osoba proaktywna nie czeka, aż coś się wydarzy, tylko sama podejmuje decyzję, wychodzi z pomysłem i działa zanim sytuacja wymusi reakcję.

Tu warto też zaznaczyć ważną kwestię. Proaktywność nie jest przeciwieństwem bierności. Jej przeciwieństwem jest raczej reaktywność, czyli działanie w odpowiedzi na zewnętrzne bodźce. Osoba reaktywna czeka, aż coś się stanie i dopiero wtedy reaguje. Proaktywna – przewiduje, planuje i uprzedza. Oba te podejścia mają swoje miejsce w życiu, ale to właśnie proaktywność daje większą sprawczość i poczucie wpływu.

Ale czy powinniśmy mówić o „proaktywności” jako o zjawisku, czy raczej o „proaktywnej postawie”? Ja zdecydowanie stawiam na to drugie. Proaktywność nie jest cechą wpisaną na stałe w nasz charakter. To postawa, którą możemy przyjąć – lub nie – w danym momencie, kontekście bądź sytuacji. Można być proaktywnym w pracy, a zupełnie pasywnym w relacjach. Albo odwrotnie, działać z inicjatywą w życiu osobistym, a zawodowo czekać na instrukcje.

Proaktywność to zatem nie etykieta, ale wybór. Styl bycia. Praktyka codziennych decyzji.

I tu dochodzimy do kolejnego, bardzo ważnego rozróżnienia: proaktywność może być dojrzała albo niedojrzała.

  • Dojrzała proaktywność to działanie osadzone w wartościach. To refleksja przed ruchem. To planowanie z głową i świadomość konsekwencji. To także gotowość, by czasem… nie działać.
  • Niedojrzała proaktywność to zryw. Działanie dla samego działania. Potrzeba kontroli albo lęk przed bezruchem. Często podszyta perfekcjonizmem, niepokojem lub pragnieniem akceptacji.

Ta druga, choć na pozór wygląda „aktywnie” może prowadzić do chaosu, wypalenia, a nawet przekraczania granic innych ludzi.

Rozpoznanie różnicy między tymi dwoma typami to pierwszy krok do tego, by proaktywność była dla nas źródłem energii, a nie jedynie powodem jej  ubytku.

Czy każdy powinien być proaktywny? Czy trzeba być proaktywnym zawsze?

To pytania, które bardzo lubię, bo pozwalają zejść z zero-jedynkowego podejścia do życia.

Odpowiedź brzmi: nie, nie każdy musi być proaktywny zawsze i wszędzie.

Proaktywność to nie cyrograf. To nie etykieta, którą przyklejasz sobie na czoło i już nigdy nie możesz się od niej uwolnić. To decyzja, i jak każda decyzja, może być podejmowana elastycznie, zgodnie z tym, gdzie jesteś, w jakiej formie i z jaką energią.

Czasem życie stawia nas w miejscu, w którym proaktywność oznacza powiedzenie „stop”. Zatrzymanie się. Zrobienie mniej. Odłożenie działania na potem. I to wciąż jest proaktywna decyzja, tylko osadzona w szacunku do siebie i do sytuacji, a nie w przymusie działania za wszelką cenę.

Możesz być osobą o proaktywnej postawie, a jednocześnie mieć momenty bierności, zmęczenia lub wycofania. Możesz nie mieć siły, być chory, przechodzić kryzys. I to nie znaczy, że tracisz wartość. To znaczy, że jesteś człowiekiem.

Dojrzała proaktywność dopuszcza pauzę. Daje sobie przyzwolenie na to, by działać mniej, inaczej czy później, jeśli wymaga tego Twoja kondycja, emocje lub sytuacja.

Paradoksalnie, czasem najbardziej proaktywną rzeczą, jaką możesz zrobić, jest uznanie, że dzisiaj nie dasz rady działać. I pozwolić sobie na regenerację.

Bo proaktywność to nie perfekcyjna ciągłość działania. To świadomość, kiedy działać i kiedy się zatrzymać.

Gdy proaktywność staje się pułapką

W świecie, w którym tempo jest zawrotne, a możliwości mnożą się każdego dnia, proaktywność – choć szlachetna i wartościowa – potrafi wciągnąć nas w wir, z którego trudno się wydostać.

