Każdy z nas miewa takie chwile w życiu kiedy jest przemęczony i brakuje mu siły lub motywacji do działania. To poczucie może być na tyle przytłaczające, że odciąga nas od realizacji naszych planów i celów. Za każdym razem kiedy tego stanu doświadczam staram się pamiętać o jednej ważnej zasadzie: zrobienie mało, jest lepsze niż nie zrobienie nic.
Często doświadczając stanu przemęczenia jesteśmy świadomi, że brakuje nam zasobów na realizację działania, które mieliśmy zaplanowane. Większość ludzi w tym momencie się poddaje i rezygnuje z jakiejkolwiek aktywności w tym zadaniu. Skoro nie mogą osiągnąć sukcesu, to po co się starać.
Ja jednak proponuję przyjąć inne, moim zdaniem sprytniejsze podejście do sukcesu:
Jeżeli ma dobry okres i sporo energii – sukcesem nazwę zrealizowanie zadania na 100%.
Jeżeli mam zły okres i brakuje mi energii – sukcesem nazwę każdą aktywność w zadaniu większą niż 0%.
Dowód skuteczności metody
Świetnie obrazuje to moje codzienne wyzwanie 10 tys. kroków. Miewam takie dni, że intensywnie pracuje na etacie 8 godzin, a potem prowadzę jeszcze 3 coachingi po południu. Wszystko to zdalnie i z domu. Kiedy wybija godzina 22:00 mam na liczniku 2 tys. kroków. Boli mnie głowa i jestem zmęczony. Są małe szanse na wydreptanie dodatkowych 8 tys. do północy. Mogę więc zrobić nic zalegając w fotelu lub wyjść na chwilę z domu i przejść tyle ile dam rady dotleniając swój umysł. Nie ma presji i ciśnienia. Wychodzę z założenia, że każde dodatkowe 500 kroków będzie sukcesem. Czasami kończę dzień mając 5,5 tys. kroków, czasami 7 tys. a co najzabawniejsze nie tak rzadko bez większego wysiłku dobijam do 10 tys., bo tak fajnie zaczęło mi się spacerować.
Podobnie jest z tekstami na tego bloga. Choć ich napisanie jest w planie mojego dnia rzeczywistość czasami powoduje, że nie starcza już siły lub czasu. Co mogę wtedy zrobić, aby zrobić więcej niż nic? Mogę napisać pierwszy wstępny akapit, aby w kolejnym dniu było łatwiej mi się rozpędzić z pisaniem. Mogę choćby wymyślić i zapisać tytuł artykułu lub w ogóle wybrać tylko tematykę której ma dotyczyć. Każde z tych działań przybliży mnie o krok lub parę do realizacji zadania.
O sile skuteczności małych kroków świadczy prosta kalkulacja przy moim krokowym wyzwaniu. Załóżmy, że przyszło przemęczenie i przy 2 tys. na koniec dnia wychodziłem jeszcze tylko 5 tys. kroków. Uzbierałem ich zaledwie 7 tys. Teraz dodajmy założenie, że taki dzień zdarza mi się raz w tygodniu, a w każdym miesiącu są 4 tygodnie.
5 tys. kroków x 4 tygodnie x 12 miesięcy = 240 tys. kroków w roku
Co daje w skali roku dodatkowe 24 dni pełnych 10 tysięcznych przebiegów, których bym nie zrobił, gdybym żył według zasady: wszystko albo nic.
Oczywiście krytycznych momentów w życiu każdy z nas doświadcza znacznie więcej niż tytułowa czwórka. Natomiast tutaj odnoszę się do czterech typowych kryzysów, które dotknął niemal każdego z nas, bez względu na to w jakiej sytuacji będziemy się znajdować. Są to kryzysy rozwojowe bezpośrednio powiązane z wiekiem.
Kryzys 0 – 2-3 lata
To pierwszy kryzys rozwojowy, ale nie za bardzo jesteśmy jego świadomi i wielu z nas nic z niego nie pamięta, dlatego nazwałem go kryzysem zerowym. Nieświadomym, ale jednak w nas zachodzącym. Wiek 2-3 lat to moment, w którym demonstrujemy naszą niezależność. Pierwszy raz buntujemy się przeciwko dorosłym i ich zasadom. Demonstrujemy też samodzielność np. przy ubieraniu, czy jedzeniu.
Kryzys 1 – 15-18 lat
Kryzys młodzieńczy – to okres poszukiwania własnej drogi, odrzucania autorytetów i negowania systemu wartości rodziców. Często jest to też moment zderzenia idealistycznej, dziecinnej wizji świata z tą rzeczywistą, będącą udziałem dorosłych. Wynikiem tego zderzenia jest zagubienie, chaos emocjonalny, bunt i alienacja. Pojawia się przekonanie, że możemy wszystko, świat stoi dla nas otworem a dorośli są tymi, którzy nas ograniczają i podcinają nam skrzydła.
Kryzys 2 – 25-30 lat
Kryzys ćwierćwiecza – charakteryzuje się uczuciem stresu i niepewności. To wiek, w którym uświadamiamy sobie kim jesteśmy i czego chcemy. Niejednokrotnie jednocześnie stwierdzając, że nasze wcześniejsze wybory życiowe lub zawodowe były błędem, albo jedynie spełnianiem oczekiwań innych. Świadomość, że nasze życie nie jest takie jakbyśmy chcieli bywa przytłaczająca. Do tego wiele osób doświadcza w tym okresie wielu dramatycznych wstrząsów, zmian i rozczarowań, nie mając wypracowanych metod radzenia sobie z tego typu doświadczeniami. Jest to też wiek, w którym jesteśmy bardzo podatni na porównywanie się z innymi. Ich sukcesami, poziomem życia czy możliwościami jakie są dla nich dostępne. Wyidealizowane życie z social mediów, które obserwujemy co dnia, tylko pogłębia naszą frustrację i przeżywanie tego kryzysu.
Kryzys 3 – 35 lat
Kryzys stabilizacji – bardzo zdradziecki. Z jednej strony zaczynamy doświadczać tego do czego cały czas dążyliśmy, stabilizacji w życiu zawodowym i związkowym. Z drugiej strony dochodzi w nas do głosu uczucie przerażenia. Doświadczamy poczucia nijakości życia, zmarnowania życiowych szans i pójścia na zbyt wiele niekorzystnych kompromisów. Boleśnie zauważamy, że wiele rzeczy i aktywności w życiu „musimy” robić, zamiast chcieć je robić. Odczuwamy brak motywacji i nader często stawiamy sobie pytanie „jak żyć?”, a właściwie „po co żyć?”. Kryzys stabilizacji nie jest kryzysem wybuchowym, to kryzys pełzający, który sączy się w nas powoli, ale nieustępliwie. Mówi się, że to też czas pierwszych wizyt u psychoterapeutów, a z mojego doświadczenia dodam też, że i u coachów.
