Rafał Markiewicz

Blog

Uwolnij przestrzeń i zasoby – oczyszczanie, zamiast planowania

Zbliżamy się do końcówki roku i rozpoczęcia kolejnego. Tradycyjnie, pewnie całe rzesze osób znowu będą planować i obiecywać sobie realizację noworocznych celów. Czy to tych dotyczących zadbania o kondycję fizyczną, zdrowego odżywiania czy jakiś innych z obszarów edukacyjnych, czy też rozwojowych. Nie mam jednak dla nich dobrej wiadomości. Jak co roku sporo z nich uwierzy w „magię” postanowienia i zasadniczo nic nie zmieniając w swoim otoczeniu i kalendarzu przystąpi do ich realizacji. Niestety, dość szybko też w realizacji tych celów polegnie. Aby istotnie zwiększyć szansę na skuteczne wdrożenie noworocznych planów w życie trzeba już teraz podjąć pewne strategiczne działania.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - planowanie - oczyszczanie - uwalnianie - cele noworoczne

Zobrazuje to przykładem przygotowania zimowej herbaty. Zalej herbatę w kubku wrzącą wodą. Nie żałuj sobie, wlej jej do oporu po same brzegi. A teraz wrzuć do tego kubka kawałek imbiru, plaster pomarańczy, dodaj z trzy goździki i sążnistą łyżkę miodu. Jak sądzisz ile zawartość kubka znalazło się poza nim?

Nasze życie jest jak ten pełen po same brzegi kubek z wrzątkiem. Dziś ilość rzeczy, możliwości i różnego rodzaju rozpraszaczy jest tak wielka, że niemal wszyscy jesteśmy przestymulowani, przebodźcowani i często żyjemy w biegu i niedoczasie. Dokładanie do tego kolejnych planów i działań jest czystym szaleństwem. Plany są jak te dodatki dorzucane do herbaty, aby nadać jej pysznego zimowego smaku. Choć każdy z nich jest atrakcyjny i smaczny, to każdy z nich powoduje kolejne ulanie zawartości kubka. Tak będzie też z naszym kalendarzem i czasem. Nie udźwigną one kolejnych działań i aktywności. Chyba, że oczyścimy nasze obecne życie z tego co zbędne (upijemy trochę herbaty, zanim zaczniemy do niej dokładać)  i zrobimy miejsce na to co nowe.

Oczyszczanie i porządki

Do końca roku zostało jeszcze trochę czasu. Zatem to dobry moment, aby na chwilę się zatrzymać. Uporządkować rozgrzebane rzeczy i pozbyć się tego co zbędne, a co jest w naszym życiu, bo kiedyś do niego trafiło.

Proponuje podejść do tematu kompleksowo i zająć się oczyszczaniem naszego życia w trzech obszarach.

Porządki fizyczne:

Uporządkuj swoją przestrzeń, w której się poruszasz. Zadbaj o to, aby stała się przestronna i poukładana. Przewietrz ją, poukładaj tak, aby łatwo było się w niej odnajdywać i to co najważniejsze, zrób miejsce na ewentualne nowe rzeczy. Usuń przedmioty zbędne i te, które nie dają Ci już radości. Odgruzuj szafy i półki z tego co zostało, bo „może kiedyś się przyda” a od roku albo dwóch i tak po to nie sięgnąłeś.

Wyobraź sobie tornado, które przeszło przez Twoje mieszkanie i wywiało z niego wszystko co nie było przymocowane na stałe, lub nie było ciężkim meblem. Czy gdybyś teraz odtwarzał to co straciłeś, to znowu kupiłbyś każdą z tych rzeczy? Tej, której byś teraz nie kupił wyrzuć, sprzedaj lub oddaj, bo jest Ci niepotrzebna.

Porządki cyfrowe:

Uporządkuj niejednokrotnie zawalony pulpit w komputerze i folder „pobrane”. To samo zrób na telefonie. Uporządkuj skrzynkę pocztową i nie trzymaj jakiś starych nieprzeczytanych mail, bo ubzdurałeś sobie, że jak będziesz miał kiedyś czas to do nich wrócisz. Usuń zbędne pliki i nieużywane aplikacje. Anuluj niepotrzebne subskrypcje. Jeżeli nadal chcesz korzystać z jakiś social mediów zrób porządek w swoich profilach.

Wyobraź sobie, że padł Ci komputer lub przez przypadek wyczyścił wirtualnych dysk w chmurze. Co byś chciał konieczne odtworzyć? Co byłoby konieczne do tego, żebyś mógł skutecznie działać lub pracować na swoim urządzeniu? Każdy, kto kiedyś stracił zawartość swojej skrzynki pocztowej, dobrze wiek jak nie odczuł później braku wielu teoretycznie „super ważnych” i „istotnych” maili 😉

Porządki mentalne:

Trudno zauważyć bałagan w naszej głowie, ale można go poczuć. To samo dotyczy stresu, który napina nasze mięśnie i spina ciało. W codziennym biegu przez życie i pośpiechu często tego nie zauważamy. Pośpiech zabija też naszą kreatywność. Powoduje, że wiele czynności wykonujemy rutynowo i bezrefleksyjnie. Bez zastanowienia czy są konieczne lub czy nie można ich zrobić łatwiej.

Pozbądź się zbędnych stresorów. Zatrzymaj się, weź oddech i zadaj sobie pytanie czego chcesz w życiu i co jest dla Ciebie tak naprawdę w nim ważne. Nadaj priorytety sprawom i zaplanuj w swoim kalendarzu regularny czas na zadbanie o siebie. Często w naszych kalendarzach zapominamy o sobie.  O czasie na zatrzymanie, medytację, poczytanie książki dla przyjemności, realizację naszego hobby czy czasie na odkrywanie czegoś nowego.

Być może to właśnie powyższe stanie się Twoim wyzwaniem noworocznym, którego naprawdę potrzebujesz i które będzie Ci służyć.

Uwolnij przestrzeń i zasoby

Skup się na końcówce roku, a nie na początku kolejnego. Wyobraź sobie, że w ostatnich dniach grudnia przez Twoje życie przetacza się wielka oczyszczająca fala. Zabierze ona wszystko co zbędne, zmyje wszelkie brudy i przemyje oczy, abyś mógł zyskać nowe, czyste i szersze spojrzenie na swoje życie. A kiedy fala już przejdzie, a Ty podeschniesz poczujesz się lekki, pełny energii i zobaczysz nagle jak dużo miejsce zrobiło się w Twojej przestrzeni i zasobach czasowych na nowe rzeczy.

Wejdź z tą lekkością i otwartością w nowy rok – poczuj czego potrzebujesz. Przy czym dla jasności, data 26 stycznia, 13 lutego, czy 15 marca jest tak samo dobra na nowe plany jak 1 stycznia. W sumie może nawet lepsza, bo nie uwierzysz w „magię” daty i sam weźmiesz na siebie odpowiedzialność za swoje plany.