Osoby o silnej postawie proaktywnej często wpadają w pułapkę „bycia zawsze na bieżąco”. Chcą śledzić trendy, reagować na aktualności, wykorzystywać każdą nową okazję… Dziś to już nie jest jedna-dwie możliwości tygodniowo. To lawina, która spada na nas każdego dnia.

W efekcie zaczynamy łapać wszystko. Każda nowinka to potencjał do działania. Każda okazja to impuls do reakcji. Każda zmiana to zaproszenie do natychmiastowej adaptacji.

Problem polega na tym, że każda z tych decyzji, choć może wyglądać niewinnie, pociąga za sobą konsekwencje. Angażujesz się, więc musisz coś kontynuować. Obiecujesz coś, więc musisz dowieźć. Reagujesz, więc jesteś „w grze”, nawet jeśli Twoje zasoby już dawno się wyczerpały.

W rezultacie to, co miało być konstruktywnym przejawem Twojej aktywności, staje się źródłem napięcia, frustracji i zmęczenia. Proaktywność bez właściwie nałożonego filtra przeradza się w hiperaktywność. A ta prowadzi do hiperwyczerpania. Stanu, w którym organizm odcina dostęp do energii. Nagle przestajesz mieć siłę nawet na podstawowe rzeczy. Wszystko zaczyna Cię przytłaczać.

To może być jeden dzień. A może być tydzień lub dłużej.

Dlatego w świecie przebodźcowania proaktywność musi być filtrowana przez dwa pytania:

  • Czy naprawdę chcę w to wejść?

  • Czy mam zasoby, by to kontynuować później?

Bo to nie sam start jest najtrudniejszy. Trudniejszy jest ciąg dalszy. A dojrzała proaktywność zawsze bierze to pod uwagę.

Proaktywność mimo wszystko – jak działać z głową i w zgodzie ze sobą

Mimo tych wszystkich pułapek i zagrożeń nie bójmy się proaktywności. To nadal jedna z najbardziej wartościowych postaw, jaką możemy pielęgnować. To ona daje nam realny wpływ na nasze życie. To dzięki niej możemy działać z wyprzedzeniem, a nie tylko gasić pożary.

Ale kluczem jest świadomość i dojrzałość. Proaktywność nie powinna być odruchem, powinna być decyzją. Decyzją podejmowaną z uwzględnieniem naszych zasobów, celów i wartości.

W praktyce oznacza to, że warto stworzyć w sobie wewnętrzny mechanizm autoweryfikacji. Zanim wejdziesz w coś nowego, zadaj sobie pytania:

  • Czy naprawdę chcę się tym zająć?
  • Czy mam na to przestrzeń: czasową, emocjonalną, energetyczną?
  • Co będzie dalej, jeśli się w to zaangażuję?

I jeszcze jedno, może najważniejsze: uczmy się proaktywnie mówić „nie”. Nie łap każdej okazji. Nie wchodź w każdą propozycję. Nie ulegaj każdemu impulsowi.

W dzisiejszym świecie większą sztuką niż szybka reakcja jest umiejętność selekcji. Dobrze dobrana pasywność może być fundamentem długofalowej proaktywności.

Dlatego działajmy, ale nie byle jak. Działajmy, ale mądrze. Z refleksją, z intencją, z wyborem. Bo dojrzała proaktywność nie wypala. Ona buduje.

Filozofia 3P: Prostota, Porządek, Proaktywność – kompas świadomego życia

Współczesny świat przypomina wielkomiejskie skrzyżowanie w godzinach szczytu. Informacje, bodźce, oczekiwania, role – wszystko krzyżuje się, przenika i konkuruje o naszą uwagę. Życie w erze VUCA (zmienność, niepewność, złożoność, niejednoznaczność) sprawia, że łatwo jest się zagubić, przeciążyć i wypaść z rytmu. Sam tego doświadczyłem i z tego powodu stworzyłem Filozofię 3P – prostą, ale nie uproszczoną koncepcję, która jest dla mnie osobistym drogowskazem.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - Filozofia 3P: Prostota, Porządek, Proaktywność - kompas świadomego życia

Dlaczego potrzebujemy osi w życiu?