Kryzys 4 – 45-50 lat
Często wiąże się z poczuciem spadku energii i bolesnym uświadomieniem sobie, że bliżej już do końca naszego życia niż do jego początku. U niektórych pojawi się poczucie, że właśnie życie się skończyło i nic ekscytującego nas już w nim nie czeka. Doświadczamy namacalnego, niemal fizycznego upływu czasu, którego do tej pory mieliśmy tak wiele, a teraz stał się on zasobem limitowanym. Jednak właśnie to poczucie, jest zarazem siłą tego kryzysu. Część osób uznaje, że w takim razie nie ma już zgody na jego marnowanie. Decyduje się uciąć nic niewnoszące do ich życia relacje, utrzymywane do tej pory z powodu jakichś tam konwenansów. Niektórzy decydują się na zmianę pracy, ale nie w poszukiwaniu wyższych zarobków, tylko w poszukiwaniu większej satysfakcji z tego co robią. To też czas, w którym zyskujemy większy dystans do wielu spraw i życiowych dram. Wiele osób decyduje się zadbać o swoje zdrowie, zdrowy styl życia i jakościowe relacje. Po prostu moment pierwszego odczucia przemijania, bywa często momentem mobilizacji.
Wraz z wydłużaniem się naszego życia i starzeniem społeczeństwa coraz częściej zaczyna się mówić o kolejnym kryzysie – tym razem 65+.
Jak jest sens kryzysów?
Może się wydawać, że w życiu nie czeka nas nic ciekawego, że to droga od jednego kryzysu do drugiego. Bezsensowne nawigowanie do kolejnej katastrofy, która jest nieunikniona. Tymczasem każdy kryzys to de facto początek nowej drogi. Szansa na zrobienie porządku w naszym życiu, przemeblowanie starych układów i zmianę wydeptanych już ścieżek. Powiem nawet dobitniej, każdy kryzys rozwojowy to warunek niezbędny do tego, żeby w naszym życiu wydarzyło się coś nowego. Pytanie tylko, czy do tego nowego będziemy zawczasu przygotowani i w jakiej kondycji wejdziemy na nową ścieżkę – a to już jest w dużej mierze zależne od nas samych. Zwykło się mówić, że to nasze dzisiejsze nawyki i działania, kształtują naszą przyszłość. Wybieraj więc mądrze!
Poniższy cytat Michelle Obamy odnosił się do promowanej swojego czasu koncepcji „lean in”, zaproponowanej przez Sheryl Sandberg. Autorka ta zachęcała kobiety do tego, aby sięgały w życiu po wszystko o czym marzą i nie godziły się na żadne kompromisy. Przekonywała, że mogą mieć wszystko. Udaną karierę, związek i życie rodzinne. Ta piękna koncepcja skrywała jednak i ciemną stronę. Wymagała niemal katorżniczej pracy, aby sprostać wymaganiom i nie zaniedbać żadnej z tych sfer. Dla wielu kobiet te starania kończyły się niepowodzeniem. Prowadziły do frustracji i poczucia, że nie są w stanie sprostać wszystkim zadaniom. Koncepcja, która miała im dawać siłę, wolność i satysfakcję z życia – niszczyła je.
Dziś modnym pojęciem jest „hustle culture”. Tłumaczone jako „kultura wysiłku”, albo dobitniej jako „kultura zapierdolu”. Gloryfikuje się w niej nieustanny pośpiech, niestrudzoną pracę i przekonanie, że sukces można osiągnąć tylko przez nieustanne zaangażowanie. Prowadzi to nadmiernego forsowania, poświęcania czasu wolnego, snu i osobistego samopoczucia w imię celów zawodowych. Początkowo termin „hustle” oznaczał zajmowanie się pracą, często wyczerpującą i trudną, ale ewoluował, aby objąć bardziej nieustępliwe i wszechogarniające podejście do pracy.
Pojawiał się też nowe zjawisko określane jako „side hustle” dotyczące m.in. rozwijania własnej działalności przy jednoczesnym pracowaniu na etacie. Celem takiego działania jest chęć osiągania dodatkowych dochodów, monetyzacji swojego hobby lub budowania ścieżki do tego, aby zostać swoim własnym szefem. Jest to podejście dla ambitnych osób, ale podobnie jak koncepcja „lean in” wiąże się z olbrzymim obciążeniem zarówno psychicznym jak i fizycznym. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zbudować udane życie prywatne. Wymagana jest tu duża dyscyplina, świetna organizacja czasu i pracy oraz wyznaczenie i utrzymywanie zdroworozsądkowych granic.
Hustle culture może działać jako siła motywacyjna napędzająca do realizacji własnych celów, ważne jest jednak znalezienie równowagi między pracą a osobistym samopoczuciem. Sukces nie musi iść w parze ze zdrowiem, relacjami i jakością życia. Rozpoznanie potencjalnych pułapek oraz docenianie wypoczynku, rozrywki i zdrowia psychicznego to kluczowe kroki do osiągnięcia zrównoważonego sukcesu i spełnienia w współczesnym świecie. Między innymi z tego powodu warto pamiętać o mądrych słowach Michelle Obamy, a szczególnie o tym, że nie wszystko w tym samym czasie.
Często kiedy podejmujemy się jakiegoś działania, czy projektu przyświeca mu konkretny cel. Niestety zdarzają się takie sytuacje, w których z czasem cel staje się coraz bardziej mglisty i zastępują go inne cele poboczne. Popychają on nasze działania na manowce lub powodują, że w ogóle ich zaprzestajemy.
Zwykle lubimy twierdzić, że znamy takie sytuacje, ale nam się to nie zdarza. To pewnego rodzaju iluzja, która pozwala nam się czuć dobrze i utrzymać przekonanie o swojej „doskonałości”.
Miało być tak dobrze, a jest niefajnie – co poszło źle?
Z sytuacjami zagubienia istotnych/początkowych celów spotykam się nierzadko u moich klientów.
Ktoś zmienia pracę na taką w innym kraju, żeby móc doświadczyć przyjemności mieszkania w nowym, fajnym miejscu. Kiedy jednak się tam już przenosi całkowicie angażuje się w pracę, nie korzystając z walorów nowego miejsca. Następnie zastanawia się czemu nie jest zadowolony z tej zmiany – zapomniał po co była.
Ktoś chce zmienić pracę na inną, bo to co robi nie daje mu zadowolenia. Szuka zatem czegoś nowego i nagle widzi ofertę na podobne stanowisko, ale z innej firmy i na nie odpowiada. Odpowiada, bo zna się już na tym temacie i jako specjalista może zawalczyć o większą pensję. Po niecałym roku jest zdziwiony, że nie ma motywacji do pracy i wcale z tej zmian nie jest zadowolony – zapomniał czemu chciał zmienić poprzednią pracę.