Przeskok Mentalny: Wyzwanie dla Menedżera Operacyjnego, który awansuje

Mam przyjemność pracować z wieloma menedżerami, którzy chcą doskonalić swój warsztat i być coraz lepszymi w tym co robią. Wśród nich wyróżnia się ta grupa menedżerów, którzy awansują w strukturze firmy z pozycji menedżera operacyjnego na wyższy poziom zarządzania. Choć z reguły to dla nich w pełni zasłużony i radosny moment, to w przeważającej liczbie sytuacji nie są świadomi przed jak dużym wyzwaniem stają.

Nie jest to bowiem, jak się zazwyczaj wydaje, tylko wejście o jeden stopień wyżej w hierarchii firmowej. Na tym etapie kariery, to wejście w zupełnie inny świat. Obowiązują w nim inne reguły, inne kryteria oceny skuteczności i sporo ze znanych sposobów działania nie działa.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - awans - menedżer operacyjny

Poniżej wypunktowałem kilka kwestii z jakimi menedżer operacyjny po swoim awansie z pewnością będzie musiał się zmierzyć:

Oderwanie od codzienności operacyjnej

Menedżer operacyjny, który awansował i wchodzi  w nowy zakres obowiązków często traci bezpośredni kontakt z codziennymi operacjami. Wcześniej mógł być bezpośrednio zaangażowany w procesy, zarządzanie zasobami ludzkimi czy kontrolę nad efektywnością operacyjną. Znam też wiele sytuacji, w których menedżer operacyjny wprost włączał się w działania operacyjne, żeby wesprzeć swój zespół. Teraz musi zacząć całkowicie polegać na swoich podwładnych, co nierzadko prowadzi do utarty wglądu w szczegóły działania firmy. Ta sytuacja budzi lęk u wielu byłych menadżerów operacyjnych, gdyż właśnie znajomość tych szczegółów stanowiła ich „siłę” i bazę ich eksperckości na poprzednim stanowisku.

Nieidealność

O ile na stanowisku menadżera operacyjnego w wielu kwestiach procesowych mamy zerojedynkowe rozwiązania. Bądź też dysponujemy precyzyjnymi wskazówkami/normami definiującym w jaki sposób mierzyć poprawność realizacji zadania. O tyle na wyższym szczeblu zarządzania mamy często do czynienia z zadaniami, które nie mają zerojedynkowych rozwiązań, albo definicji jakie jest ich idealne zrealizowanie. Do tego dochodzi często brak pełnej i jasnej puli informacji o wszystkich aspektach danego zadania. W efekcie tracimy możliwość działania na poziomie bliskim perfekcyjności, do którego byliśmy przyzwyczajeni.

Konieczność zmiany perspektywy

Na wyższym poziomie zarządzania menedżer operacyjny musi skupić się na bardziej strategicznych aspektach działalności działu lub firmy. Musi on przestawić swoją perspektywę z operacyjnej na strategiczną. Nie jest to łatwe, zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do podejścia opartego na rozwiązaniach bieżących problemów. O ile na poprzednim stanowisku detaliczność i szczegółowość w analizie spraw była bardzo pożądana. Tutaj pojawia się oczekiwanie podejmowania decyzji na bazie dużo bardziej ogólnych obrazów sytuacji.

Zarządzanie ludźmi

Na tym poziomie często pojawia się konieczność zarządzania ludźmi, którzy zarządzają innym ludźmi. Mówiąc inaczej, nasz świeżo awansowany menedżer staje się liderem liderów, bądź otrzymuje dużo większy zespół, w którym nie da rady budować tak bliskich relacji z ludźmi, jak to było w poprzednim zespole. Ta sytuacja wymaga od niego umiejętności motywowania, delegowania zadań oraz budowania efektywnych relacji między różnymi działami organizacji.

Współpraca z innym działami

Wraz z awansem menedżer operacyjny musi być bardziej zaangażowany we współpracę z innymi działami firmy. Musi zrozumieć jak jego działa wpływa na całość organizacji i jakie są powiązania jego działu z innymi działami. Musi dostrzegać strukturę tych relacji i współpracować z innymi liderami, aby osiągnąć cele strategiczne organizacji. Wymaga to od niego wysokich umiejętności komunikacyjnych, negocjacyjnych i rozumienie różnych perspektyw.

Rozwój nowych umiejętności

Oprócz wspomnianych powyżej wyzwań, na nowym stanowisku często pojawia się konieczność nabycia lub rozwinięcia umiejętności takich jak: analiza danych, planowanie strategiczne i rozwiązywanie konfliktów na wyższym poziomie. Dochodzi też jeszcze jedno wyzwanie, związane z nabyciem pewnych kompetencji natury politycznej i wyczucia w działaniu. Pozwala to na budowanie aliansów, budowanie sieci wzajemnego wsparcia, zawieranie strategicznych kompromisów i naukę niedociskania pewnych spraw do końca, bynajmniej na forum publicznym. Sam zresztą często rozwijając moich menedżerów lubiłem powtarzać pewną, dawno zasłyszaną prawdę: „Czym wyżej, tym mniej merytoryki, a więcej polityki”. Czasami mi nie wierzyli, a po miesiącach lub latach stwierdzali, że miałem rację.

Moim celem nie jest straszenie, czy też odradzanie wchodzenia na kolejny szczebel kariery. Jest nim natomiast uświadomienie tego, że trafiasz w całkowicie odmienną sytuację i z pewnością wiele razy poczujesz się zagubiony – i tak jest okay, bo tak mają niemal wszyscy. To o co warto zadbać, to o zbudowanie wspierającego otoczenia lub znalezienie osoby, która poda pomocną dłoń lub doradzi co robić. Mogę też powiedzieć jeszcze jedno, ten awans dla sporej części awansowanych jest wstępem do nowej i arcyciekawej zawodowej przygody.

Prze_myślnik #73 –  Żyj tu i teraz, ale patrz w przyszłość

Wielu osób zajmujących się rozwojem osobistym podkreśla wagę bycia tu i teraz. Dodając do tego, że wczoraj już było i nic w nim zmienić nie możemy. Natomiast jutra jeszcze nie ma i nie wiemy co się wydarzy, ani jak to jutro będzie wyglądać.

Z pewnością mają rację i to szczególnie istotną w dzisiejszym przebodźcowanym świecie. W świecie, który dynamicznie pędzi do przodu i ulega ciągłym przeobrażeniom. W świecie zmiennym, nieprzewidywalnym i pełnym social mediów z ich algorytmami wypaczającymi rzeczywistość i nasz odbiór otaczającego świata. Kiedy to piszę, aż sam chciałbym przystanąć i zatopić się w chwili obecnej, bez tego tempa i pogoni za nie wiadomo czym. Na myśl o takim pobyciu myślami i ciałem tylko tu i teraz czuje jak wypełnia mnie poczucie spokoju i się wyciszam. Robi się miło, błogo i spokojnie.