Nie chodzi o to, by trzymać się sztywno jakichś zasad, ale o to, by mieć wewnętrzny kompas, który pomoże podejmować decyzje w chaosie codzienności. Filozofia 3P to nie zestaw reguł, ale postawa życiowa. Jej celem nie jest dyscyplina sama w sobie, ale świadomość, spójność i sens.

W świecie, w którym wszystko przyspiesza, coraz ważniejsze staje się zwalnianie. W świecie, który oferuje nieskończone możliwości, coraz istotniejsze jest wybieranie. A w rzeczywistości, która zachęca do konsumpcji, wartościowe staje się upraszczanie.

Prostota – sztuka rezygnowania z tego, co zbędne

Prostota to nie banalność. To odwaga, by nie komplikować. To zdolność, by widzieć sedno sprawy. Nie chodzi tu tylko o minimalizm w designie czy mieszkaniu, ale o wewnętrzny porządek myśli, wolny od nadmiaru narracji, przekonań i cudzych oczekiwań.

Prostota – eliminacja zbędnych elementów, zarówno w myśleniu, jak i działaniu. Skupianie się na esencji, bez rozpraszania energii.

To umiejętność powiedzenia sobie: „To wystarczy”. To spacer po lesie zamiast kolejnego scrollowania. To decyzja, by robić mniej, ale głębiej. Prostota pozwala na autentyczny kontakt z własnymi wartościami, z chwilą obecną, z tym, co naprawdę ważne.

Porządek – przestrzeń, rytm, harmonia

Porządek to nie perfekcjonizm. To wewnętrzna klarowność, ale też umiejętność zwolnienia tempa i zatroszczenia się o swoje zasoby. Porządek to system, ale taki, w którym jest miejsce na oddech, pauzę, niedoskonałość.

Porządek – strategiczna organizacja działań, przestrzeni i umysłu, by działać efektywnie

Porządek to nie tylko plan działania, ale też świadomość, kiedy odpuścić. To umiejętność budowania rytuałów, które wspierają nas, a nie ograniczają. To uznanie, że mindfulness, odpoczynek, „przywracanie oddechu” to nie luksus, tylko element skuteczności.

Proaktywność – działanie z głową i sercem

Proaktywność nie oznacza bycia wciąż zajętym. To nie pogoń, to nie ściganie się z czasem. To świadome wybieranie momentu, kierunku i intencji. Proaktywność w duchu 3P to uważne działanie zamiast reaktywnego rzucania się na wszystko.

Proaktywność – wychodzenie z inicjatywą zamiast czekania na okazje.

To również umiejętność rezygnowania z działania, gdy jest ono niepotrzebne. To wewnętrzna zgoda na to, że czasami największą odwagą jest pauza. W proaktywności chodzi o jakość decyzji, a nie o ich ilość.

3P jako życiowy kompas

Filozofia 3P niczego nie narzuca. Ona zaprasza. To nie regulamin do przestrzegania, ale mantra, która pomaga odzyskać głos w hałasie współczesności. Prostota, Porządek i Proaktywność mogą być pytaniami, które zadajemy sobie każdego dnia:

  • Czy to, co robię, jest proste i zgodne ze mną?
  • Czy mam wokół i w sobie porządek, który mnie wspiera?
  • Czy działam, bo chcę, a nie dlatego, że muszę?

To nie ideały. To praca codzienna. Ale właśnie dlatego są tak skuteczne.

3P to kotwica świadomości w nieprzewidywalnym świecie.

I może bądź jak ja: zacznij od własnego chaosu. W nim jest potencjał. Reszta przyjdzie z czasem.


Jeżeli masz ochotę, możesz pobrać Manifest filozofii 3P – dzięki temu będzie miał go zawsze pod ręką 😉

Prze_myślnik #82 – Paradoks zmiany…

Zdanie z poniższego  Prze_myślnika, to jedno z tych zdań, które swoją treścią potrafi wywalić człowiekowi świat do góry nogami. Nie będę jednak ściemniał, że przeczytałem je kiedyś i to zaważyło na całym moim życiu. Wręcz przeciwnie, trafiłem na nie dopiero niedawno, ale uważam, że jest doskonałym podsumowanie tego, czego doświadczyłem w życiu.