Jakaś firma postanawia zainwestować w nowe oprogramowanie, które ma usprawnić określone procesy. Już w czasie prac nad oprogramowaniem lista oczekiwań co do systemu rośnie i jest zgłaszana przez różne działy. Oczywiście, każdy z nich podnosi argumenty, że jego oczekiwania są najważniejsze. Po pewnym czasie harmonogram i budżet na stworzenie oprogramowania zostają przekroczone i wszyscy są niezadowoleni. Firma informatyczna, bo zleceniodawca chce ciągle coś dodawać za darmo i toczone są nieskończone batalie o rozliczenia finansowe. Klient, bo oprogramowanie wciąż nie jest skończone i z wielu stron słychać, że nie spełnia ono czyichś oczekiwań. Prawie nikt nie pamięta na co początkowo się umówiono i jakie problemy (a nie obecną listę będącą koncertem życzeń różnych działów) miało ono rozwiązywać.
Jak o mało nie wpadłem w pułapkę celów pobocznych
Zaledwie kilka dni temu sam o mało nie padłem ofiarą takiego niezauważalnego przesunięcie celów. Na szczęście, w ostatniej chwili zorientowałem się, że coś tu nie gra i szybko naprostowałem moje myślenie. Mój przykład jednak świetnie pokazuje na co trzeba uważać.
W życiu funkcjonuje w dwóch mieszkaniach oddalonych od siebie o ok. 25-30 kilometrów i położonych w dwóch różnych miastach. Jedno w Gdyni, drugie w Gdańsku. Lubimy jeździć w weekendy na rowerach, ale mamy je tylko trzy. Zatem gdzieś zawsze jednego roweru brakuje. W lipcu postanowiliśmy, że bazą wypadową na weekendowe wycieczki rowerowe będzie Gdańsk. Zatem musiałem przetransportować rower z Gdyni do Gdańska. Niestety do samochodu mi się nie mieści. Podróż komunikacją między miastami i zasady transportu w poszczególnych środkach komunikacji to istna łamigłówka. Tym bardzie, że oba mieszkania nie są w centrum, a leżą na tzw. górnych tarasach (czytaj: częściach miasta położonych na wzniesieniach). Stanęło więc na tym, że pojadę rowerem z Gdyni do Gdańska a wrócę środkami komunikacji. Wybrałem nawet dzień, kiedy miałem zaplanowany urlop, więc nie będę miał presji czasu. Uczulam na cel tego działania – dostarczenie roweru z jednego mieszkania do drugiego.
Plany zrobiłem na 1,5 tygodnia przed terminem. Jednak kiedy zbliżałem się do daty transportu cały czas się zastanawiałem jaką trasą mam jechać. Wpadłem nawet na pomysł, że z zadania logistycznego zamienię sobie to na przyjemną rowerową przejażdżkę w czasie urlopu. Pozwalało mi to złagodzić świadomość tego, że na końcu trasy będę musiał wjechać rowerem na spore wzniesienie, co nie należy do najfajniejszych atrakcji. Wymyśliłem sobie trasę przez trójmiejskie lasy (przyroda, szutrowe drogi i jazda w przyjemnym cieniu drzew). Ciągnęła mnie jednak też wizja przemknięcia przez całe Trójmiasto jedną z głównych dróg rowerowych (szybka, w miarę komfortowa, i jeszcze jej nie przejechałem na całej długości). Biłem się więc cały czas z myślami, na którą z tras postawić. Która da mi większą radość z jazdy.
Na dwa dni przed terminem transportu, nadeszła niemiła wiadomość – będzie padać. Co prawda przelotnie, ale opady będą przez cały dzień. Co więcej dzień wcześniej też będą opady i to nie małe. Z jednej strony pech, z drugiej rozwiązanie problemu. Po deszczu niefajnie jeździ się lasami, bo miejscami jest błoto. Zatem padło na trasę miastem.
W dniu transportu, przywitał mnie o poranku deszcz. Na późniejsze popołudnie zapowiadali burze. W zasadzie wszystko mówiło mi żebym odpuścił, bo z tej wycieczki na 100% nie będzie przyjemności. Zacząłem już nawet planować inne terminy w kalendarzu. I nagle przyszło olśnienie – stop!!!!
Jaki był główny cel tego zadania? Dostarczyć rower z Gdyni do Gdańska. Na jakim celu ja zacząłem się koncentrować? Czy to będzie miła przejażdżka. Przy czym celem przetransportowania roweru miały być kolejne fajnie spędzone rowerowe weekendy, a nie przyjemność dzisiejszego dnia. Powyżej podkreśliłem zdanie, w którym niemal niepostrzeżenie do moich planów wkradł się cel poboczny, a następnie ukradł całą moją uwagę.
Kiedy zrozumiałem co się stało, zmieniłem całą strategię działania.
Natychmiast sprawdziłem jakimi środkami komunikacji będę musiał się poruszać. Jakie są zasady przewożenia rowerów w nich i ile to będzie kosztować. Podzieliłem trasę na 4 odcinki, w każdym z punktów kontrolnych mogłem podjąć decyzję o kontynuowaniu transportu nie rowerem, a komunikacją. Założyłem też, że próba transportu może się nie powieść i to nie będzie dramat. Jeżeli dotrę do pierwszego punktu na trasie i sytuacja będzie zła – deszcz, prognoza dalszych opadów zawracam. Jeżeli go minę kontynuuję transport, a jedyną kwestią pozostaje jak.
Napiszę krótko, w pierwszym oknie pogodowym bez deszczu wyruszyłem w trasę rowerem. Minąłem pierwszy punkt i było nawet trochę słońca. Potem cały czas towarzyszyły mi w oddali złowrogie deszczowe chmury, ale ja jechałem bez opadów. Przy trzecim punkcie kontrolnym sytuacja nie wyglądała super i poważnie się zastanawiałem czy wsiadać do tramwaju, czy jednak jechać dalej rowerem i ryzykować, że w deszczu będę podjeżdżał pod wzgórze. W razie co miałem zabezpieczenie przed deszczem. Więc zaryzykowałem dalszą jazdę. Już niemal na ostatnim odcinku dogonił mnie deszcz, ale miałem zawczasu rozplanowane miejsca, gdzie będę mógł się schować i przeczekać. Deszcz trwał jakieś 10 minut, a ja przeczekałem go pod daszkiem na myjni ręcznej. Kiedy przestało padać, dotarłem do celu w 12 minut. Największą nagrodą za wysiłek było poczucie satysfakcji i wykreślenie zadania z listy. Znalazłem też dodatkową nagrodę, na trasę powrotną środkami komunikacji przygotowałem sobie arcyciekawą książkę.
Czego uczy moja historia?
Jeżeli podejmujesz się jakiegoś zadania lub planu, miej świadomość jaki jest jego cel. Co jakiś czas weryfikuj, czy wciąż się go trzymasz. Szczególnie sprawdź to w sytuacji, kiedy chcesz sobie odpuścić. Pamiętaj też o tym, że życie to nie tylko przyjemności i czasami trzeba włożyć trochę wysiłku dziś, aby lepiej było w przyszłości. To się nazywa „inwestycją”.
Jest pewna piękna opowieść o czarnym kruku, który był niezadowolony ze swojego życia i uważał, że innym ptakom żyje się lepiej. Przepełniała go zazdrość, gorycz i poczucie przegranego losu. To bardzo pouczająca opowieść, która w współczesnym świecie jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu.