„Tu i teraz” mnie wciąga i na swój sposób osacza. Uwielbiam ten stan, w którym siedzę spokojny i wyciszony widząc i czując jak świat wokół mnie pędzi, a mi się z tego pędu udało wyłączyć. Uwielbiam kultywować moje sobotnie poranki i do południa. Staram się dbać o to, aby w tym jednym dniu w tygodniu nie budzić się na dźwięk budzika, tylko wybudzać naturalnie. Staram się nie zrywać z łóżka z myślą ile rzeczy na mnie czeka do zrobienia. Włączam etap „leniwca”, pozwalam sobie na rozpraszanie i nieefektywność. Jem strasznie późno śniadanie i jestem cały zatopiony w tym sobotnim błogostanie.

Skoro w soboty jest tak fajnie, to może mógłbym tak żyć każdego dnia. Jak bym się mocno postarał, to może bym mógł, ale nie chcę. Mam bowiem świadomość, że o ile jest to strasznie wygodne i miłe, to do niczego mnie nie prowadzi. Nauczyłem się czerpać radość z działania, aktywności, rozwoju i pokonywania wyzwań. Oczywiście, że bywają momenty kiedy one mnie przytłoczą i wtedy takie powrócenie na krótką chwile do bycia tu i teraz „uziemia” mnie, dystansuje od tej bieżączki i pozwala złapać właściwą perspektywę.

Już dawno temu zrozumiałem, że to co robię tu i teraz często nie daje pełni efektów już w tym samym momencie. Jednak po pewnym czasie te efekty się sumują i wprowadzają istotną zmianę w moim życiu. Moja dzisiejsza kondycja, stan zdrowia i wygląd są tak naprawdę efektem decyzji podjętych wiele lat temu. To, że dziś czerpię mnóstwo radości i realizuję się w pracy coacha, jest efektem decyzji sprzed wielu lat, że chcę nim zostać. Czy zawsze wszystko to przewidziałem i szczegółowo rozplanowałem – nie. Nawet, gdybym chciał i tak pewnie by mi się nie udało, bo nie uwzględniłbym wielu zmiennych oraz zdarzeń, które przez ten czas zaistniały.

Mam jednak w głowie taki koncept, że ja nie planuję daleko w przód swojego życia, bo plany mają to do siebie, że dość często nie do końca wychodzą. Ja projektuję swoje życie i nanoszę w tym projekcie nieustannie małe poprawki dopasowując go do aktualnej rzeczywistości. Dzięki temu cały czas podążam w wybranym kierunku na bieżąco modyfikując swoją drogę. Dzięki temu, żyję „tu i teraz”, ale jednocześnie patrząc w przyszłość. Czego Wam też życzę i do czego Was zachęcam.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - przyszłość - projektuj życie - tu i teraz

Samozmęczeni – czyli o tym jak sami się „zajeżdżamy”

Nadeszła jesień i wielu moich klientów oraz znajomych bardziej odczuwa spadek energii i przypływ zmęczenia. Zapewne wpływ na to ma między innymi pogoda. Dodatkowo jak twierdziła moja nauczycielka jogi jesień to czas, kiedy nasze organizmy naturalnie zwalniają i przygotowują się do zimy. Ja jednak zacząłem się zastanawiać czy my faktycznie jesteśmy teraz bardziej zmęczeni, czy tylko to zmęczenie bardziej zauważamy. Jak bowiem twierdzi urodzony w Korei Południowej niemiecki filozof Byung-Chul Han obecnie wszyscy żyjemy w „społeczeństwie zmęczenia”.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zmęczenie - wyczerpanie - wypalenie zawodowe - społeczeństwo zmęczenia

Społeczeństwo zmęczenia vs. społeczeństwo dyscypliny

Wspomniany autor w jednym ze swoich esejów porównuje charakterystyczne dla XIX wieku społeczeństwo dyscypliny ze współczesnym społeczeństwem zdominowanym przez zmęczenie. To pierwsze opierało się na zewnętrznej dyscyplinie i nadzorze, w którym instytucje, takie jak kościół czy państwo, narzucały określone normy i sankcje, by kształtować zachowania ludzi. Dzisiejsze społeczeństwo zmęczenia jest natomiast oparte na wewnętrznej presji i samokontroli. Tak więc nikt inny, jak my sami narzucamy sobie presję do osiągnięcia sukcesu, efektywności i szczęścia, co prowadzi niemal nas wszystkich do poczucia wyczerpania.

Co napędza społeczeństwo zmęczenia?

Nadmiar informacji – w dzisiejszych czasach z internetu, social mediów i mediów tradycyjnych wylewa się na nas masa wiadomości. Doprowadza to do przeciążenia umysłu, rozproszenia i trudności w przetwarzaniu informacji. Choć często nie do końca jesteśmy tego świadomi nieustanne  bombardowanie informacjami zwiększa poziom stresu i przyczynia się do zmęczenia psychicznego. Sam przekonałem się o tym dobitnie kiedy niemal 10 lat temu zrezygnowałem z aktywnego oglądania telewizji, a szczególnie kanałów informacyjnych. Poczucie spokoju jakiego doznałem był dla mnie zaskoczeniem, ale i dużą ulgą psychiczną.

Konsumpcjonizm – wielu z nas nieustannie dąży do posiadania coraz większej liczby dóbr materialnych i przeżywania ciągle nowych doświadczeń. Ten nieustanny nacisk na konsumpcję i hiperaktywizację prowadzi do niekończącego się wyścigu i braku satysfakcji. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że o ile nadmiar dóbr materialnych zaczyna być momentami postrzegany jako negatywny, o tyle nadmiar doświadczeń nadal zwodniczo jawi nam się w pozytywnym świetle. Tymczasem, to zdominowanie naszego życia przez ciągłe poszukiwanie nowości i przyjemności prowadzi do braku satysfakcji i spokoju.

Kult sukcesu i doskonałości – dziś często kultura i social media narzucają nam wysokie standardy sukcesu, doskonałości i osiągnięć zawodowych. Przy jednoczesnym pomijaniu lub przemilczaniu niepowodzeń. Jak celnie stwierdził jeden z moich klientów specjalizujący się w marketingu internetowym „Na Instagramie wszystko wszystkim wychodzi”.  Ten kult skutkuje ciągłym dążeniem do osiągania wyśrubowanych celów, w efekcie czego wiele osób odczuwa przeciążenie i wyczerpanie psychiczne.

Ciągła dostępność – w świecie on-line i my żyjemy on-line. Stale podłączeni, dostępni i aktywni. Zaczynamy odczuwać brak prywatności, trudności z odpoczynkiem oraz odłączeniem się od pracy i różnego rodzaju zobowiązań.

Przemęczenie zawodowe – współczesne tempo pracy, dynamika zmian narzędzi i systemów z których korzystamy, jak również nieustanne zmiany struktur i przemiany szczególnie w dużych organizacjach prowadzą do nadmiernego obciążenia pracowników. Jeżeli dodamy do tego nadgodziny, ciągłe naciski na wydajność i brak równowagi między pracą a życiem osobistym mamy oczywiste wyjaśnienia dla syndromu wypalenia zawodowego dotykającego coraz większą liczbę osób.