Przez wiele lata wydawało mi się, że trzeba najpierw się poprawić, zasłużyć, przestawić, „ogarnąć siebie”, żeby dopiero potem móc ruszyć do przodu. Zdarzało mi  się myśleć: „Dopiero jak będę bardziej pewny siebie, bardziej asertywny, lepiej przygotowany… wtedy wszystko pójdzie lepiej.”

Ale im bardziej próbowałem się „naprawiać”, tym bardziej czułem się, jakbym się oddalał od samego siebie. Im bardziej próbowałem się dobrze przygotować, tym więcej miałem wątpliwości. Im bardziej byłem asertywny, tym częściej miałem rozterki czy dobrze robię. W pewnym momencie byłem tym wszystkim mocno zmęczony, wkurzony i zirytowany. Zbuntowałem się i odpuściłem.

I to był moment, kiedy naprawdę coś zaczęło się zmieniać.

Bo nie da się budować na gruncie, którego się nie lubi. Zmiana nie wydarza się wtedy, gdy jesteśmy wobec siebie surowi – tylko wtedy, gdy jesteśmy prawdziwi.

Jeśli nie zaakceptujesz siebie:

  • możesz przez lata „usprawniać się” w nieskończoność – i ciągle czuć, że to za mało;
  • możesz odrzucać te części siebie, które i tak zawsze będą się upominać o uwagę;
  • możesz gonić za zmianą, która nie jest twoja, tylko kogoś innego.

A jeśli pozwolisz sobie być dokładnie taki, jaki jesteś – z tym, co cię męczy i z tym, co cię cieszy – to otwiera się coś nowego. Pojawia się przestrzeń. Oddech. Autentyczność. A z niej dopiero może wypłynąć zmiana, która ma sens.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zmiana - paradoks zmiany

Życie na wahadle – dlaczego nigdy nie czujesz spełnienia?

Pewnie zdarzyło Ci się kiedyś marzyć o odpoczynku po intensywnym okresie pracy, a gdy w końcu się pojawił – zacząłeś czuć się niespełniony i niespokojny. Może było odwrotnie – po czasie spędzonym na wypoczynku, nagle poczułeś, że marnujesz życie i wpadłeś w tryb ekstremalnej produktywności. Jeśli tak się zadziało, to możliwe, że jesteś ofiarą „Syndromu Sauny” – mechanizmu, który nie pozwala Ci osiągnąć stabilnej satysfakcji w życiu.

Podobnie jak w saunie – kiedy jest Ci zbyt gorąco, pragniesz zimnej wody. Gdy się w niej zanurzysz, początkowo czujesz ulgę, ale z czasem zaczyna Ci być zbyt zimno, więc marzysz o powrocie do ciepła. Wracasz do ciepła, na początku jest super, ale z czasem robi się nieznośnie gorąco i marzysz… o wskoczeniu do zimnej wody. Tak samo w życiu: szukasz spokoju, ale gdy go masz, brakuje Ci ekscytacji. Rzucasz się w wir działania, ale gdy przesadzisz – chcesz znów odpocząć. I tak w kółko.

To nie tylko problem braku balansu – to pułapka, która sprawia, że Twoje życie jest ciągłą sinusoidą zamiast stabilnym, satysfakcjonującym rytmem.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wahadło - życie na wahadle - syndrom sauny - rozchwianie

„Syndrom Sauny” niszczy Twoje życie

Żyjąc w trybie ciągłego przełączania się między skrajnościami, nigdy nie doświadczasz prawdziwego spełnienia. W efekcie:

  • Nigdy nie jesteś „tu i teraz” – zamiast cieszyć się chwilą, zawsze gonisz za czymś innym.
  • Podejmujesz chaotyczne decyzje – działasz impulsywnie, szukając szybkiej ulgi, a nie długoterminowej satysfakcji.
  • Twój rozwój jest przypadkowy – zamiast podążać wyznaczoną ścieżką, dryfujesz między stanami „muszę coś zmienić” a „muszę odpocząć”.
  • Ciągle coś Ci nie pasuje – nawet jeśli osiągniesz sukces lub odpoczywasz, masz poczucie, że coś jest nie tak.