Nieszczęśliwy kruk
Bardzo dawno temu żył pewien kruk, który był bardzo nieszczęśliwy. Pewnego dnia siedział na gałęzi drzewa i płakał użalając się nad sobą. Traf chciał, że pod drzewem akurat medytował mnich. Łza kruka spadła na jego policzek. Mężczyzna podniósł głowę i zobaczył płaczącego kruka, zatroskany zapytał „Dlaczego płaczesz mój przyjacielu?”. Kruk odpowiedział, że jest bardzo zmartwiony swoim życiem, nikt go nie kocha, a ludzie nim gardzą i nie dają mu nic do jedzenia. Stwierdził, że w jego sytuacji już nawet śmierć jest lepsza niż takie życie.
Mnicha przepełniło współczucie i próbował wyjaśnić krukowi, że powinniśmy się nauczyć być szczęśliwymi niezależnie od tego w jakiej sytuacji się znajdujemy. Do kruka jednak te słowa nie docierały i płakał dalej. Mnich zaproponował więc, że mu pomoże. Stwierdził, że siłą swoich mantr może zmienić kruk w tego kim pragnie być. Kruk rozpromienił się i poprosił mnich, aby ten zmienił go w łabędzia. Mnich postawił jednak jeden warunek. Zanim to zrobię wpierw idź do łabędzia i zapytaj go czy jest szczęśliwy i zadowolony ze swojego życia. Kiedy się tego dowiesz, wrócisz do mnie. Ja będę tu na Ciebie czekał.
Przepełniony radością kruk zerwał się do lotu w poszukiwaniu łabędzia. Kiedy go znalazł majestatycznie pływającego w stawie zbliżył się do niego i powiedział: „Jesteś piękny i cudownie biały jak mleko, z pewnością każdy Cię kocha i musisz być bardzo szczęśliwy”. Łabędź ze smutkiem odparł, że nie jest szczęśliwy. Na świecie jest tyle pięknych kolorów, a on jest po prostu nudnie biały. Podpowiedział jednak krukowi, że piękna i wielobarwna papuga musi być najszczęśliwszym ptakiem na świecie.
Nie zwlekając ani chwili kruk wzbił się w powietrze w poszukiwaniu papugi. Kiedy do niej dotarł powiedział: „Jesteś tak piękna i pełna kolorów, z pewnością musisz być najszczęśliwszym ptakiem na świecie”. Papuga ze smutkiem odparła, że te kolory są jej przekleństwem. To właśnie z ich powodu ludzie łapią papugi i zamykają je w klatkach. Więc każdego dnia papuga żyje w strachu, że kiedyś ktoś ją złapie i uwięzi na zawsze. Podpowiedziała jednak krukowi, że według niej paw, który jest jeszcze bardziej kolorowy, jest pewnie najszczęśliwszym ptakiem na świecie.
Kruk nie czekając ani chwili wzbił się w powietrze na poszukiwania pawia. Jego odnalezienie zajęło mu trochę czasu. Zobaczył jednak tego pięknego wielobarwnego i majestatycznego ptaka w ogrodzie zoologicznym. Był zachwycony obserwując to jak tysiące ludzi przychodzą do podziwiać. Kiedy ludzie odeszli zbliżył się do pawia i powiedział: „Jesteś tak piękny, że każdego dnia mnóstwo ludzi przychodzi Cię podziwiać, musisz być najszczęśliwszym ptakiem na świecie”. Paw odpowiedział, że niestety nie. Miał świadomość, że jest piękny ale zarazem stwierdził, że nie ma wolności, ludzie wyrywają mi pióra i nigdy nie dają spokoju. Zdruzgotany kruk zapytał pawia: „Skoro nie ty, to kto według Ciebie jest najszczęśliwszym ptakiem na świecie.” Paw powiedział, że długo rozważał tę kwestię obserwując inne ptaki i doszedł do wniosku, że jest nim kruk. Kruk jest jedynym ptakiem, którego ludzie nie próbują złapać i uwięzić w klatce. Paw stwierdził, że gdyby był krukiem, mógłby swobodnie fruwać i doświadczać nieograniczonej wolności przemieszczając się tam, gdzie tylko by chciał. Uznał, że ta wolność dałaby mu prawdziwe szczęście.
Po tych słowach kruk odleciał i wrócił na drzewo, pod którym siedziała mnich. Pierwszy raz poczuł się szczęśliwy w swoim życiu. Zrozumiał bowiem, że każdy ptak ma swoje problemy i żaden nie jest tak naprawdę szczęśliwy. Zrozumiał jak ważne jest docenienie tego co się ma, a jak zgubne może być porównywanie się z innymi.
Czemu kruk miałby dzisiaj znacznie trudniej?
To stara opowieść i kruka nie dosięgła wtedy jeszcze pułapka social mediów. Dziś prawdopodobnie nie uległ by namowom mnicha, aby odwiedzić łabędzia i zapytać go czy czuje się szczęśliwy tylko zajrzałby np. do Instagrama. Co by tam zobaczył?
Zdjęcie łabędzia na tafli wody z uśmiechniętym dziobem, rozłożonymi skrzydłami i podpisem: „Potęga zniewalającej bieli na hipnotyzującym błękicie”. Zdjęcie papugi z zawadiacko przymrużonym okiem i podpisem „Miej tęczę w sobie”, relację video pawia z tego jak rozkłada swój imponujący i wielobarwny ogon z podpisem „Przyćmiewaj innych”.
Niestety, gdyby kupił ten social mediowy image zapadłby się tylko jeszcze bardziej w swojej czarnej rozpaczy. Tak właśnie dzieje się z nami, kiedy porównujemy nasze życie z np. instagramowym życiem innych. Ma ono niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Możemy się nawet umówić na pewien test. Niemal każdy z nas z utęsknieniem czeka na urlop, ale kiedy on nadchodzi przeważnie nie jest sielanką, w 50% składa się ze stresu. Nerwów przy pakowaniu, stresu w podróży, różnego rodzaju niedogodności i obaw, czy sobie ze wszystkim poradzimy. Zerknijcie na profile znajomych i spróbujcie znaleźć te emocje w ich relacjach z wakacyjnego wypadu. Znajdziecie tam najczęściej szerokie uśmiechy, piękne widoki, ciała powyginane w ponętnych pozach itd. Nie będzie tam zasmarkanych i zapłakanych dzieci, które nudzą się w kolejce do odprawy na lotnisku. Zmęczenia po podróży z ciężkimi walizkami. Przepoconych współpodróżników. Bałaganu i przepełnionych śmietników, które zdarzają się wszędzie. Nikt nie napisze, że chyba lepiej było zostać w domu, wszyscy zadeklarują, że było bajecznie.
W swojej działalności coachingowej i samorozwoju nieustannie szukam prostych i przede wszystkim skutecznych technik, które ułatwiają lub ulepszają nasze życie. W tych poszukiwaniach dotarłem ostatnio to prostego pytania, które wywodzi się ze stoicyzmu. Zacząłem go używać i nagle poczułem jak nad wieloma decyzjami, ale i obszarami w życiu przejąłem znaczącą kontrolę. Czemu nie całkowitą? Bo w tym zabieganym świecie, pełnym niezliczonej ilości możliwości i pokus wcale nie tak łatwo ją utrzymać.