Kultura pozytywnego myślenia – promowany jest kult pozytywnego myślenia i zaradności, w efekcie którego staramy się prezentować jedynie w pozytywnym świetle. Jednocześnie ignorując wszelkie negatywne emocje, które odczuwamy. To prowadzi do wewnętrznych konfliktów, które następnie doprowadzają nas do wyczerpania psychicznego.

Brak czasu na refleksję – żyjąc w ciągłym zabieganiu i natłoku obowiązków zaczynamy gubić się w życiu. Brakuje nam czasu na zwykłe zatrzymanie i refleksję. Na kontemplację, samocenę i zadanie sobie pytania co jest w naszym życiu tak naprawdę ważne. Niezauważenie gubimy poczucie tożsamości i przestajemy znać samych siebie.

Promocja nierealnego sukcesu i szczęścia w mediach społecznościowych – widzimy w nich idealne życiorysy i sukcesy innych ludzi. Prowadzi to niejednokrotnie do porównywania się i budowania nieustannej presji, której jesteśmy poddani. To wszystko przyczynia się do poczucia przemęczenia psychicznego.

Czy można się wyrwać z tej matni?

Niestety obawiam się, że nie jest to możliwe w 100%. Natomiast wierzę w to, a nawet osobiście doświadczam tego, iż można istotnie obniżać wpływ „społeczeństwa zmęczenia” na nasze życie. Najważniejsze w tym wszystkim zdaje się świadome budowanie swojego życia. Istotne jest również zadbanie o momenty zatrzymania i refleksji, a także odkrycie i pielęgnowanie swojego wewnętrznego życia. Dorzuciłbym jeszcze do tego krytyczne myślenie i poczucie celu w życiu. To chyba najważniejsze składniki naszego antidotum na wyniszczające zmęczenie, które serwuje nam współczesny świat.

Pisząc ten tekst powracam wspomnieniami do ostatniego lata, w czasie którego w jeden z wcale nie najładniejszych dni spędziłem pół godziny, a może trochę dłużej siedząc z najbliższą mi osobą na pustej plaży i obserwując falujące puste morze. Do dziś czuje to poczucie połączenia z morzem, które jest tu zawsze. Z plażą, która istnieje pomimo pędzącego świata i z osobą którą kocham. W tamtej chwili to było wszystko czego potrzebowałem, aby doznać głębokiego poczucia spokoju, zadowolenia i wyciszenia. Siłą tamtego doświadczenia jest to, że nawet teraz po wielu miesiącach w pędzie biegu przez życie jestem w stanie powrócić do tamtego wspomnienia i głębokiego poczucia spokoju.

Jeżeli nadal interesuje Cię ten temat polecam także obejrzenie serialu dokumentalnego „Żyć 100 lat: Tajemnice niebieskich stref.” dostępnego na platformie Netflix.

Czekasz na gotowe mosty, czy sam projektujesz swoje? – słów parę o sprawczości

Każdy z nas trafia w swoim życiu na wyzwania i przeszkody. Prawie każdy z nas ma też jakieś cele, ambicje czy marzenia. Każdemu z nas przydarzają się też różnego rodzaju okazje. Na każdą z tych sytuacji możemy zareagować na dwa sposoby. Biernością i oczekiwaniem, aż ktoś inny wyznaczy kierunek działania lub biorąc sprawy w swoje ręce i budując mosty prowadzące nas do sukcesu. To właśnie ta zdolność do podejmowania inicjatyw i tworzenia własnych szans jest kluczem do osiągnięcia szczęśliwego i spełnionego życia. Jest także doskonałym opisem sprawczości, która jest jedną z kluczowych życiowych zdolności.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - sprawczość - odwaga - proaktywność

Ostatnio trafiłem na genialną metaforę opisującą te postawy. Mówi ona o budowaniu mostów nad rzekami, które stanowią dowolną przeszkodę w drodze do naszego celu. „Można czekać, aż ktoś te mosty zbuduje i nam dostarczy, albo zacząć je budować z tego co spływa rzeką”.  Oczekiwanie na gotowe rozwiązania i poleganie na innych może prowadzić do stagnacji i utraty kontroli nad swoim losem. Co więcej rzeka żyje. Zmienia swój bieg, siłę nurtu i ukształtowanie brzegów. Most zamówiony dawno temu i dostarczony teraz na miejsce może już nie pasować do obecnej sytuacji. Z tego względu warto działać proaktywnie i budować własne mosty.

Będąc architektem jesteś sprawczy

Jeszcze do  niedawna myśląc o sprawczości w życiu często łączyłem ją z osiąganiem zamierzonych efektów. Dziś jestem świadomy tego, że o sprawczości nie do końca świadczą tylko efekty. Kluczowe jest w sprawczości zachowanie kontroli i wpływu, które umożliwia świadome kierowanie całym działaniem oraz weryfikację procesu i celu. Właśnie z tego powodu czekanie na innych, by spełnili nasze oczekiwania jest ryzykowne. Nie mamy wtedy wpływu na ich decyzje ani na niespodziewane zmiany sytuacji. Kiedy sami podejmujemy inicjatywę, mamy możliwość kształtowania swojego losu i dostosowywania do zmieniających się okoliczności.

Nie czekaj i działaj świadomie

Budowanie mostów z tego co spływa rzeką oznacza wykorzystywanie dostępnych zasobów i możliwości jakie przynosi nam życie. Nie musimy czekać na idealne warunki ani jakiś specjalny moment czy wydarzenie, aby zacząć działać. Możemy wykorzystać to, co mamy, i rozwijać się w miarę jak napotykamy na kolejne przeszkody czy wyzwania. Jednocześnie w ten sposób świadomie odpowiadając na zmiany zachodzące w naszym życiu i otoczeniu.

Ćwicz się w sprawczości

Bardzo podoba mi się to co o sprawczości mówi Bill Zima badacz uczniowskiej sprawczości. Wskazuje on, że na sprawczość składa się zestaw postaw i zestaw umiejętności. Do postaw zalicza: nastawienie na rozwój, wytrwałość, inteligencję emocjonalną, kreatywność i wytrwałość. W zestawie umiejętności wymienia między innymi: ustalanie celów, rozwiązywanie problemów i współpracę.

Budowanie własnych mostów w życiu idealnie odpowiada na powyższe. Wymaga od nas kreatywności i determinacji. Nie zawsze istnieje gotowe rozwiązanie na nasze problemy. Musimy więc być gotowi do eksperymentowania, uczenia się na własnych błędach i nieustannego doskonalenia. To właśnie w takich trudnych chwilach rodzą się innowacje i odkrywamy naszą prawdziwą siłę.

Na zakończenie chciałbym  przytoczyć twierdzenie dr Christine Caldwell z Naropa University, według której energię do zmiany możemy czerpać „z trzech możliwych źródeł: bycia do czegoś popychanym, szukania przyjemności oraz bycia ciekawym”.  Życzę więc Wam, aby w Waszym życiu było jak najwięcej przyjemności i ciekawości.