To nie jest życie w zgodzie ze sobą – to życie sterowane chwilowymi emocjami i brakiem głębszej świadomości tego, czego naprawdę chcesz.

Jak wyrwać się z Syndromu Sauny i przejąć kontrolę?

Kluczem do uwolnienia z tego emocjonalnego wahadła jest ustalenie swoich wartości i priorytetów, które będą Twoim kompasem zamiast ciągłego skakania między przeciwnościami.

Krok 1: Zdefiniuj swoje prawdziwe wartości

Zadaj sobie pytanie: Czego naprawdę chcę w życiu? Nie chwilowo, nie w danym momencie – ale na dłuższą metę. Jeśli nie wiesz, czego chcesz, zawsze będziesz szukać ulgi w czymś innym.

Krok 2: Zatrzymaj się i zaakceptuj moment

Naucz się cieszyć zarówno aktywnością, jak i odpoczynkiem – bez poczucia winy i bez szukania ucieczki. Praktyka mindfulness, z pewnością będzie tutaj pomocna.

Krok 3: Stwórz stabilny rytm życia

Zamiast przechodzić ze skrajności w skrajność, ustal zrównoważony plan działania i odpoczynku. Wyznacz sobie rytuały, które pozwolą Ci funkcjonować harmonijnie.

Krok 4: Pracuj nad swoją świadomością

Zamiast reagować impulsywnie, ucz się obserwować swoje emocje i potrzeby. Gdy czujesz chęć ucieczki w pracę lub odpoczynek – zatrzymaj się i zastanów, czy to faktycznie jest to, czego potrzebujesz.

Życie nie musi być sinusoidą ekstremów. Gdy określisz, czego naprawdę chcesz, przestaniesz żyć w trybie niekończącego się przełączania. To będzie moment, w którym przejmujesz stery swojego życia.

Skala „dramy” – Jak zmierzyć skalę życiowych burz?

W mojej coachingowej pracy z klientami nieustanie poszukuję skutecznych rozwiązań, które pomagają im działać efektywniej lub spojrzeć na swoją sytuację z większym dystansem i obiektywizmem. Czasami brakuje mi gotowych narzędzi, więc w takich momentach tworzę je samodzielnie, dostosowując je do konkretnej potrzeby.

Właśnie w ten sposób, podczas jednego ze spotkań, zrodziło się narzędzie, które nazywam skalą dramatyzmu. Dla podkreślenia tego, co ono demaskuje, lubię również określać je mianem skali dramy.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - drama - skala dramatyzmu - problem - skala dramy

Kiedy problem staje się katastrofą – pułapka przesadnej paniki

Wielokrotnie kiedy trafiamy na jakąś trudną sytuację myślimy, że jest ona absolutnym dramatem z którego nie ma wyjścia. Przykładami mogą być: konflikt w pracy, nieudany projekt, problemy finansowe czy trudności w relacjach. Czujemy, że to koniec świata i że nie damy rady. Jednak ktoś patrzący na to z boku widzi coś zupełnie innego – sytuację, którą można rozwiązać. Dlaczego więc my sami wpadamy w panikę?

To proste: nasz umysł ma tendencję do dramatyzowania, szczególnie gdy jesteśmy emocjonalnie zaangażowani. Nie potrafimy obiektywnie spojrzeć na problem, więc wyolbrzymiamy jego znaczenie.

Przykładem jest jedna z moich klientek prowadząca kilka ważnych projektów i będąca pod presją dużych nacisków swoich przełożonych. Kiedy pracowaliśmy była zmęczona, przepracowana i zirytowana całą sytuacją. Kiedy zapytałem ją jak w skali od 1 do 10, gdzie jeden oznacza całkowity spokój i harmonię a 10 totalnie trudną sytuację oceniła by tę sytuację, w której się znajduje. Po chwili zastanowienia powiedziała, że tak gdzieś na 9 może 10.

Skala Dramatyzmu – jak obiektywnie ocenić problem?