Jeżeli Ty uważasz, że w pełni kontrolujesz swoje działania i decyzje, to życzę Ci powodzenia. Jak bowiem pokazują różne badania taka pełna kontrola lub odporność na wpływy czynników zewnętrznych jest niczym innym, jak tylko piękną iluzją dumnego z siebie naszego Ego. W rzeczywistości jest to dalekie od prawdy.
„Czy tego potrzebujesz?”
To właśnie te proste pytanie jest niezwykle skutecznym sposobem na skupienie się na tym co naprawdę w życiu ważne i istotne. Wbrew pozorom nie odnosi się ono tylko do rzeczy materialnych, ale dotyczy także sfery emocji. Kiedy zaczniesz je stosować masz sporą szansę na osiągnięcie większej równowagi i mądrości w życiu.
„Czy tego potrzebujesz?” – antidotum na konsumpcjonizm i nadmiar
Dzisiejszy świat jest pełen reklam i różnego rodzaju bodźców konsumpcyjnych, które mają nas przekonać do tego, że potrzebujemy coraz więcej rzeczy. Jest to o szczególnie uciążliwe w tym kontekście, że dziś nie wystarczy się tylko pilnować w sklepie, aby nie kupić za dużo. Dziś musimy pilnować się non stop, nawet w naszych domach. Powszechny w naszych komputerach i smartfonach internet nieustannie bowiem karmi nas kolejnymi zachętami zakupowymi, super promocjami, albo historiami ludzi, którzy dzięki konkretnemu urządzeniu, aplikacji, suplementom, szkoleniu lub innemu rozwiązaniu osiągnęli sukces w życiu i są teraz przeszczęśliwi. Uważni musimy być szczególnie wieczorami, kiedy trochę zmęczeni po całym dniu jesteśmy mniej skupieni i przez to bardziej podatni na zakupy impulsowe.
Stoickie pytanie „Czy tego potrzebujesz?” pomoże nam wybierać mądrze i z umiarem. Zanim dokonamy zakupu, warto zatrzymać się i zastanowić, czy rzeczywiście tego potrzebujemy. Czy dany przedmiot przyczyni się do naszego szczęścia i dobra? Czy zapewni nam prawdziwą wartość? Często okazuje się, że wiele rzeczy, które uważaliśmy za niezbędne, tak naprawdę nie mają aż takiego znaczenia. Wizja fenomenalnego poczucia radości i spełnienia jakie wiążemy z danym przedmiotem, pryska niemal w tym samym momencie, w którym to wymarzone „coś” staje się naszą własnością.
Dzięki temu podejściu, oszczędziłem już trochę pieniędzy nie decydując się na zakup kilku kursów (mam jeszcze sporo zaległych do przerobienia), czy gadżetów technologicznych, które w prosty sposób mogę zastąpić posiadanymi rozwiązaniami.
„Czy tego potrzebujesz?” – po co ciągle się nurzać w niepotrzebnych emocjach
Często bywamy uwięzieni w wirze negatywny emocji, takich jak złość, zazdrość, lęk czy smutek. Stoickie pytanie „Czy tego potrzebujesz” pozwala nam złapać odpowiednią perspektywę. Czy naprawdę potrzebujesz pielęgnować w sobie np. złość na kogoś kto zajechał Ci drogę, powiedział coś niemiłego, czy też na swojego szefa, że zrobił coś nie po Twojej myśli? Co ta złość Ci daje? Czy coś rozwiązuje? Moim zdaniem co najwyżej psuje Ci resztę dnia i niszczy Twoje zdrowie. Jeżeli coś Ci nie pasuje to zmień to, a nie tylko się na to złość.
To pytanie bywa też mocno obnażające, bo nagle po jego zadaniu nie możesz stwierdzić „jestem zły”, ale powinieneś powiedzieć „pielęgnuję w sobie tę złość”.
Takie racjonalizowanie, łapanie odpowiedniej perspektywy i zauważanie, że sam zdecydowałem, iż nurzam się w jakiś negatywnych emocjach, które mi nic nie dają i do niczego nie są potrzebne, bywa mega oczyszczające. Szybciej sobie odpuszczamy i wracamy do równowagi.
Mi się to doskonale sprawdza podczas wizyty w sklepach, w których widzę jak ceny ciągle idą w górę. Nie mam na to wpływu, nie mogę temu zapobiec, a moja złość i wkurzenie nie spowoduje spadku tych cen. Wtedy zyskuję przestrzeń na to, żeby spokojnie zastanowić się co w tej sytuacji mogę zrobić lub zmienić, aby zminimalizować wpływ inflacji na moje życie.
To podejście pozwala też ukrócić niepotrzebne dąsania. Wyłapać jakieś stare schematy zachowań, które może kiedyś się sprawdzały, a dziś są dla nas obciążające lub co najmniej bezużyteczne.
Pytaj i poprawiaj swój dobrostan
Stosowanie pytania „Czy tego potrzebujesz?” ma wiele korzyści dla naszego ogólnego dobrostanu:
Pomaga nam rozwijać umiejętność rozróżniania między tym, co istotne, a co nieistotne w naszym życiu.
Pozwala nam skoncentrować się na tym, co naprawdę ma znaczenie dla naszej satysfakcji i szczęścia, odrzucając zbędne rozproszenia.
Przyczynia się do rozwijania umiejętności zarządzania emocjami poprzez skupianie się na tym, co jest konstruktywne i wartościowe. Dzięki temu zyskujemy większą kontrolę nad naszymi reakcjami emocjonalnymi i unikamy wpadania w szkodliwe wzorce myślenia.
Pamiętaj! To jedno proste pytanie jest potężnym narzędziem w Twoich rękach. Jedynce co musisz zrobić, ty tylko zdecydować się na jego stawianie.
Przez długi czas kariera zawodowa była utożsamiana z pięciem się po szczeblach firmowej hierarchii i osiąganiem coraz wyższych stanowisk. Innym wyznacznikiem mogło być sukcesywnie zwiększające się wynagrodzenie. Wielu z nas uwierzyło w to, że kluczem do budowania własnej kariery jest nieustanna walka o awanse oraz zdobywanie coraz większej władzy i prestiżu. Jednak wraz z napływem na rynek pracy nowych pokoleń pracowników oraz doświadczeniem jakie było naszym udziałem w okresie pandemii COVID wiele osób zaczęło stawiać sobie pytanie czy to jedyna i słuszna droga.
Kiedyś ścieżka była prosta
Model kariery sprowadzał się do rozpoczynania pracy od najniższego stanowiska i stopniowego awansowania na wyższe pozycje. Miał on swoje niezaprzeczalnie dobre strony – dawał poczucie postępu i osiągnięć. Ceną za takie podejście była jednak nieustanna walka o promocję. Wymagała ona poświęcania wiele czasu i energii na rozwój zawodowy, nierzadko kosztem innych obszarów życia.