Nie widzę tego, co dla mnie niewygodne – o niedorzecznych decyzjach

Moja przyjaciółka twierdzi, że faceci często mówią wszystko o sobie już na pierwszej randce. To jedynie kobiety nie chcą słyszeć tego co dla nich niewygodne. Moje doświadczenia pokazują, że ta reguła nie dotyczy tylko kobiet i pierwszych randek.

Ulegają jej przedsiębiorcy wdrażający nowe metodologie lub rozwiązania, jak również osoby poszukujące nowej pracy. Po prostu tak bardzo chcemy już coś zmienić lub zakończyć jakąś ciągnącą się sytuację, że bezpodstawnie a czasami nawet wbrew faktom idealizujemy wybierane rozwiązanie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - decyzja - niedorzeczna decyzja

Na skróty – ma być szybko i łatwo

Te skróty są o tyle zaskakujące, że to nie ktoś inny wprowadza nas w błąd, tylko my sami poprzez selektywną percepcję, z tego co ktoś mówi wyciągamy tylko interesujące nas fragmenty i zaczynamy sobie z nich w wyobraźni tworzyć „magiczne rozwiązania”.

Przykładowo jeden z moich klientów przedsiębiorców, z którym pracujemy nad poukładaniem jego firmy zaczął naciskać, abyśmy zajęli się tematem wartości w organizacji. Posłuchał podcastu, w którym ktoś mówił, że jak mamy je dobrze poukładane to ludzie w firmie sami dbają o to, aby wszystko odpowiednio działało i miało wysoką jakość. Moja odpowiedź była taka, że to nie jest etap na wprowadzanie wartości, bo to będzie za szybko. Klient jednak chciał, abym odsłuchał ten podcast. Odsłuchałem i to był drugi odcinek pewnych porad dla przedsiębiorców. Kobieta, która w nim o tych wartościach mówiła, co najmniej  trzy razy zaznaczyła „zanim zaczniesz wdrażać wartości koniecznie zacznij od tego o czym mówimy w pierwszej części”. A co było w pierwszej części? Ano to, że podstawą wszelkiego działania jest dokładne rozpisanie zakresu obowiązków i odpowiedzialności w firmie a następnie ich wdrożenie oraz ustalenie celu działania firmy. Te działania nie był tak „seksowne” jak wymyślanie wartości i dodatkowo wymagały sporo pracy i wysiłku. Wiązały się też z pracą z ludźmi w tej firmie zatrudnionymi i zmianą ich postrzegania swojej roli w organizacji. Więc co zrobiły mój klient z tymi niewygodnymi działaniami? „Przeoczył” konieczność ich wdrożenia i wymyślił sobie magiczny sposób zgodnie, z którymi wartości firmowe mają mu magicznie poukładać firmę.

Jest to idealny przykład na to, jak ktoś w porę niewyhamowany w swoich zapędach, wdraża w swojej organizacji jakieś częściowe i tylko wygodne działania wyrwane z jakiejś metodologii. Kiedy jednak tak przeprowadzone zmiany nie przynoszą efektów, oskarża metodologię o to, że jest ona do niczego.

Niech się dzieje co chce, byle już się zadziało

Niecierpliwość to kolejny istotny element układanki w przypadku niedorzecznych decyzji. Czasami jakaś sytuacja na tyle nas mierzi, irytuje i wkurza, że zamiast trzymać się pewnych założeń dotyczących tego na co chcemy ją zamienić, zaczynamy je odpuszczać i bierzemy obojętnie co nam się trafi. Co więcej jesteśmy na tyle kreatywni, że wymyślamy sobie wyimaginowane scenariusze jak pomimo mocno nieidealnego rozwiązania, nasze życie idealnie się ułoży.

Do dzisiaj wspominam jednego dalekiego znajomego, który znudzony swoją pracą wpadł na „genialny” pomysł, że zostanie przedstawicielem handlowym. Miał artystyczną duszę, dość rozbudowane ego i parcie na szkło. Kiedy zapytałem go skąd wybór takiej profesji, opowiedział mi z entuzjazmem jak wspaniale miałby w takiej pracy. Miałby służbowy samochód, mógłby sobie jeździć i śpiewać piosenki. Kiedy świeciłoby słońce, zatrzymywałby swoje służbowe auto na jakiejś pięknej łące i opalałby się na jego masce.

Cóż, muszę przyznać, że ta wizja szokuje mnie do dziś. Tym mocniej im lepiej poznałem prace przedstawicieli handlowych. Zasypanych koniecznością tworzenia mnóstwa raportów z wizyt u klientów, starających się wyżyłować jak największe sprzedaże, aby zrealizować narzucone na nich plany sprzedażowe. Co zaś do parkowanie samochodów w ciągu dnia pracy na kwiecistych łąkach, to zamontowane w autach GPS’y, kiedy stoją one za długo w jakimś miejscu potrafią wysłać alarmowego SMS’a do szefa takiego przedstawiciela. Zatem z wylegiwania na masce samochodu nici.

Powyższy przykład na pewno należy do tych ekstremalnych, ale dopiero co jednemu z moich klientów pomogłem dostrzec wyimaginowany wizerunek pracy w zawodzie jaki rozważał. Ważną informacją w tym kontekście jest to, że mój klient obecnie pracuje i jedną z rzeczy, która go bardzo mocno męczy i irytuje są częste kontakty z klientami. Znalazł więc sobie „idealny” zawód na dalszą ścieżkę zawodową jest nim…  pośrednik nieruchomości. Czemu chciał go wybrać? Bo na Instagramie zobaczył jakie fajne życie mają tacy pośrednicy m.in. ciągle chodzą po wypasionych i super urządzonych willach lub apartamentach.

Żeby oddać sprawiedliwość, ja sam mam w swojej ścieżce zawodowej epizod męczenia się na jednym stanowisku. Męczenie wzięło się stąd, że też miałem pewne idylliczne wyobrażenie charakteru tej pracy, mocno odbiegające od rzeczywistości. Po prostu w opisach zakresu zadań na takich stanowiskach, „nie zauważyłem” tego czego nie chciałem robić 😉. Dziś bogatszy o te doświadczenie pomagam moim klientom nie popełniać takich błędów.

Co zaś do Pań i pierwszych randek. Zawsze zadziwia mnie jak wiele z nich oczekuje wykształconego rycerza na białym rumaku, a jak wiele z nich wybiera potem giermka na kłapouchym osiołku z odpadającym ogonem. Jednak niemal zawsze wtedy z tryumfem ogłaszają „ja go jeszcze zmienię…”

Mało jest lepsze niż nic – siła małych kroków

Każdy z nas miewa takie chwile w życiu kiedy jest przemęczony i brakuje mu siły lub motywacji do działania. To poczucie może być na tyle przytłaczające, że odciąga nas od realizacji naszych planów i celów. Za każdym razem kiedy tego stanu doświadczam staram się pamiętać o jednej ważnej zasadzie: zrobienie mało, jest lepsze niż nie zrobienie nic.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - metoda małych kroków - małe kroki

Przełamanie bariery bezwładności – sprytna definicja sukcesu

Często doświadczając stanu przemęczenia jesteśmy świadomi, że brakuje nam zasobów na realizację działania, które mieliśmy zaplanowane. Większość ludzi w tym momencie się poddaje i rezygnuje z jakiejkolwiek aktywności w tym zadaniu. Skoro nie mogą osiągnąć sukcesu, to po co się starać.