To właśnie wtedy wymyśliłem narzędzie które pomaga zyskać dystans do danej sytuacji i niejako bardziej obiektywnie się skalibrować. Jest nim Skala Dramatyzmu. Praca z tym narzędziem polega na porównaniu problemu, który nas dotyka, z prawdziwie dramatycznymi wydarzeniami w życiu. Zanim jednak dokonamy takiego porównania musimy stworzyć samą skalę.

Oto jak ją stworzyć. Narysuj na kartce papieru pionową kreskę i zaznacz na niej 10 poziomych linii zaznaczając je od dołu do góry cyframi od 1 do 10.

Poziom 10 – Największa możliwa tragedia
Zastanów się, co w Twoim życiu mogłoby być absolutnym dramatem. Dla większości osób będzie to śmierć bliskiej osoby, poważna choroba, utrata dziecka. To są prawdziwe tragedie – sytuacje, które mają kolosalny wpływ na całe życie.

Poziom 7-9 – Bardzo trudne sytuacje
Tutaj umieść zdarzenia takie jak nieuleczalna choroba, utrata całego majątku, rozwód po wielu latach związku. Są to momenty, które wymagają ogromnej siły psychicznej, ale nadal są do przejścia.

Poziom 4-6 – Problemy wymagające wysiłku, ale do rozwiązania
Tutaj trafiają rzeczy, które nas bolą, ale nie niszczą życia: utrata pracy, trudny projekt, kłopoty finansowe, kryzys w związku, kłótnia z kimś bliskim. To są problemy, które mogą być poważne, ale nadal mamy nad nimi kontrolę.

Poziom 1-3 – Przejściowe trudności
Opóźnienie w pracy, niezadowolenie szefa, kłótnia z przyjacielem, chwilowy stres. To są sytuacje, które po kilku dniach lub tygodniach staną się jedynie wspomnieniem.

Poziom 0-1 – Spokój i harmonia
To stan, w którym czujemy się dobrze, nie ma większych problemów, życie płynie spokojnie.

Jak stosować Skalę w codziennym życiu?

Gdy następnym razem poczujesz, że masz do czynienia z katastrofą, zadaj sobie pytanie: Gdzie umieściłbym tę sytuację na mojej Skali Dramatyzmu?

Wielu moich klientów  początkowo oceniało swój problem jako „9” lub „10”. Po stworzeniu Skali Dramatyzmu i „przyłożeniu” do niej swojego problemu, nagle stwierdzało, że adekwatna ocena ich sytuacji to „4” lub „5”. Takie porównanie problemu ze skalą daje ogromny spokój i świadomość, że życie toczy się dalej.

Przywołana wcześniej klientka po stworzeniu takiej skali, gdzie jako 10 wskazała śmierć najbliższej osoby a jako 9 nieuleczalną chorobę, stwierdziła że jej problemy z projektami i szefostwem to najwyżej 6 albo 5. Odetchnęła, złapała dystans i dopiero od tego momentu mogliśmy zacząć pracę nad tym jak poradzić sobie z jej wyzwaniami. Kiedy okazało się, że realnie nie są one aż tak wielkie jej umysł dopuścił możliwość, że można tym wszystkim jakoś zarządzić.

Naucz się dystansu – to klucz do spokoju

Kiedy nauczymy się stosować Skalę Dramatyzmu, zaczynamy inaczej patrzeć na życie. Zamiast wpadać w panikę, przykładamy konkretny problem do skali i adekwatnie go wyceniamy a dzięki temu uczymy się dystansu. To daje nam przewagę – zamiast tracić energię na zamartwianie, możemy skupić się na rozwiązaniach.

Warto pamiętać, że emocje nie zawsze są dobrym doradcą. Z tego powodu warto wypracować w sobie nawyk porównywania sytuacji do rzeczywistych potencjalnych tragedii – wtedy łatwiej zrozumieć, że nie każda trudność to koniec świata.

A teraz Twoja kolej: Jaka jest Twoja Skala Dramatyzmu? Jak oceniasz ostatni problem, który wydawał się nie do przejścia? Może warto spojrzeć na niego jeszcze raz?