Dziś postrzeganie kariery uległo zmianie. Coraz częściej sukces zawodowy nie jest utożsamiany z awansem na wyższe stanowisko. Wiele osób postawiło na poszukiwanie równowagi między pracą a życiem osobistym. Skupia się na rozwoju umiejętności, realizacji pasji oraz zdobywaniu ciekawych doświadczeń, zamiast jedynie na zdobywaniu kolejnych tytułów i stanowisk. Dziś też często o wyborze danej firmy jako nowego pracodawcy decydują wartości jakie są promowane w organizacji, jej kultura organizacyjna, czy też wkład jaki dana firma wnosi w rozwój naszej planety.
Naturalną konsekwencją takiej zmiany podejścia było też wykształcenie się kilku różnych scenariuszy na budowanie własnej kariery zawodowej.
4 ścieżki budowania kariery zawodowej
Ścieżki te w dużej mierze wynikają z elementów kariery zawodowej, na których koncentruje się dana osoba. Obranie jednej z nich nie jest jednoznaczne z dozgonnym obowiązkiem podążania tą jedną jedyną. Co więcej, wraz ze zmieniającym się wiekiem, nierzadko zmienia się nasze podejście do pracy oraz tego co ważne w naszym życiu. Zatem przejścia z jednej ścieżki na drugą, nie są niczym nietypowym.
Opisane poniżej ścieżki nie są jedynymi możliwymi, ale stanowią najczęściej wybierane scenariusze.
LINIOWA – najbardziej zbliżona do tradycyjnego budowania kariery zawodowej. Skupia się w stu procentach na wspinaniu się na kolejne szczeble kariery. Osoby nią podążające mierzą swój sukces zawodowy tym jak wysoko zaszły w firmowej hierarchii. Aplikują na coraz wyższe stanowiska, które dają im coraz większą odpowiedzialność ale i prestiż. To właśnie te osoby bardzo dużo pracują, starają się być hiper aktywne i często poświęcają pracy sporą część swojego życia. W ich rozumieniu sukces to nieustanne pięcie się do góry. Chcą mieć władzę, wpływy i pozycję. Bywa, że bywają niekoniecznie przywiązane do danej branży, w której pracują. Jeżeli inna firma zaoferuje im wyższe stanowisko chętnie przyjmą tę ofertę. Nawet kiedy będzie to oferta z rynku, na którym nie do końca się znają. Zadziała tu magia stanowiska i kolejnego szczebla w karierze zawodowej. Ta ścieżka kariery zorientowana jest na wyniki.
EKSPERCKA – osoby podążające tą ścieżką koncentrują się na stałym rozwijaniu i pogłębianiu kompetencji w jednej dyscyplinie lub obszarze zawodowym. Jako sukces na tej ścieżce postrzegany jest wysoko ekspercki poziom wiedzy i technicznego wyspecjalizowania. Kwestie dotyczące zarządzania innymi osobami, osobistego biura lub jego wielkości mają dla „eksperta” znaczenie marginalne. Napędza go poczucie bycia bardzo dobrym w dziedzinie, którą się zajmuje. Zarazem często ważnym aspektem dla osób podążających tą ścieżką jest poczucie bezpieczeństwa, a wysokospecjalizowana wiedza jest jego mocną gwarancją. Przy czym należy nadmienić, że w dzisiejszej rzeczywistość zawodowej bardzo dobry specjalista z szerokimi kontaktami w organizacji miewa nierzadko porównywalny z menedżerem wpływ na życie tej organizacji. Ta ścieżka kariery zorientowana jest na jakość.
SPIRALNA – ścieżka ta istotnie różni się od dwóch powyższych. Jej generalną zasadą jest rozpoczęcie kariery zawodowej od jednego obszaru. Przy czym nie dążymy tutaj do poziomu eksperta. Wyznawca tej drogi po całkiem dobrym opanowaniu danego obszaru, z czasem przechodzi do nowych obszarów lub typów zadań w jakimś stopniu powiązanych lub okalających obszar dotychczasowy. Buduje w ten sposób cały portfel umiejętności powiązanych z jakimś szerokim obszarem wiedzy. Dobrym zobrazowaniem tej ścieżki jest lejek. To tak jakbyśmy rozpoczynali karierę zawodową od jego wąskiego dołu, a z czasem wspinali się do góry zataczając po spirali coraz szersze kręgi. Osoby podążające tą ścieżką zainteresowane są poszerzaniem umiejętności, kreatywnością i nierzadko rozwojem innych ludzi. Przy czym co istotne nie można tych osób nazwać „skoczkami” w kontekście kariery zawodowej, ponieważ opisanych powyżej zmian dokonują w sekwencjach co ok. 5-10 lat. Ta ścieżka kariery zorientowana jest na rozwój.
PRZEJŚCIOWA – jak sama nazwa wskazuje sporo w niej ruchu i zmian. Przy czym w przeciwieństwie do ścieżki poprzedniej zmiany te nie są dokonywane w jakimś istotnym powiązaniu z wcześniejszymi doświadczeniami. Wręcz z punktu widzenia osób podążających tą ścieżką, czym dalej od dotychczasowych obszarów działania tym lepiej, bo ciekawiej. Poszukują one zróżnicowania, nowatorstwa i niezależności. Często ważne są dla nich rozbudowane kontakty międzyludzkie, ponieważ z samej swej natury nie są powtarzalne. Chcą posmakować jak najwięcej z szerokiego zakresu smaków ścieżki zawodowej. Z tego powodu są też trochę mniej cierpliwe niż Ci, którzy kroczą po spirali i zmieniają pracę lub jej typ średnio co 2-4 lata. Ta ścieżka kariery zorientowana jest na zmianę.
Rozpoznaj co dla Ciebie ważne
Czemu to istotne? Bo awanse nie zawsze idą w parze z zadowoleniem i spełnieniem. Możesz osiągnąć wysokie stanowisko, ale jednocześnie czuć się nieszczęśliwy i niezadowolony z życia zawodowego. Tak rozumiany sukces nie zawsze przekłada się na satysfakcję.
Ponadto, dzisiejsze rynki pracy są bardziej zróżnicowane i elastyczne. Możliwości rozwoju zawodowego nie ograniczają się już tylko do tradycyjnej ścieżki awansu. Możesz tworzyć własną ścieżkę kariery, np. poprzez założenie własnej firmy, freelancing, pracę w projektach, czy też rozwijanie umiejętności w różnych obszarach.
Kariera może być – a dzisiaj nawet powinna – postrzegana jako proces ciągłego rozwoju, niezależnie od osiąganych stanowisk. Możesz inwestować w rozwój umiejętności, zdobywać nowe doświadczenia i realizować pasje, co przekłada się na osobiste spełnienie i satysfakcję.