Ja jednak proponuję przyjąć inne, moim zdaniem sprytniejsze podejście do sukcesu:

Jeżeli ma dobry okres i sporo energii – sukcesem nazwę zrealizowanie zadania na 100%.

Jeżeli mam zły okres i brakuje mi energii – sukcesem nazwę każdą aktywność w zadaniu większą niż 0%.

Dowód skuteczności metody

Świetnie obrazuje to moje codzienne wyzwanie 10 tys. kroków. Miewam takie dni, że intensywnie pracuje na etacie 8 godzin, a potem prowadzę jeszcze 3 coachingi po południu. Wszystko to zdalnie i z domu. Kiedy wybija godzina 22:00 mam na liczniku 2 tys. kroków. Boli mnie głowa i jestem zmęczony. Są małe szanse na wydreptanie dodatkowych 8 tys. do północy. Mogę więc zrobić nic zalegając w fotelu lub wyjść na chwilę z domu i przejść tyle ile dam rady dotleniając swój umysł. Nie ma presji i ciśnienia. Wychodzę z założenia, że każde dodatkowe 500 kroków będzie sukcesem. Czasami kończę dzień mając 5,5 tys. kroków, czasami 7 tys. a co najzabawniejsze nie tak rzadko bez większego wysiłku dobijam do 10 tys., bo tak fajnie zaczęło mi się spacerować.

Podobnie jest z tekstami na tego bloga. Choć ich napisanie jest w planie mojego dnia rzeczywistość czasami powoduje, że nie starcza już siły lub czasu. Co mogę wtedy zrobić, aby zrobić więcej niż nic? Mogę napisać pierwszy wstępny akapit, aby w kolejnym dniu było łatwiej mi się rozpędzić z pisaniem. Mogę choćby wymyślić i zapisać tytuł artykułu lub w ogóle wybrać tylko tematykę której ma dotyczyć. Każde z tych działań przybliży mnie o krok lub parę do realizacji zadania.

O sile skuteczności małych kroków świadczy prosta kalkulacja przy moim krokowym wyzwaniu. Załóżmy, że przyszło przemęczenie i przy 2 tys. na koniec dnia wychodziłem jeszcze tylko 5 tys. kroków. Uzbierałem ich zaledwie 7 tys. Teraz dodajmy założenie, że taki dzień zdarza mi się raz w tygodniu, a w każdym miesiącu są 4 tygodnie.

 5 tys. kroków x 4 tygodnie x 12 miesięcy = 240 tys. kroków w roku

Co daje w skali roku dodatkowe 24 dni pełnych 10 tysięcznych przebiegów, których bym nie zrobił, gdybym żył według zasady: wszystko albo nic.

4 krytyczne momenty w życiu, których nie unikniesz

Oczywiście krytycznych momentów w życiu każdy z nas doświadcza znacznie więcej niż tytułowa czwórka. Natomiast tutaj odnoszę się do czterech typowych kryzysów, które dotknął niemal każdego z nas, bez względu na to w jakiej sytuacji będziemy się znajdować. Są to kryzysy rozwojowe bezpośrednio powiązane z wiekiem.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - kryzys - kryzys wieku - życie

Kryzys 0 – 2-3 lata

To pierwszy kryzys rozwojowy, ale nie za bardzo jesteśmy jego świadomi i wielu z nas nic z niego nie pamięta, dlatego nazwałem go kryzysem zerowym. Nieświadomym, ale jednak w nas zachodzącym. Wiek 2-3 lat to moment, w którym demonstrujemy naszą niezależność. Pierwszy raz buntujemy się przeciwko dorosłym i ich zasadom. Demonstrujemy też samodzielność np. przy ubieraniu, czy jedzeniu.

Kryzys 1 – 15-18 lat

Kryzys młodzieńczy – to okres poszukiwania własnej drogi, odrzucania autorytetów i negowania systemu wartości rodziców. Często jest to też moment zderzenia idealistycznej, dziecinnej wizji świata z tą rzeczywistą, będącą udziałem dorosłych. Wynikiem tego zderzenia jest zagubienie, chaos emocjonalny, bunt i alienacja. Pojawia się przekonanie, że możemy wszystko, świat stoi dla nas otworem a dorośli są tymi, którzy nas ograniczają i podcinają nam skrzydła.

Kryzys 2 – 25-30 lat

Kryzys ćwierćwiecza – charakteryzuje się uczuciem stresu i niepewności. To wiek, w którym uświadamiamy sobie kim jesteśmy i czego chcemy. Niejednokrotnie jednocześnie stwierdzając, że nasze wcześniejsze wybory życiowe lub zawodowe były błędem, albo jedynie spełnianiem oczekiwań innych. Świadomość, że nasze życie nie jest takie jakbyśmy chcieli bywa przytłaczająca. Do tego wiele osób doświadcza w tym okresie wielu dramatycznych wstrząsów, zmian i rozczarowań, nie mając wypracowanych metod radzenia sobie z tego typu doświadczeniami. Jest to też wiek, w którym jesteśmy bardzo podatni na porównywanie się z innymi. Ich sukcesami, poziomem życia czy możliwościami jakie są dla nich dostępne. Wyidealizowane życie z social mediów, które obserwujemy co dnia, tylko pogłębia naszą frustrację i przeżywanie tego kryzysu.

Kryzys 3 – 35 lat

Kryzys stabilizacji – bardzo zdradziecki. Z jednej strony zaczynamy doświadczać tego do czego cały czas dążyliśmy, stabilizacji w życiu zawodowym i związkowym. Z drugiej strony dochodzi w nas do głosu uczucie przerażenia. Doświadczamy poczucia nijakości życia, zmarnowania życiowych szans i pójścia na zbyt wiele niekorzystnych kompromisów. Boleśnie zauważamy, że wiele rzeczy i aktywności w życiu „musimy” robić, zamiast chcieć je robić. Odczuwamy brak motywacji i nader często stawiamy sobie pytanie „jak żyć?”, a właściwie „po co żyć?”. Kryzys stabilizacji nie jest kryzysem wybuchowym, to kryzys pełzający, który sączy się w nas powoli, ale nieustępliwie. Mówi się, że to też czas pierwszych wizyt u psychoterapeutów, a z mojego doświadczenia dodam też, że i u coachów.