Krąg Wpływu i Krąg Zainteresowania – jak sprytnie zarządzać sobą

Stephen R. Covey, autor książki 7 nawyków skutecznego działania, wprowadził koncepcję kręgu zainteresowania i kręgu wpływu jako narzędzi pomagających skuteczniej zarządzać sobą i swoim życiem.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wpływ - Covey - krąg wpływu

W tej koncepcji Świat składa się z trzech obszarów:

Spraw, które nas nie interesują – ten obszar obejmuje wszystkie sprawy i kwestie, którymi się zupełnie nie interesujemy i nie zajmujemy.

Kręgu zainteresowania – obejmuje on wszystko, co przykuwa naszą uwagę – politykę, pogodę, decyzje szefa, kryzysy gospodarcze, zdrowie bliskich itd.

Kręgu wpływu – to ta część kręgu zainteresowania, na którą faktycznie mamy wpływ poprzez nasze zachowanie, decyzje, sposób komunikacji, rozwój umiejętności, reakcje na trudne sytuacje.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wpływ - Covey - krąg wpływu - krąg zaintersowania

Cała sztuka sprytnego zarządzani sobą polega na koncentracji na właściwym kręgu.

Ludzie PROAKTYWNI, skupiający się na swoim kręgu wpływu mają większe poczucie kontroli nad życiem, skuteczniej osiągają cele i rzadziej doświadczają frustracji. Z czasem zyskują przekonanie, że ich wpływ na kształtowanie własnego życia poszerza się.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wpływ - Covey - krąg wpływu - krąg zaintersowania

Ci, którzy są BIERNI, koncentrują się na kręgu zainteresowania. Zatem poświęcają swój czas i energię na analizowanie słabości innych ludzi, problemy środowiska i okoliczności, na które nie mają realnego wpływu. Często oskarżają innych (los, politykę, świat, życie) i wykształcają w sobie postawę ofiary, przez co czują się bezsilni.  Z czasem zyskują przekonanie, że ich wpływ na kształtowanie własnego życia kurczy się.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - wpływ - Covey - krąg wpływu - krąg zaintersowania

Jak wykorzystać kręgi do poprawy życia?

Aby lepiej zrozumieć, jak działa ta metoda, przyjrzyjmy się trzem sytuacjom, w których jej zastosowanie może poprawić nasze życie:

Przykład 1: Stres w pracy
Janina denerwuje się, bo jej szef podejmuje chaotyczne decyzje i często zmienia zdanie. Zamiast narzekać i tracić energię na frustrację, koncentruje się na tym, co może kontrolować: lepszej komunikacji ze współpracownikami, zarządzaniu własnym czasem i proponowaniu konkretnych rozwiązań.

Przykład 2: Zdrowie i kondycja
Adam martwi się o swoje zdrowie, ponieważ w rodzinie występują choroby serca. Zamiast koncentrować się na strachu przed chorobą, zaczyna działać: zdrowo się odżywia, regularnie ćwiczy i kontroluje wyniki badań.

Przykład 3: Sytuacja polityczna i gospodarcza
Maria jest zaniepokojona inflacją i niestabilnością gospodarczą, którą dodatkowo podkręca nowy Prezydent USA. Nie może zmienić polityki rządzących, ale może wpłynąć na swoje finanse: uczy się lepiej zarządzać budżetem, inwestuje w rozwój zawodowy i szuka dodatkowych źródeł dochodu.

Jak skutecznie pracować z kręgami i czemu warto?

Aby skutecznie wykorzystać koncepcję kręgów, warto wdrożyć kilka kluczowych nawyków:

Identyfikuj swój krąg wpływu – kiedy czymś się martwisz, zastanów się: „Czy mam na to wpływ? Co mogę zrobić?”

Zmieniaj perspektywę – zamiast skupiać się na problemach, koncentruj się na możliwych rozwiązaniach.

Działaj – nie czekaj, aż sytuacja się zmieni, tylko zacznij zmieniać swoje otoczenie dzięki własnym decyzjom.

Nie trać energii na to, czego nie możesz zmienić – życie staje się lepsze, kiedy skupiasz się na realnych możliwościach, zamiast na frustracji.

Rozważna praca z kręgami Coveya prowadzi do większego poczucia kontroli, spokoju i efektywności w działaniu. Gdy zmieniasz perspektywę i koncentrujesz się na tym, na co masz wpływ, poszerzasz swój krąg wpływu – a to oznacza większe możliwości w przyszłości.