Kiedy pisałem ten artykuł pojawiała się informacja o nowym trendzie w podejściu do kariery zawodowej wśród młodych Chińczyków. Rezygnują z dobrze płatnych zawodów, żeby zostać baristami lub kelnerami. Porzucają pracę biurową dla prostej pracy fizycznej, a wszystko to dla większego poczucia spełnienia. Twierdzą, że choć ciało jest zmęczone, to umysł jest bardziej szczęśliwy. Więcej na temat tego trendu przeczytasz w Business Insider „Wolą pracę bez myślenia i kwalifikacji. To nowy trend.” Być może i ten kierunek stanie się dla Ciebie jakąś inspiracją.
Często kiedy myślimy o podjęciu jakiejś aktywności lub realizacji jakichś planów używamy na pozór logicznej sekwencji: „mieć, działać, być”. Czyli co muszę mieć, żeby podjąć działanie, które spowoduje że będę jakiś lub określonym kimś.
Użyłem sformułowania „na pozór logicznej sekwencji”, bo często staje się ona pułapką, ograniczeniem lub świetną wymówką dla braku osiągnięć.
Jak działa mechanizm sekwencji „mieć, działać, być”?
Załóżmy, że chcesz poprawić swoją sylwetką i zdrowie. Zaczynasz się więc zastanawiać czego potrzebujesz, aby to osiągnąć. Z dużym prawdopodobieństwem pomyślisz o jakimś sporcie i diecie.
Mieć
Jaki będzie zatem twój pierwszy krok. Poszukiwanie odpowiedniego stroju i przyborów potrzebnych do wybranej aktywności fizycznej. Dodatkowo będzie poszukiwał odpowiedniej diety, która pomoże ci zrzucić nadmiar kilogramów, ale zarazem dostarczy wystarczająco dużo energii, abyś mógł być aktywny fizycznie. Już sam ten opis może się wydawać męczący. A to dopiero wstęp.
Pomyśl sobie teraz o godzinach i pieniądzach jak poświęcisz na np. dobór odpowiedniego stroju do biegania lub do wyjścia na siłownię. Nie znasz się na tym, więc dużo czytasz, sprawdzasz opinie i rozważasz czy będziesz w tym odpowiednio wyglądać. Jak wpadniesz na pomysł chodzenia na siłownie z dużym prawdopodobieństwem do stroju skompletujesz jeszcze odpowiednią torbę, ręcznik i bidon na wodę.
W ten oto sposób powstała cała rzesza ludzi, którzy gdzieś w przebłysku motywacji pomyśleli o siłowni, na którą nigdy nie dotarli ale mają kompletny strój i ekwipunek do ćwiczeń w swojej szafie. To samo dotyczy np. potencjalnych biegaczy, którzy nie przebiegli nawet stu metrów ale są posiadaczami butów biegowych, oddychających koszulek i lekkich kurtek chroniących przed złą pogodą podczas biegu.
O doborze odpowiedniej diety, suplementów i metodyki odżywania nawet nie wspomnę. Bo wejście w ten temat może być zabójcze dla każdego laika. Wielość podejść, sprzecznych informacji i produktów dietetycznych może przyprawić o zawrót głowy.
To już na tym etapie wiele osób jest tak zmęczonych dotychczasowym zaangażowaniem, bez żadnych efektów – no bo jeszcze nie podjęli żadnych działań – że odpuszcza i tarci motywację.
Działać
Jeśli nawet z sukcesem przebrniemy przez pierwszy krok, to staniemy przed wyzwaniem usystematyzowanego działania, które też trzeba doprecyzować. Jak siłownia to: jaka? W jakich godzinach? Zajęcia grupowe, czy trening indywidualny? Samodzielnie, czy z trenerem personalnym? Jaki plan treningowy? Jak bieganie: to gdzie? Jak długie dystanse? Jak często? Samodzielnie, czy w grupie? Rano czy wieczorem?
Dołóżmy do tego zmiany żywieniowe, które tak samo wymagają wielu decyzji nawet jak już udało nam się zdecydować na jakiś konkretny rodzaj diety. Być może musimy przeorganizować nasz sposób przygotowania posiłków i czas jaki na to poświęcamy. Musimy zdecydować, czy nasze zmiany żywieniowe dotyczą tylko nas, czy obligatoryjnie obejmą pozostałych domowników. Może zdecydujemy się na jakąś „dietę pudełkową”, ale tutaj znowu pojawią się dylematy. Z jakiej firmy, z jaką ilością kalorii, pudełka przez cały tydzień czy tylko w dni robocze itd. itp.
To kolejny etap, w którym może dopaść nas zmęczenie i demotywacja oraz możemy przekombinować z przyjętymi rozwiązaniami.
Być
Często tak pochłaniają nas dwa pierwsze etapy, że nawet nie zastanawiamy się do czego tak de facto dążymy. Jaki ma być efekt naszych działań. Mniej tłuszczu, a może i dodatkowo więcej mięśni? Wzmocnienie ciała lub poprawa elastyczności, a może podniesienie odporności na infekcje?
Taka kolejność etapów doprowadza czasami do sytuacji, w której włożyliśmy mnóstwo wysiłku i energii w pozyskanie tego co teoretycznie musieliśmy mieć, żeby podjąć określone działania, które na samym końcu nie pozwalają nam być dokładnie tacy jak być chcieliśmy.
Złam sekwencję
Teraz wyobraźmy sobie, że porzucamy tą na pozór logiczną sekwencję działań i wychodzimy od jej ostatniego elementu „być”. Decyduję, zatem że chcę być osobą żyjącą zdrowo. Skoro decyzja podjęta pozostaje postawić sobie proste pytanie „Jak by się zachowała na moim miejscu osoba żyjąca zdrowo?”
Być może pierwszą odpowiedzią byłoby: jadłaby mniej słodyczy, przestała pić alkohol i zaczęła się więcej ruszać. Tak oto dostaliśmy proste i krótkie instrukcje, które możemy wdrażać w życie od jutra.
Po ich wdrożeniu ponownie możemy wrócić do pytania „Jak by się zachowała na moim miejscu osoba żyjąca zdrowo?” i dostaniemy kolejne odpowiedzi. Ten cykl możemy powtarzać raz za razem, po każdym wyeliminowaniu tych najbardziej niezdrowych zachowań czy nawyków.
W ten sposób patrzymy na siebie jakbyśmy już byli osobami, którymi chcemy być i z tego poziomu zadajemy sobie pytanie co taka osoba by robiła na naszym miejscu. Odwołując się do naszego przykładu być może zaczęlibyśmy naszą aktywność fizyczną od robienia 10 tys. kroków dziennie (do tego nie trzeba specjalnego stroju) a skończyli za jakiś czas na udziale w maratonie. Być może rozważne i przemyślane jedzenie przyniosłoby takie efekty, że nie musielibyśmy stosować jakiejś określonej diety, a tylko pozbyć się z naszej kuchni niezdrowych produktów.
Dzięki takiemu odwróconemu kolejności, niemal od ręki wchodzimy w jakieś działania i podejmując je widzimy czy faktycznie do nich czegoś potrzebujemy (musimy mieć). Na początku nie ma zatem dużych inwestycji czasowych i finansowych. Jest za to mobilizujące działanie i najpewniej pierwsze efekty, które podtrzymują naszą motywację.