Kryzys 4 – 45-50 lat

Często wiąże się z poczuciem spadku energii i bolesnym uświadomieniem sobie, że bliżej już do końca naszego życia niż do jego początku. U niektórych pojawi się poczucie, że właśnie życie się skończyło i nic ekscytującego nas już w nim nie czeka. Doświadczamy namacalnego, niemal fizycznego upływu czasu, którego do tej pory mieliśmy tak wiele, a teraz stał się on zasobem limitowanym. Jednak właśnie to poczucie, jest zarazem siłą tego kryzysu. Część osób uznaje, że w takim razie nie ma już zgody na jego marnowanie. Decyduje się uciąć nic niewnoszące do ich życia relacje, utrzymywane do tej pory z powodu jakichś tam konwenansów. Niektórzy decydują się na zmianę pracy, ale nie w poszukiwaniu wyższych zarobków, tylko w poszukiwaniu większej satysfakcji z tego co robią. To też czas, w którym zyskujemy większy dystans do wielu spraw i życiowych dram. Wiele osób decyduje się zadbać o swoje zdrowie, zdrowy styl życia i jakościowe relacje. Po prostu moment pierwszego odczucia przemijania, bywa często momentem mobilizacji.

Wraz z wydłużaniem się naszego życia i starzeniem społeczeństwa coraz częściej zaczyna się mówić o kolejnym kryzysie – tym razem 65+.

Jak jest sens kryzysów?

Może się wydawać, że w życiu nie czeka nas nic ciekawego, że to droga od jednego kryzysu do drugiego. Bezsensowne nawigowanie do kolejnej katastrofy, która jest nieunikniona. Tymczasem każdy kryzys to de facto początek nowej drogi. Szansa na zrobienie porządku w naszym życiu, przemeblowanie starych układów i zmianę wydeptanych już ścieżek. Powiem nawet dobitniej, każdy kryzys rozwojowy to warunek niezbędny do tego, żeby w naszym życiu wydarzyło się coś nowego. Pytanie tylko, czy do tego nowego będziemy zawczasu przygotowani i w jakiej kondycji wejdziemy na nową ścieżkę – a to już jest w dużej mierze zależne od nas samych. Zwykło się mówić, że to nasze dzisiejsze nawyki i działania, kształtują naszą przyszłość. Wybieraj więc mądrze!

Prze_myślnik #72 –  Wieczny pośpiech i zapracowanie (hustle culture)

Poniższy cytat Michelle Obamy odnosił się do promowanej swojego czasu koncepcji „lean in”, zaproponowanej przez Sheryl Sandberg. Autorka ta zachęcała kobiety do tego, aby sięgały w życiu po wszystko o czym marzą i nie godziły się na żadne kompromisy. Przekonywała, że mogą mieć wszystko. Udaną karierę, związek i życie rodzinne. Ta piękna koncepcja skrywała jednak i ciemną stronę. Wymagała niemal katorżniczej pracy, aby sprostać wymaganiom i nie zaniedbać żadnej z tych sfer. Dla wielu kobiet te starania kończyły się niepowodzeniem. Prowadziły do frustracji i poczucia, że nie są w stanie sprostać wszystkim zadaniom. Koncepcja, która miała im dawać siłę, wolność i satysfakcję z życia – niszczyła je.

Dziś modnym pojęciem jest „hustle culture”. Tłumaczone jako „kultura wysiłku”, albo dobitniej jako „kultura zapierdolu”. Gloryfikuje się w niej nieustanny pośpiech, niestrudzoną pracę i przekonanie, że sukces można osiągnąć tylko przez nieustanne zaangażowanie. Prowadzi to nadmiernego forsowania, poświęcania czasu wolnego, snu i osobistego samopoczucia w imię celów zawodowych. Początkowo termin „hustle” oznaczał zajmowanie się pracą, często wyczerpującą i trudną, ale ewoluował, aby objąć bardziej nieustępliwe i wszechogarniające podejście do pracy.

Pojawiał się też nowe zjawisko określane jako „side hustle” dotyczące m.in. rozwijania własnej działalności przy jednoczesnym pracowaniu na etacie. Celem takiego działania jest chęć osiągania dodatkowych dochodów, monetyzacji swojego hobby lub budowania ścieżki do tego, aby zostać swoim własnym szefem. Jest to podejście dla ambitnych osób, ale podobnie jak koncepcja „lean in” wiąże się z olbrzymim obciążeniem zarówno psychicznym jak i fizycznym. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zbudować udane życie prywatne. Wymagana jest tu duża dyscyplina, świetna organizacja czasu i pracy oraz wyznaczenie i utrzymywanie zdroworozsądkowych granic.

Hustle culture może działać jako siła motywacyjna napędzająca do realizacji własnych celów, ważne jest jednak znalezienie równowagi między pracą a osobistym samopoczuciem. Sukces nie musi iść w parze ze zdrowiem, relacjami i jakością życia. Rozpoznanie potencjalnych pułapek oraz docenianie wypoczynku, rozrywki i zdrowia psychicznego to kluczowe kroki do osiągnięcia zrównoważonego sukcesu i spełnienia w współczesnym świecie. Między innymi z tego powodu warto pamiętać o mądrych słowach Michelle Obamy, a szczególnie o tym, że nie wszystko w tym samym czasie.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - przeciążenie - zapracowanie - hustle culture - side hustle

Zagubieni w działaniu – pułapka celów pobocznych

Często kiedy podejmujemy się jakiegoś działania, czy projektu przyświeca mu konkretny cel. Niestety zdarzają się takie sytuacje, w których z czasem cel staje się coraz bardziej mglisty i zastępują go inne cele poboczne. Popychają on nasze działania na manowce lub powodują, że w ogóle ich zaprzestajemy.

Zwykle lubimy twierdzić, że znamy takie sytuacje, ale nam się to nie zdarza. To pewnego rodzaju iluzja, która pozwala nam się czuć dobrze i utrzymać przekonanie o swojej „doskonałości”.

Rafał Markiewicz - coach - coaching - rozwój - osobisty - zagubienie - działanie - pułapka - cele poboczne

Miało być tak dobrze, a jest niefajnie – co poszło źle?

Z sytuacjami zagubienia istotnych/początkowych celów spotykam się nierzadko u moich klientów.

Ktoś zmienia pracę na taką w innym kraju, żeby móc doświadczyć przyjemności mieszkania w nowym, fajnym miejscu. Kiedy jednak się tam już przenosi całkowicie angażuje się w pracę, nie korzystając z walorów nowego miejsca. Następnie zastanawia się czemu nie jest zadowolony z tej zmiany – zapomniał po co była.

Ktoś chce zmienić pracę na inną, bo to co robi nie daje mu zadowolenia. Szuka zatem czegoś nowego i nagle widzi ofertę na podobne stanowisko, ale z innej firmy i na nie odpowiada. Odpowiada, bo zna się już na tym temacie i jako specjalista może zawalczyć o większą pensję. Po niecałym roku jest zdziwiony, że nie ma motywacji do pracy i wcale z tej zmian nie jest zadowolony – zapomniał czemu chciał zmienić poprzednią pracę.

Jakaś firma postanawia zainwestować w nowe oprogramowanie, które ma usprawnić określone procesy. Już w czasie prac nad oprogramowaniem lista oczekiwań co do systemu rośnie i jest zgłaszana przez różne działy. Oczywiście, każdy z nich podnosi argumenty, że jego oczekiwania są najważniejsze. Po pewnym czasie harmonogram i budżet na stworzenie oprogramowania zostają przekroczone i wszyscy są niezadowoleni. Firma informatyczna, bo zleceniodawca chce ciągle coś dodawać za darmo i toczone są nieskończone batalie o rozliczenia finansowe. Klient, bo oprogramowanie wciąż nie jest skończone i z wielu stron słychać, że nie spełnia ono czyichś oczekiwań. Prawie nikt nie pamięta na co początkowo się umówiono i jakie problemy (a nie obecną listę będącą koncertem życzeń różnych działów) miało ono rozwiązywać.

Jak o mało nie wpadłem w pułapkę celów pobocznych

Zaledwie kilka dni temu sam o mało nie padłem ofiarą takiego niezauważalnego przesunięcie celów. Na szczęście, w ostatniej chwili zorientowałem się, że coś tu nie gra i szybko naprostowałem moje myślenie. Mój przykład jednak świetnie pokazuje na co trzeba uważać.

W życiu funkcjonuje w dwóch mieszkaniach oddalonych od siebie o ok. 25-30 kilometrów i położonych w dwóch różnych miastach. Jedno w Gdyni, drugie w Gdańsku. Lubimy jeździć w weekendy na rowerach, ale mamy je tylko trzy. Zatem gdzieś zawsze jednego roweru brakuje. W lipcu postanowiliśmy, że bazą wypadową na weekendowe wycieczki rowerowe będzie Gdańsk. Zatem musiałem przetransportować rower z Gdyni do Gdańska. Niestety do samochodu mi się nie mieści. Podróż komunikacją między miastami i zasady transportu w poszczególnych środkach komunikacji to istna łamigłówka. Tym bardzie, że oba mieszkania nie są w centrum, a leżą na tzw. górnych tarasach (czytaj: częściach miasta położonych na wzniesieniach). Stanęło więc na tym, że pojadę rowerem z Gdyni do Gdańska a wrócę środkami komunikacji. Wybrałem nawet dzień, kiedy miałem zaplanowany urlop, więc nie będę miał presji czasu. Uczulam na cel tego działania – dostarczenie roweru z jednego mieszkania do drugiego.

Plany zrobiłem na 1,5 tygodnia przed terminem. Jednak kiedy zbliżałem się do daty transportu cały czas się zastanawiałem jaką trasą mam jechać. Wpadłem nawet na pomysł, że z zadania logistycznego zamienię sobie to na przyjemną rowerową przejażdżkę w czasie urlopu. Pozwalało mi to złagodzić świadomość tego, że na końcu trasy będę musiał wjechać rowerem na spore wzniesienie, co nie należy do najfajniejszych atrakcji. Wymyśliłem sobie trasę przez trójmiejskie lasy (przyroda, szutrowe drogi i jazda w przyjemnym cieniu drzew). Ciągnęła mnie jednak też wizja przemknięcia przez całe Trójmiasto jedną z głównych dróg rowerowych (szybka, w miarę komfortowa, i jeszcze jej nie przejechałem na całej długości). Biłem się więc cały czas z myślami, na którą z tras postawić. Która da mi większą radość z jazdy.

Na dwa dni przed terminem transportu, nadeszła niemiła wiadomość – będzie padać. Co prawda przelotnie, ale opady będą przez cały dzień. Co więcej dzień wcześniej też będą opady i to nie małe. Z jednej strony pech, z drugiej rozwiązanie problemu. Po deszczu niefajnie jeździ się lasami, bo miejscami jest błoto. Zatem padło na trasę miastem.

W dniu transportu, przywitał mnie o poranku deszcz. Na późniejsze popołudnie zapowiadali burze. W zasadzie wszystko mówiło mi żebym odpuścił, bo z tej wycieczki na 100% nie będzie przyjemności. Zacząłem już nawet planować inne terminy w kalendarzu. I nagle przyszło olśnienie – stop!!!!

Jaki był główny cel tego zadania? Dostarczyć rower z Gdyni do Gdańska. Na jakim celu ja zacząłem się koncentrować? Czy to będzie miła przejażdżka. Przy czym celem przetransportowania roweru miały być kolejne fajnie spędzone rowerowe weekendy, a nie przyjemność dzisiejszego dnia. Powyżej podkreśliłem zdanie, w którym niemal niepostrzeżenie do moich planów wkradł się cel poboczny, a następnie ukradł całą moją uwagę.

Kiedy zrozumiałem co się stało, zmieniłem całą strategię działania.

Natychmiast sprawdziłem jakimi środkami komunikacji będę musiał się poruszać. Jakie są zasady przewożenia rowerów w nich i ile to będzie kosztować. Podzieliłem trasę na 4 odcinki,  w każdym z punktów kontrolnych mogłem podjąć decyzję o kontynuowaniu transportu nie rowerem, a komunikacją. Założyłem też, że próba transportu może się nie powieść i to nie będzie dramat. Jeżeli dotrę do pierwszego punktu na trasie i sytuacja będzie zła – deszcz, prognoza dalszych opadów zawracam. Jeżeli go minę kontynuuję transport, a jedyną kwestią pozostaje jak.

Napiszę krótko, w pierwszym oknie pogodowym bez deszczu wyruszyłem w trasę rowerem. Minąłem pierwszy punkt i było nawet trochę słońca. Potem cały czas towarzyszyły mi w oddali złowrogie deszczowe chmury, ale ja jechałem bez opadów. Przy trzecim punkcie kontrolnym sytuacja nie wyglądała super i poważnie się zastanawiałem czy wsiadać do tramwaju, czy jednak jechać dalej rowerem i ryzykować, że w deszczu będę podjeżdżał pod wzgórze. W razie co miałem zabezpieczenie przed deszczem. Więc zaryzykowałem dalszą jazdę. Już niemal na ostatnim odcinku dogonił mnie deszcz, ale miałem zawczasu rozplanowane miejsca, gdzie będę mógł się schować i przeczekać. Deszcz trwał jakieś 10 minut, a ja przeczekałem go pod daszkiem na myjni ręcznej. Kiedy przestało padać, dotarłem do celu w 12 minut. Największą nagrodą za wysiłek było poczucie satysfakcji i wykreślenie zadania z listy. Znalazłem też dodatkową nagrodę, na trasę powrotną środkami komunikacji przygotowałem sobie arcyciekawą książkę.

Czego uczy moja historia?

Jeżeli podejmujesz się jakiegoś zadania lub planu, miej świadomość jaki jest jego cel. Co jakiś czas weryfikuj, czy wciąż się go trzymasz. Szczególnie sprawdź to w sytuacji, kiedy chcesz sobie odpuścić. Pamiętaj też o tym, że życie to nie tylko przyjemności i czasami trzeba włożyć trochę wysiłku dziś, aby lepiej było w przyszłości. To się nazywa „inwestycją”.