Nagminnie wpadamy w pułapki wyobrażeń i oczekiwań…, a potem czujemy się rozczarowani. Jednak prawda jest taka, że nikt nas nie oszukał. Niczego nie obiecał. To my sami wymyśliliśmy sobie jak „powinno” być.
Schematy myślenia ułatwiają nam życie, upraszczają decyzje i pozwalają szybko dokonywać oceny. Skąd jednak wiemy, że wskazują prawdę?
Częstym tematem rozmów z moimi znajomymi i klientami jest kwestia tego, że kiedyś myliśmy więcej znajomych, częściej się z nimi spotykaliśmy i razem spędzaliśmy więcej czasu. Tym przemyśleniom nierzadko towarzyszy niewypowiedziane pytanie: co zrobiłem nie tak w swoim życiu, że mam tak mało bliskich znajomych.
Całkiem podobne przemyślenia pojawiają się nam w kontekście relacji z rodziną rozumianą trochę szerzej niż partner, czy partnerka. Z czasem te relacje słabną i ulegają ograniczeniu. Dla jednych to problem, dla innych uczucie ulgi, bo nie muszą żyć pod ciągłym ostrzałem ocen i „dobrych rad”, o które wcale nie prosili.
Zostają jeszcze dzieci, które w przypadku niektórych osób stanowią cały ich świat i wokół których kręci się całe ich życie, inwestycje i plany na przyszłość. Czasami jest to posunięte tak daleko, że zapominamy o samych sobie. Swoim zdrowiu, rozwoju, planach na przyszłość i marzeniach. Czasami „odstawiamy na bok” też naszego partnera, czy partnerkę – bo przecież jest dziecko/dzieci.
Dzisiaj
Często w swoich wyborach i ocenach tego jak jest kierujemy się chwilą obecną, albo naszym wyobrażeniem jak się powinno żyć. Z jednej strony tęsknimy za starymi czasami, bo wtedy było tak fajnie. Z drugiej zwykle nie zerkamy za bardzo w przyszłość.
Próbujemy więc jak najlepiej poradzić sobie w obecnym etapie życia. Czasami nieco na siłę naginając go jeszcze do naszych wspomnień. To drugie kończy się najczęściej pewnym rozczarowaniem. Spotkania ze starymi znajomym (poza nielicznymi wyjątkami) już nie bywają tak ekscytujące jak kiedyś. Natomiast różnego rodzaj spotkania rocznicowe dawnych klas ze szkół średnich, czy znajomych ze studiów, ograniczają się do tych samych wspomnień i anegdot z dawnych lat powtarzanych co roku.
Jutro
Z tego powodu chciałbym zachęcić do spojrzenia w tym kontekście w przyszłość. Poniżej zamieszczam interesujący wykres, z całą świadomością że pochodzi on z USA i dotyczy danych z przełomu lat 2009-2019. Mimo to, moim zdaniem doskonale uświadamia on z kim będziemy spędzali najwięcej czasu wraz z upływem naszych lat.
Jeżeli dziś nie dbasz o swój rozwój, o swoje zainteresowania i nie pielęgnujesz w sobie ciekawości, to końcówka Twojego życia może nie być lekka. Spędzisz długie godziny z nudnym i niczym nie zainteresowanym samym sobą.
Nie licz też za bardzo na to, że w późniejszym wieku to inni będą Ci uatrakcyjniać życie. Jedyną osobą, z którą spędzisz pod koniec swojego życia sporo czasu będzie Twój partner/partnerka. Stąd przy całej świadomości, że w pewnym wieku sporo Twojego czasu i uwagi pochłoną dzieci lub relacje zawodowe, nie zapominaj o nim/o niej.
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Więcej informacji
Poniższy wzór polityki cookies chroniony jest prawem autorskim, które przysługują IAB Polska.
1. Serwis nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w plikach cookies.
2. Pliki cookies (tzw. „ciasteczka”) stanowią dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i przeznaczone są do korzystania ze stron internetowych Serwisu. Cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer.
3. Podmiotem zamieszczającym na urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu pliki cookies oraz uzyskującym do nich dostęp jest operator Serwisu Lemon Mint Rafał Markiewicz z siedzibą pod adresem ul. Lipowa 16c/8, 81-572 Gdynia
4. Pliki cookies wykorzystywane są w celu:
a) dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych; w szczególności pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie Użytkownika Serwisu i odpowiednio wyświetlić stronę internetową, dostosowaną do jego indywidualnych potrzeb;
b) tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych, co umożliwia ulepszanie ich struktury i zawartości;
5. W ramach Serwisu stosowane są dwa zasadnicze rodzaje plików cookies: „sesyjne” (session cookies) oraz „stałe” (persistent cookies). Cookies „sesyjne” są plikami tymczasowymi, które przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika do czasu wylogowania, opuszczenia strony internetowej lub wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). „Stałe” pliki cookies przechowywane są w urządzeniu końcowym Użytkownika przez czas określony w parametrach plików cookies lub do czasu ich usunięcia przez Użytkownika.
6. W ramach Serwisu stosowane są następujące rodzaje plików cookies:
a) „niezbędne” pliki cookies, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, np. uwierzytelniające pliki cookies wykorzystywane do usług wymagających uwierzytelniania w ramach Serwisu;
b) pliki cookies służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywane do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania w ramach Serwisu;
c) „wydajnościowe” pliki cookies, umożliwiające zbieranie informacji o sposobie korzystania ze stron internetowych Serwisu;
d) „funkcjonalne” pliki cookies, umożliwiające „zapamiętanie” wybranych przez Użytkownika ustawień i personalizację interfejsu Użytkownika, np. w zakresie wybranego języka lub regionu, z którego pochodzi Użytkownik, rozmiaru czcionki, wyglądu strony internetowej itp.;
e) „reklamowe” pliki cookies, umożliwiające dostarczanie Użytkownikom treści reklamowych bardziej dostosowanych do ich zainteresowań.
7. W wielu przypadkach oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych (przeglądarka internetowa) domyślnie dopuszcza przechowywanie plików cookies w urządzeniu końcowym Użytkownika. Użytkownicy Serwisu mogą dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących plików cookies. Ustawienia te mogą zostać zmienione w szczególności w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym zamieszczeniu w urządzeniu Użytkownika Serwisu. Szczegółowe informacje o możliwości i sposobach obsługi plików cookies dostępne są w ustawieniach oprogramowania (przeglądarki internetowej).
8. Operator Serwisu informuje, że ograniczenia stosowania plików cookies mogą wpłynąć na niektóre funkcjonalności dostępne na stronach internetowych Serwisu.
9. Pliki cookies zamieszczane w urządzeniu końcowym Użytkownika Serwisu i wykorzystywane mogą być również przez współpracujących z operatorem Serwisu partnerów.
10. Więcej informacji na temat plików cookies dostępnych jest pod adresem wszystkoociasteczkach.pl lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.